15 kwietnia 2011 o godz. 22:36

Wyłowione z Netu o „Bombie w windzie”

Recenzje i opinie o powieści, które ukazały się w internecie.

Zapewne w autorskim założeniu Bomba w windzie miała być książką ambitną, ciekawą i przede wszystkim nowatorską. Niestety, nie wiedzieć czemu zrealizowane dzieło za nic nie przypomina tego planowanego, a to, co czytelnik dostaje, to nieco wtórna powiastka, która sama w sobie się gubi. I nie zachęca, by jakoś się w niej (ją) odnaleźć.
Richard Burton, Anglik, główny bohater najnowszej powieści Łukasza Gołębiewskiego,  hedonista i lekkoduch, zostaje uwieziony w windzie hotelu, w którym wynajmuje pokój. Wszystko – a przynajmniej on sam jest o tym święcie przekonany – wskazuje na to, że ktoś podłożył bombę. Mężczyzna traci głos, uszkadza sobie kostkę, ma przy sobie tylko kilka zbędnych drobiazgów i… popada w maniakalne myślenie o śmierci, która w jego mniemaniu niechybnie go czeka w ciemnym windowym szybie. Oczekując na pomoc spogląda wstecz na całe swoje życie, które okazuje się być ciągiem niebezpiecznego balansowania na granicy życia i śmierci.
Sam pomysł na taką powieść nie jest zły, choć – jak zostało wspomniane – wtórny. Nieco schematyczny jest i bohater, i jego położenie, które aż prosi się, by właśnie w taki sposób pociągnąć fabułę. Wieczny ryzykant, któremu zawsze wszystko uchodziło na sucho, nagle staje w obliczu śmierci (choć można odnieść wrażenie, że nieco przesadza, powiedzmy, że jest po prostu w nieciekawym położeniu…) i zaczyna przypominać sobie wszystkie wcześniejsze, podobnie niebezpieczne sytuacje, z których jednak zawsze wychodził cało. Teraz jednak ciasny szyb windy nie rokuje zbyt dobrze, w końcu Burton nie ma głosu (w zasadzie dlaczego…?), więc nie może krzyczeć. Ma jednak na tyle samozaparcia, by spisywać swoje przemyślenia, w zupełnych ciemnościach, zapewne ku potomnym… Opowiada więc historię swojej rodziny, w której wszyscy ginęli w niemalże hollywoodzki sposób, snuje wydumane egzystencjalne rozważania, filozofuje aż miło… Cała sytuacja wydaje się nieco groteskowa, sytuacja jest nieco przejaskrawiona, bohater po krótkim czasie (oczywiście nie ma zegarka, komórka nie działa…) zaczyna usychać z pragnienia i pije własny mocz, bo właśnie dzięki temu kiedyś przeżyli uwięzieni pod ziemią górnicy. Opowiada o swoich miłosnych podbojach, narkotykowych ciągach, stryjence Helen, która straszyła go opowieściami o duchach i rodzicach, którzy zginęli – jakże by inaczej – w katastrofie lotniczej, największej pod względem liczby ofiar w lotnictwie cywilnym. Wszystko więc, nie tylko bohater, jest silnie nadmuchane, napompowane, z wielkim blichterm, ale… zupełnie nieprzekonujące i miałkie. Trudno stwierdzić, czy tak miało być – czy zarówno bohater, jak i snute przez niego wspomnienia mają być raczej traktowane z przymrużeniem oka (mimo całej dramaturgii, wszak to opowieści, którym patronuje Tanatos…), czy to historia zupełnie na poważnie, mająca stanowić przyczynek do refleksji nad własnym życiem, traktowanym czasem w nieco zbyt lekki sposób? Żaden pomysł nie jest dobry, bo ani tu nic do śmiechu, ani nic, co skłaniałoby do głębszych przemyśleń. Ot, taka sobie historia, właściwie bez głębszego sensu.
Ratunkiem (ale czy na pewno…?) dla niej mógłby się wydawać niespodziewany „zwrot” akcji. Oto nagle opowieść Richarda urywa się w momencie, kiedy ten w końcu decyduje się wypalić ostatniego chesterfielda, a jej miejsce zastępuje już ciąg odautorskich uwag odnośnie samej postaci głównego bohatera (który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach…) i jego notatek, które rzekomo zostały autorowi przekazane. Okazuje się, że żaden wybuch w windzie nie miał miejsca, ba, może nawet sam Richard Burton nie istnieje. Rodzi się banalne pytanie: po co więc cała ta historia? Cała powieść okazuje się jedną wielką mistyfikacją, bo i główny bohater, jak się okazuje, lubił sobie nieco pofantazjować odnośnie swojego życiorysu. Nie wie tego również sam autor, który wciela się w rolę narratora i sam pozwala sobie na autokreację, której jest nieco zbyt dużo. Byłem, widziałem, rozmawiałem… O kim w zasadzie jest książka? Jaki ma cel? Kim był Richard Burton? Trzeba wspomnieć, że jego historie o balansowaniu na granicy życia i śmierci nie są jakieś nad wyraz ciekawe, jak zostało wspomniane, są raczej naciągane, od skrajności w skrajność, od osobowości w osobowość. Czyli można uznać, że de facto Burton był nijaki, bo sam nie potrafił odnaleźć sposobu na swoje życie, był bezcharakterny, a wszystko to nadrabiał pewnością siebie (trącącą z lekka desperacją) i arogancją. Po prostu zabawy w nieśmiertelność, a może raczej lekkomyślność, niedojrzałego chojraka. Który zresztą mógł wcale nie istnieć. Który może jednak gdzieś jest. Który prawdopodobnie… Który jest nudny, ot, po prostu, co to dużo mówić.
Czy możliwe byłoby inne rozwiązanie fabularne książki? Richard mógł przeżyć, zostać uwolnionym z windy po dwóch godzinach, które jemu wydawały się wiecznością, w ciągu których postradał zmysły, bo wcale nie był taki odważny…  Ale to dałoby się przewidzieć. Mógł umrzeć w windzie i pozostawić po sobie wspomnienia nawróconego męczennika, który szczerze żałował swojego nieodpowiedzialnego życia. Ale to też byłoby za proste. Niestety, powieść pozbawiona jest zupełnie potencjału, który mógłby uczynić z niej coś więcej, niż po prostu kolejny lekturę, która próbuje zmierzyć się z tematem śmierci, ale jakoś sobie nie radzi. A szkoda, bo może w tym tkwiłaby jej szansa na zupełnie inny, całkiem pozytywny odbiór. Powieść (powiastka) popularna mogłaby okazać się nośnikiem wyraźnych wartości, których nie trzeba by się głęboko dopatrywać, bo byłyby oczywiste, i które nie musiałby być definiowane, ergo nie traciłyby na znaczeniu. Refleksja o śmierci byłaby widoczna i wystarczająco mocno sugestywna. Jednak w takim kształcie, w jakim powieść jest, nic mocniejszego nie da się z niej wykrzesać. Jednym z lepszych wydanych w ostatnich latach „podręczników umierania” są eseje Anatole’a Broyarda, który – będąc na łożu śmierci w ostatnim stadium choroby – puszcza do czytelnika szelmowski uśmiech i opowiada, w jaki dobrze umierać. Przytacza też setki innych dzieł, w których śmierć stanowi motyw przewodni. Podobnie mogłoby być w Bombie w windzie (mimo że utwory diametralnie różnią się od siebie), choć  tu dziełami byłyby fragmenty z życia, a chwile w windzie mogłyby być spowiedzią, błyskotliwym rachunkiem sumienia… No ale nie są, a powieść nie mierzy tak wysoko. Oczywiście, nie można zarzucić autorowi, że nie spełnił swoich obietnic, bo jednak nic nie obiecał,  raczej  chciał zaskoczyć. Tylko ciężko zrozumieć, czym…
Poprzez ukazanie brawurowego, miejscami zupełnie niewiarygodnego życia londyńczyka Richarda Burtona, a później poddanie wszystkiego, co zostało przez niego powiedziane wszelkiej wątpliwości, autor stara się wprowadzić czytelnika w zakłopotanie, robi mętlik w głowie, do końca trzyma w zawieszeniu. Gdzieś jednak podczas lektury traci się zainteresowanie tym, czy opowiedziana historia jest prawdziwa, rozmywa się jej sens. Ukazuje się autor, który poszukuje swojego bohatera, sam przy tym wcielając się w główną postać swojej książki, co niejako sprowadza powieść na ziemię – ze strefy śmierci, o którą czytelnik ocierał się wraz z Burtonem, z szaleństwa, któremu się poddawał, z niesamowitych, prawdziwych lub nie, przygód zostaje jedynie niepewność i – co tu dużo mówić – rozczarowanie. Bo jeśli Richard Burton nie istnieje – to po cóż wkładać do głowy takie historie. A jeśli istnieje – ok, ale już sama wątpliwość odnośnie jego osoby sprawia, że wraz ze zbliżaniem się do końca lektury staje się on niewyraźny, wyblakły… Robi się z Bomby w windzie jakiś zbeletryzowany paradokument, coś na kształt Lemowskiej Doskonałej próżni (znowuż należy przywołać się do porządku – oczywiście, to zupełnie inna liga…). Ale cóż – autor sam sobie, o sobie i o nieistniejącym bohaterze… Tylko czy ktoś da się nabrać?
Bomba w windzie ma jeszcze jedną przywarę, którą można podciągnąć pod literacką pornografię. Niech tak Cejrowski powie w środku kolejnej książki, że nigdy nie ruszał się z domu, Kornaga przyzna, że jest Adamem z Gangreny, a tęgie głowy niech powiedzą, że Kopciuszek naprawdę istniał. I gdzie będzie ta literacka magia, która pozwali uwierzyć w każde pisane słowo, będzie trzymać w napięciu i mówić „strzeż się psychopatów, bo przecież tacy mogą być” lub da nadzieję, że „może taka kobieta gdzieś istnieje”? Gdzie będzie ta banalna myśl o zbójeckich książkach, prawdziwych lub nie, możliwych lub nie… Proste – nie będzie jej, zostanie wyparta, brutalnie wyrwana i obdarta ze swego znaczenia. Bo ona jest w tym, co niewypowiedziane, rodzi się w umysłach, wynika z czytelniczej suwerenności, która pozwala wierzyć – lub nie – w to, co jest pisane. Powieść Gołębiewskiego nie daje nic, pozbawia ciekawości, otwiera puszkę Pandory, nawet nie daje szansy na wiarę lub jej brak. Pewnie tak miało być, w tym miała być jej siła, wstrząs prawdziwie pobudzający… Cóż, nie udało się. Co z tego, że sam, jak mówi, nie wie, czy Burton istnieje. Czytelnik nie wie jeszcze bardziej i być może już w ogóle nie chce się dowiedzieć. Tak obnażyć książkę, tak bezwstydnie…
Jednego nie można powieści ująć – zgrabnie napisaną historię Richarda Burtona, a później Łukasza Gołębiewskiego czyta się naprawdę przyjemnie. Ale cóż z samego aktu czytania, skoro nic po nim nie zostaje, a i język, jak się okazuje, to w końcu tylko słowa. Bo może do tego sprowadza się powieść? Może to historia nie o człowieku, a o jego słowach, które – jak każdy pisarz i miłośnik książek wie – mają moc sprawczą? Może to nie Richard Burton opowiadał o sobie, ale sam był opowiadany, sterowy słowami? Wydaje się jednak, że pojęcia takie jak metajęzyk, egzystencjalizm, eschatologia i tanatologia – a więc te, o które powieść się ociera, to trudne słowa. Zbyt trudne, jak dla takiej powiastki. Więc jeśli i je wykreślić, to Bomba w windzie nie ma już w ogóle czym zainteresować.
Roksana Ziora, ksiazki.wp.pl

Nową powieść Łukasza dostałam niedawno. Tytuł mnie bardzo zaciekawił. Poza tym chciałam sprawdzić w jakiej jest formie literackiej, przyznam,że ZŁAM PRAWO bardzo ale to bardzo mnie rozczarowało. Oczekiwałam czego innego a nie udało się Łukaszowi zrobić kolejnego kodu. Czy BOMBA zrekompesowatała mi to?
Bomba jest historią człowieka zamkniętego w windzie. Pytanie kim jest bohater i jak tam trafił. Ciekawy pomysł, nie ukrywam.
Na początku człowiek myśli,że to kolejna bajeczka o terroryźmie ale nie. Z terroryzmem ta powieść ma mało wspólnego. Nawet w tej powieści jest sam autor jako Lucas Gołębiewski. Od czasu Xenny to jest to na pewno najlepsza powieść. Jednak znów mamy do czynienia z autorem, który jest zagubionym chłystkiem z dobrego domu no i autor zadaje pytanie czy owy Richard istniał naprawdę, do końca tego nie wiemy. Zakończenie jest dla mnie bardzo komercyjnie wręcz telenowelowate. Jakby to ująć mało bombowe.
Anna Czyrska, annaczyrska.blog.pl

Nie wiem jak mam zacząć tą recenzję. Szczerze mówiąc czytającą pozycję dostałam zupełnie coś innego niż oczekiwałam. Opis na okładce obiecywał przygodę, ale ja jej nie odkryłam… Ale może ona tam gdzieś jest, może ja jej nie odkryłam…
Książka zaczyna się w momencie gdy Richard budzi się w szybie windy po jakimś czasie od wybuchu bomby w windzie (najprawdopodobniej). Po chwili zdaje sobie sprawę, że jeśli go nie odnajdą to zginie. Z tą świadomością zaczyna wspominać swoją przeszłość i to ile razy otarł się już o śmierć i przeżył. Wspomina również swoje czyny, tro jaki był, jak postępował. Można by powiedzieć, że robił rachunek sumienia.
Książka mi się średnio podobała, ale miała coś takiego, że musiałam ją skończyć czytać. Jak już wspomniałam wcześniej książka średnio mi się podobała. Nie dostałam tego czego oczekiwałam. A dostałam historię człowieka (otego być może nie do końca prawdziwą), który tak naprawdę żył z dnia na dzień nie dbając o jutro. Zdanie innych ludzi się dla niego nie liczyło, ale żyć na cudzy koszt potrafił. Był bez celu do którego by mógł dążyć. Odebrałam go jako dorosłe dziecko, które nie chciało lub nie potrafiło dorosnąć. Wydaje mi się, że Richard zachorował przez swoje zachowanie, które dla mnie nie było normalne? Co było tego przyczyną i czy dało by się tego uniknąć? Tego nie wiem. Pobyt w szybie windy (a raczej wyobrażenie tego) skłonił go do przemyśleń nad swoim życiem. Czy to jednak coś dało?
Bujaczek, zapatrzonawksiazki.blogspot.com

Do sięgnięcia po tę książkę skłonił mnie intrygujący opis na okładce. Zazwyczaj nie czytam podobnych dzieł, ale postanowiłam zrobić wyjątek i zapoznać się z prozą pana Gołębiewskiego. Niestety Bomba w windzie zupełnie nie trafia w moje gusta ani prowadzeniem akcji, ani stylem pisania.
Głównym bohaterem jest Richard Burton, mieszkający w Londynie lekkoduch i utracjusz. Pewnego popołudnia wsiada do windy, mającej zawieźć go do ciasnego i obskurnego pokoju, który od niedawna wynajmuje. Niestety mężczyzna zamiast spokojnie znaleźć się w swoim skromnym lokum budzi się na dnie szybu, nie wiedząc, w jaki sposób znalazł się w tak trudnym położeniu. Podejrzewa, że wszystkiemu winien jest zamach bombowy, który uwięził go w resztkach windy podrzędnego motelu. Pozbawiony zapasów wody i jedzenia, Burton snuje opowieść o swoim życiu pełnym osobliwych wydarzeń i zadziwiających znajomości.
Richard to dobiegający czterdziestki krytyk literacki, który w swoim życiu przeżył zarówno etap spokojnej egzystencji jak i szalonej włóczęgi po kraju z grupą hippisów. Popadał ze skrajności w skrajność. Od nieznośnej rutyny i monotonii dnia codziennego poprzez nieustanne imprezy i brak jakiejkolwiek troski o przyszłość. Szybko okazało się, że życie niebieskiego ptaka odpowiada mu znacznie bardziej niż statecznego obywatela. Wiecznie pijany albo naćpany spędza wieczory na koncertach rockowych zespołów, a noce z przygodnie poznanymi kobietami. Nie zastanawia się nad swoim postępowaniem, nie analizuje go aż do chwili, w której zostaje uwięziony. Jednakże nawet w momencie zagrożenia nie żałuje swojego postępowania, tylko spisuje w notesie wszystkie wydarzenia, które rzekomo miały miejsce. Większość przygód głównego bohatera sprawia wrażenie nieprawdziwych; wydają się raczej wytworami jego umysłu niż rzeczywistością, w której mógłby egzystować. Do takich iluzji zaliczam np. nagromadzenie niebezpieczeństw, które Richard musiał pokonać żeby ujść cało z przeróżnych zdarzeń.
Spodziewałam się powieści, w której główny bohater w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa snuje rozważania o swoim życiu, podejmuje jakieś postanowienia, cokolwiek. Tymczasem autor zaserwował garść surrealistycznych opowiastek, które nużą zamiast intrygować. Wyrwane z kontekstu, fragmentaryczne wspomnienia bohatera nie wzbudziły we mnie żadnych emocji. Okładka obiecuje dawkę czarnego humoru, niestety nie dostrzegłam w książce niczego takiego. Nieustanne wtrącenia o śmierci i przeróżnych wypadkach, bynajmniej mnie nie bawiły. Odnalazłam w powieści tylko jeden interesujący motyw, który wprowadza swego rodzaju chaos fabularny i przez chwilę przykuwa uwagę czytelnika. Niestety to za mało żebym mogła pozytywnie ocenić Bombę w windzie. Poza tym, tematyka tej powieści, jak i język użyty przez autora nie zachwycają.
Dosiak, dosiakksiazkowo.blogspot.com

bardzo dobra książka trzymająca w napięciu ale nie przypuszczałbym, że taki był sens fabuły jak się okazało na końcu. Fajnie i szybko się czytało
Danekjt, LubimyCzytać.pl

Również pochłonięta. Mniej zaskakująca niż „Xenna…” ale mimo wszystko polecam.
Karolina, LubimyCzytać.pl

Wielokrotnie podczas rozmów z maniakami książkowymi zostaję zapytana, czy znam tego czy innego autora. Zawsze wtedy odpowiadam, że osoboście nie (bo na przykład dany twórca nie żyje od pięćdziesiąciu lat, bądź wyjechał za granicę i nie dane mi było go spotkać). Dlatego nie zadawajcie mi głupich pytań typu: czy znam Szekspira, Dostojewskiego czy Szymborską… jakby nie patrzeć oni nie żyją. Znam ich twórczość, bo mówiono o nich w liceum, na studiach w mediach.
Jednak jak powszechnie wiadomo najlepsze lektury dopadają nas za szkolnymi murami, kiedy to czytelnik czyta to co chce i nie musi poddawać treści powieści jakimś podstawowym analizom, do których przydatne będą internet i śmieciowe pomoce szkolne, których to jestem przeciwniczką odkąd pamiętam.
Wróćmy jednak do Łukasza Gołębiewskiego, którego to miałam okazję poznać osobiście. A było to w czasach kiedy pracowałam w księgarni. Munioza stawiła się na to spotkanie kompletnie nieprzygotowana (wstydzę się do dzisiaj). W natłoku obowiązków zawodowych i zajęć prywatnych nie miałam nawet chwili, aby zapoznać się z biografią autora, jego działalnością kulturalną, o promowanej w 2011 roku „Bombie w windzie” nie wspominając. Nic to. spotkanie było krótkie, a ja żałowałam, że ten pełen wdzięku i oryginalności mężczyzna musi jechać dalej. Muniozę (znaną ze swej nieśmiałości) aż korciło, aby podejść, zamienić kilka zdań. Rozmawialiśmy o literaturze rzecz jasna. Mnie zachwycał Mario Vargas Llosa a Łukasza Wiesław Myśliwski. Pamiętam to dokładnie, jakby to było wczoraj. Gołębiewski grzecznie się pożegnał i pojechał, ruszył dalej. A że naturę ma punkową tak jak ja…
Wiedziałam, że prędzej czy później jakoś go „znajdę”. Czy to na koncercie, czy w trasie czy wybiorę się na jakieś spotkanie autorskie.
Później z powodu życiowych perturbacji zupełnie zapomniałam o spotkaniu i publikacjach autora. Na studiach katowano mnie arcydziełami literatury staropolskiej. wiecie Bogurodzica i inne utwory wałkowane od postawówki. Prowadzący ćwiczenia sprawił, że moja miłość do literatury oziębła, zaś obrzydzenie do tego nadętego mężczyzny szczycącego się tytułem doktora jest tak wielkie, że gości w mym sercu po dziś dzień. Nie będę się rozwodzić nad wykładowcą, bo nie warto.
Pozdrawiam po punkowemu: środkowym palcem 😉
Z gmachu Uniwersyteu przenoszę się myślami do Londynu i windy, gdzie poznaję Richarda Burtona. Postać niesłychanie zagadkową. Nasz bohater, z zawodu krytyk literacki, został uwięziony w szybie windy. Bez wody, bez jedzenia. Jak to się mówi w czarnej dupie. Pomimo swojego trudnego położenia Richard zdobywa się na pełną humoru podróż do przeszłości. Wspomina monotonię pracy dziennikarza, koncerty punk rockowe oraz kobiety, które to porządnie zawróciły mu w głowie.
„Bomba w windzie” urzekła mnie od pierwszych stron. Zachwycałam się każdym zdaniem, aż nie chciałam, aby ta powieść się skończyła, jednak ciekawość nie pozwalała mi odłożyć jej na później. Gdybym miała w jakiś sposób zaznaczyć najciekawsze momenty i arcyważne cytaty bałabym się, że liczba karteczek zniszczyłaby całkowicie tę liczącą około 130 stron książeczkę . a tego byśmy przecież nie chcieli…
Bomba w windzie to cudowne połączenie powieści obyczajowej i sensacyjnej. Nie jest to powieść o umieraniu, lecz o życiu. Troski i zmartwienia Richarda są bliskie niejednemu z nas. To historia nieszczęśliwego samotnika poszukującego wrażeń.
Podziwiam Łukasza Gołębiewskiego za to, że na tak niewielu stronnicach zawarł wszystko, co lubię w książkach najbardziej. Mam tutaj na myśli ciekawą fabułę, która sprawiła, że mój mózg popracował na wyższych obrotach oraz żarty, które warto powtarzać w gronie znajomych. . Bomba w windzie, pochłonęła mnie totalnie. Tego mi było trzeba.
Sztuką jest sprawić, że czytelnik zżywa się z głównym bohaterem tak bardzo, że ma ochotę płakać nad jego losem. Masa niejasności, zawirowań, niedopowiedzeń. Mistyfikacja totalna. A co jeśli Richard Burton nie istniał naprawdę? O co w tym wszystkim chodzi? Gdzie jest granica między światem rzeczywistym a fikcyjnym? Polecam tę książkę wszystkim, którzy narzekają na nudę i brak literackich doznań. Proza Łukasza Gołębiewskiego sprawiła, że kilka razy niebezpiecznie skoczyło mi ciśnienie. Jak to się w księgarni mawiało: „kawy nie trzeba pić”. Ano nie trzeba. wystarczy dobra książka. tak niewiele, a tak wiele.
Zmęczenie daje o sobie znać. Dlatego też zakończenie będzie krótkie: czytajcie, bo warto.
polecam, Ewelina Karpiuk
Ja tymczasem biorę się za kolejną. pora na „Disorder i ja”, ciekawe, czym mnie zaskoczy Gołębiewski.
Zagadką jest jak po trzech latach odnalazłam Łukasza? na pewno nie w warszawskiej ani londyńskiej windzie, nie na koncercie, ani w podróży. znalazłam go… na fejsie. niech żyje Internet ! <3
Munioza, Muniozaczyta.blogspot.com

4 komentarzy dla “Wyłowione z Netu o „Bombie w windzie”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

18 maja 2018 o godz. 21:29

Kolejny odcinek w Koktajle.tv

Zapraszamy na drugi odcinek z serii Akademia Brandy Pliska z Koktajl.TV. Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu o alkoholach „Aqua Vitae” opowie jak powinno się pić i podawać koniak, dlaczego w takim kieliszku oraz czy powinno się go podgrzewać. Zapraszamy!

18 maja 2018 o godz. 13:04

Przyjaciel książki

frend2-001

Jak ktoś w dzieciństwie zaprzyjaźni się z książką, to mu tak na resztę życia zostaje.

15 maja 2018 o godz. 12:46

Mocne alkohole w Polsce 2018

OkladkaRMA

Książka „Mocne alkohole w Polsce 2018” to pozycja pionierska, bo choć mieliśmy na rynku różne publikacje w podobnym tonie, czy to własne wydawnictwa ówczesnych Polmosów czy „Almanach wódek polskich”, wszystkie one były kroplą w morzu potrzeb. Co więcej, ograniczały się do swojego „poletka”.

15 maja 2018 o godz. 08:15

Kartka z podróży – Spacerem po Treviso

_DSC6498

Z Włoch wracałem z lotniska Treviso, a że miałem jeszcze kilka godzin do odlotu, więc postanowiłem zrobić spacer po mieście. Przecina je rzeka Sile, wzdłuż jej lewego brzegu ciągną się fragmenty murów starego miasta, w które wbija się systemem fos i kanałów. Tu gdzieś zostawiłem samochód (znalezienie wolnego miejsca do parkowania zajmuje sporo czasu) i ruszyłem w labirynt uliczek.

14 maja 2018 o godz. 08:43

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Castagner

Castagner-010

W małej wiosce Vazzola, u podnóża gór Conegliano, w samym sercu win prosecco, kilkanaście kilometrów od Treviso, swoją ogromną, nowoczesną destylarnię ma rodzina Castagner. Roberto Castagner założył firmę w 1996 roku i bardzo szybko stał się jednym z największych producentów (6 mln l rocznie, ok. 12% udziału w rynku grappy). – Być może dlatego, że nie miałem w rodzinie poprzedników związanych z wytwarzaniem grappy, podszedłem do jej produkcji w sposób innowacyjny. Nie wstydzę się tego, że produkujemy grappę na skalę przemysłową, że nie jesteśmy firmą rzemieślniczą, bo wiem, że nie mielibyśmy tak mocnej pozycji na rynku, gdyby nie przemawiała za nami jakość produktów – mówi Roberto Castagner.

13 maja 2018 o godz. 08:03

Kartka z podróży – Valdobiaddene

_DSC6441

Valdobiaddene, stolica prosecco, miasteczko otoczone wzgórzami i winnicami (ponad 6500 ha upraw w regionie), na każdym wzgórzu kościół, w dole winiarnie, wśród nich m.in. Mionetto, producent najbardziej popularnego w Polsce wina musującego, ale też Altaneve, Masottina i innych – jest tu ponad 3000 winiarzy, którzy rocznie dostarczają na światowe rynki ok. 600 tys. hektolitrów wina. Szlak prosecco ciągnie się przez miasteczko, przez wzgórza, przez winnice. Jak na stolicę wina z bąbelkami miasteczko jest zaskakująco senne, przy rynku jest dobrze zaopatrzony sklep z winem, jest kilka restauracji, wine-bar, ale życie towarzyskie nie koncentruje się w mieście, lecz na otaczających je pagórkach, na winnicach, do których autokary każdego dnia przywożą setki turystów z całego świata. Większość winnic ma parcele, które pozwalają na posługiwanie się oznaczeniem DOCG Prosecco di Conegliano Valdobbiadene lub po prostu DOCG Valdobbiadene Prosecco. Nie wszystkie są winami musującymi, bo w Valdobbiadene z tych samych winogron glera robi się też wina spokojne, w dodatku także z nazwą Prosecco na butelce (z dopiskiem tranquillo). Tańsze butelki robione są w zbiornikach ciśnieniowych, czyli metodą Charmata, droższe metoda tradycyjną, z fermentacją w butelkach. Właściwie każdy liczący się producent stosuje tu obydwie metody. Ze względu na ciśnienie w butelce wina dzielone są na spumante (minimum 3 bary) i frizzante (1-2,5 bara i to jest zdecydowana większość produkcji), a także wspomniane spokojne wina tranquillo. Drugi podział charakteryzuje poziom cukru, od najbardziej wytrawnych brut, przez extra dry, dry i demi sec. Robione zawsze z białych winogron (lub prawie wyłącznie, bo apelacja dopuszcza niewielki udział winogron pinot noir), ale coraz częściej spotykamy różowe prosecco, które nie jest czystym winem, lecz zawiera dodatek soków owocowych.

12 maja 2018 o godz. 08:17

Kartka z podróży – Bassano del Grappa

_DSC6217

Otoczone górami Grappa miasto Bassano jest kolebką włoskiej grappy, tu działa m.in. najstarsza wciąż czynna destylarnia – Blo. Nardini z 1779 roku, jest tu piękne muzeum grappy zorganizowane przez Jacopo Poli, w promieniu kilku kilometrów są jeszcze dwie destylarnie – Poli i Capovilla. Nie od regionalnego trunku, lecz od gór pochodzi drugi człon nazwy miasta, dodany zresztą dopiero w 1928 roku. Krystalicznie czyste źródła spływające ze wzgórz, a także porastające je winnice, niewątpliwie przyczyniły się do tego, że to tu właśnie grappa jest alkoholem absolutnie wyjątkowym.

11 maja 2018 o godz. 08:21

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Poli

Poli-098

Firmę założył w 1898 roku Giobatta Poli, wciąż jest ona w rodzinnych rękach, zarządzana już przez czwarte pokolenie. Firma mieści się w wiosce Schiavon, tuż obok kolebki grappy – miasteczka Bassano del Grappa. Rodzina Poli żyje w tym regoionie od XIV wieku, kiedyś prowadzili tawernę w wiosce Gomarolo, potem przenieśli się do Schiavon, zajmowali się handlem winem i otworzyli mała destylarnię. Na początku XX wieku Giovanni Poli był pierwszym w okolicy właścicielem samochodu i telefonu. Obecnie destylarnia mieści się w tym samym miejscu, w którym powstała, z charakterystycznym kominem z czasów, kiedy alembiki były ogrzewane węglem. Firmą zarządzają Jacopo, Andrea i Barbara Poli. Destylarnia jest otwarta dla zwiedzających, działa też przy niej wspaniale urządzone muzeum grappy. Drugie muzeum grappy rodzina Poli ma w Bassano del Grappa – w XV-wiecznym pałacu (Poli Museo Della Grappa). W obu prezentowane są stare maszyny, książki, butelki, jest to część wielkiej kolekcji Jacopo Poli, który ma także wielką bibliotekę książek o alkoholach, a i sam jest autorem książki o grappie. Wizyty są bezpłatne, a Jacopo Poli często sam oprowadza swoich gości po zakładzie w Schiavon.

10 maja 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Capovilla

Capovilla-013

Vittorio Capovilla założył destylarnię w 1986 roku, na przedmieściach Bassano del Grappa. Wcześniej pracował w branży winiarskiej. Swój pierwszy alembik samodzielnie skonstruował w 1975 roku z części, które przewoził z Austrii. Pozwalał na destylację 300 l. Obecnie Capovilla robi 40-50 tys. butelek rocznie, mają też małą destylarnię Marie-Galante na Gwadelupie, gdzie robią rum typu agricole (m.in. marka Rhum Rhum). Mają też 4 ha własnych sadów, poza grappą i brandy w ofercie jest szeroki wybór wysokiej jakości destylatów owocowych, a nawet destylaty z piwa.

9 maja 2018 o godz. 17:03

Koktajle TV o koniaku