10 listopada 2012 o godz. 11:40

Wyłowione z Netu o „Meksyk kraj kontrastów”

Krótkie lub dłuższe opinie i recenzje czytelników.

Ciekawa pozycja, wiele interesujących faktów z historii Meksyku. Warte uwagi zdjęcia.
Paula (LubimyCzytac.pl)

Meksyk – kraj, który od zawsze wydawał mi się fascynujący. I zapewne taki jest. Jako że nie mam możliwości, aby go odwiedzić, miałam nadzieję, że książka „Meksyk – kraj kontrastów” Soni Dragi i Łukasza Gołębiewskiego pozwoli mi zapoznać się z tym krajem bliżej bez wychodzenia z domu. Niestety – moje rozczarowanie było tak wielkie jak sama stolica Meksyku.
Cóż, nie bez powodu książki podróżnicze Wojciecha Cejrowskiego cieszą się tak dużym powodzeniem – w porównaniu z jego powieściami, „Meksyk – kraj kontrastów” wypada bardzo blado. Nie ma tu unikalnych opowieści samych autorów (a takich w książkach Cejrowskiego czy Pawlikowskiej jest cała masa i to one są najciekawszą częścią ich książek), ani specjalnego zafascynowania krajem – owszem, autorzy wielokrotnie wspominają, jak bardzo Meksyk kochają, wielbią i co tam jeszcze, jednak na kartach książki wcale tego nie widać. Wręcz przeciwnie – na tubylców patrzą jak na zacofanych biedaków, ponieważ w ich mniemaniu, w mniemaniu „ludzi jaśnie oświeconych”, życie bez TV czy Internetu nie jest życiem. Autorzy nawet przez chwilę nie zastanowili się, że może takie życie tubylcom odpowiada. Co więcej – wręcz wyśmiewają warunki, w jakich mieszkają tubylcy w dżungli, rdzenni mieszkańcy tamtych terenów. Czy tak powinny wyglądać relacje podróżników? Chyba nie. Sam styl pisania również nie wciąga – odnosi się wrażenie, jakby czytało się nudną książkę do historii. Moim zdaniem Sonia Draga opisałaby to lepiej niż Łukasz Gołębiewski – jedyny rozdział jej autorstwa o spotkaniu u szamana jest dosyć ciekawy, więc może to pan Łukasz nie jest stworzony do pisania książek podróżniczych.
Podsumowując – książka wcale nie jest opowieścią o cudownym, niesamowitym Meksyku – nie przybliża nam zbytnio mentalności ludzi, ich codziennego życia. Myślę, że wydano tyle wartych uwagi książek, że tę pozycję można pominąć bez żadnej straty.
Urszula (LubimyCzytac.pl)

„Meksyk – kraj kontrastów” to swoisty podręcznik o Meksyku nasycony faktami, datami i danymi statystycznymi. Małą ilość subiektywnych odczuć autorów odrobinie rekompensuje świetne opracowanie graficzne i piękne fotografie. Poza tym fragmenty Pani Sonii są zdecydowanie lepsze i bardziej przypominają literaturę podróżniczą niż teksty Pana Łukasza, któremu zdecydowanie bliżej do reportażu. Ogólnie książka w dużej mierze aspiruje do przewodnika po mniej znanych starożytnych miastach. Spodziewałem się czegoś innego.
Reasumując, gdyby ktoś wybierał się do Meksyku i szukał przewodnika o rzadko odwiedzanych miejscach to to jest książka właśnie dla niego. Jak dla mnie, nie jest to lektura po której zamknięciu chciałoby się spakować plecak i ruszać w podróż.
Matacz (LubimyCzytac.pl)

PRZEDMIEŚCIA TENOCHTITLANU PŁONĄ
Postanowiłam nieco zmienić swój zakres zainteresowań i przeczytać książkę, nie będącą ani Science Fiction, ani kryminałem. Jest to powieść historyczna z nielicznymi elementami fantasy. Mowa tutaj o książce „Krzyk Kwezala” autorstwa Łukasza Gołębiewskiego.
Łukasz Gołębiewski jest absolwentem wydziału dziennikarstwa i w latach 2000-2017 był dziennikarzem dla „Rzeczpospolitej” i „Życia Codziennego”. Właściwie zaczynał swoją przygodę z literaturą od poezji. Pierwszą głośną książką była „Xenna – moja miłość” i od tamtego czasu napisał jeszcze sporo powieści. Wiele z nich było skandalizujących, poruszało trudne tematy, ale zazwyczaj zbierało dobre recenzje. Dlaczego o tym wspominam? W tym kontekście łatwiej zrozumieć pewne wady i zalety „Krzyku Kwezala”.
Zanim kupię książkę zawsze zaglądam na pierwsze strony i czytam krótkie fragmenty, żeby sprawdzić czy narracja przypadnie mi do gustu. Po, co prawda szokującym, pierwszym akapicie miałam wrażenie, że czytam książkę historyczną, albo reportaż. Właściwie nawet mi się to spodobało, ale postanowiłam o tym wspomnieć, ponieważ nie każdy taką narrację lubi. Kiedy sprawa się komplikuje? Kiedy do narracji w tym tonie wkradają się elementy fantastyczne.Czytasz sobie o oblężeniu miasta, a tu nagle koleś zmienia się w jaszczurkę. Może to tylko moje wrażenie, ale zazgrzytało mi to niezmiernie.
Książka opowiada o oblężeniu Tenochtitlan przez żołnierzy Hernanda Corteza. Nie będzie tu jednak przybicia Hiszpanów do brzegów Ameryki, ani pierwszego spotkania z Montezumą. Właściwie akcja zaczyna się na długo po tym, Montezuma już nie żyje, a władze przejmuje jego brat Cuitlahuac. Pomimo iż historia pisana jest na wiele głosów, zarówno historycznych postaci jak Malinche (Doña Marina) jak i fikcyjnych jak Sowa Kwezal to właściwie za żadnym z tych bohaterów do końca nie podążamy. W rezultacie nie ma ani jednej postaci którą się lubi, ani jednego wątku który zapada na w pamięć.
Co, moim zdaniem, jest najgorsze w powieści? Właściwie już o tym napisałam – mnogość postaci, a może też sposób prowadzenia narracji sprawia, że nie można żadnego z bohaterów polubić. Z żadnym się zidentyfikować. Rozumiem, że miało to raczej przypominać swojego rodzaju nietypowy reportaż, prawdopodobnie autor nawet celowo to zrobił, żeby każdy czytelnik mógł sam ocenić, albo przynajmniej być „świadkiem” tamtych wydarzeń. Pamiętajmy jednak, że autor zdecydował się na elementy fantastyczne, fikcyjne postacie i pomimo rzetelnego przygotowania wiele z opisanym wydarzeń musiał dodać sam. Ludzie tam są takie postacie jak Hernán Cortés, jak Malinche, jak Bartolomeu Dias! Naprawdę? Naprawdę trzeba było zrobić to tak…. nudnym. Wracając do Malinche, która mogła zostać jedną z ciekawszych kobiecych postaci dostajemy… pokorną, uległą Indiankę. W ogóle sceny seksu z trzynasto i czternastolatkami mnie obrzydzały, nawet nie ze względu na opis, ale ze względu na to, jak wiele ich było. Ja chcę czytać o oblężeniu Tenochtitlan, o potyczkach w mieście, o planach ataku i obrony, o tym rybaku co przemyca jedzenie do miasta, a nie o tym jak po raz kolejny ktoś ujął młodą, jedną niewyrośniętą pierś, albo „wszedł w nią dziko”. Ponownie mam problem, ponieważ nie oszukujmy się tak było. Za żony brało się wtedy dziewczynki dwunasto, trzynasto, czternastoletnie, a Malinche najprawdopodobniej była pokorna i uległa, ale czy autor mógłby się w końcu zdecydować czy pisze reportaż o tym co mogło się wtedy dziać czy powieść z kolesiem zmieniającym się w jaszczurkę? Bo chyba to jest największy zarzut – nie wiem jak mam traktować tę książkę.
Po tym jakże jadowitym akapicie chciałabym zaznaczyć, że powieść ma też mocne strony. Nie można odmówić autorowi wiedzy o tamtych czasach. Nawet nie zauważyłam jak pisarz czerpał z wierzeń europejskich i jak sprytnie je przeplótł z Indiańskimi, dopiero przeczytanie sekcji „Od Autora” mi to uświadomiło. Pierwsze kartki z jednej strony odrzucają, z drugiej uruchamiają tą gorszą część naszego umysłu, która mimo wszystko pozostaje zainteresowana brutalnymi praktykami tamtych ludów. Czytając opis Tenochtitlan, ma się wrażenie, że jest się w tamtym miejscu, przechadza przez korytarze wielkich pałaców, podziemia świątyń i pełne komarów uliczki Moyotlanu. Powinnam może oznaczyć to jako spoiler, ale mam nadzieję, że moi czytelnicy ogarnęli choć tyle z historii aby nie być zdziwionym. W momencie kiedy Tenochtitlan płonęło, kiedy miasto, niegdyś piękne i wspaniałe tonęło we krwi aby w końcu upaść poczułam prawdziwe ukłucie żalu. Myślę, że należą się wyrazy uznania Gołębiewskiemu za sam fakt porwania się na taką tematykę. Ile powstało książek o podboju Meksyku? Ile z nich stara się wniknąć w kulturę i mentalność Azteków i Indian Mezoameryki? I ile z nich napisali Polscy pisarze? Na pewno trochę się z nich znajdzie, ale czy nie mamy znacznie więcej powieści historycznych o starożytnym Rzymie? O Templariuszach czy osiemnastowiecznej Francji?
Podsumowując… nie wiem co myśleć o tej książce. Nie wiem czy mam ją polecać czy odradzać. Pewnie stali czytelnicy Gołębiowskiego by się nie zawiedli, ale czy warto ją polecić osobom które chcą przeczytać powieść osadzoną w innej epoce? Moim zdaniem nie. Mam tylko nadzieję, że moja recenzja pozwoli wam samym podjąć decyzję czy sięgnąć po ten tytuł. Dajcie znać w komentarzach co sądzicie :)
kawoszka24 (trybunpopkulturowy.blogspot.com)

Powieść historyczna z elementami fantastyki.
Tak by się zdawało z początku. Spojrzałem jednak na to, czym są te elementy fantastyczne. Wyszło, że one opisują aztecką kulturę, historii upadku Tenochtitlan nie determinują. Są wzbogaceniem naszej wiedzy historycznej o sferę sacrum. Tamtego wieku w tamtej części świata. Splatając ze sobą jedno z drugim.
„Krzyk kwezala” to nietypowa powieść ze znikomą ilością dialogów. Właściwie to nie dialogów, co wypowiedzi bohaterów, takich uroczystych – jeśli idzie o Azteków, choć nieprzesadnie. Wtedy ten język zapewne stałby się niestrawny. W każdym razie dialogi w tej książce nie pełnią zasadniczej roli.
Bohaterów moc. Obydwie strony, tak Hiszpanie, jak Aztekowie reprezentowani są co najmniej niewąsko.
No i błąd!
Wrogowie Azteków to nie tylko Hiszpanie! Europejczyków niewielu, po stronie najeźdźców najwięcej Indian, którzy atakują w pierwszym szeregu, swoimi trupami wyściełając władzę przybyszom zza morza, a przede wszystkim rujnując stary świat. W każdym razie ważnych postaci mnóstwo. Wszystkie przedstawione i zróżnicowane, przez co uzyskujemy nietypowe spojrzenie, a głównym bohaterem staje się upadające miasto. Bo Tenochtitlan jakby stawało się postacią.
Krwi toczą się rzeki bezbrzeżne. Obydwie strony nie oszczędzają się. Krew jednakże nie jest przelewana li tylko po to, by ubarwić historię. Taki to był moment historyczny. Przelewanie krwi pokazuje bardzo odmienne podejście do wojny Europejczyków i Indian.
Hiszpanie zachowują się bardzo pragmatycznie, wychodząc z założenia, że trup przestaje stanowić przeszkodę i można sięgnąć po bogactwa, które cieszy najbardziej. Tymczasem dla Azteków wojna ma walor mniej świecki, a już na pewno nie pragmatyczny, to rytuał, wręcz święty obrzęd, którego celem jest wzięcie wroga do niewoli, po czym złożenie go w ofierze, by bogów ucieszyć i świat ocalić.
„Krzyk kwezala” w niezwykły sposób ukazuje starcie dwóch bardzo odmiennych kultur, uwidaczniając zasadnicze różnice pomiędzy nimi. Przede wszystkim te wynikające z hierarchii wartości: pragmatycznej – białego człowieka, obrzędowej – Indian.
O dziwo, wojna nie przeszkadza w ukazywaniu zróżnicowanych postaw. Mimo niebywałego przelewu krwi świat Azteków to także ogrody, w nich nieprzebrane bogactwo roślin i zwierząt. Ponadto całkowicie odmienne budownictwo, wszystko zaś kipiące życiem, mające swój cel. Czuje się to. Ten świat, co przeminął, po prostu namacalny.
Słowem jest to książka bardzo dobra, a nawet więcej, dlatego gwiazdek: dziewięć.
Linoskoczek (Lubimyczytać.pl)

Płodność autora jest imponująca; portal „Lubimy czytać” proponuje 31 jego pozycji. Uprawia jednocześnie beletrystykę, publicystykę, reportaże i książki podróżnicze, ale przede wszystkim jest wybitnym specjalistą „na rynku” książki. Wydaje „Magazyn Literacki Książek´ i „Bibliotekę Analiz”.
W ostatnich dniach błyszczał świetnymi reportażami ze swojej podróży do Etiopii /p. strona „Xenna-moja miłość”/. Omawiany „Krzyk Kwezala” jest niewątpliwie pokłosiem jego wędrówek po Meksyku, które uwiecznił w książce wyd. w 2007 r pt „Meksyk – kraj kontrastów”.
„Kwezala..” przeczytałem, i to z przyjemnością, jak i rosnącym zaciekawieniem, lecz opowiedzieć go nie mogę ze względu na NIEWYMIAWALNOŚĆ wielu nazw używanych przez autora. Bo rzecz się dzieje w TENOCHTITLANIE, gdzie czczono boga – QUETZALCOATLA, lecz był też Dom Boga – HUITZILOPOCHTLA i Światynia Turkusowego Pana XIUHTECUHTLI. Miasta to QUIAHUIZTLAN, TEOETICPAC i OCETELOLCO. Nawet zwykła błyskawica – to XONECUILLI.. Jeno słabość autora do płci pięknej, skłoniła go do nadania jej przedstawicielkom „ludzkich” imion. I tak mamy Malinche, Marię Luisę, Chimalmę i Cintli, a główna bohaterka – Tecuichpo, też, po jakichś 100 stronach, da się wymówić.
Szeroki wachlarz zainteresowań autora znajduje odzwierciedlenie w tekście, dzięki temu książka jest i edukacyjna, i „krwista”, i erotyczna. Z powtarzających się określeń zapamiętałem: obsydianowy topór, obsydianowe ząbki, obsydianowe ostrze oraz oliwkowe sutki. Obsydian to szkliwo wulkaniczne, najczęściej czarne, o szklistym połysku, a oliwkę wszyscy znają. Uczepiła się mnie też ładnie brzmiąca nazwa białej sukienki /pod którą jest naga -str.51/ – huipilli.
Pobudziło mnie uprawianie antropomorfizmu, choć osobiście wolałbym zmienić się w jakieś inne zwierzę niż salamandra. W ogóle dowiedziałem sie wielu b. interesujacych rzeczy, jak np, że Aztekowie nie znali konii, i to w XVI wieku.
Ukończywszy lekturę trafiłem na dziesięciostronicową notę Od autora, której przeczytanie mnie zdenerwowało. Bo nie zauważyłem jej wcześniej. Wina wspólna Wydawnictwa i moja; oni powinni umieścić ją na „przodku”, a ja, mimo wszystko, ją przed lekturą znależć. Bowiem notka ułatwia wejście w świat obcy przeciętnemu czytelnikowi, ponadto jest bardzo uczciwa i rzeczowa: Gołębiewski opisuje warsztat pracy, wyjaśnia co jest prawdą historyczną, co hipoteżą, co ewentualnie mogłoby się zdarzyć, a co jest czystą licentia poetica. Znajdujemy tam też trafne samookreślenie swojej pracy: „To powieść zupełnie nowa dla mnie samego… …Chciałem aby to była najbardziej współczesna opowieść o Tenochtitlanie..”. I to się autorowi udało, więc ja ochoczo ją polecam.
Wojciech Gołębiewski (LubimyCzytać.pl)

Największe plusy powieści to bardzo solidnie nakreślony świat, architektura, ogrody, sposób walki, rodzaj zastosowanej broni, religia. Te wszystkie czynniki sprawiają, że nie sposób się oderwać od książki – żona prawie kijem mnie od niej odciąłgała. Wraz z upadkiem Tenochtitlanu straciliśmy część naszego dobytku kulturalnego, była to nie tylko klęska Azteków ale również całej ludzkości. Biblioteki pełne poezji, nauki o astronomii, powieści i mitologii przepadły, a wiedza zgłebiana od pokoleń zginęła bezpowrotnie. Książkę tę polecam każdemu kto interesuje się schyłkiem średniowiecznej historii, losami Indian, kolonizacją ale także fanom gatunku. Nie jest to jednak lektura dla każdego ze względu na bardzo krwawo opowiedzianą historię.
Bartłomiej Grabowski (LubimyCzytać.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

29 czerwca 2020 o godz. 23:17

Kowid

being-alone-alone-archetype-archetypes

Brzmi jak Zbowid, albo jak Covid, ale tak sobie wyobrażam dalszą drogę Hołowni – Komitet Obrony Wolności i Demokracji. Tylko wszystko to już było. Hołownia ma lepszą aparycję, a Kukiz lepszy głos. Wynik wyborów to dla mnie zaskakująco kompromitująca porażka Kosiniaka-Kamysza, zaskakujący i niezrozumiały sukces Bosaka. Poza tym nic mnie nie dziwi. Lewica kolejny raz zakpiła sama z siebie. Polaryzacja sceny nienawiści ma się dobrze – PO-PiS to nie jest żaden wybór. Albo może delikatny, między nieudacznictwem a dyktaturą. Chciałoby się czegoś innego, ale nie ma. Nie głosowałem. Mam od cholery roboty. Nawet wsiałem na rower, podjechałem pod mój punkt wyborczy, ale zabrakło im kart do głosowania, kolejka była na dwie godziny. Sorry Vinnetou, ale aż tyle czasu to ja nie mam, muszę zapierdalać. W drugiej turze zamówię sobie głosowanie do domu. A podsumowując wątek tego jak i za ile głosować, to skoro mogę płacić blikiem, to dlaczego nie mogę tak samo głosować? Wiem, wiem, jestem obojętny na sprawy ojczyzny i narodu, ale wydaje mi się, że skoro moje 100 zł jest bezpieczne w transakcji online, to głos też jakoś przeleci. Ale to dygresja, nie jestem ekspertem od zabezpieczeń online. Gdybym miał oddać głos, to bym głosował na Kosiniaka-Kamysza, czyli dobrze, że nie oddałem, bo głupio jest głosować na sromotnie przegranych. Ale może też i głupio na wygranych… Jak listonosz przyniesie zestaw na drugą turę, to spróbuję, doświadczenie mnie jednak uczy, że wygrywa ten, kto pracuje, a nie ten, co głosuje. Chociaż, co ja tam wiem… pewnie wygrywa ten, co bliżej koryta, a ja pracuję żeby mu sfinansować podatkami pensję.

14 czerwca 2020 o godz. 18:08

Ucho igielne

Mysliwski_Ucho-igielne_500pcx

Wspaniała opowieść, kolejna jego wielka książka Wiesława Myśliwskiego. Nigdzie się nie zaczyna, nigdzie się nie kończy, zawiera w sobie wiele różnych opowieści, nie dokończonych, urwanych, ale razem składają się na opowieść o ludzkim losie, o przemijaniu, o krótkotrwałości wszystkiego. Co z tego jak się rozwinie ta, czy inna historia, skoro zawsze każda z nich będzie miała koniec, los nasz napiętnowany jest końcem. Bohater jest profesorem historii, ale to książka o tym, że nie ma jednej historii, że nie ma ogólnej historii, są tylko fragmenty, są relacje, wspomnienia, które znaczą tyle tylko, ile chcemy im poświęcić uwagi. Oczywiście, są też sprawy bezwzględne, wykraczające poza los jednostki, w „Uchu igielnym” mamy w tle drugą wojnę światową, getto, komunizm i to, co po komunizmie. Są nieszczęścia, kataklizmy, wykraczające poza te pojedyncze głosy, poza opowieści o miłościach, rozczarowaniach, ambicjach, niedomaganiach, chorobach, jakiejś śmierci, jakiejś niedogodności, jakiejś chwili radości, sukcesu. „Ucho igielne” opowiada jednak przede wszystkim o tych wszystkich drobnych rzeczach, na które składa się nasze życie, do ram historii jakoś każdy się musi dostosować, a to jak to zrobi, to już jego sztuka wyboru, albo umiejętność, dojrzałość, albo fart zwyczajny. Bohater raz jest dojrzały, raz nie jest, raz jest stary, raz młody, bo przeplatają się narracje z różnych okresów jego życia, ale i wiek nie ma znaczenia, bo człowiek może być i stary i młody zarazem, niezależnie od wieku. Czym zaś jest tytułowe „Ucho igielne”? Ludzką niemożliwością. W Biblii czytamy, że „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”. Jest też wieczną poczekalnią, miejscem, które filtruje marzenia i pragnienia, pozbawia wiary, że warto dalej próbować. Nie warto. Bohater powieści Myśliwskiego raczej ucieka niż poszukuje, raczej porzuca, niż zdobywa, raczej tęskni, niż pragnie. Nie on jest tu bowiem ważny, lecz pamięć pojedynczych osób, składająca się na pozbawioną linearności opowieść o wspólnym losie. Czy bogaty, czy biedny, czy ślepy, czy garbaty, czy wielbłąd, los każdego jest na koniec jednakowy. Dlatego powieść się urywa, znasz, czytelniku, zakończenie.

13 czerwca 2020 o godz. 17:14

Łukasz Klesyk o książce „Gin”

gin_ksiazka

„Gin wraca na salony. Taką tezę stawia Łukasz Gołębiewski w swojej książce „Świat wykwintnych alkoholi. Gin”. Nie sposób się z nią nie zgodzić. Nie sposób też nie docenić talentu dydaktycznego autora i jego ciężkiej pracy – publikacja zawiera historię jałowcowego napitku w pigułce, opis technologii jego wytwarzania i ponad sto notek degustacyjnych” – chwali Łukasz Klesyk w recenzji książki, której całość można przeczytać na stronie Winicjatywy: https://winicjatywa.pl/gin-wraca-na-salony/#post-196887.

9 czerwca 2020 o godz. 15:36

Whisky Talks

103275082_2861500544169616_8843027789163528192_o

Whisky My Life opublikowało rozmowę o whisky z Łukaszem Gołębiewskim w ramach cyklu „Whisky Talks”, także w wersji angielskiej: https://whiskymylife.wordpress.com/2020/06/05/whisky-talks-5-lukasz-golebiewski. Pytania zadawał Piotr Stachura. Wcześniej w cyklu ukazały się rozmowy z: Davem Broomem, Adamem Frankowskim, Alasdairem Day i Rafałem Nawrotem, a kolejna będzie z Fergusem Simpsonem.

30 maja 2020 o godz. 23:40

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover-33

Ukazał się nowy numer (3/2020) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

20 maja 2020 o godz. 23:10

Nowy numer Aqua Vitae online

av_3_20

Udostępniliśmy już bezpłatnie do czytania najnowszy numer magazynu Aqua Vitae. Oczywiście wszyscy prenumeratorzy i sprzedawcy otrzymają egzemplarz także w formie papierowej. Jeżeli będziecie chcieli nas wesprzeć, to zajrzyjcie proszę tutaj: https://zrzutka.pl/av i wpłaćcie co łaska. A oto link do najnowszego numeru: https://issuu.com/spirits.com.pl/docs/aquavitae_3-33_-net.

18 maja 2020 o godz. 13:05

Biedaki, nie dostali w rządzie premii!

emilewicz

Wicepremier Emilewicz zabrała głos w sprawie uposażeń pracowników państwowej administracji. „Premier Morawiecki i tak wstrzymał dodatkowe nagrody w całej administracji. To bardzo trudne dla nas” – powiedziała w rozmowie z Radiem Zet. O, to biedaki! Ludzie tracą pracę, mają obcinane zarobki, a elity płaczą nad brakiem dodatkowych nagród! Wstyd takie rzeczy mówić. Policja pałuje protestujących, a jedyna odpowiedź rządu, to użalanie się, że przyjdzie poczekać na wstrzymana premię! (nie zabraną, żeby przekazać na inne cele, a wstrzymaną, pewnie zostanie wypłacona ze stosownymi odsetkami, sic!).

17 maja 2020 o godz. 13:35

Gaz na ulicach

SONY DSC

Wczoraj rozbisurmaniona przez rząd policja w Warszawie brutalnie zaatakowała protestujących przedsiębiorców. Zasłaniając się koronawirusem policja nadużywa uprawnień z pełną dowolnością, dając po łapach tym, którzy są niewygodni. A państwowe radio, zdejmuje z anteny nieprzychylne władzy piosenki. Komuno wróć! Przedsiębiorcy wystosowali całkowicie słuszne i w części bardzo proste do natychmiastowego wprowadzenia postulaty, m.in.: „maksymalna, odpowiednia do skali kryzysu redukcja w administracji publicznej, obniżenie wynagrodzeń do minimalnej krajowej w ministerstwach, agencjach, funduszach skarbu państwa, zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na finansowanie wsparcia dla MSP i obniżki danin – ZUS, podatków i VAT”. Tylko przyklasnąć. Do tego chcieli dymisji premiera i ministra zdrowia, ale to chyba na zasadzie, że w przypadku negocjacji będzie od czego odstąpić. Urzędasy i ministrowie mogli dać godny Chrześcijan przykład solidarności ze społeczeństwem i zrezygnować z apanaży, a władza z komfortu świty służalców, korona z głowy dyrektorowi departamentu nie spadnie jak sam wykona proste czynności, które na co dzień deleguje zastępcom i podwładnym. Protestujący nie wzięli jednak pod uwagę prostego wyjścia władzy – nie będzie negocjacji, będzie przemoc. Gaz, w ruch poszły pałki, a wytłumaczenie proste – w czasach pandemii skupiska ludzi są nielegalne. Reżim kocha pandemię, a policja, tak jak w czasach, kiedy była milicją, z radością przyłącza się do tańca przemocy, wszak pacyfiści raczej nie wybierają pracy w mundurze. Bezkarna przemoc, policmajster psychopata, który nie tak dawno zamordował młodego chłopaka w Koninie pozostanie jednym z symboli tych zarażonych czasów. Wirus nienawiści rozprzestrzenił się w Polsce tak skutecznie, że stał się epidemią straszniejszą od koronawirusa.

8 maja 2020 o godz. 11:52

Na co komu prezydent?

Awantura o termin wyborów prezydenckich skończyła się farsą. Wyborów nie będzie, bo nikt ich nie przygotował. Jednocześnie zmarnowano pieniądze na przygotowania, druk kart wyborczych, niepotrzebnie angażowano Pocztę, nie mówiąc już o tym, że politycy kolejny raz zajmowali się nie tym, co dla ludzi istotne. Czy w imię solidarności z rosnącą grupą bezrobotnych w Polsce nie powinno się w ogóle zlikwidować urzędu prezydenta, zwolnić kosztowne etaty jego świty, wymiernie odciążyć budżet? Korzyści z urzędu prezydenta znikome, jeśli nie zerowe, a oszczędności wielkie. W interesie społecznym będzie przesunięcie środków budżetowych z urzędu do ludzi! Darujmy sobie w ogóle wybory, szkoda czasu i pieniędzy.

13 kwietnia 2020 o godz. 14:56

Kilka refleksji o sporcie

600px-Sport_balls.svg

Tak sobie myślę, że po koronawirusie w sporcie nic nie będzie takie, jak było w ostatnich dwóch dekadach. Nastąpi cofnięcie się do lat 80. XX wieku. Nie będzie transferów za dziesiątki milionów euro, nie będzie milionowych pensji. Sport będzie dużo uboższy. Nie tylko dlatego, że traci każdego dnia na wpływach z biletów, praw do transmisji czy reklam. Także dlatego, że dotychczasowi sponsorzy i reklamodawcy będą mieli inne, ważniejsze wydatki. Jedni żeby przetrwać, inni żeby się rozwijać. Lokowanie sponsoringu w sporcie nie będzie najlepszym sposobem na wydawanie pieniędzy, skuteczniej będzie je wydać na pomoc dla służby zdrowia czy duże programy socjalne lub stymulujące gospodarkę. Sport zejdzie na margines zainteresowań. Owszem, nadal nie będzie brakowało kibiców, ale pieniędzy może być mniej nawet o 90%. Sportowcy przestaną być celebrytami. W sumie – to dobrze. W dzisiejszych czasach większym bohaterem jest lekarz, który ratuje życie, niż ten, kto strzela trzy bramki w meczu. Ciekawe, czy brak pieniędzy, a także bardzo ograniczone możliwości treningów w obecnym czasie, czy to wszystko odbije się też na wynikach, formie? Być może rekordy bite do marca 2020 roku pozostaną nimi jeszcze przez kilka najbliższych lat, właściwie w każdej dyscyplinie. Nie specjalnie mnie to martwi, zwłaszcza w sytuacji, kiedy tego sportu w ogóle nie ma, i kiedy zamiast czytać – jak zawsze – informacje sportowe, czytam codziennie (z nudów) o wybrykach polityków i liczbach zgonów na świecie. Biedniejszy sport może być sportem bardziej uczciwym, bardziej wyrównanym, bardziej opartym na rzeczywistej rywalizacji, włożonej pracy i umiejętnościach, a nie na wpompowanej forsie. Biedniejszy sport może być bardziej czysty i dla kibica zwyczajnie ciekawszy. A, że sportowcy dostaną po kieszeniach… Cóż nie tylko oni!