15 kwietnia 2011 o godz. 22:36

Wyłowione z Netu o „Bombie w windzie”

Recenzje i opinie o powieści, które ukazały się w internecie.

Zapewne w autorskim założeniu Bomba w windzie miała być książką ambitną, ciekawą i przede wszystkim nowatorską. Niestety, nie wiedzieć czemu zrealizowane dzieło za nic nie przypomina tego planowanego, a to, co czytelnik dostaje, to nieco wtórna powiastka, która sama w sobie się gubi. I nie zachęca, by jakoś się w niej (ją) odnaleźć.
Richard Burton, Anglik, główny bohater najnowszej powieści Łukasza Gołębiewskiego,  hedonista i lekkoduch, zostaje uwieziony w windzie hotelu, w którym wynajmuje pokój. Wszystko – a przynajmniej on sam jest o tym święcie przekonany – wskazuje na to, że ktoś podłożył bombę. Mężczyzna traci głos, uszkadza sobie kostkę, ma przy sobie tylko kilka zbędnych drobiazgów i… popada w maniakalne myślenie o śmierci, która w jego mniemaniu niechybnie go czeka w ciemnym windowym szybie. Oczekując na pomoc spogląda wstecz na całe swoje życie, które okazuje się być ciągiem niebezpiecznego balansowania na granicy życia i śmierci.
Sam pomysł na taką powieść nie jest zły, choć – jak zostało wspomniane – wtórny. Nieco schematyczny jest i bohater, i jego położenie, które aż prosi się, by właśnie w taki sposób pociągnąć fabułę. Wieczny ryzykant, któremu zawsze wszystko uchodziło na sucho, nagle staje w obliczu śmierci (choć można odnieść wrażenie, że nieco przesadza, powiedzmy, że jest po prostu w nieciekawym położeniu…) i zaczyna przypominać sobie wszystkie wcześniejsze, podobnie niebezpieczne sytuacje, z których jednak zawsze wychodził cało. Teraz jednak ciasny szyb windy nie rokuje zbyt dobrze, w końcu Burton nie ma głosu (w zasadzie dlaczego…?), więc nie może krzyczeć. Ma jednak na tyle samozaparcia, by spisywać swoje przemyślenia, w zupełnych ciemnościach, zapewne ku potomnym… Opowiada więc historię swojej rodziny, w której wszyscy ginęli w niemalże hollywoodzki sposób, snuje wydumane egzystencjalne rozważania, filozofuje aż miło… Cała sytuacja wydaje się nieco groteskowa, sytuacja jest nieco przejaskrawiona, bohater po krótkim czasie (oczywiście nie ma zegarka, komórka nie działa…) zaczyna usychać z pragnienia i pije własny mocz, bo właśnie dzięki temu kiedyś przeżyli uwięzieni pod ziemią górnicy. Opowiada o swoich miłosnych podbojach, narkotykowych ciągach, stryjence Helen, która straszyła go opowieściami o duchach i rodzicach, którzy zginęli – jakże by inaczej – w katastrofie lotniczej, największej pod względem liczby ofiar w lotnictwie cywilnym. Wszystko więc, nie tylko bohater, jest silnie nadmuchane, napompowane, z wielkim blichterm, ale… zupełnie nieprzekonujące i miałkie. Trudno stwierdzić, czy tak miało być – czy zarówno bohater, jak i snute przez niego wspomnienia mają być raczej traktowane z przymrużeniem oka (mimo całej dramaturgii, wszak to opowieści, którym patronuje Tanatos…), czy to historia zupełnie na poważnie, mająca stanowić przyczynek do refleksji nad własnym życiem, traktowanym czasem w nieco zbyt lekki sposób? Żaden pomysł nie jest dobry, bo ani tu nic do śmiechu, ani nic, co skłaniałoby do głębszych przemyśleń. Ot, taka sobie historia, właściwie bez głębszego sensu.
Ratunkiem (ale czy na pewno…?) dla niej mógłby się wydawać niespodziewany „zwrot” akcji. Oto nagle opowieść Richarda urywa się w momencie, kiedy ten w końcu decyduje się wypalić ostatniego chesterfielda, a jej miejsce zastępuje już ciąg odautorskich uwag odnośnie samej postaci głównego bohatera (który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach…) i jego notatek, które rzekomo zostały autorowi przekazane. Okazuje się, że żaden wybuch w windzie nie miał miejsca, ba, może nawet sam Richard Burton nie istnieje. Rodzi się banalne pytanie: po co więc cała ta historia? Cała powieść okazuje się jedną wielką mistyfikacją, bo i główny bohater, jak się okazuje, lubił sobie nieco pofantazjować odnośnie swojego życiorysu. Nie wie tego również sam autor, który wciela się w rolę narratora i sam pozwala sobie na autokreację, której jest nieco zbyt dużo. Byłem, widziałem, rozmawiałem… O kim w zasadzie jest książka? Jaki ma cel? Kim był Richard Burton? Trzeba wspomnieć, że jego historie o balansowaniu na granicy życia i śmierci nie są jakieś nad wyraz ciekawe, jak zostało wspomniane, są raczej naciągane, od skrajności w skrajność, od osobowości w osobowość. Czyli można uznać, że de facto Burton był nijaki, bo sam nie potrafił odnaleźć sposobu na swoje życie, był bezcharakterny, a wszystko to nadrabiał pewnością siebie (trącącą z lekka desperacją) i arogancją. Po prostu zabawy w nieśmiertelność, a może raczej lekkomyślność, niedojrzałego chojraka. Który zresztą mógł wcale nie istnieć. Który może jednak gdzieś jest. Który prawdopodobnie… Który jest nudny, ot, po prostu, co to dużo mówić.
Czy możliwe byłoby inne rozwiązanie fabularne książki? Richard mógł przeżyć, zostać uwolnionym z windy po dwóch godzinach, które jemu wydawały się wiecznością, w ciągu których postradał zmysły, bo wcale nie był taki odważny…  Ale to dałoby się przewidzieć. Mógł umrzeć w windzie i pozostawić po sobie wspomnienia nawróconego męczennika, który szczerze żałował swojego nieodpowiedzialnego życia. Ale to też byłoby za proste. Niestety, powieść pozbawiona jest zupełnie potencjału, który mógłby uczynić z niej coś więcej, niż po prostu kolejny lekturę, która próbuje zmierzyć się z tematem śmierci, ale jakoś sobie nie radzi. A szkoda, bo może w tym tkwiłaby jej szansa na zupełnie inny, całkiem pozytywny odbiór. Powieść (powiastka) popularna mogłaby okazać się nośnikiem wyraźnych wartości, których nie trzeba by się głęboko dopatrywać, bo byłyby oczywiste, i które nie musiałby być definiowane, ergo nie traciłyby na znaczeniu. Refleksja o śmierci byłaby widoczna i wystarczająco mocno sugestywna. Jednak w takim kształcie, w jakim powieść jest, nic mocniejszego nie da się z niej wykrzesać. Jednym z lepszych wydanych w ostatnich latach „podręczników umierania” są eseje Anatole’a Broyarda, który – będąc na łożu śmierci w ostatnim stadium choroby – puszcza do czytelnika szelmowski uśmiech i opowiada, w jaki dobrze umierać. Przytacza też setki innych dzieł, w których śmierć stanowi motyw przewodni. Podobnie mogłoby być w Bombie w windzie (mimo że utwory diametralnie różnią się od siebie), choć  tu dziełami byłyby fragmenty z życia, a chwile w windzie mogłyby być spowiedzią, błyskotliwym rachunkiem sumienia… No ale nie są, a powieść nie mierzy tak wysoko. Oczywiście, nie można zarzucić autorowi, że nie spełnił swoich obietnic, bo jednak nic nie obiecał,  raczej  chciał zaskoczyć. Tylko ciężko zrozumieć, czym…
Poprzez ukazanie brawurowego, miejscami zupełnie niewiarygodnego życia londyńczyka Richarda Burtona, a później poddanie wszystkiego, co zostało przez niego powiedziane wszelkiej wątpliwości, autor stara się wprowadzić czytelnika w zakłopotanie, robi mętlik w głowie, do końca trzyma w zawieszeniu. Gdzieś jednak podczas lektury traci się zainteresowanie tym, czy opowiedziana historia jest prawdziwa, rozmywa się jej sens. Ukazuje się autor, który poszukuje swojego bohatera, sam przy tym wcielając się w główną postać swojej książki, co niejako sprowadza powieść na ziemię – ze strefy śmierci, o którą czytelnik ocierał się wraz z Burtonem, z szaleństwa, któremu się poddawał, z niesamowitych, prawdziwych lub nie, przygód zostaje jedynie niepewność i – co tu dużo mówić – rozczarowanie. Bo jeśli Richard Burton nie istnieje – to po cóż wkładać do głowy takie historie. A jeśli istnieje – ok, ale już sama wątpliwość odnośnie jego osoby sprawia, że wraz ze zbliżaniem się do końca lektury staje się on niewyraźny, wyblakły… Robi się z Bomby w windzie jakiś zbeletryzowany paradokument, coś na kształt Lemowskiej Doskonałej próżni (znowuż należy przywołać się do porządku – oczywiście, to zupełnie inna liga…). Ale cóż – autor sam sobie, o sobie i o nieistniejącym bohaterze… Tylko czy ktoś da się nabrać?
Bomba w windzie ma jeszcze jedną przywarę, którą można podciągnąć pod literacką pornografię. Niech tak Cejrowski powie w środku kolejnej książki, że nigdy nie ruszał się z domu, Kornaga przyzna, że jest Adamem z Gangreny, a tęgie głowy niech powiedzą, że Kopciuszek naprawdę istniał. I gdzie będzie ta literacka magia, która pozwali uwierzyć w każde pisane słowo, będzie trzymać w napięciu i mówić „strzeż się psychopatów, bo przecież tacy mogą być” lub da nadzieję, że „może taka kobieta gdzieś istnieje”? Gdzie będzie ta banalna myśl o zbójeckich książkach, prawdziwych lub nie, możliwych lub nie… Proste – nie będzie jej, zostanie wyparta, brutalnie wyrwana i obdarta ze swego znaczenia. Bo ona jest w tym, co niewypowiedziane, rodzi się w umysłach, wynika z czytelniczej suwerenności, która pozwala wierzyć – lub nie – w to, co jest pisane. Powieść Gołębiewskiego nie daje nic, pozbawia ciekawości, otwiera puszkę Pandory, nawet nie daje szansy na wiarę lub jej brak. Pewnie tak miało być, w tym miała być jej siła, wstrząs prawdziwie pobudzający… Cóż, nie udało się. Co z tego, że sam, jak mówi, nie wie, czy Burton istnieje. Czytelnik nie wie jeszcze bardziej i być może już w ogóle nie chce się dowiedzieć. Tak obnażyć książkę, tak bezwstydnie…
Jednego nie można powieści ująć – zgrabnie napisaną historię Richarda Burtona, a później Łukasza Gołębiewskiego czyta się naprawdę przyjemnie. Ale cóż z samego aktu czytania, skoro nic po nim nie zostaje, a i język, jak się okazuje, to w końcu tylko słowa. Bo może do tego sprowadza się powieść? Może to historia nie o człowieku, a o jego słowach, które – jak każdy pisarz i miłośnik książek wie – mają moc sprawczą? Może to nie Richard Burton opowiadał o sobie, ale sam był opowiadany, sterowy słowami? Wydaje się jednak, że pojęcia takie jak metajęzyk, egzystencjalizm, eschatologia i tanatologia – a więc te, o które powieść się ociera, to trudne słowa. Zbyt trudne, jak dla takiej powiastki. Więc jeśli i je wykreślić, to Bomba w windzie nie ma już w ogóle czym zainteresować.
Roksana Ziora, ksiazki.wp.pl

Nową powieść Łukasza dostałam niedawno. Tytuł mnie bardzo zaciekawił. Poza tym chciałam sprawdzić w jakiej jest formie literackiej, przyznam,że ZŁAM PRAWO bardzo ale to bardzo mnie rozczarowało. Oczekiwałam czego innego a nie udało się Łukaszowi zrobić kolejnego kodu. Czy BOMBA zrekompesowatała mi to?
Bomba jest historią człowieka zamkniętego w windzie. Pytanie kim jest bohater i jak tam trafił. Ciekawy pomysł, nie ukrywam.
Na początku człowiek myśli,że to kolejna bajeczka o terroryźmie ale nie. Z terroryzmem ta powieść ma mało wspólnego. Nawet w tej powieści jest sam autor jako Lucas Gołębiewski. Od czasu Xenny to jest to na pewno najlepsza powieść. Jednak znów mamy do czynienia z autorem, który jest zagubionym chłystkiem z dobrego domu no i autor zadaje pytanie czy owy Richard istniał naprawdę, do końca tego nie wiemy. Zakończenie jest dla mnie bardzo komercyjnie wręcz telenowelowate. Jakby to ująć mało bombowe.
Anna Czyrska, annaczyrska.blog.pl

Nie wiem jak mam zacząć tą recenzję. Szczerze mówiąc czytającą pozycję dostałam zupełnie coś innego niż oczekiwałam. Opis na okładce obiecywał przygodę, ale ja jej nie odkryłam… Ale może ona tam gdzieś jest, może ja jej nie odkryłam…
Książka zaczyna się w momencie gdy Richard budzi się w szybie windy po jakimś czasie od wybuchu bomby w windzie (najprawdopodobniej). Po chwili zdaje sobie sprawę, że jeśli go nie odnajdą to zginie. Z tą świadomością zaczyna wspominać swoją przeszłość i to ile razy otarł się już o śmierć i przeżył. Wspomina również swoje czyny, tro jaki był, jak postępował. Można by powiedzieć, że robił rachunek sumienia.
Książka mi się średnio podobała, ale miała coś takiego, że musiałam ją skończyć czytać. Jak już wspomniałam wcześniej książka średnio mi się podobała. Nie dostałam tego czego oczekiwałam. A dostałam historię człowieka (otego być może nie do końca prawdziwą), który tak naprawdę żył z dnia na dzień nie dbając o jutro. Zdanie innych ludzi się dla niego nie liczyło, ale żyć na cudzy koszt potrafił. Był bez celu do którego by mógł dążyć. Odebrałam go jako dorosłe dziecko, które nie chciało lub nie potrafiło dorosnąć. Wydaje mi się, że Richard zachorował przez swoje zachowanie, które dla mnie nie było normalne? Co było tego przyczyną i czy dało by się tego uniknąć? Tego nie wiem. Pobyt w szybie windy (a raczej wyobrażenie tego) skłonił go do przemyśleń nad swoim życiem. Czy to jednak coś dało?
Bujaczek, zapatrzonawksiazki.blogspot.com

Do sięgnięcia po tę książkę skłonił mnie intrygujący opis na okładce. Zazwyczaj nie czytam podobnych dzieł, ale postanowiłam zrobić wyjątek i zapoznać się z prozą pana Gołębiewskiego. Niestety Bomba w windzie zupełnie nie trafia w moje gusta ani prowadzeniem akcji, ani stylem pisania.
Głównym bohaterem jest Richard Burton, mieszkający w Londynie lekkoduch i utracjusz. Pewnego popołudnia wsiada do windy, mającej zawieźć go do ciasnego i obskurnego pokoju, który od niedawna wynajmuje. Niestety mężczyzna zamiast spokojnie znaleźć się w swoim skromnym lokum budzi się na dnie szybu, nie wiedząc, w jaki sposób znalazł się w tak trudnym położeniu. Podejrzewa, że wszystkiemu winien jest zamach bombowy, który uwięził go w resztkach windy podrzędnego motelu. Pozbawiony zapasów wody i jedzenia, Burton snuje opowieść o swoim życiu pełnym osobliwych wydarzeń i zadziwiających znajomości.
Richard to dobiegający czterdziestki krytyk literacki, który w swoim życiu przeżył zarówno etap spokojnej egzystencji jak i szalonej włóczęgi po kraju z grupą hippisów. Popadał ze skrajności w skrajność. Od nieznośnej rutyny i monotonii dnia codziennego poprzez nieustanne imprezy i brak jakiejkolwiek troski o przyszłość. Szybko okazało się, że życie niebieskiego ptaka odpowiada mu znacznie bardziej niż statecznego obywatela. Wiecznie pijany albo naćpany spędza wieczory na koncertach rockowych zespołów, a noce z przygodnie poznanymi kobietami. Nie zastanawia się nad swoim postępowaniem, nie analizuje go aż do chwili, w której zostaje uwięziony. Jednakże nawet w momencie zagrożenia nie żałuje swojego postępowania, tylko spisuje w notesie wszystkie wydarzenia, które rzekomo miały miejsce. Większość przygód głównego bohatera sprawia wrażenie nieprawdziwych; wydają się raczej wytworami jego umysłu niż rzeczywistością, w której mógłby egzystować. Do takich iluzji zaliczam np. nagromadzenie niebezpieczeństw, które Richard musiał pokonać żeby ujść cało z przeróżnych zdarzeń.
Spodziewałam się powieści, w której główny bohater w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa snuje rozważania o swoim życiu, podejmuje jakieś postanowienia, cokolwiek. Tymczasem autor zaserwował garść surrealistycznych opowiastek, które nużą zamiast intrygować. Wyrwane z kontekstu, fragmentaryczne wspomnienia bohatera nie wzbudziły we mnie żadnych emocji. Okładka obiecuje dawkę czarnego humoru, niestety nie dostrzegłam w książce niczego takiego. Nieustanne wtrącenia o śmierci i przeróżnych wypadkach, bynajmniej mnie nie bawiły. Odnalazłam w powieści tylko jeden interesujący motyw, który wprowadza swego rodzaju chaos fabularny i przez chwilę przykuwa uwagę czytelnika. Niestety to za mało żebym mogła pozytywnie ocenić Bombę w windzie. Poza tym, tematyka tej powieści, jak i język użyty przez autora nie zachwycają.
Dosiak, dosiakksiazkowo.blogspot.com

bardzo dobra książka trzymająca w napięciu ale nie przypuszczałbym, że taki był sens fabuły jak się okazało na końcu. Fajnie i szybko się czytało
Danekjt, LubimyCzytać.pl

Również pochłonięta. Mniej zaskakująca niż „Xenna…” ale mimo wszystko polecam.
Karolina, LubimyCzytać.pl

Wielokrotnie podczas rozmów z maniakami książkowymi zostaję zapytana, czy znam tego czy innego autora. Zawsze wtedy odpowiadam, że osoboście nie (bo na przykład dany twórca nie żyje od pięćdziesiąciu lat, bądź wyjechał za granicę i nie dane mi było go spotkać). Dlatego nie zadawajcie mi głupich pytań typu: czy znam Szekspira, Dostojewskiego czy Szymborską… jakby nie patrzeć oni nie żyją. Znam ich twórczość, bo mówiono o nich w liceum, na studiach w mediach.
Jednak jak powszechnie wiadomo najlepsze lektury dopadają nas za szkolnymi murami, kiedy to czytelnik czyta to co chce i nie musi poddawać treści powieści jakimś podstawowym analizom, do których przydatne będą internet i śmieciowe pomoce szkolne, których to jestem przeciwniczką odkąd pamiętam.
Wróćmy jednak do Łukasza Gołębiewskiego, którego to miałam okazję poznać osobiście. A było to w czasach kiedy pracowałam w księgarni. Munioza stawiła się na to spotkanie kompletnie nieprzygotowana (wstydzę się do dzisiaj). W natłoku obowiązków zawodowych i zajęć prywatnych nie miałam nawet chwili, aby zapoznać się z biografią autora, jego działalnością kulturalną, o promowanej w 2011 roku „Bombie w windzie” nie wspominając. Nic to. spotkanie było krótkie, a ja żałowałam, że ten pełen wdzięku i oryginalności mężczyzna musi jechać dalej. Muniozę (znaną ze swej nieśmiałości) aż korciło, aby podejść, zamienić kilka zdań. Rozmawialiśmy o literaturze rzecz jasna. Mnie zachwycał Mario Vargas Llosa a Łukasza Wiesław Myśliwski. Pamiętam to dokładnie, jakby to było wczoraj. Gołębiewski grzecznie się pożegnał i pojechał, ruszył dalej. A że naturę ma punkową tak jak ja…
Wiedziałam, że prędzej czy później jakoś go „znajdę”. Czy to na koncercie, czy w trasie czy wybiorę się na jakieś spotkanie autorskie.
Później z powodu życiowych perturbacji zupełnie zapomniałam o spotkaniu i publikacjach autora. Na studiach katowano mnie arcydziełami literatury staropolskiej. wiecie Bogurodzica i inne utwory wałkowane od postawówki. Prowadzący ćwiczenia sprawił, że moja miłość do literatury oziębła, zaś obrzydzenie do tego nadętego mężczyzny szczycącego się tytułem doktora jest tak wielkie, że gości w mym sercu po dziś dzień. Nie będę się rozwodzić nad wykładowcą, bo nie warto.
Pozdrawiam po punkowemu: środkowym palcem 😉
Z gmachu Uniwersyteu przenoszę się myślami do Londynu i windy, gdzie poznaję Richarda Burtona. Postać niesłychanie zagadkową. Nasz bohater, z zawodu krytyk literacki, został uwięziony w szybie windy. Bez wody, bez jedzenia. Jak to się mówi w czarnej dupie. Pomimo swojego trudnego położenia Richard zdobywa się na pełną humoru podróż do przeszłości. Wspomina monotonię pracy dziennikarza, koncerty punk rockowe oraz kobiety, które to porządnie zawróciły mu w głowie.
„Bomba w windzie” urzekła mnie od pierwszych stron. Zachwycałam się każdym zdaniem, aż nie chciałam, aby ta powieść się skończyła, jednak ciekawość nie pozwalała mi odłożyć jej na później. Gdybym miała w jakiś sposób zaznaczyć najciekawsze momenty i arcyważne cytaty bałabym się, że liczba karteczek zniszczyłaby całkowicie tę liczącą około 130 stron książeczkę . a tego byśmy przecież nie chcieli…
Bomba w windzie to cudowne połączenie powieści obyczajowej i sensacyjnej. Nie jest to powieść o umieraniu, lecz o życiu. Troski i zmartwienia Richarda są bliskie niejednemu z nas. To historia nieszczęśliwego samotnika poszukującego wrażeń.
Podziwiam Łukasza Gołębiewskiego za to, że na tak niewielu stronnicach zawarł wszystko, co lubię w książkach najbardziej. Mam tutaj na myśli ciekawą fabułę, która sprawiła, że mój mózg popracował na wyższych obrotach oraz żarty, które warto powtarzać w gronie znajomych. . Bomba w windzie, pochłonęła mnie totalnie. Tego mi było trzeba.
Sztuką jest sprawić, że czytelnik zżywa się z głównym bohaterem tak bardzo, że ma ochotę płakać nad jego losem. Masa niejasności, zawirowań, niedopowiedzeń. Mistyfikacja totalna. A co jeśli Richard Burton nie istniał naprawdę? O co w tym wszystkim chodzi? Gdzie jest granica między światem rzeczywistym a fikcyjnym? Polecam tę książkę wszystkim, którzy narzekają na nudę i brak literackich doznań. Proza Łukasza Gołębiewskiego sprawiła, że kilka razy niebezpiecznie skoczyło mi ciśnienie. Jak to się w księgarni mawiało: „kawy nie trzeba pić”. Ano nie trzeba. wystarczy dobra książka. tak niewiele, a tak wiele.
Zmęczenie daje o sobie znać. Dlatego też zakończenie będzie krótkie: czytajcie, bo warto.
polecam, Ewelina Karpiuk
Ja tymczasem biorę się za kolejną. pora na „Disorder i ja”, ciekawe, czym mnie zaskoczy Gołębiewski.
Zagadką jest jak po trzech latach odnalazłam Łukasza? na pewno nie w warszawskiej ani londyńskiej windzie, nie na koncercie, ani w podróży. znalazłam go… na fejsie. niech żyje Internet ! <3
Munioza, Muniozaczyta.blogspot.com

 

Powieść „Bomba w windzie” jest moim drugim spotkaniem z autorem Łukaszem Gołębiewskim, który w swoim dorobku ma kilkanaście pozycji w większości powieści, ale także opowiadań czy zbiorów wierszy. Ponadto autor jest także znany z pracy dziennikarskiej oraz wydawniczej m.in. z „Rzeczpospolitej” oraz „Magazynu Literackiego Książki”.
Pierwszym spotkaniem z autorem była powieść „Melanże z żyletką” przeczytaną ponad 4 lata temu, którą mam z autografem, podobnie jak inną powieść „Xenna Moja miłość” po spotkaniu z nim na Targach Książki w Krakowie w 2014 roku.
Wracając do „Bomby w windzie” to książka nie należy do najłatwiejszych, ale zdecydowanie warto przeczytać tę licząca 130 stron powieść. Książka zaczyna się od tego, że bohater (z początku nie znamy nawet jego imienia i nazwiska) budzi się w szybie windy, która uległa awarii wskutek domniemanego ataku terrorystycznego w Londynie i wybuchu bomby.
W sytuacji zagrożenia i braku nadchodzącego ratunku Richard Burton zaczyna wspominać swoje dawne spotkania ze „śmiercią”. Dzięki temu poznajemy kim był Richard przed wypadkiem, co robił i jakim był człowiekiem. Z kim się spotykał i jakie były jego relacje z kobietami a także z rodziną i przyjaciółmi w tym z… Łukaszem Gołębiewskim.
Wszystkie swoje przemyślenia Richard spisuje w ciemnościach, a notatki po pewnym czasie trafiają do autora „Bomby w windzie”, który ostatecznie próbuje znaleźć odpowiedź co stało się z Richardem. Czy znajdzie odpowiedź dowiecie się po lekturze tejże powieści.
Jak już wspomniałem wcześniej nie jest ona najłatwiejsza, ale warto ją przeczytać, gdyż jest to historia o życiu a nie o śmierci, o poszukiwaniu i znajdywaniu, chociaż nie zawsze tego, czego tak naprawdę szukaliśmy.
Daniel Englot, ksiazkidanielaenglota.blogspot.com

4 komentarzy dla “Wyłowione z Netu o „Bombie w windzie”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

15 lipca 2018 o godz. 19:47

Piękny finał

8122a612371550e6f5227a6f78c32acb

Francja i Chorwacja, to absolutnie dwie najlepsze drużyny na tym Mundialu, choć Chorwacja, która awansowała na Mistrzostwa po barażach, bynajmniej nie należała do faworytów. Ich finałowy mecz w pełni pokazał wielkość, klasę zawodników i drużyn. Z Mundialem wcześniej pożegnali się Ronaldo, Neymar, Messi, bo nie grali w drużynie, grali dla siebie. Dla mnie Modrić, Mbappe, Mandżukić, Griezman, Perisić czy Lloris – to są prawdziwe gwiazdy. Przynajmniej tego Mundialu. Wygrała Francja, ale Chorwacja grała do końca pięknie.

15 lipca 2018 o godz. 14:20

Francja czy Chorwacja?

World-Cup-trophy-664059

Już za kilka godzin będziemy wiedzieli, kto zostanie mistrzem świata w Rosji, Francja czy Chorwacja? Kibicować będę Chorwatom, ale stawiam na wygraną Francuzów. Luka Modrić to prawdopodobnie najinteligentniejszy piłkarz jaki biega współcześnie po boiskach, ale Mbappe jest dla niego za szybki. Mandżukić potrafi wspaniale wymierzyć strzał, ale Griezman potrafi jeszcze lepiej. Rakitić, Perisić harują jak konie pociągowe, czy to jednak wystarczy na Pogbę, Pavarda, Umtitiego? Subasić jest świetnym bramkarzem, ale Lloris jest najlepszym golkiperem na tym Mundialu. Stawiam na Francję, niezależnie jednak od tego, kto wygra, pewne jest, że w finale rosyjskiego Mundialu spotykają się najlepsze na tym turnieju drużyny. Godne siebie. Mają wspaniałych piłkarzy. Chorwaci mają bardziej zgrabny zespół, Francuzi mają większą szybkość. Z piłkarzy obu zespołów można stworzyć Dream Team, nikogo więcej nie zapraszając. Za trzy godziny czeka nas wielkie widowisko.

14 lipca 2018 o godz. 18:23

Nagi król

maxresdefault

Belgia z brązem. Drugi raz pokonała na rosyjskim Mundialu Anglików. Poprzednio było tylko 1:0, ale grały rezerwowe składy. teraz już wymiar kary był wyższy, choć wygrana 2:0 bardziej była efektem żenującej nieudolności strzeleckiej Anglików, a nie wielkiej gry Belgów. Harry Kane zostanie prawdopodobnie królem strzelców Mundialu w Rosji, strzelił sześć bramek, w tym cztery z rzutów karnych. Gdyby jednak wybierać króla zmarnowanych sytuacji, to Kane miałby szansę na drugą koronę. Angielska młodzież osiągnęła w Rosji i tak bardzo dużo, mieli sporo szczęścia w układzie drabinki, najpierw wygrana w karnych z Kolumbią, potem słabiutka Szwecja, ale kiedy przyszło do gry z naprawdę dobrymi drużynami, okazało się, że angielski król jest nagi. Tyle wart, co jego korona (króla strzelców). A Belgia – cóż, rasowa drużyna, ale jednak nie na wielki finał, trzecie miejsce to jest sprawiedliwa pozycja.

14 lipca 2018 o godz. 14:18

Chyba Belgia?

thumb2-england-vs-belgium-4k-group-g-football-28-june-2018

Gin czy Genever? Komu mam kibicować dziś wieczorem? Mimo historyczno-kulturowych związków między narodami, piłkarsko to są obecnie jakby inne kontynenty. Naszpikowana gwiazdami Belgia przypomina mi inną narodową reprezentację na B – z Ameryki Południowej. Młoda i nieopierzona Anglia zaś… cóż, nie pamiętam żebym z taka przyjemnością oglądał grę Anglików. Robią błędy, marnują sytuację, Kane to jeszcze ani nie Lineker, ani nie Shearer, ani nawet nie Rooney, ale uczy się dopiero, a już jest królem strzelców Mundialu z dorobkiem sześciu goli. Anglia jednak już raz grała na tym Mundialu z Belgami i poległa 0:1, pomimo dobrej gry. Myślę, że przez te dwa tygodnie sporo się zmieniło w mentalności każdej z drużyn, obydwie są bardziej doświadczone, mądrzejsze. O ile jednak przybyło cennych doświadczeń, to przecież nie przybyło umiejętności. Belgia tak samo jak na początku turnieju, tak i teraz jest zespołem zwyczajnie lepszym. Będę kibicował młodym Anglikom, ale jeśli mam uczciwe obstawiać wynik, to jednak ten mecz raczej wygrają Belgowie. Stawiam na 1:0 dla Belgów. Czyli raczej jednak Genever

11 lipca 2018 o godz. 23:03

Chorwacja w finale!

croatia_england

Tym razem Modrić i spółka nie musieli czekać do rzutów karnych, rozstrzygnęli wynik w dogrywce. Emocjonujący mecz, w którym Chorwacja rosła z minuty na minutę. Zaskakujące, że motorycznie chorwaccy weterani okazali się być lepsi od angielskiej młodzieży.

11 lipca 2018 o godz. 19:18

Jestem za Chorwacją

maxresdefault

Jeśli nie teraz, to nigdy. Najlepszym chorwackim piłkarzom blisko już do zakończenia kariery. Przemawiają za nimi doświadczenie i zgranie. Ale i Anglii nie brakuje atutów – młodość, świeżość, szybkość. Podoba mi się nowa angielska drużyna, to zespół, nie indywidualności. Szczerze mówiąc szanse w tym meczu są bardzo wyrównane. Chorwaci mają za sobą dogrywki i rzuty karne, na pewno mieli trudniejszą drogę do półfinału, więc są bardziej zmęczeni, ale podczas meczu o taką stawkę to nie powinno mieć znaczenia, bo każdy da z siebie wszystko. Obie drużyny grają podobnie, ofensywnie, skrzydłami, bardziej z przodu niż w środku pola. To będzie dawało okazję do kontr, a pod tym względem doświadczeni Chorwacji są groźniejsi. Będę im kibicował, więc nie mogę stawiać na Anglię. Ponieważ jednak Chorwaci w fazie play-off obydwa mecze zremisowali, to dlaczego nie miałoby być i tak samo teraz? Stawiam na 2:2 i rzuty karne. Dla Chorwacji, rzecz jasna.

10 lipca 2018 o godz. 22:05

Francja w finale!

france

Świetny mecz. Od początku szybka, agresywna gra obu drużyn. Świetną okazję Belgia miała w 22. minucie, ale fenomenalnie broni Lloris, kto wie, czy to nie najlepszy bramkarz tego Mundialu. Dla równowagi, w 40. minucie w doskonałej sytuacji znalazł się Pavard, Courtois obronił akrobatycznie wyciągniętą nogą. Druga połowa równie fantastyczna jak pierwsza, mecz wart finału. W 51. minucie po rzucie rożnym bramkę głową strzelił Umtiti. Ile już takich bramek padło na tym Mundialu? Cóż jednak to ma za znaczenie, czy gol jest piękny, czy pospolity, pamiętamy tylko o wyniku. A tu więcej goli nie było. Mimo to mecz był równie pasjonujący jak ten Francja-Argentyna, gdzie mieliśmy pięć bramek. W ostatnich sekundach na 2:0 powinien był strzelić Tolisso, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Francja wygrała, bo jest lepiej poukładana. W Belgach jest moc, ale muszą się jeszcze nauczyć pokory. Dzisiaj obydwie drużyny zaprezentowały równy poziom i wspaniałą grę w każdej formacji. W meczu o trzecie miejsce Belgia jest faworytem, zaś Francja powinna sięgnąć po mistrzostwo świata.

10 lipca 2018 o godz. 19:40

Oczywiście, że Francja

France-squads-match-schedule-fifa-2018-563x353

Za chwilę mecz Francja-Belgia, walka o finał. Belgia ma znakomitych piłkarzy, Francja ma na dokładkę świetny zespół. Belgowie grają z nonszalancją, wychodzą na boisko w przekonaniu, że wygrana i tak przyjdzie. Dotąd im się udawało, ale w meczu z Japonią byli bliscy kompromitacji. Na mecz z Francja wyjdą pewnie z nieco większym respektem, droga Francuzów do półfinałów imponuje. Jest niezwykle szybki Mbappe, ale jest też Griezmann, który potrafi i z daleka i z bliska, i z boku i z wyskoku strzelać gole. Na pewno będzie pasjonujący mecz. Stawiam na 2:1 dla Francji. Bo dla mnie to oczywiste, że wygra Francja.

9 lipca 2018 o godz. 17:07

Wizyta w zakładzie R. Jelínek

Jelinek 2018-014

Region Vizovicki od wieków słynie z wyrobu śliwowicy i innych owocowych destylatów. Podobnie jak nasze Łącko, obfituje w sady owocowe, szczególnie zaś śliwki różnych odmian, także sprowadzanych tu z: Niemiec, Austrii, Węgier czy Serbii. Z najstarszych dokumentów wynika, że co najmniej w XVII wieku wypalano tu śliwkowe okowity. Przed wojną działało tu kilka destylarni, z których największą była gorzelnia Karela Singera na północnych obrzeżach miasteczka. Singer odkupił w 1895 roku zakład od Simona Frischa i zaczął go rozbudowywać. W podobnym czasie swoją niewielką destylarnię otworzył Zygmunt Jelínek, który prowadził w Vizovicach gospodę. W tym czasie w miasteczku działały także gorzelnie: Moryca Weissa, Jana Haby, Franciszka Kalendy, Antoniego Kalendy i Jozefa Bajera. Około 1894 roku sadownicy i gorzelnicy utworzyli w Vizovicach spółdzielnię, zbudowali własny młyn i nową destylarnię Razov, by lepiej konkurować na rynku ówczesnego imperium Austro-Węgierskiego. W latach 20. XX wieku synowie Zygmunta Jelínka – Rudolf i Vladimir – zbudowali bocznicę kolejową prowadzącą do destylarni, podpisali umowę z francuskim producentem koniaków J. Denis na licencyjny wyrób winiaku w Vizovicach, rozpoczęli też eksport, m.in. do USA. W 1926 roku bracia się rozstali, Vladimir prowadził gospodę i otworzył nową, małą destylarnię, Rudolf zaś budował imperium oparte na śliwowicy. Strzałem w dziesiątkę okazało się być wprowadzenie koszernych wyrobów, najpierw śliwowicy i jałowcówki, potem kolejne okowity zyskiwały certyfikaty koszerności, bardzo cenione na rynku amerykańskim.

8 lipca 2018 o godz. 19:20

Wizyta w destylarni Metelka

Metelka 1-001

Metelka to jeden z najbardziej cenionych na Morawach producentów absyntów i jeden z czołowych czeskich wytwórców likierów, w szczególności emulsyjnych – jajecznych i mlecznych. Sami nie destylują, kupują gotowy alkohol. Ich zakład w Vizovicach znajduje się po sąsiedzku z ich głównym inwestorem, czyli znaną ze śliwowicy firmą R Jelinek. Mają tu linię do butelkowania (butelkują także na czeski rynek licencyjne rumy i giny), zestawialnię i mieszalnię likierów, perkolatory do maceracji ziół na absynty.