12 marca 2013 o godz. 20:12

Wyłowione z Netu o „Bandytach Rodriguez”

Oto wyłowione z blogów, księgarni internetowych, for etc. recenzje powieści „Bandyci Rodriguez”.

Jakiś czas temu czytałam książkę Łukasza Gołębiewskiego „Złam prawo”, wtedy już wiedziałam, że z całą pewnością sięgnę po inne książki Autora! Dlaczego? Z wielu powodów. Przede wszystkim polubiłam styl Gołębiewskiego, po drugie – używa bezpośredniego języka i robi to śmiało i konkretnie, po trzecie – nie boi się erotyki, zresztą mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale po co? Każdy powinien przekonać się sam! Autor zdecydowanie odróżnia się od innych pisarzy stylem, bezpośrednim językiem, pomysłowością, ogromną wiarygodnością, a przy tym kocha koty…
Wracając do jego ostatniej powieści pt: „Bandyci Rodriguez”, muszę przyznać, że Łukasz Gołębiewski mnie nie zawiódł, raczej przekonał do siebie bardziej. W „Złam prawo” marudziłam, że czekałam na końcu na wielki finał, którego się nie doczekałam, ale jego najnowsza powieść mnie nie rozczarowała! Gołębiewski mnie nie rozczarował! Rozmawiając o niej śmieję się, że Autor mnie przekupił, zdecydowanie przekupił! Wystarczyło małe, miauczące futro występujące dość często w książce, by zjednać sobie taką czytelniczkę, a zarazem miłośniczkę kotów jak ja…
Meksyk. Nie ciekawe miejsce, nieciekawe dzielnice, bród, smród i ubóstwo. To właśnie na takich ulicach dorasta rodzeństwo Rodriguez, które po pewnych zdarzeniach musi uciekać i zaszyć się na jakiś czas, niestety przy tym rozdzielając się. Gdy los znowu krzyżuje ich drogi okradają bank i uciekają przed pościgiem…
Kradną, mordują i uciekają by przetrwać, chcą sławy i pieniędzy, oczekują, że kiedyś kolejne pokolenia dzieciaków wychowujących się na ulicy będą śpiewać o Bandytach Rodriguez słynne ballady… Czy tak się stanie? Czas pokażę…
„Bandyci Rodriguez” to świetna książka, która trzyma w napięciu do końca. Mocne sceny, wiarygodność czy choćby erotyka i genialne wykorzystanie własnej pasji i miłości do kotów – to zdecydowanie ogromne plusy dla Autora. Do tego rewelacyjnie napisana… cóż więcej chcieć?
Polecam! Łukasz Gołębiewski potrafi pisać, zaciekawić, ale przede wszystkim to wszystko co ma do powiedzenia potrafi przekazać…niekoniecznie w grzeczny i dający przykład innym sposób. To właśnie w nim lubię!
Sabinka (Sabinkowe Czytanie)

Trafiła pod mój dach tegoroczna nowość Wydawnictwa Jirafa Roja – „Bandyci Rodriguez”. Książka to drobna i niepozorna, chociaż z okładki – groźna, trzeba przyznać. Zarówno z przedniej, jak i tylnej obwoluty, do jej lektury zachęca nas kolejny autor spod skrzydeł owego Wydawnictwa – Dariusz Papież. Skoro mam polecenie papieskie – nie tracę ani chwili i czytam!
Łukasz Gołębiewski, dziennikarz, eseista i pisarz, był mi dotychczas autorem znanym wyłącznie ze słyszenia, niemniej jednak słyszałam wyłącznie pochlebne opinie o jego lotnym stylu i odważnym podejściu do tematyki, również erotycznej. Postanowiłam go zatem w mojej głowie ułożyć jako obiecującego polskiego pisarza młodego pokolenia i z pozytywnym nastawieniem rozpocząć przygodę z jego twórczością.
Bandytów poznajemy z dwóch perspektyw – tak różnych, jak i podobnych – tytułowego rodzeństwa Rodriguez, Ricardo i Rosity. Historia opowiedziana przez nich naprzemiennie stanowi dokumentację jednego weekendu ich życia. Czytelnik zostaje zaproszony do ich dynamicznego, a jednocześnie refleksyjnego świata, gdzie pozornie nie ma czasu na zastanowienie się nad biegiem wydarzeń – one po prostu się dzieją. Jednak poza bieżącymi zdarzeniami, dzięki bardzo osobistej narracji, bliźniaki uchylają nam rąbka tajemnicy swojej przeszłości.
Ricardo Rodriguez – 20 minut młodszy brat swojej siostry. Nieco neurotyczny, miłośnik kotów a przede wszystkim swojej kotki Muxo. Mężczyzna o naturze nieco wycofanej, refleksyjnej, niejako pokutującej.
Rosa Rodriguez – dwudziestopięcioletnia kobieta hołdująca zasadzie „żyj szybko, umieraj młodo”, twarda i odcięta od uczuć wyższych, takich jak litość czy współczucie. Można by stwierdzić, że prawdziwą miłością darzy wyłącznie swojego brata, ale czy jest to miłość siostrzana?
Książka Łukasza Gołębiewskiego zaskoczyła mnie swoim dynamizmem. Jest napisana bardzo sprawnie, a czytanie jej to prawdziwa przyjemność. Właściwie powinnam użyć słowa „pochłanianie”, ponieważ lektura jest wyjątkowo wciągająca i jestem przekonana, że jej ekranizacja z tak dużym potencjałem mogłaby odnieść spektakularny sukces.
Do porównania z kultową „W Drodze” Jacka Kerouaca dodałabym również „Savages: Ponad Bezprawiem „Dona Winslowa. „Bandyci Rodriguez” są flagową historią drogi, gdzie podróż przez meksykańskie miasteczka zbiega się z podróżą w głąb siebie. Nasi bohaterowie napadają na banki po to, by chwilę później bez cienia żalu porzucać drogie samochody. Życie młodego chłopaka ma dla nich mniejszą wartość, niż zdobycie mleka dla ukochanej kotki Ricardo. Przychodzi tu na myśl pytanie: dlaczego? A żeby poznać na nie odpowiedź, zachęcam do zmierzenia się z lekturą „Bandytów Rodriguez”.
Szczególne wrażenie zrobiła na mnie finalna scena, gdy to rodzeństwo w bardzo nietypowych okolicznościach poznaje pracującego na poczcie staruszka Marqueza. Pomoc, jakiej z pieśnią na ustach udziela im mężczyzna, jest swoistym ucieleśnieniem tego, czego w życiu poszukują ludzie wyjęci spod prawa, żyjący na krawędzi – poświęcenia i oddania. No i kotek chwyta kociarę za serce.
Książkę tę poleciłabym wszystkim tym, którym nieobce są marzenia o grzesznym życiu, a także miłośnikom kotów i scenerii Ameryki Łacińskiej. Ja zachwyciłam się tak zupełnie, zupełnie serio.
Monika Jabłońska (X-Ray of Books)

Zacznijmy od tego, że gdyby Tarantino pisał książki, to mógłby zrobić adaptację filmową tej właśnie. (sprostowanie, dla tych którzy nie załapali – gdyby, Tarantino, pisał tak samo genialnie jak robi filmy, to po przeczytaniu książki, postanowił by zmienić zawód, na właściwy. Złudne. Jasne?)
Oczywiście, że Meksyk. Jasne, że są wulgarni. Kanon literatury Disorderyzmu. Następne stwierdzenie powinno brzmieć – piją. Nie tym razem. Teraz bohaterzy odurzają się chwilą.
Ćpają życie. Po krawędzi stołu.
Bliźniaki. Morderczo, bezwzględne i zepsute. Śmierć, grabież i wieczne poszukiwanie swojego miejsca, mają w genach. Ona, uzbrojona w Colta Pythona, urodzona jako pierwsza i wyemancypowana z pod wpływu brata, jest diamentem wśród postaci kobiecych, ciosanych przez pióro autora. Idealnie, fatalna i anarchistycznie autodestrukcyjna femme fatale. Kto czytał Xennę i całą resztę, ten zrozumie. To samo, robi w książkach Horwath. Schemat bohaterek takich powieści trafia do mnie niezwykle. Są bystre, inteligentne, a jednocześnie przeżarte na wskroś czymś niezwykle plugawym, co ubrane w literki dodaje im tylko uroku. To Rosita. Kradnie, zabija, od niechcenia. Pieniądze i wartości materialne nie mają dla niej znaczenia, a jednak oddaje im się bez reszty. Nie wbrew sobie. Na przekór. Bo życie jest na przekór, śmierci. Kultu tego rodzeństwa.
Ricardo. Brat bliźniak noszący za paskiem S&W kalibru 44. Żyjący w kodeksie gangstersko rycerskim, marzy o śmierci w chwale. Coś na granicy odstrzelenia ręki od walizki z koką, a bohaterskim zasłonięciem Rosity własnym ciałem. To drugie chyba nawet bardziej. Bo kipi aż od więzi przesiąkniętej kazirodztwem. Ricardo się nad tym nie zastanawia. On robi, nie gada. I nie lubi niegadania innych.
„Robię się zły, Pedro, kiedy milczysz. Wiesz, co robię, jak jestem zły? Wiesz co? Kurwa, zaraz się przekonasz”.
To może nie trąci Tarantinem?
Akcja jest zbyt krótka, żeby o niej pisać. Jest natomiast spektakularna, czego o okładce powiedzieć nie można. Właściwie, to nawet szkoda mi tego jak treść, psuje oprawa graficzna. Coltów nie uświadczysz, a szkoda.
Porównują ta książkę, do Kerouaca i jego powieści drogi. Błędnie moim zdaniem. To powieść trwania w jednym miejscu. W Meksyku, Wśród dragów, przemocy i całego syfu. O odnajdywaniu siebie w tym wszystkim. Wypracowaniu metody na życie. Tu przychodzisz na świat, bliźniaczo, w brudzie egzystencji. Rośniesz, bliźniaczo, piętnowany otoczeniem zepsutym i prymitywnym. Dorastasz, kształtowany przez proste, umrzeć albo przeżyć, bliźniaczo. I wychodzą z tego dwie, odmienne postaci, dusze. Przez kontekst płci? Kontekst bodźców zewnętrznych? Co sprawia, że Rosita, tylko na pozór, utrzymuję poprzeczkę tak nisko jak Ricardo? Dlaczego jednocześnie dla Richarda, najwyższą poprzeczką jest honor utożsamiany z siostrą?
Bunt, brud i przekraczanie granic.
Czyli nic dziwnego u Łukasza, a jednocześnie świeżego, bo wszyscy trzeźwi.
Przeczytałam w jeden dzień. To mnie martwi. Płodny i dobry autor, pisze genialnie i krótko. A genialny, płodzi długo i dobrze.
Lilou (okiemneurotyczki.blogspot.com)

Łukasz Gołębiewski to dziennikarz, krytyk literacki, przez ponad dziesięć lat związany z „Rzeczpospolitą”. Jest również redaktorem i wydawcą „Magazynu Literackiego Książki” i „Biblioteki Analiz”. Ponadto jest autorem książek „Xenna moja miłość”, „Melanże z żyletką”, „Disorder i ja”, „Złam prawo”, „Bomba w windzie”, „Krzyk kwezala” a także książki podróżniczej „Meksyk- kraj kontrastów” oraz esejów o przyszłości kultury.
Pochlebne recenzje twórczości Łukasza Gołębiewskiego zaintrygowały mnie i skłoniły do zapoznania się z jego książkami. Swoją czytelniczą znajomość z autorem postanowiłam rozpocząć od kryminalnej przygody w rytmie meksykańskiej korridy „Bandyci Rodriguez”- najnowszego „dziecka” Pana Łukasza.
Krótko mówiąc książka mnie zaskoczyła.
Rosita i Ricardo są sierotami. Nigdy nie zaznali miłości rodzicielskiej. Matka porzuciła ich w niemowlęctwie, a ojciec mocno zaangażowany w bandycki proceder, zmarł nigdy nie ujrzawszy swych dzieci. W spadku zostawił swoim pociechom, przekazywane z pokolenia na pokolenie, dwa rewolwery „srebrny ośmiocalowy Python i Smith&Wesson z lufą 8 3/8 cala”.
Lata dziewięćdziesiąte, Meksyk. Bród, smród, głód, ubóstwo, nędza, brak perspektyw…
Życie bliźniaków Rosity i Ricardo napędza adrenalina. Przygody, niebezpieczeństwo, łamanie zasad, szybkość, szalone ucieczki, przemoc, brutalność, zbrodnia to ich codzienność. Napająją się każdą chwilą życia i ciągle im mało, a do tego chcą być sławni, zostać legendą, bohaterami pieśni, umrzeć w chwale z bronią w ręku…
Dokąd ich to doprowadzi? Czy mogą czuć się bezkarni? Czego najbardziej żałują?
Pierwsze o czym wspomnę i co ogromnie mi się spodobało, to bardzo dynamiczna akcja choć obejmuje zaledwie dwa dni z życia bohaterów, ciągle działo się coś nowego i zaskakującego. W każdym rozdziale, na każdej stronie pełno jest wydarzeń, które zmieniają pierwotny obraz sytuacji, postaci, wzajemnych odczuć i emocji.
Podziwiam Łukasza Gołębiewskiego za to, że na tak ograniczonej objętości książki potrafił rozmieścić swoje pomysły, nie zdezorientować przy tym czytelnika i nie czyniąc z powieści jarmarcznej tandety, a bardzo intrygującą bandycką opowieść z góry skazaną na tragiczny finał. Mocne i często pikantne sceny są bardzo kontrowersyjne ale idealnie pasują do charakteru powieści.
Do gustu przypadła mi również narracja pierwszoosobowa, naprzemienna, prowadzona z punktu widzenia Rosity i Ricardo. Taka forma książki pozwala na bardziej osobiste przeżywanie i doświadczanie poznawanej historii. Łatwiej jest się utożsamić z bohaterem, wejść w jego skórę i choć na chwilę przenieść się w czasie i przestrzeni.
Opowieść o wydarzeniach współczesnych przeplatana jest wspomnieniami i próbą analizy zachowań własnych, swoich przodków, a także pewną refleksją nad bytem człowieczym.
Bardzo dobrym pomysłem było udzielenie głosu kobiecie i mężczyźnie, dzięki czemu mamy okazję pełniej spojrzeć na opisywane sytuacje, porównać je, wyciągnąć ukryte wnioski i znaczenia oraz przekonać się jak dane wydarzenie „widzi” każda z płci. Bardzo ciekawe doświadczenie.
Sami bohaterowie… intrygujący, żywi, szaleni, irytujący, boscy, charyzmatyczni… Tak długo żyli wśród przemocy, brutalności, zbrodni, że przestają zauważać granice między tym co dobre a co złe, moralne a grzeszne…
Postacie Rosity i Ricardo składają się z samych paradoksów: z jednej strony mili i uprzejmi, a z drugiej okrutni mordercy, trzymają się własnych zasad i łamią granice tabu, a co najdziwniejsze i najciekawsze mają mylne wyobrażenie o sobie nawzajem…
„Bandyci Rodriguez” to bardzo dobra i wartościowa książka, która wciągnie bez reszty. Koniecznie musicie poznać bliźnięta Rodriguez, poznać ich zdanie na temat życia, marzeń, przekraczanie granic.
Alekasandra (Aleksandrowemysli.blogspot.com)

Bandyci do utraty tchu
Powieść z gatunku męskich przygodówek. Mocne sceny, dramatyczne pościgi, podstępne ucieczki, występki i zbrodnie, podlane gęstym sosem erotyki i zakazanej miłości.
Mało wam?
Powieść drogi. Ucieczki. Buntu.
Łamaniu tabu.
Grozie.
Wściekłym głodzie życie.
Szaleńczej odwadze.
Śmierci.
Mało wam?
O miłości.
Jeśli nadal wam mało, to nie jest to książka dla was.
Powieść barwna, soczysta, ostra, mroczna. Wpisująca się w tradycję bandyckich romansów, ucieczek przed całym światem. Kochanków rzucających wyzwanie światu. I nie w tym rzecz, czy się bohaterów lubi. Oni nie są do lubienia, oni są po to by zginąć młodo i z hukiem, spłonąć – o, jakże inaczej! – spłonąć, bo ogień jest żywiołem takich jak oni.
Powieść o zepsuciu. O utraconej niewinności. O oszustwie, które jest obecne nawet w najintymniejszej relacji rodzeństwa (gdy ona śpi…). O straceńczej próbie wyzyskania dla siebie tego, co w świecie da się wyzyskać, w tym także drugiego człowieka.
Tak, bandyci Rodriguez to prawdziwi bandyci. Naprawdę zabijają i wcale nie samych złych ludzi. Zabijają niewinnych, miłych. Więc to też powieść o moralności. O tym, jak daleko można się posunąć.
I sama nie wiem, czy autor aspirował do wlania w nią głębszych treści, czy powstała li tylko ku uciesze. Odkłada się ją z ulgą, że to tylko książka. I znów jesteśmy po bezpiecznej stronie.
Zuzanna Lenska (PapieroweMysli.pl)

Zabij nudę
Bracia Rodriguez, najnowsza książka Łukasza Gołębiewskiego, przypomina klimat filmów Tarantino czy historii Bonnie i Clydea. Związane niejednoznacznymi więziami rodzeństwo rozpoczyna szaleńczą podróż ku intensywnym wrażeniom.
Trzy dni, Meksyk. Piękna kobieta i niepozorny mężczyzna. Za nimi kot.
Kto da się zwieść tej słodkiej dziewczynie o kształtnym ciele, ten będzie musiał stawić czoła jej nieobliczalnemu, brutalnemu bratu, który z łatwością przeleje krew każdego, kto wywoła choć najmniejszy dyskomfort u jego ukochanej Rosity.
Rodrigo nie zna litości. Nie zna odpoczynku. Nie wie, co to dom, stabilizacja, bezpieczeństwo. Wraz z Rositą jeżdżą od miasta do miasta, kradnąć i zabijając, prowadząc słodkie życie na krawędzi.
Jednak jak długo da się uciekać w efektownym stylu przed policją? Jak długo można narazać życie niewinnych na rzecz własnej zabawy?
Cóż, choć Rosita i Rodrigo nie zaprzątają sobie głowy takimi pytaniami, to one same niedługo zaczną domagać się odpowiedzi.
Cięty humor, erotyczne napięcie, szybka akcja i morze krwi. Nie uwierzycie, ile może się wydarzyć w przeciągu trzech dni. Bohaterowie używają wszelkich możliwych środków lokomocji, Rodrigo traci palec, Rosita musi część trasy przejechać prawie naga, by w końcu przebrać się w balową sukienkę z cekinów. Ta właśnie scena – w której Rosita, brudna od krwi, spocona ciągłą jazdą, musi się przebrać w suknię wieczorową, gdyż taką zdobył dla niej Rodrigo, chcąc zrobić jej przyjemność – dowodzi pokrewieństwa wrażliwości Gołębiewskiego i absurdalnego humoru spod znaku Tarantino czy innych ironicznych gier w kinie klasy B.
Koobe (Publikuj.org)

Radykalnie przeciw nudzie
Rzecz się dzieje przez trzy krótkie dni w Meksyku w roku 1996. Niepozorny mężczyzna z kotem, obok niego zjawiskowa piękność.  Cóż można zdradzić więcej, by nie odebrać przyjemności lektury?
Dwoje bliźniąt, które nie znają lęku ani granic, niczego się nie boją, nawet śmierci. Pragną tylko jednego: nigdy się nie nudzić. Nigdy nie czuć pustki ani ograniczenia. Rodzeństwo Rodriguez nie kończy na marzeniach o wolności: oni traktują je poważnie i radykalnie. Wcielają je w życie za wszelką cenę.
Co jednak leży u źródeł ich agresywnego parcia ku nowym doświadczeniom? Czy można nie bać się niczego i niczego nie żałować? O czym naprawdę myślą bliźnięta Rodriguez, kiedy rabują banki, uciekają przed policją, mordują? Być może to w nich samych jest pustka, przed którą wciąż uciekają?
Ta książka nie jest jedynie erotyczno-sensacyjną feerią, ale uniwersalną anatomią nudy, nudy, która polega właśnie na tym, że trzeba ją koniecznie zagadać.
Fajerwerki, jakie znajdzie czytelnik w powieści (któż zliczy łuski, trupy i objawienia nagich ciał, którymi usłana jest droga wiodąca przez karty tej książki?) nie są jedynie ornamentami. Gdzieś pod spodem, pod głównym, sensacyjnym wątkiem Bandyci Rodriguez kryją się pytania o granice wolności, o znudzenie i o możliwość przekroczenia siebie samego.
Akcja książki zajmuje jedynie trzy dni. Tak wiele i tak mało, w ciągu tego czasu bohaterowie przeżyli zapewne więcej niż wielu zwykłych śmiertelników przez całe życie, ale czy intensywność doznań faktycznie jest miarą jakości życia?
Ewa, Artelis.pl (numer seryjny:5235fbe4-4cf4-48c3-8be9-55045bef4303)

I jak mam nie lubić mojego drogiego kuzyna Łukasza? Przecież to gejzer pomysłów! I co za energia! Wrócił z Etiopii, skoczył do Holandii, ledwo dwa dni posiedział i juz podróż do Stanów. Jeszcze nie odnotowałem jego powrotu do Polski, a juz na Fb reportaże ze Słowacji, Czech, Wegier i Serbii. Do tego analizy rynku i pisanie nowych książek. /już 32 pozycje na „naszym” portalu/. To i jego bohaterowie też pędzą i pędzą. Do tego alkohol, seks i kupa trupów. Jednym słowem lektura „z przymrużeniem oka”, miła, łatwa i przyjemna, idealna, by utrakcyjnić 2-3 godzinną podróż. A, że w mojej ocenie trochę nepotyzmu……Cha! Cha!
Wojciech Gołębiewski (http://wgwg1943.blogspot.com)

Łukasz Gołębiewski jest dziennikarzem, krytykiem literackmi, redaktorem i wydawcą „Magazynu Literackiego Książki” i „Biblioteki analiz”, a także autorem wielu książek. Biorąc pod uwagę jego liczne zajęcia i podróże, nasuwa się pytanie, kiedy ten człowiek znajduje czas na odpoczynek. Jego książka „Bandyci Rodriguez” zdaje się odzwierciedlać jego życie. Jest szybko, dynamicznie, trudno znaleźć moment, by zaczerpnąć choćby jeden oddech…
Lata dziewięćdziesiąte. Meksykiem rządzi bezprawie, nędza i alkohol. Para bliźniaków, Rosita i Ricardo, przemierzają kraj, okradając banki i mordując. Wychowywani bez ojca i matki, marzą wyłącznie o spektakularnej śmierci, na temat której powstaną pieśni, i o wstępie do Raju dla bandytów…
Powieść Gołębiewskiego zaskakuje od pierwszych stron. Śledzimy zaledwie kilka dni z życia rodzeństwa wychowanego przez ulicę. Wydaje się, że to jedynie moment, jednak każdy dzień tej dwójki zdaje się być bardziej intensywny niż lata życia przeciętnego mieszkańca Meksyku. Rodzeństwo Rodriguez nie rabuje dla zysku. Wszystko, o co naprawdę walczą, to życie według samodzielnie wyznaczonych reguł. Uporządkowane i podporządkowane życie zwykłego człowieka jawi się im niczym najgorsze więzienie. Wolą żyć krótko, ale intensywnie, niczego nie żałując, z nadzieją, że z czasem staną się legendą.
Bliźniacy nie znają współczucia i nie mają skrupułów. Nieustannie przekraczają granice, zdają się nie rozumieć różnicy między złem a dobrem, moralnością i grzechem. Choć tak okrutni, na swój sposób bardzo pociągający. Jest coś niesamowicie intrygującego w tej parze, żyjącej tak, jakby jutro nie miało nastąpić. I choć może samemu nie chciałoby się od razu chwycić za rewolwer, trudno nie przyznać im racji, że współczesny człowiek coraz częściej egzystuje, ale nie żyje, przestrzega wszelkich reguł i zasad, jednak często zasypia z poczuciem, że zmarnował kolejny dzień jakże cennego życia. W pewnym sensie łatwo więc utożsamić się z nieposkromionymi, którzy być może nie doczekają starości, jednak niemal fizycznie odczuwają każdą sekundę swojego szalonego życia.
Dobrym pomysłem jest przedstawienie historii z perspektywy dwóch osób, Rosity i Ricardo. Dzięki temu czytelnik ma szansę poznać dwa, często rozbieżne punkty widzenia. Bo choć bliźniaki trzymają się razem, każdy z nich jest inny i co zabawne, często również błędnie interpretuje zachowania drugiego.
„Bandyci Rodriguez” to bardzo świeża i zaskakująca opowieść. Pełna akcji, ciekawych zwrotów zdarzeń, ale i skłaniająca do przemyśleń. Podobno książka porównywana jest do „W drodze” Jacka Kerouaca oraz „Bonnie i Clyde” Arthura Penna. Co prawda można doszukać się tu pewnych podobieństw, jednak w moim przekonaniu opowieść Gołębiewskiego jest niepowtwarzalna i zupełnie unikatowa. Polecam ją wszystkim, którzy z entuzjazmem przyjmują literackie eksperymenty. Warto.
Moje Książki (http://alison-2.blogspot.com)

 

ŻYJ SZYBKO, UMIERAJ MŁODO Z KORRIDĄ NA USTACH
„Poczciwość to nuda, a nuda jest gorsza niż więzienie” *

Prawdziwy facet powinien:
– zasadzić drzewo
– zbudować dom
– spłodzić syna

Ricardo, jeden z głównych bohaterów książki „Bandyci Rodriguez” Łukasza Gołębiewskiego zupełnie nie wpisuje się w schemat. Domu nie zbudował ani nawet nikomu nie zlecił, zamiast drzewa, przygarnął pod swe skrzydła kotkę Muxo. A syna… Syna na razie nie ma i wszystko wskazuje na to, że nie doczeka się latorośli. Ricardo ma za to siostrę bliźniaczkę Rositę. Starszą o dwadzieścia minut. Są nierozłączni, darzą siebie wielką miłością. Po części zakazaną, po części platoniczną. Rozumieją się bez słów, a ich życie ma być wielką, nieprzerwaną przygodą.

– Wiesz, że możemy dzisiaj zginąć?
– Co za różnica, dzisiaj czy jutro, jutro czy za rok? Ważniejsze jak zginiemy niż kiedy *

Żyć szybko, umierać młodo. To pierwsza myśl, która zaświtała mi podczas lektury „Bandyci Rodriguez” Łukasza Gołębiewskiego i nie opuszczała do ostatniej chwili. Młodzi bohaterowie żyją historiami swoich przodków – dziadka i ojca, wielkich bandytów, którzy siali popłoch wśród wrogów. Ich jedynymi rodzinnymi pamiątkami są dwa pistolety: Smith & Wesson kaliber 44 oraz Colt Python 357 z ośmiocalową spluwą, którą nosi przy sobie Rosita. Niczym dawni bandyci chcą żyć poza prawem, gdyż tylko tak czują, że ich życie ma sens. Nie dbają o nic, ani o własne życie, ani o gromadzenie rzeczy. Żyją z dnia na dzień, bez planów, bez wielkich słów, jedynie improwizują.
„Bandyci Rodriguez” zaczynają się mocno i krwawo. Bowiem nie wolno narażać się Ricardo. Ricardo to bezlitosny drań, a gdy w grę wchodzi honor siostry… Lepiej nie wchodzić mu w drogę, gdyż szybko można stracić język albo życie. Gołębiewski nie czeka, aż przywykniemy do widoku krwi. Od razu rzuca nas w wir szaleńczego życia bliźniąt, pokazując, że takie życie jest równie emocjonujące i przyprawia o dreszcze. Takie życie daje wybór oraz wolność, a nie namiastkę życia podporządkowanego prawom i zasadom moralnym. A przynajmniej tak uważają bohaterowie, którzy nie chcą by ich życie przeciekało przez palce. Pomimo to ich szaleńcza podróż pełna pościgów, strzałów i wybuchów, dopiero się zacznie. Rosita napada na bank. Nie dba o środki ostrożności, robi co chce, więc nawet nie wie, że jej twarz została nagrana na kamerę. A już niedługo stacje telewizyjne pokażą ją w całym Meksyku. Pościg o życie i śmierć dopiero się rozpocznie. Padnie niejeden trup, ale i nie zabraknie namiętności. Niczym w korridach, które Ricardo uwielbia słuchać. To one rozpalają jego serce i napędzają do dalszych działań.
Książka może być potraktowana jako zwykła przygoda dwójki bohaterów, którym marzy się sława najznamienitszych bandytów z Meksyku. Akcja gna do przodu, rozpala serce i każe czytelnikowi być czujnym. Rozrywkę zapewniają efektowne sceny znane z hollywoodzkich filmów. Jest piękna, ale i niebezpieczna kobieta rozpalająca męskie ciało do czerwoności. Są pościgi motocyklowe i samochodowe. I jest dużo krwi, która po kartach powieści rozlewa się hektolitrami. Jednak „Bandyci Rodriguez” to nie tylko korrida wyśpiewywana pomiędzy jednym strzałem a drugim, to także walka o wolność, a tak naprawdę szukanie wewnętrznego spokoju. To próba odnalezienia się w świecie zbudowanym na prawie. To buntowniczy styl życia, który ma im pozwolić zaznać szczęścia. Lecz tak naprawdę szczęście obu bohaterów jest tylko pozorne, choć sami nie zdają sobie z tego sprawy. Przygodami próbują zabić prawdziwe uczucia, które skrywają gdzieś na dnie serca. Niby są źli, niby nie boją się śmierci i konsekwencji swoich czynów.

Morderstwo wyzwala od lęku, zrywa pęta moralności, daje siłę i władzę, stajesz się kimś *

Pójście pod prąd, niestosowanie się do zasad etycznych i moralnych, ma ich wyzwolić, nadać znaczenie, dać wybór. Marzą, by to o nich pisano korridy – o nieustraszonych wojownikach walczących o wolność. Ich życie usłane jest łamaniem zakazów zarówno prawnych jak i obyczajowych. To, co reszcie społeczeństwa wydaje się niemoralne, oni uważają za słuszne. Czy jednak tak powinno wyglądać życie? Być ciągłą ucieczką od odpowiedzialności? Życie na granicy śmierci, w którym adrenalina osiąga niezwykle wysoki poziom? Z drugiej strony, czy poddawanie się normom społecznym, postępowanie według norm narzuconych przez państwo oraz grupę ludzi, z którymi żyjemy, jest lepsze? Choć Łukasz Gołębiewski posłużył się mocnym, wręcz abstrakcyjnym i skrajnym przykładem, zadał ważne pytanie: czy życie według zasad uważnych przez ogół za słuszne, pozwoli nam być szczęśliwym? Czy planowanie każdego dnia, godziny, minuty pozwoli zaznać emocji czy też wręcz przeciwnie, staniemy się niewolnikami własnego życia, którzy tkwią pomiędzy pracą, szefem a obowiązkami? W tym wszystkim potrzebny jest złoty środek, który niestety bardzo trudno znaleźć. Człowiek ma tendencję do popadania w skrajności, nie zachowując umiaru, a jednocześnie żyjąc w ułudzie szczęścia.

– To nie sprawa odwagi, lecz wyboru. Mam złośliwego raka żołądka i tak niedługo umrę. Wolę, żeby mnie zastrzelili niż pokroili, wsadzili plastikową torebkę do brzucha i gumową rurkę zamiast jelit. Mam szansę wybrać swoją śmierć, a to jest już coś.
– Masz rację, Marquez. To jest już coś, wybór własnej śmierci to prawdziwa wolność, która zasługuje na szacunek. *

Gołębiewski pisze z pasją, namiętnością, ale i mocno, dynamicznie, nierzadko naśladując odgłosy pojawiające się w tle. Jest to proza żywa, uginająca się pod dużym ładunkiem emocji, choć sami bohaterowie starają się od nich uciec. To książka, która pochłania i tak jak mocno się zaczyna, tak samo mocno się kończy. Żyj szybko, umieraj młodo.
Palanee (https://okonakulture.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

17 lutego 2021 o godz. 21:34

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover-37

Ukazał się nowy numer (1/2021) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. 80 stron wieści z branży alkoholowej. Wewnątrz m.in.: rozmowa z Krzysztofem Kaczorem, twórcą Drake Distillery * najlepsze alkohole 2020 roku * najlepsze debiuty na polskim rynku alkoholowym 2020 roku * pełen przegląd oferty polskich niezależnych bottlerów * o sytuacji w Polmosie Łańcut * o arcydziełach whiskey Beamów * whiskey Waterford z Irlandii * okowity z Korczyna * rumy z Jamajki * wyjątkowych charakter starej Metaxy * historia alkoholi z Tarnowa * a także: liczne recenzje alkoholi, nowości z branży, recenzje książek o alkoholach, relacje z degustacji. Zapraszamy do lektury.

7 lutego 2021 o godz. 18:15

Aqua Vitae do czytania online

Na platformie Issuu jest już najnowszy numer magazynu „Aqua Vitae”, a w nim m.in. rozmowa z Krzyszztofem Kaczorem, twórcą Drake Distillery, najlepsze alkohole 2020 roku i polskie debiuty alkoholowe w 2020 roku. Zapraszamy do lektury online, a numer drukowany już za tydzień.

7 stycznia 2021 o godz. 12:40

Dzicz na Kapitolu

wybory-usa

Dzicz wdarła się na amerykański Kapitol. Dewastowali wnętrza i robili sobie selfie, podjudzeni przez psychopatę Trumpa. Policja imperium bezradna w obliczu szturmu dzikusów. Niebywała żenada. Świat się śmieje. Podobno cztery osoby zabite, bo dzicz w Ameryce może przecież mieć broń. Nauka dla całego świata – czy w prawie biernym wyborczym nie powinno być wymagane poświadczenie od psychiatry o zdolności wykonywania służby publicznej? Przy okazji można by to rozszerzyć o: wojskowych, policjantów i nauczycieli.

21 grudnia 2020 o godz. 18:06

X-mas

Bad Santa celebrating Christmas at home alone, he is smoking a cigar and drinking beer

Niech moc będzie z Wami!

17 grudnia 2020 o godz. 12:29

Nowy numer Aqua Vitae

AV_cover-36

Ukazał się nowy numer (6/2020) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. 84 strony wieści z branży alkoholowej.

18 listopada 2020 o godz. 22:57

Byle do przodu

embed-only-nations-league-2018

Przegraliśmy 1:2 ostatni mecz w Lidze Narodów. Dobrze zaczęliśmy, agresywnie, już w piątek minucie Kamil Jóźwiak strzelił gola, którego ładnie sobie wypracował, mijając holenderskich obrońców. Potem mecz przypominał grę w piłkarzyki, czyli piłka latała od jednej strony boiska, do drugiej. Dużo sił tracili piłkarze obydwu drużyn, mogło się to podobać, ale też więcej w tym było błędów obrony, niż finezji. Holendrzy grali w myśl prostej strategii – byle do przodu, Polacy nastawili się na kontry, więc sytuacji pod obydwoma bramkami nie brakowało, ale wykończenia akcji były jakieś nonszalanckie, równie nieudane, jak gra obrońców. Oczywiście, w porównaniu do meczu z Włochami Polska wyglądała dużo lepiej, ale mam wrażenie, że przynajmniej w 50% dlatego, że Holendrzy na wiele pozwalali, ich obrońcy byli wciąż spóźnieni, podobnie jak u nas spóźniał się do akcji z przodu Lewandowski. W przerwie Lewandowskiego zastąpił Piątek, któremu bardziej się chciało grać w piłkę, ale nie dostawał zbyt wielu podań, a nie jest to zawodnik, który sam potrafi wypracować akcję. W drugiej połowie Holandia grała swoje, czyli do przodu, co w końcu przyniosło najpierw wyrównanie z rzutu karnego w 77. minucie, potem wygraną po bramce Wijnalduma w 84. minucie. Po stracie tej bramki polscy piłkarze już nawet nie mieli ambicji na remis. Przegrali mecz, który z powodzeniem można było zakończyć remisem, wystarczyło chcieć grać do końca, ale tych chęci zabrakło. Patrząc na drużynę Polską jako całość i porównując dwa ostatnie mecze, wydaje się, że z reprezentacją na dobre powinien rozstać się Linetty, który więcej szkodzi niż pomaga. Wciąż niemrawy jest Zieliński, natomiast Jóźwiak i Płacheta wnieśli dużo siły, prędkości i energetyki do gry. W pechowym momencie wszedł Grosicki, po jego wprowadzeniu straciliśmy oba gole, ale to jest piłkarz, który ma pomysł na grę i pracuje na całym boisku, jak kiedyś Kuba Błaszczykowski, czy Lewandowski, jeśli akurat nie strzela focha. Dwie porażki w ciągu trzech dni obnażyły prawdę o potędze polskiej reprezentacji. O Mistrzostwach Europy na razie nie ma co myśleć, bo przed nami jeszcze jesień, zima i wiosna, covid na pewno zbierze żniwa.

15 listopada 2020 o godz. 23:06

Różne szybkości myślenia

embed-only-nations-league-2018

„Potrafili nas zaskoczyć szybkością swojego myślenia”, komentator dobrze podsumował pierwszą połowę meczu Włochy-Polska w Lidze Narodów. Włosi nas zdominowali w sposób absolutny, do tego stopnia, że graliśmy do tyłu, zupełnie bezradni w środku pola, oddając wiele miejsca przy atakach rywala. Włosi do przodu, szybko, kombinacyjnie, z pomysłem na grę. W 21. minucie sędzia nie uznał bramki Insigne, ale widać było, że bramka wcześniej czy później musi wpaść. W 27. minucie wyraźnie już zmęczony Krychowiak dosłownie położył się na Belottim w polu karnym. Nie wiadomo po co, spreparował rzut karny i po strzale Jorginho przegrywamy 0:1. Bynajmniej zdobyta bramka nie spowolniła gry Włochów. Dalej robili swoje, niemiłosiernie ośmieszając naszych pomocników, konstruując piękne koronkowe akcje, jak ta z 41. minuty zakończona strzałem Bernardeschiego. Polacy nie tylko ruszali się jak muchy w smole, ale też wyraźnie ociężale reagowali na tak choćby oczywiste sytuacje, jak wyrzut piłki z autu w okolicy pola karnego. Głupi faul Krychowiaka był dobrym obrazkiem tego spóźnionego myślenia, ale niestety nie jedynym. Przykry widok. Druga połowa zaczęła się dużo lepiej. Trzy zmiany: za Modera Góralski, za Jóźwiak Grosicki i za Szymańskiego Zieliński. Grosicki od razu wniósł dynamikę i logikę, zaczęło to wyglądać dużo lepiej w środku pola, już nie było tej żenującej gry do tyłu. Góralski wyszedł jednak z postanowieniem, że da upust chuligańskim nawykom, już za pierwszy faul powinien był dostać czerwoną kartkę, dostał za drugi, osłabiając drużynę. Dopiero w 74. minucie z boiska zszedł Linetty, który chyba popełniał najwięcej błędów i sprawiał wrażenie przerażonego grą. Tyle, że Milik, który w ogóle nie gra w piłkę od dawna, nie wniósł żadnej dodatkowej jakości. W 83. minucie fenomenalne podanie Insigne do Berardiego i powinno być 2:0. Świetny mecz zagrał Insigne. Dwubramkowa porażka to łagodny wymiar kary za stateczną grę w pierwszej połowie, za chamskie faule Góralskiego, za bezmyślne zagrania w obronie, za to, że nie stworzyliśmy żadnej groźnej sytuacji pod włoską bramką. Żeby jednak oddać sprawiedliwość, trzeba podkreślić, że Włosi zagrali świetny mecz. Pewnie inny skład wyjściowy naszej drużyny dałby więcej emocji kibicom, ale nie koniecznie przełożyłby się na lepszy wynik. Włochów trudno było dzisiaj zatrzymać.

31 października 2020 o godz. 15:41

Political fiction

4270494099_de86a7a38b_b

Pobawię się w prognozę na najbliższe dni. Kaczyński zostaje pozostawiony przez Zjednoczoną Prawicę, usunięty z PiS i rządu, odchodzi w niesławie, a najgłośniej zrzucają na niego winę Ci, którzy najgorliwiej mu usługiwali. Prezydent kreuje się na męża opatrznościowego i próbuje wokół siebie przebudować obóz władzy. Następuje rozłam w Zjednoczonej Prawicy i premier Morawiecki składa dymisję. Misję utworzenia rządu „Zgody Narodowej” otrzymuje Jarosław Gowin, który zaprasza do współpracy opozycję, oferując najtrudniejsze w obecnej chwili resorty – zdrowia, rolnictwa, może szkolnictwa. Opozycja dostaje też RPO dla załagodzenia sytuacji w kraju. Z jakichś powodów okazuje się, że Julia Przyłębska została nieprawidłowo wybrana i następują zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, kwestia aborcji zostaje zupełnie odsunięta do czasu wybrania nowego składu sędziów, a de facto ad acta. Sejm powołuje komisję śledczą do rozliczenia Ziobry i jego ludzi, Sasina i Szumowskiego. Panowie stają się kozłami ofiarnymi swoich niedawnych kolegów, ale nikt nie roni za nimi łez, jak nie ronił za Banasiem. Szybko zasądzone zostają dla byłych ministrów kary więzienia, ale prezydent stosuje prawo łaski, tłumacząc, że działali pod presją pandemii.  Telewizja Polska, której władze w panice próbują ustalić, gdzie aktualnie znajduje się koryto, na wszelki wypadek emituje niemal wyłącznie filmy z dawnych lat. W rządzie „Zgody Narodowej” trwają kłótnie o stanowiska. W tym czasie dzienna liczba zarażonych Covid przekracza 50 tys. Do końca 2020 roku liczba ofiar Covid w Polsce przekracza liczbę ofiar II wojny światowej, gospodarka jest w ruinie, skasowane są wszystkie programy socjalne, brakuje lekarzy, miejsc w szpitalach i w kostnicach, ale Polska jest pierwszym na świecie krajem, gdzie została osiągnięta odporność populacyjna na wirusa. W 2021 rok wkraczamy z hasłami odbudowy biologicznej narodu, a stery władzy, w wyniku zamachu stanu, przejmują ugrupowania skrajnie nacjonalistyczne. Polska zostaje usunięta z Unii, większość państw nakłada na nasz kraj sankcje. Pomocną dłoń wyciągają jedynie Łukaszenko z Putinem, którzy z aprobatą przyglądają się procesowi przemian w kraju nad Wisłą. Wszystkiego dobrego!

29 października 2020 o godz. 22:57

Nowy numer „Aqua Vitae”

cover_5-35

Ukazał się nowy numer (5/2020) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. W numerze m.in.: * Polska premiera Angostura Cocoa * Dictador z beczek po tokaju * Trendy na rynku taniej wódki * Definicje alkoholi w UE * Rozmowa – Marek Sypek, prezes Stock Polska * Japońskie skarby whisky * Kilchoman od kuchni * Dym z Wyspy Mull * Premiera Glenmorangie 1996 * Historia marki Haberfeld * Gin z beczek po kalwadosie * Głóg na brandy * a także: liczne recenzje alkoholi, nowości z branży, recenzje książek o alkoholach, relacje z degustacji. Zapraszamy do lektury.

14 października 2020 o godz. 23:26

Brzęczek Litościwy

embed-only-nations-league-2018

Mecz Polska-Bośnia we Wrocławiu, ładny wynik, 3:0, a mimo to jestem zły na Brzęczka, bo skradł widowisko. Bośniacy wprawdzie wyszli na boisko bez kompleksów, ale szybko zostali skarceni, w piętnastej minucie czerwona kartka i powietrze z nich uszło. Polacy mogli w pierwszej połowie strzelić co najmniej cztery bramki, skończyło się na dwóch. Zmarnowana stuprocentowa sytuacja Lewandowskiego w 22. minucie, ale co się odwlecze… W 40. minucie Lewandowski huknął z kilku metrów i bramkarz Bośniaków nie miał nic do powiedzenia. Tuż przed przerwą na 2:0 podwyższył grający być może swój najlepszy mecz w kadrze Karol Linetty. Zapowiadała się ostra kanonada w drugiej połowie i bardzo wysoka wygrana Polaków. Lewandowski podwyższył na 3:0, świetną okazję miał Grosicki… Wszystko wyglądało znakomicie, piłkarze się roztańczyli, i wtedy Jerzy Brzęczyk Litościwy postanowił zepsuć święto, oszczędzić Bośniaków i nogi swoich najlepszych graczy, czyniąc ostatnie 35 minut śmiertelnie nudnym widowiskiem. Nie wiem, czy zmiennikom brakowało ambicji? Po zejściu z boiska Lewandowskiego i Grosickiego można było odnieść wrażenie, że dalej gramy w dziewiątkę. Bez pomysłu na jakikolwiek atak, na utrzymanie wyniku, który był dobry, ale – na Boga – trzeba szanować czas kibiców, jeśli ktoś w dzisiejszych czasach poświęca 90 minut uwagi, to wypada przynajmniej próbować coś zaoferować w zamian. Nowe przepisy, które dopuszczają pięć zmian w meczu nie sprawdzają się, trenerzy za szybko, za często dokonują zmian, kosztem widowiska. Bośniacy mogą Brzęczkowi podziękować, litościwie oszczędził im kompromitacji.

escort bayan trabzon escort bayan yalova escort bayan edirne escort bayan manisa bursa görükle escort