27 września 2019 o godz. 14:24

Wojciech Gogoliński o książce „Grappa”

cw_104_s 50-1
W numerze 8/2019 miesięcznika „Czas Wina” ukazała się recenzja Wojciecha Gogolińskiego z książki „Grappa” zatytułowane „Szlachetny odpad”. Przedrukowujemy ją za zgodą autora.

W wypadku grappy dwie rzeczy są oczywiste. Że jest wytwarzana z odpadów po winie oraz że budzi skrajne emocje. Osobiście nie znam przypadku, by ktoś nawrócił się na grappę, i to nawet wśród sędziów, którzy na co dzień zajmują się oceną alkoholi mocnych. Zwykle jest tak, że albo ten trunek się lubi, albo niemal nienawidzi i odsuwa kieliszek z obrzydzeniem.
Perswazja na niewiele się tu zda, bo to niedefiniowalna sfera lubienia, a tutaj trudno kogoś przekonać, by polubił np. zapach benzyny (choć są tacy) czy brukselki na talerzu. Z grappą też jest trudno, bo to trunek niezwykle wyrazisty, o intensywnie trawiastym zapachu, który można nieco złagodzić długim dojrzewaniem czy też starzeniem w beczkach po koniaku, whisky lub też takich z drewna morwowego. Jednak – co wiem też z doświadczenia – osoba „uczulona” z reguły „wypatrzy” aromaty grappowe bez większego problemu. Podobnie jest z osobami nielubiącymi kozich serów – wyczują go po dowolnej obróbce.
Autor Grappy, Łukasz Gołębiewski, nie ma z przedmiotem swojej książki żadnego problemu – umieścił nowe dzieło w serii „Świat wykwintnych alkoholi”. I dla mnie sprawa tego trunku to kwestia bardzo wczesnego polubienia, choć zaczynałem w czasach trudnych, kiedy Polacy przywozili dwulitrowe butle trunku kupowane za grosze we włoskich supermarketach. Oni też nie mieli problemu z grappą, bo nie kupowali jej w celach medytacyjnych.
Świat tego trunku mocno ewoluował od lat 90. ubiegłego wieku, co też Łukasz Gołębiewski świetnie i często podkreśla. Tanie grappy w wielkich butlach oczywiście pozostały na swoim miejscu, ale zapełniły się też półki z bardzo wykwintnymi alkoholami.
Mamy grappy odmianowe, grappy po słynnych winach oraz takie powstające z bardzo przemyślanych kupaży różnych odmian czy też rocznikowe. I nareszcie takie, o których już wspominałem – dojrzewane w beczkach różnej proweniencji. Trunek stał się też modny, wręcz tak popularny, że o własne apelacje dobijają się coraz dziwniejsze regiony Włoch, co autor z przekąsem wytyka. Jak choćby sprawę grappy sycylijskiej, czyli z regionu, który z tym trunkiem nie ma nic wspólnego. Jednak rzesze turystów na południu i schodzący z rzadka na ląd mieszkańcy wielkich wycieczkowców też domagają się swojej porcji włoskości do obiadu, więc grappa musi być wszędzie.
Tymczasem ten trunek to produkt północnych rejonów. Do niedawna do Trydentu, Górnej Adygi czy Friuli wożono wytłoki w chłodniach np. ze słynnych rejonów Toskanii, bo to na północy roiło się od wybitnych gorzelników, którzy czynili cuda z materią pierwotną. Dalej tak czynią, ale wytwórnie zaczęto zakładać także w innych rejonach.
Autor Grappy pokazuje tę ewolucję w długim wstępie i części technicznej, odchodząc od źródeł pisanych, które istotnie są często zagmatwane, za to poprzez obfite cytaty raz po raz oddaje głos słynnym wytwórcom, często przedstawicielom wielkich rodów gorzelniczych, mistrzom w tym, co pokochali. Nie stroni także od spraw trudnych i ważkich. Jak choćby od bardzo mnie interesującej kwestii nazewnictwa. Bo teraz, jeśli kto widzi jakąś flaszkę z napisem grappa di barolo czy grappa d’amarone, to która część nazwy decyduje o zakupie i sięgnięciu głębiej do portfela? Obawiam się, że nazwa słynnego wina, a akurat te dwa są bardzo psikuśne, i rzadko się zdarza, by każdego roku były takie same. Zaś konsument oczekuje powtarzalności, jak to przy trunkach mocnych.
Łukasz zwraca też uwagę na często zapominaną kwestię współpracy między gorzelnikiem a dostawcą wytłoków, bowiem grapperie bardzo rzadko posiadają własne winogrady. Skupują u najlepszych wytwórców win, jednak to niezwykła sztuka przewidzieć po wytłokach, jaki będzie charakter konkretnej grappy, zwłaszcza po dojrzeniu. Rzecz wielka!
Książka to mały, elegancki albumik, dzielący się jak zwykle na część historyczno-techniczno-klasyfikacyjną oraz dotyczącą podróży po znanych, choć często rodzinnych wytwórniach z ich charakterystykami. Właściwie fachowości nic zarzucić nie można, choć mnie – jak zwykle – brakuje większych zdjęć. No, ale cóż – jak wspomniałem – wydanie jest małe, ale rzecz bardzo pożądana.
„Koniak”, „Bourbon”, „Gin” czy „Calvados”… od czasu pierwszej książki „Wódka” część mojej półki z pozycjami Łukasza Gołębiewskiego ciągle się wydłuża. I zdaje się, że trzeba będzie rezerwować kolejne miejsca, bo inwencja autora jest niewyczerpana. Co zupełnie mi nie przeszkadza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

13 października 2019 o godz. 23:04

Szampan na Narodowym

euro2020

Będziemy na Euro 2020. Po meczu z Macedonią z hukiem wystrzeliły korki z butelek szampana. Trener Brzęczek pił chciwie musujące wino, wrócił z dalekiej podróży. Inny wynik niż zwycięstwo pewnie pozbawiłby go posady. Tymczasem jednak będzie chodził w nimbie sukcesu piłkarzy.

12 października 2019 o godz. 11:38

Ruiny po zakładzie Józefa Kronika w Lwowie

Kronik1

Przy ul. Chmielnickiego 124 we Lwowie straszy ruina wielkiego zakładu, zbudowanego w neogotyckim stylu z czerwonej cegły. Wygląda niczym włoskie palazzo, niegdyś była tu fabryka wódek i likierów Józefa Kronika. Po II wojnie światowej produkowano tu dżemy i marmolady, a obecnie jest to niszczejący pustostan. W promieniu 200 m znajduje się wytwórnia wódek Hetman, a także ruina po fabryce wódek J.A. Baczewski, a kawałek dalej jest kolejny znany z czasów przedwojennych zakład rektyfikacji, dawniej PMS, dzisiaj Lwowski Zakład Likierów i Wódek. Powodem tego nagromadzenia gorzelni są obfite podziemne źródła miękkiej wody, choć nie bez znaczenia była też pobliska stacja kolejowa, jak i fabryczny charakter dzielnicy.

10 października 2019 o godz. 23:02

Słaba gra i trzy gole

euro2020

Mecz Polski z Łotwą w Dyneburgu zakończył się dobrym wynikiem po słabej grze. Przeciwnik był jednak z innego piłkarskiego świata. Wystarczyło spojrzeć na ten stadion, trybuna tylko z jednej strony, bieżnia, kibiców gospodarzy brak, z Polski przyjechała banda kiboli, sądząc po obrazkach z trybuny raczej średnio zainteresowanych meczem. Zaczęło się od dwóch szybkich goli Lewandowskiego w 9. i 13. minucie. A potem… nic. Jakby to wystarczyło. Jeszcze Krychowiak miał dobrą okazję, ale od 20. minuty nic się na boisku nie działo. Łotysze próbowali atakować, szło im to bardzo nieskładnie. Nie stworzyli ani jednej groźnej sytuacji. Druga połowa powinna była zacząć się od gola Grosickiego, ale zmarnował idealną sytuację. Na boisku nic się nie działo. Panował chaos. Przykro było patrzeć. W 77 minucie Lewandowski strzelił trzeciego gola. Niepilnowany w polu karnym, po prostu wystawił nogę do piłki. Kolejny słaby mecz Polaków.

8 października 2019 o godz. 08:00

Śladami Baczewskich

Baczewski okecie

W dniach 2-3 października firma J.A. Baczewski oraz Ambra, polski dystrybutor marki, zorganizowali wyjazd prasowy do Lwowa – śladami rodziny Baczewskich. Już na lotnisku Okęcie pojawił się pierwszy akcent nawiązujący do historii, bowiem w business lounge, gdzie spotkała się grupa, nie tylko podawana jest Wódka Monopolowa Baczewski, ale też jest kącik ze starymi zdjęciami oraz model samolotu z lat 20. XX wieku, z reklamą wódek Baczewski.

7 października 2019 o godz. 14:34

Nie głosuj, szkoda ryzykować!

2eb17e4a858e6cc23d71884660c2447a_400x400

Żyjemy w takich czasach, że głos w wyborach jest coraz bardziej ryzykowny. Łatwo wyjść na durnia, który głosuje na przestępców, nikczemników, kolegów przestępców, rajfurów, kłamców etc…. Liczba podsłuchów, podpuch, prowokacji i dziennikarskiego świństwa osiągnęła taki poziom, że nikt już nie może mieć pewności, czy aby na pewno jest przyzwoity. To już przypomina czasy inkwizycji, kiedy sama myśl mogła być przestępstwem. Niech nikt mi zatem więcej nie mówi, że warto głosować. Nieodmiennie głosuję – za kulturą i zdrowym rozsądkiem, a tego w polityce od dawna jak na lekarstwo.

7 października 2019 o godz. 08:10

Gorzelnia w Witulinie

Witulin6

W Witulinie działa jedna z trzech gorzelni należących do firmy Surwin. Zbudowana w 1906 roku, z 1916 roku pochodzą magazyn spirytusu i spichlerz. Wcześniej w tym miejscu działała drewniana gorzelnia, obok stał modrzewiowy dwór z 1720 roku, spalony podczas II wojny światowej. Od pięciu lat w starym zakładzie w Witulinie przerabiane są na spirytus odpady spożywcze. To smutny obraz upadku polskiego gorzelnictwa, bo przez ponad sto lat gorzelnia przerabiała ziemniaki na wódki. Obecna produkcja trafia do Suchowoli, gdzie Surwin produkuje odwodniony spirytus. Odbiera to na biopaliwa Orlen.

6 października 2019 o godz. 13:38

Stara gorzelnia w Klonownicy

Klonownica4

We wsi Klonownica Plac, w gminie Janów Podlaski, zachowały się w niezłym stanie zabudowania gorzelni rolniczej, obok stoi dwór, bardzo zaniedbany ogród. Wieś powstała w 1576 roku, jako część pobliskiego większego majątku Cieleśnica. Postawiono tu karczmę i kościół, dwór zaś wybudował dopiero w XIX wieku Andrzej Serwiński, który odkupił włości od Radziwiłłów. Klasycystyczny dwór, podobny do tego w Cieleśnicy, powstał wg projektu samego Serwińskiego. Od 1861 roku majątki Cieleśnica i Klonownica stały się własnością Rosenwerthów. Zarządzająca Klonownicą Maria Rosenwerth w 1880 roku postawiła tu murowaną gorzelnię, obok powstała kuźnia, kawałek dalej cegielnia, postawiono czworaki. Organizm ten dobrze funkcjonował przez wszystkie lata II Rzeczpospolitej. Po wybuchu wojny dwór zajęli Niemcy. Po wojnie znacjonalizowany, przejęty przez Gminną Spółdzielnię Rokitno, a gorzelnia przez PGR Roskosz. W latach 90. powstała spółka pracownicza z PGR Roskosz, którą na początku XXI wieku przejęło Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Usługowo-Handlowe Jaroć i Sikora. Nie powiodło im się. Gorzelnia zaprzestała jednak pracę wcześniej, w latach 90. jej wyposażenie trafiło na złom. Teraz jest własnością rodziny Sabastianiuków z Mokran Nowych, którzy kupili gorzelnię i ok 40 ha pola.

30 września 2019 o godz. 08:41

Ruina rektyfikacji spirytusu w Międzyrzeczu Podlaskim

20190908_145758

Jeszcze dekadę temu działał tu wielki zakład – gorzelnia, rektyfikacja, rozlewnia win. Przemysłową część dawnego folwarku XXX w Międzyrzeczu Podlaskim eksploatowały dwie firmy – Surwin z rozlewnią win i siostrzany Alkowin z produkcją spirytusu. Obydwie spółki wciąż zresztą mają adres przy ul. Lubelskiej 67 A, tyle, że upadłe Podlaskie Zakłady Spirytusowe Alkowin Sp z o.o. są w likwidacji. Po wielkim zakładzie produkcyjnym pozostały ruiny.

29 września 2019 o godz. 08:42

Konstantynów wciąż na posterunku

20190909_131715

Zbudowana ok. 1920 roku gorzelnia w Konstantynowie pracuje pełną parą. Jest to jednak ostatnia gorzelnia w regionie, która wciąż produkuje etanol do produkcji wódek. Pobliska gorzelnia w Witulinie przerabia odpady na bioetanol, te w Klonownicy, Rozkoszy, Hruszniewie, Chotyczach i Międzyrzecu Podlaskim są w ruinie, w zamkniętej od lat gorzelni w Cieleśnicy nowi właściciele chcą uruchomić wytwórnię win i nalewek. A w Konstantynowie niezmiennie przerabia się zboże na wysokiej klasy spirytus rolniczy.

28 września 2019 o godz. 08:13

Wróciło życie do Cieleśnicy

Cielesnica gorzelnia4

W lipcu 2019 roku dziewiętnastowieczna gorzelnia rolnicza znalazła nowego właściciela. Stała nieczynna od 2007 roku, pozostając częścią majątku PGR i popadając w coraz większą ruinę. Kupili ją właściciele sąsiadującego z gorzelnią pałacu w Cieleśnicy, państwo Chwesiuk wraz z grupą inwestorów. Tym samym dwór i gorzelnia znów stanowią jeden organizm, a plany zakładają szybkie wznowienie produkcji w starych murach.