15 kwietnia 2011 o godz. 22:36

Wyłowione z Netu o „Bombie w windzie”

Recenzje i opinie o powieści, które ukazały się w internecie.

Zapewne w autorskim założeniu Bomba w windzie miała być książką ambitną, ciekawą i przede wszystkim nowatorską. Niestety, nie wiedzieć czemu zrealizowane dzieło za nic nie przypomina tego planowanego, a to, co czytelnik dostaje, to nieco wtórna powiastka, która sama w sobie się gubi. I nie zachęca, by jakoś się w niej (ją) odnaleźć.
Richard Burton, Anglik, główny bohater najnowszej powieści Łukasza Gołębiewskiego,  hedonista i lekkoduch, zostaje uwieziony w windzie hotelu, w którym wynajmuje pokój. Wszystko – a przynajmniej on sam jest o tym święcie przekonany – wskazuje na to, że ktoś podłożył bombę. Mężczyzna traci głos, uszkadza sobie kostkę, ma przy sobie tylko kilka zbędnych drobiazgów i… popada w maniakalne myślenie o śmierci, która w jego mniemaniu niechybnie go czeka w ciemnym windowym szybie. Oczekując na pomoc spogląda wstecz na całe swoje życie, które okazuje się być ciągiem niebezpiecznego balansowania na granicy życia i śmierci.
Sam pomysł na taką powieść nie jest zły, choć – jak zostało wspomniane – wtórny. Nieco schematyczny jest i bohater, i jego położenie, które aż prosi się, by właśnie w taki sposób pociągnąć fabułę. Wieczny ryzykant, któremu zawsze wszystko uchodziło na sucho, nagle staje w obliczu śmierci (choć można odnieść wrażenie, że nieco przesadza, powiedzmy, że jest po prostu w nieciekawym położeniu…) i zaczyna przypominać sobie wszystkie wcześniejsze, podobnie niebezpieczne sytuacje, z których jednak zawsze wychodził cało. Teraz jednak ciasny szyb windy nie rokuje zbyt dobrze, w końcu Burton nie ma głosu (w zasadzie dlaczego…?), więc nie może krzyczeć. Ma jednak na tyle samozaparcia, by spisywać swoje przemyślenia, w zupełnych ciemnościach, zapewne ku potomnym… Opowiada więc historię swojej rodziny, w której wszyscy ginęli w niemalże hollywoodzki sposób, snuje wydumane egzystencjalne rozważania, filozofuje aż miło… Cała sytuacja wydaje się nieco groteskowa, sytuacja jest nieco przejaskrawiona, bohater po krótkim czasie (oczywiście nie ma zegarka, komórka nie działa…) zaczyna usychać z pragnienia i pije własny mocz, bo właśnie dzięki temu kiedyś przeżyli uwięzieni pod ziemią górnicy. Opowiada o swoich miłosnych podbojach, narkotykowych ciągach, stryjence Helen, która straszyła go opowieściami o duchach i rodzicach, którzy zginęli – jakże by inaczej – w katastrofie lotniczej, największej pod względem liczby ofiar w lotnictwie cywilnym. Wszystko więc, nie tylko bohater, jest silnie nadmuchane, napompowane, z wielkim blichterm, ale… zupełnie nieprzekonujące i miałkie. Trudno stwierdzić, czy tak miało być – czy zarówno bohater, jak i snute przez niego wspomnienia mają być raczej traktowane z przymrużeniem oka (mimo całej dramaturgii, wszak to opowieści, którym patronuje Tanatos…), czy to historia zupełnie na poważnie, mająca stanowić przyczynek do refleksji nad własnym życiem, traktowanym czasem w nieco zbyt lekki sposób? Żaden pomysł nie jest dobry, bo ani tu nic do śmiechu, ani nic, co skłaniałoby do głębszych przemyśleń. Ot, taka sobie historia, właściwie bez głębszego sensu.
Ratunkiem (ale czy na pewno…?) dla niej mógłby się wydawać niespodziewany „zwrot” akcji. Oto nagle opowieść Richarda urywa się w momencie, kiedy ten w końcu decyduje się wypalić ostatniego chesterfielda, a jej miejsce zastępuje już ciąg odautorskich uwag odnośnie samej postaci głównego bohatera (który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach…) i jego notatek, które rzekomo zostały autorowi przekazane. Okazuje się, że żaden wybuch w windzie nie miał miejsca, ba, może nawet sam Richard Burton nie istnieje. Rodzi się banalne pytanie: po co więc cała ta historia? Cała powieść okazuje się jedną wielką mistyfikacją, bo i główny bohater, jak się okazuje, lubił sobie nieco pofantazjować odnośnie swojego życiorysu. Nie wie tego również sam autor, który wciela się w rolę narratora i sam pozwala sobie na autokreację, której jest nieco zbyt dużo. Byłem, widziałem, rozmawiałem… O kim w zasadzie jest książka? Jaki ma cel? Kim był Richard Burton? Trzeba wspomnieć, że jego historie o balansowaniu na granicy życia i śmierci nie są jakieś nad wyraz ciekawe, jak zostało wspomniane, są raczej naciągane, od skrajności w skrajność, od osobowości w osobowość. Czyli można uznać, że de facto Burton był nijaki, bo sam nie potrafił odnaleźć sposobu na swoje życie, był bezcharakterny, a wszystko to nadrabiał pewnością siebie (trącącą z lekka desperacją) i arogancją. Po prostu zabawy w nieśmiertelność, a może raczej lekkomyślność, niedojrzałego chojraka. Który zresztą mógł wcale nie istnieć. Który może jednak gdzieś jest. Który prawdopodobnie… Który jest nudny, ot, po prostu, co to dużo mówić.
Czy możliwe byłoby inne rozwiązanie fabularne książki? Richard mógł przeżyć, zostać uwolnionym z windy po dwóch godzinach, które jemu wydawały się wiecznością, w ciągu których postradał zmysły, bo wcale nie był taki odważny…  Ale to dałoby się przewidzieć. Mógł umrzeć w windzie i pozostawić po sobie wspomnienia nawróconego męczennika, który szczerze żałował swojego nieodpowiedzialnego życia. Ale to też byłoby za proste. Niestety, powieść pozbawiona jest zupełnie potencjału, który mógłby uczynić z niej coś więcej, niż po prostu kolejny lekturę, która próbuje zmierzyć się z tematem śmierci, ale jakoś sobie nie radzi. A szkoda, bo może w tym tkwiłaby jej szansa na zupełnie inny, całkiem pozytywny odbiór. Powieść (powiastka) popularna mogłaby okazać się nośnikiem wyraźnych wartości, których nie trzeba by się głęboko dopatrywać, bo byłyby oczywiste, i które nie musiałby być definiowane, ergo nie traciłyby na znaczeniu. Refleksja o śmierci byłaby widoczna i wystarczająco mocno sugestywna. Jednak w takim kształcie, w jakim powieść jest, nic mocniejszego nie da się z niej wykrzesać. Jednym z lepszych wydanych w ostatnich latach „podręczników umierania” są eseje Anatole’a Broyarda, który – będąc na łożu śmierci w ostatnim stadium choroby – puszcza do czytelnika szelmowski uśmiech i opowiada, w jaki dobrze umierać. Przytacza też setki innych dzieł, w których śmierć stanowi motyw przewodni. Podobnie mogłoby być w Bombie w windzie (mimo że utwory diametralnie różnią się od siebie), choć  tu dziełami byłyby fragmenty z życia, a chwile w windzie mogłyby być spowiedzią, błyskotliwym rachunkiem sumienia… No ale nie są, a powieść nie mierzy tak wysoko. Oczywiście, nie można zarzucić autorowi, że nie spełnił swoich obietnic, bo jednak nic nie obiecał,  raczej  chciał zaskoczyć. Tylko ciężko zrozumieć, czym…
Poprzez ukazanie brawurowego, miejscami zupełnie niewiarygodnego życia londyńczyka Richarda Burtona, a później poddanie wszystkiego, co zostało przez niego powiedziane wszelkiej wątpliwości, autor stara się wprowadzić czytelnika w zakłopotanie, robi mętlik w głowie, do końca trzyma w zawieszeniu. Gdzieś jednak podczas lektury traci się zainteresowanie tym, czy opowiedziana historia jest prawdziwa, rozmywa się jej sens. Ukazuje się autor, który poszukuje swojego bohatera, sam przy tym wcielając się w główną postać swojej książki, co niejako sprowadza powieść na ziemię – ze strefy śmierci, o którą czytelnik ocierał się wraz z Burtonem, z szaleństwa, któremu się poddawał, z niesamowitych, prawdziwych lub nie, przygód zostaje jedynie niepewność i – co tu dużo mówić – rozczarowanie. Bo jeśli Richard Burton nie istnieje – to po cóż wkładać do głowy takie historie. A jeśli istnieje – ok, ale już sama wątpliwość odnośnie jego osoby sprawia, że wraz ze zbliżaniem się do końca lektury staje się on niewyraźny, wyblakły… Robi się z Bomby w windzie jakiś zbeletryzowany paradokument, coś na kształt Lemowskiej Doskonałej próżni (znowuż należy przywołać się do porządku – oczywiście, to zupełnie inna liga…). Ale cóż – autor sam sobie, o sobie i o nieistniejącym bohaterze… Tylko czy ktoś da się nabrać?
Bomba w windzie ma jeszcze jedną przywarę, którą można podciągnąć pod literacką pornografię. Niech tak Cejrowski powie w środku kolejnej książki, że nigdy nie ruszał się z domu, Kornaga przyzna, że jest Adamem z Gangreny, a tęgie głowy niech powiedzą, że Kopciuszek naprawdę istniał. I gdzie będzie ta literacka magia, która pozwali uwierzyć w każde pisane słowo, będzie trzymać w napięciu i mówić „strzeż się psychopatów, bo przecież tacy mogą być” lub da nadzieję, że „może taka kobieta gdzieś istnieje”? Gdzie będzie ta banalna myśl o zbójeckich książkach, prawdziwych lub nie, możliwych lub nie… Proste – nie będzie jej, zostanie wyparta, brutalnie wyrwana i obdarta ze swego znaczenia. Bo ona jest w tym, co niewypowiedziane, rodzi się w umysłach, wynika z czytelniczej suwerenności, która pozwala wierzyć – lub nie – w to, co jest pisane. Powieść Gołębiewskiego nie daje nic, pozbawia ciekawości, otwiera puszkę Pandory, nawet nie daje szansy na wiarę lub jej brak. Pewnie tak miało być, w tym miała być jej siła, wstrząs prawdziwie pobudzający… Cóż, nie udało się. Co z tego, że sam, jak mówi, nie wie, czy Burton istnieje. Czytelnik nie wie jeszcze bardziej i być może już w ogóle nie chce się dowiedzieć. Tak obnażyć książkę, tak bezwstydnie…
Jednego nie można powieści ująć – zgrabnie napisaną historię Richarda Burtona, a później Łukasza Gołębiewskiego czyta się naprawdę przyjemnie. Ale cóż z samego aktu czytania, skoro nic po nim nie zostaje, a i język, jak się okazuje, to w końcu tylko słowa. Bo może do tego sprowadza się powieść? Może to historia nie o człowieku, a o jego słowach, które – jak każdy pisarz i miłośnik książek wie – mają moc sprawczą? Może to nie Richard Burton opowiadał o sobie, ale sam był opowiadany, sterowy słowami? Wydaje się jednak, że pojęcia takie jak metajęzyk, egzystencjalizm, eschatologia i tanatologia – a więc te, o które powieść się ociera, to trudne słowa. Zbyt trudne, jak dla takiej powiastki. Więc jeśli i je wykreślić, to Bomba w windzie nie ma już w ogóle czym zainteresować.
Roksana Ziora, ksiazki.wp.pl

Nową powieść Łukasza dostałam niedawno. Tytuł mnie bardzo zaciekawił. Poza tym chciałam sprawdzić w jakiej jest formie literackiej, przyznam,że ZŁAM PRAWO bardzo ale to bardzo mnie rozczarowało. Oczekiwałam czego innego a nie udało się Łukaszowi zrobić kolejnego kodu. Czy BOMBA zrekompesowatała mi to?
Bomba jest historią człowieka zamkniętego w windzie. Pytanie kim jest bohater i jak tam trafił. Ciekawy pomysł, nie ukrywam.
Na początku człowiek myśli,że to kolejna bajeczka o terroryźmie ale nie. Z terroryzmem ta powieść ma mało wspólnego. Nawet w tej powieści jest sam autor jako Lucas Gołębiewski. Od czasu Xenny to jest to na pewno najlepsza powieść. Jednak znów mamy do czynienia z autorem, który jest zagubionym chłystkiem z dobrego domu no i autor zadaje pytanie czy owy Richard istniał naprawdę, do końca tego nie wiemy. Zakończenie jest dla mnie bardzo komercyjnie wręcz telenowelowate. Jakby to ująć mało bombowe.
Anna Czyrska, annaczyrska.blog.pl

Nie wiem jak mam zacząć tą recenzję. Szczerze mówiąc czytającą pozycję dostałam zupełnie coś innego niż oczekiwałam. Opis na okładce obiecywał przygodę, ale ja jej nie odkryłam… Ale może ona tam gdzieś jest, może ja jej nie odkryłam…
Książka zaczyna się w momencie gdy Richard budzi się w szybie windy po jakimś czasie od wybuchu bomby w windzie (najprawdopodobniej). Po chwili zdaje sobie sprawę, że jeśli go nie odnajdą to zginie. Z tą świadomością zaczyna wspominać swoją przeszłość i to ile razy otarł się już o śmierć i przeżył. Wspomina również swoje czyny, tro jaki był, jak postępował. Można by powiedzieć, że robił rachunek sumienia.
Książka mi się średnio podobała, ale miała coś takiego, że musiałam ją skończyć czytać. Jak już wspomniałam wcześniej książka średnio mi się podobała. Nie dostałam tego czego oczekiwałam. A dostałam historię człowieka (otego być może nie do końca prawdziwą), który tak naprawdę żył z dnia na dzień nie dbając o jutro. Zdanie innych ludzi się dla niego nie liczyło, ale żyć na cudzy koszt potrafił. Był bez celu do którego by mógł dążyć. Odebrałam go jako dorosłe dziecko, które nie chciało lub nie potrafiło dorosnąć. Wydaje mi się, że Richard zachorował przez swoje zachowanie, które dla mnie nie było normalne? Co było tego przyczyną i czy dało by się tego uniknąć? Tego nie wiem. Pobyt w szybie windy (a raczej wyobrażenie tego) skłonił go do przemyśleń nad swoim życiem. Czy to jednak coś dało?
Bujaczek, zapatrzonawksiazki.blogspot.com

Do sięgnięcia po tę książkę skłonił mnie intrygujący opis na okładce. Zazwyczaj nie czytam podobnych dzieł, ale postanowiłam zrobić wyjątek i zapoznać się z prozą pana Gołębiewskiego. Niestety Bomba w windzie zupełnie nie trafia w moje gusta ani prowadzeniem akcji, ani stylem pisania.
Głównym bohaterem jest Richard Burton, mieszkający w Londynie lekkoduch i utracjusz. Pewnego popołudnia wsiada do windy, mającej zawieźć go do ciasnego i obskurnego pokoju, który od niedawna wynajmuje. Niestety mężczyzna zamiast spokojnie znaleźć się w swoim skromnym lokum budzi się na dnie szybu, nie wiedząc, w jaki sposób znalazł się w tak trudnym położeniu. Podejrzewa, że wszystkiemu winien jest zamach bombowy, który uwięził go w resztkach windy podrzędnego motelu. Pozbawiony zapasów wody i jedzenia, Burton snuje opowieść o swoim życiu pełnym osobliwych wydarzeń i zadziwiających znajomości.
Richard to dobiegający czterdziestki krytyk literacki, który w swoim życiu przeżył zarówno etap spokojnej egzystencji jak i szalonej włóczęgi po kraju z grupą hippisów. Popadał ze skrajności w skrajność. Od nieznośnej rutyny i monotonii dnia codziennego poprzez nieustanne imprezy i brak jakiejkolwiek troski o przyszłość. Szybko okazało się, że życie niebieskiego ptaka odpowiada mu znacznie bardziej niż statecznego obywatela. Wiecznie pijany albo naćpany spędza wieczory na koncertach rockowych zespołów, a noce z przygodnie poznanymi kobietami. Nie zastanawia się nad swoim postępowaniem, nie analizuje go aż do chwili, w której zostaje uwięziony. Jednakże nawet w momencie zagrożenia nie żałuje swojego postępowania, tylko spisuje w notesie wszystkie wydarzenia, które rzekomo miały miejsce. Większość przygód głównego bohatera sprawia wrażenie nieprawdziwych; wydają się raczej wytworami jego umysłu niż rzeczywistością, w której mógłby egzystować. Do takich iluzji zaliczam np. nagromadzenie niebezpieczeństw, które Richard musiał pokonać żeby ujść cało z przeróżnych zdarzeń.
Spodziewałam się powieści, w której główny bohater w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa snuje rozważania o swoim życiu, podejmuje jakieś postanowienia, cokolwiek. Tymczasem autor zaserwował garść surrealistycznych opowiastek, które nużą zamiast intrygować. Wyrwane z kontekstu, fragmentaryczne wspomnienia bohatera nie wzbudziły we mnie żadnych emocji. Okładka obiecuje dawkę czarnego humoru, niestety nie dostrzegłam w książce niczego takiego. Nieustanne wtrącenia o śmierci i przeróżnych wypadkach, bynajmniej mnie nie bawiły. Odnalazłam w powieści tylko jeden interesujący motyw, który wprowadza swego rodzaju chaos fabularny i przez chwilę przykuwa uwagę czytelnika. Niestety to za mało żebym mogła pozytywnie ocenić Bombę w windzie. Poza tym, tematyka tej powieści, jak i język użyty przez autora nie zachwycają.
Dosiak, dosiakksiazkowo.blogspot.com

bardzo dobra książka trzymająca w napięciu ale nie przypuszczałbym, że taki był sens fabuły jak się okazało na końcu. Fajnie i szybko się czytało
Danekjt, LubimyCzytać.pl

Również pochłonięta. Mniej zaskakująca niż „Xenna…” ale mimo wszystko polecam.
Karolina, LubimyCzytać.pl

Wielokrotnie podczas rozmów z maniakami książkowymi zostaję zapytana, czy znam tego czy innego autora. Zawsze wtedy odpowiadam, że osoboście nie (bo na przykład dany twórca nie żyje od pięćdziesiąciu lat, bądź wyjechał za granicę i nie dane mi było go spotkać). Dlatego nie zadawajcie mi głupich pytań typu: czy znam Szekspira, Dostojewskiego czy Szymborską… jakby nie patrzeć oni nie żyją. Znam ich twórczość, bo mówiono o nich w liceum, na studiach w mediach.
Jednak jak powszechnie wiadomo najlepsze lektury dopadają nas za szkolnymi murami, kiedy to czytelnik czyta to co chce i nie musi poddawać treści powieści jakimś podstawowym analizom, do których przydatne będą internet i śmieciowe pomoce szkolne, których to jestem przeciwniczką odkąd pamiętam.
Wróćmy jednak do Łukasza Gołębiewskiego, którego to miałam okazję poznać osobiście. A było to w czasach kiedy pracowałam w księgarni. Munioza stawiła się na to spotkanie kompletnie nieprzygotowana (wstydzę się do dzisiaj). W natłoku obowiązków zawodowych i zajęć prywatnych nie miałam nawet chwili, aby zapoznać się z biografią autora, jego działalnością kulturalną, o promowanej w 2011 roku „Bombie w windzie” nie wspominając. Nic to. spotkanie było krótkie, a ja żałowałam, że ten pełen wdzięku i oryginalności mężczyzna musi jechać dalej. Muniozę (znaną ze swej nieśmiałości) aż korciło, aby podejść, zamienić kilka zdań. Rozmawialiśmy o literaturze rzecz jasna. Mnie zachwycał Mario Vargas Llosa a Łukasza Wiesław Myśliwski. Pamiętam to dokładnie, jakby to było wczoraj. Gołębiewski grzecznie się pożegnał i pojechał, ruszył dalej. A że naturę ma punkową tak jak ja…
Wiedziałam, że prędzej czy później jakoś go „znajdę”. Czy to na koncercie, czy w trasie czy wybiorę się na jakieś spotkanie autorskie.
Później z powodu życiowych perturbacji zupełnie zapomniałam o spotkaniu i publikacjach autora. Na studiach katowano mnie arcydziełami literatury staropolskiej. wiecie Bogurodzica i inne utwory wałkowane od postawówki. Prowadzący ćwiczenia sprawił, że moja miłość do literatury oziębła, zaś obrzydzenie do tego nadętego mężczyzny szczycącego się tytułem doktora jest tak wielkie, że gości w mym sercu po dziś dzień. Nie będę się rozwodzić nad wykładowcą, bo nie warto.
Pozdrawiam po punkowemu: środkowym palcem 😉
Z gmachu Uniwersyteu przenoszę się myślami do Londynu i windy, gdzie poznaję Richarda Burtona. Postać niesłychanie zagadkową. Nasz bohater, z zawodu krytyk literacki, został uwięziony w szybie windy. Bez wody, bez jedzenia. Jak to się mówi w czarnej dupie. Pomimo swojego trudnego położenia Richard zdobywa się na pełną humoru podróż do przeszłości. Wspomina monotonię pracy dziennikarza, koncerty punk rockowe oraz kobiety, które to porządnie zawróciły mu w głowie.
„Bomba w windzie” urzekła mnie od pierwszych stron. Zachwycałam się każdym zdaniem, aż nie chciałam, aby ta powieść się skończyła, jednak ciekawość nie pozwalała mi odłożyć jej na później. Gdybym miała w jakiś sposób zaznaczyć najciekawsze momenty i arcyważne cytaty bałabym się, że liczba karteczek zniszczyłaby całkowicie tę liczącą około 130 stron książeczkę . a tego byśmy przecież nie chcieli…
Bomba w windzie to cudowne połączenie powieści obyczajowej i sensacyjnej. Nie jest to powieść o umieraniu, lecz o życiu. Troski i zmartwienia Richarda są bliskie niejednemu z nas. To historia nieszczęśliwego samotnika poszukującego wrażeń.
Podziwiam Łukasza Gołębiewskiego za to, że na tak niewielu stronnicach zawarł wszystko, co lubię w książkach najbardziej. Mam tutaj na myśli ciekawą fabułę, która sprawiła, że mój mózg popracował na wyższych obrotach oraz żarty, które warto powtarzać w gronie znajomych. . Bomba w windzie, pochłonęła mnie totalnie. Tego mi było trzeba.
Sztuką jest sprawić, że czytelnik zżywa się z głównym bohaterem tak bardzo, że ma ochotę płakać nad jego losem. Masa niejasności, zawirowań, niedopowiedzeń. Mistyfikacja totalna. A co jeśli Richard Burton nie istniał naprawdę? O co w tym wszystkim chodzi? Gdzie jest granica między światem rzeczywistym a fikcyjnym? Polecam tę książkę wszystkim, którzy narzekają na nudę i brak literackich doznań. Proza Łukasza Gołębiewskiego sprawiła, że kilka razy niebezpiecznie skoczyło mi ciśnienie. Jak to się w księgarni mawiało: „kawy nie trzeba pić”. Ano nie trzeba. wystarczy dobra książka. tak niewiele, a tak wiele.
Zmęczenie daje o sobie znać. Dlatego też zakończenie będzie krótkie: czytajcie, bo warto.
polecam, Ewelina Karpiuk
Ja tymczasem biorę się za kolejną. pora na „Disorder i ja”, ciekawe, czym mnie zaskoczy Gołębiewski.
Zagadką jest jak po trzech latach odnalazłam Łukasza? na pewno nie w warszawskiej ani londyńskiej windzie, nie na koncercie, ani w podróży. znalazłam go… na fejsie. niech żyje Internet ! <3
Munioza, Muniozaczyta.blogspot.com

 

Powieść „Bomba w windzie” jest moim drugim spotkaniem z autorem Łukaszem Gołębiewskim, który w swoim dorobku ma kilkanaście pozycji w większości powieści, ale także opowiadań czy zbiorów wierszy. Ponadto autor jest także znany z pracy dziennikarskiej oraz wydawniczej m.in. z „Rzeczpospolitej” oraz „Magazynu Literackiego Książki”.
Pierwszym spotkaniem z autorem była powieść „Melanże z żyletką” przeczytaną ponad 4 lata temu, którą mam z autografem, podobnie jak inną powieść „Xenna Moja miłość” po spotkaniu z nim na Targach Książki w Krakowie w 2014 roku.
Wracając do „Bomby w windzie” to książka nie należy do najłatwiejszych, ale zdecydowanie warto przeczytać tę licząca 130 stron powieść. Książka zaczyna się od tego, że bohater (z początku nie znamy nawet jego imienia i nazwiska) budzi się w szybie windy, która uległa awarii wskutek domniemanego ataku terrorystycznego w Londynie i wybuchu bomby.
W sytuacji zagrożenia i braku nadchodzącego ratunku Richard Burton zaczyna wspominać swoje dawne spotkania ze „śmiercią”. Dzięki temu poznajemy kim był Richard przed wypadkiem, co robił i jakim był człowiekiem. Z kim się spotykał i jakie były jego relacje z kobietami a także z rodziną i przyjaciółmi w tym z… Łukaszem Gołębiewskim.
Wszystkie swoje przemyślenia Richard spisuje w ciemnościach, a notatki po pewnym czasie trafiają do autora „Bomby w windzie”, który ostatecznie próbuje znaleźć odpowiedź co stało się z Richardem. Czy znajdzie odpowiedź dowiecie się po lekturze tejże powieści.
Jak już wspomniałem wcześniej nie jest ona najłatwiejsza, ale warto ją przeczytać, gdyż jest to historia o życiu a nie o śmierci, o poszukiwaniu i znajdywaniu, chociaż nie zawsze tego, czego tak naprawdę szukaliśmy.
Daniel Englot, ksiazkidanielaenglota.blogspot.com

4 komentarzy dla “Wyłowione z Netu o „Bombie w windzie”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.

14 września 2018 o godz. 09:11

Kartka ze Speyside – destylarnia GlenAllachie

GlenAllachie-064

Destylarnia GlenAllachie operuje w regionie Speyside, po sąsiedzku z Aberlour i Ben Rinnes. Do 2017 roku prawie wszystko, co tu wyprodukowano, trafiało do blendów, stąd nie tak łatwo było trafić na butelkę GlenAllachie single malt whisky. W poprzednich latach Pernod Ricard wypuściło w serii Chivas Brothers Cask Strength Edition whisky single malt Glenallachie 14YO CS z destylatów z 2000 roku, w serii Master of Malt była edycja 6YO z 2008 roku i oficjalna edycja 16YO z 2005 roku, poza tym jest ponad dwadzieścia edycji od niezależnych bottlerów. Teraz wszystko się zmienia za sprawą nowego właściciela. W 2017 roku destylarnię odkupiło od Pernod Ricard konsorcjum powołane przez Billy Walkera, wcześniej twórcę sukcesów destylarni BenRiach, a także Grahama Stevensona i Trisha Savage. Nazwa destylarni to po gaelicku skalista aleja. Billy Walker wybrał tą destylarnię zarówno ze względu na duży potencjał produkcji nowej whisky, jak i na to, co tam znalazł w magazynach. Wraz z destylarnią i zapasami whisky, nowi właściciele przejęli marki blendów White Heather i MacNair’s, którą będą produkować jako torfową blended malt.

13 września 2018 o godz. 08:58

Kartka ze Speyside – wizyta w destylarni Ballindalloch

Ballindalloch-034

Zamek Ballindalloch, nazywany Perłą Północy, to masywna budowla o szarych murach, upstrzona okrągłymi donżonami, łączyła niegdyś funkcje obronne i reprezentacyjne. Dzisiaj jest jedną z atrakcji turystycznych Highlands. Posiadłość należy do rodu Macpherson-Grant, a właściciel zamku i włości w 2014 roku postanowił otworzyć butikową destylarnie whisky single malt.