6 kwietnia 2015 o godz. 19:24

W pracowni mistrza Wennekera

Schiedam, Hrabstwo Holandii, 26 maja 1490 rok
Poniżej rozdział z powieści „Widzenia mistrza Hieronima”, zatytułowany: „W pracowni mistrza Wennekera”, przedstawiający pierwsze spotkanie pary najważniejszych - obok Hieronima Boscha - bohaterów książki - prowadzącego śledztwo w biskupim imieniu Jana de Vries oraz alchemika Archibalda Wennekera.

Bez potrząsania za sporych rozmiarów mosiężny dzwon, sam otworzył żeliwne drzwi, na których umieszczono tabliczkę z łacińską sentencją: Qui revelat secretarum artis, maledicetur apoplexia. Uśmiechnął się pod nosem nad tą ostentacją, widać było, że gospodarz nie specjalnie chce się ukryć, znać że jest w lokalnej społeczności lubiany. W wydrążonym w ziemi pochyłym korytarzu niezależnie od pory dnia panuje nieprzenikniony mrok. Zatęchłe powietrze uderza wonią fermentacji, ostrym zapachem jałowca, ziół i zapewne jakichś medycznych balsamów, gdyż jest w nim coś słonego i jodowego. Szedł po omacku co najwyżej pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt kroków, kiedy zobaczył migoczące w oddali światło, jak się po chwili okazało wielu świec umieszczonych wzdłuż dużej owalnej izby. Biały niegdyś kamień jakim wyłożono przechodzące w łukowe sklepienie ściany komnaty pokrył szczelnie czarny grzyb. Baudoinia compniacensis, pomyślał, grzyb alchemików. W kącie zbudowano masywny, choć prosty, pozbawiony ozdób, kaflowy piec do wypalania metali, nad paleniskiem rozpalono ogień, nieśmiertelny ogień zwany althanatos. Bardzo wąski ceglany komin miał tak sprytnie odprowadzać dym z pomieszczenia, by na zewnątrz trudno było ujrzeć rzadką ciemną smugę.

– Witam nieproszonego gościa – ze złośliwą nutą odezwał się mężczyzna pochylony nad zastawionym szklanymi i glinianymi kolbami stołem. Wysoki, potężny jak niedźwiedź. Fizjonomia w sam raz pasująca do opisu sprawcy nieszczęść w ‘s-Hertogenbosch, jak to jednak mawiają, pozory potrafią mylić.
– Witaj mistrzu Wennekerze – spokojnie odpowiedział przygarbiony, niepozorny przybysz.
Jan de Vries podszedł bliżej, widział teraz niezwykłą jasność oczu alchemika, nie był to błękit, lecz blada, zamglona ultramaryna. Na szerokim i długim na dwa metry stole leżały bez ładu księgi, jedne rzadkie, inne znane w wielu odpisach, ale wszystkie stare, rękopiśmienne, cenne, co dawało wyobrażenie o finansach gospodarza. Musiały to być pokaźne środki, bynajmniej nie odziedziczone, bo ród Wennekerów nie był znany ani przesadnie zamożny, choć stać ich było na gruntowne wykształcenie dzieci. Ojciec wraz z bratem Archibalda prowadzili przy porcie nad rozlewającą się tu szeroko rzeką Nieuwe Maas spory wiatrak, a jego stryj słodował ziarna żyta i jęczmienia.
Zbiory ksiąg budziły jednak respekt, leżał tu pierwszy łaciński przekład „De alumnibus et salibus” wielkiego Rhazesa i „De mineralibus” Alfreda z Sareshel, ale też arabski oryginał „Kitab al. Shifa” czy dzieło o teorii flogistonu Jābira ibn Hayyāna, znanego bardziej jako mistrz Geber. Obok rzeczy mniejszej wagi, ale za to bardziej znane, jak szalbierski „Tractatus de Vita proroganda” Artefiusa, który twierdził, ż odnalazł sekret długowieczności czy popularna alchemiczna omnipedia „Summa perfectionis”. Uwagę gościa zwróciła potężna, oprawiona w koźlą skórę księga. Bogato inkrustowany pergamin wielkich kart pokrywały arabskie znaki, ciągi liczb, magiczne rysunki i tajemnicze wzory.
– „Necronomicon” – Jan de Vries natychmiast rozpoznał egzemplarz dzieła Abdula al Hazreda.
– W rzeczy samej – uśmiechnął się gospodarz. – Jest tu też wiele innych zakazanych ksiąg – Wenneker zatoczył dłonią w koło, a gość zobaczył, że do kamiennych ścian przymocowane są półki ciasno zastawione woluminami wartymi fortunę, bezcennymi, i zapewne w większości wyklętymi. Na innych półkach piętrzyły się ludzkie i zwierzęce czaszki, niektóre z porożem, oraz setki fiolek i buteleczek wypełnionych płynnymi lub sproszkowanymi substancjami. Retorty i podejrzane grafitowe korbasy, moździerze, w lewym rogu symetrycznego pomieszczenia szafka na trucizny opatrzona trupią czaszką. Na rozciągniętych pod sufitem linkach suszą się aromatyczne zioła i kwiaty. Pobieżny rzut oka na zawartość ingrediencji mówi wiele o ich właścicielu, są tu sproszkowane karaluchy i mrówki, krew bycza i kozłowa, żółć wołowa, kamienie racze, muchy chińskie i hiszpańskie, stonogi, bezoar i wiele innych poszukiwanych składników magicznych wywarów. De Vries uśmiechnął się na widok fałszywego rogu jednorożca, oferowanego za bajońskie kwoty przez północnych żeglarzy, który tak naprawdę – o czym gość wiedział – był górnym siekaczem narwala. Gabloty po lewej stronie kamiennej sali zajmowały ususzone rośliny, jak: korzeń mandragory, bób świętego Ignacego, balsam tolutański, grzyb jeleni, konopie siewne, nasiona kulczyb, hubiak pospolity i inne cuda. Nawet zupełny laik nie miałby wątpliwości, gdzie się znajduje. Gospodarz tych włości bynajmniej nie czuł się jednak zmieszany. – Nie przyszedłeś jak mniemam biskupi sługusie by inwentaryzować moją bibliotekę? – spytał.
– Znasz mnie – Jan de Vries nie okazał zdziwienia. – Wiesz zatem też pewnie dlaczego przychodzę.
– Wiem – skinął głową alchemik. – Ale nie pracuję dla biskupa.
– A ja nie łowię czarnoksiężników, biskup także nie żywi do was urazy, a do Watykanu stąd daleko. Rzeczywiście jednak nie przyszedłem rozmawiać o księgach, choć powiem wam, drogi mistrzu Wennekerze, że wolałbym odbyć podróż w tym właśnie celu. Cóż, może kiedyś przyjdzie i na to pora, jeśli tylko waszej gościnności wystarczy. Tymczasem jednak zło wydostało się na zewnątrz w formie nie przypadkowej i samo nie odejdzie, sterroryzuje strachem miasta, uruchomi lawinę ofiar, a jedną z nich będziesz ty, mistrzu Wennekerze, i twoje bezcenne księgi. Wiem, że znasz Hieronimusa Bosha, wybitnego artystę z ogarniętego dziś strachem ‘s-Hertogenbosch. Dla motłochu będzie to pierwszy podejrzany, pierwsza w szeregu ofiar, ale nie ostatnia. Nie lubisz biskupa, wiesz jednak, że jego ogień nie dosięgnie, odmawiasz pomocy nie jemu, lecz samemu sobie mistrzu Wennekerze.
– Przyszedłeś klecho by mnie straszyć?
– Nie jestem klechą, jestem nieformalnym sługą Kościoła. I nie przyszedłem straszyć, przyszedłem znaleźć prawdę. I chyba mam ją przed sobą – de Vries wskazał na otwartą księgę. – O ile mi wiadomo, to jeden z trzech istniejących egzemplarzy. Nie kryję, że spodziewałem się go tu znaleźć. Kto ma tę księgę i rozumie jej symbole, ten posiadł nie tylko mądrość, ale i ogromną moc. Nie jest to jednak moc, mistrzu Wennekerze, której nie da się pokonać. Jeśli ja okażę się dla ciebie zbyt słaby, pojawią się za mną inni, mocniejsi, liczniejsi, dom twój spłonie, syn twój trafi do celi przy której ta jama to luksusowy apartament. Nie przychodzę jednak straszyć, ani walczyć, przychodzę poznać prawdę.
– Prawdę? Cóż za życzenie! Szukam jej od siedemdziesięciu lat i nawet nie zbliżyłem się do niej o jeden dzień badań.
– Nie potrzebuję prawdy uniwersalnej, pozostawiam ją mędrcom Kościoła. Ja też, drogi mistrzu Wennekerze, studiowałem wiedzę tajemną, czytałem po wielokroć „Necronomicon”, zarówno w oryginale jak i w przekładzie Teodorusa z Filetu i wiem z jakim złem mieszkańcy ‘s-Hertogenbosch mają do czynienia. Karta czterdziesta czwarta, o ile pamięć mnie nie zawodzi, zło ktoś przysłał, ktoś o twojej mistrzu wiedzy. Nie znam twych zamiarów i nie oskarżam, a jedynie pytam i szukam po omacku. Ile osób poza tobą korzysta z tego laboratorium?
– Nikt – odparł dumnie alchemik. – Nie mam uczniów, ani pomocników, działam sam.
– A twój syn? Nie wychowujesz następcy?
– Syn kształci się w Sztrasburgu, u mojego młodego przyjaciela Hieronymusa Brunschwiga, to inne arkana sztuki.
– O Brunschwigu słyszałem, widziałem rękopis jego dzieła „Liber de arte distillandi simplicia et composita”, to nie jest praca skromnego aptekarza.
– Wiele wiecie i dużo czytacie, panie de Vries. Zbyt wiele jak na biskupiego pachołka. Kim naprawdę jesteście?
– Uważnym obserwatorem, to wyczerpuje moje skromne ambicje. Chcę rozmawiać o Boschu. Zna księgę?
– Nie jedną, nie tą jednak, o którą ci chodzi. Bosch jest pobożnym wizjonerem, genialnym wizjonerem.
– Scena na stronie czterdziestej czwartej. Widziałem nieukończony jeszcze obraz Boscha, to ta sama wizja, równie sugestywna, jednakowo przerażająca. Uważam, mistrzu Wennekerze, że ktoś znacznie potężniejszy wykorzystuje pobożnego wizjonera jako medium.
Zapadła cisza.
– Też tak uważam – po chwili podjął alchemik. – A jeśli tak jest w istocie, to jest to ktoś tak potężny, że w starciu z nim wiedza nas obu może być nie wystarczająca. To ogromna siła destrukcji, kontrolowane, sadystyczne zło w najczystszej postaci. Nie jest to obłąkany ślepy twór, lecz wielka niszcząca siła. Nie jestem pewien czy zdajesz sobie z tego sprawę skromny obserwatorze?
– Nie jestem stąd i może czas na kilka słów o sobie – zaczął w odpowiedzi de Vries. – Urodziłem się dostatecznie dawno, by pamiętać dzień, w którym moje miasto, Troyes, zostało stolicą Francji. Mój pradziad w 1209 roku wraz z innymi Katarami opuszczał Carcassonne. Pod szmatami na wozie ukryte były pisma, biblioteka zwana przez wtajemniczonych consolamentum, bezcenna kolekcja, której trzon stanowiły zwoje ocalałe z pożaru Biblioteki Aleksandryjskiej. Te pisma nadal istnieją i są bezpieczne. Dam ci do nich dostęp jeżeli mi pomożesz.
Z oczu Wennekera jakby opadła mgła, bladość ultramaryny przecięły błyskawice.
– Przez ponad dwadzieścia lat pracowałem w Bibliotece Watykańskiej kontynuował przybysz. – Byłem kwestorem, odpowiadałem za pozyskiwanie i katalogowanie ksiąg, w tym wielu zakazanych. To tam poznałem dokładnie „Necronomicon”, a także inne magiczne księgi dawnych szamanów, derwiszów i czarnoksiężników. Oczywiście odebrałem wcześniej stosowne wykształcenie w interesujących nas arkanach wiedzy, studiowałem zaklęcia i starożytne języki. Moim celem nie był kamień filozoficzny, przemiana metalu w złoto czy zgłębienie wszechrzeczy, studiowałem bez celu, poganiany jedynie ciekawością. Bo ja, drogi mistrzu Wennkerze, lubię wiedzieć. Mogę poświęcić trochę czasu by moją wiedzą się podzielić, ale oczekuję mistrzu jasnej deklaracji, czy mogę na ciebie liczyć?
Zapadła chwila ciszy, lecz oczy Wennekera błyszczały tak, że de Vries wiedział już, że właśnie zyskał cennego pomocnika.
– W Bibliotece Watykańskiej jest egzemplarz księgi Abramelina, chcę mieć do niego dostęp. To mój warunek.
– Gdy pracowałem w murach Watykanu, zadbałem o to by najrzadsze okazy otrzymały stosowną kopię, formę zabezpieczenia, gdyż nie ufam papieskim strażnikom, a tym bardziej papieskim humorom. Żal by było gdyby kaprys tego czy innego ojca świętego bezpowrotnie zniszczył w ogniu cenną starożytną wiedzę. Zleciłem zatem skopiowanie co ważniejszych woluminów, dokładnie przepisany egzemplarz „Libri Sacri” Abramelina spoczywa w mojej prywatnej bibliotece. Jeśli nasza misja się powiedzie, zlecę mnichom z opactwa Cîteaux żeby przepisali go dla ciebie, gwarantuję, że pieczołowicie odwzorują każdy detal, nie wyłączając oprawy i koloru rycin. Zajmie im to najwyżej sześć miesięcy.
– Przypieczętujmy naszą umowę magią i krwią.
– Adunati sunt, et sine virtute, et a quo tempore, in communi, ut fit sacramentum.
Wielka kotka o sinym gęstym i puchatym futrze lekko zeskoczyła z półki z fiolkami i wpadła pomiędzy mężczyzn. Wlepiła w gościa wielkie jak brabanty i równie błyszczące złote oczy, lśniące jak tafla lustra, szkliste, nieodgadnione. Gdyby na to pozwoliła, by przyjrzeć się jej oczom uważniej, doszlibyśmy do wniosku, że widzi nitkami myśli. O, tak ten kot myślał, rozważał, przeczuwał i działał. Ziewnęła dla niepoznaki i odwróciła głowę od przybysza..
– To Diptera – uśmiechnął się alchemik. – Będzie nam towarzyszyć, nigdzie się bez niej nie ruszam.
– Kot kartuski, prawdziwa piękność i prawdziwa rzadkość – de Vries pogłaskał stworzenie, które ufnie poddało się pieszczocie.
– Widzę, że nie tylko na księgach się znasz.
– Cóż za wartość miałaby biblioteka bez kota.
– Sentencja warta Seneki, drogi wspólniku, muszę ją zanotować. Ale wracając do Boscha. Co z nim?
– Ktoś bardzo chce wrobić go w tę ohydną zbrodnię. Ktoś bezinteresownie złośliwy, lub ktoś, kto jest blisko sprawcy. Intuicja mi mówi, że chodzi o to drugie, ale intuicja nie jest dowodem. Biskup dostał anonimowy list, napisany bez finezji, ale wskazujący malarza jako sprawcę wydarzeń. Polecono mi znaleźć autora tego listu, oczywiście niejako przy okazji ważniejszego śledztwa, bo przede wszystkim trzeba zapobiec kolejnym zdarzeniom.
– Obawiasz się, że znów uderzy?
– Jestem tego pewien.
– W tym samym miejscu?
– Tego nie wiem, ale jeśli chcemy łączyć wydarzenia z malarzem, to uderzy w okolicy lub w samym ‘s-Hertogenbosch.
– Jak trafiłeś do mnie?
– Zobaczyłem w domu Boscha skrzynkę z adresem. Domyśliłem się, jesteście sławni mistrzu Wenneker.
– Nie jest mi ta sława potrzebna.
– Po tym jak świątobliwy ojciec ogłosił swoje „Summis desiderantes affectibus”, taka sława jest niebezpieczna. O tym jednak pomyślimy później. Skąd znasz Boscha?
– Powiedzmy, że to rodzina, poza tym podziwiam piękno. Mam jego nieduży obraz, olej na desce. Przedstawia scenę z Ewangelii świętego Jana. Poncjusz Piłat wyprowadza ubiczowanego Chrystusa przed tłum gapiów. Kupiłem ten obraz nie dla sceny, i nie dla Jezusa, lecz dla wyrazu twarzy tych, którzy patrzą i krzyczą Crucifige eum! Jak wiesz, Bosch nie dba o detale, o wierność zdarzeniom, o realizm, o historyczną wiarygodność. Lubi symbole. Najbardziej odrażającą gębę wśród skandujących Crucifige eum! ma mnich w białym habicie dominikanina. Cóż za ironia, prawda? Za to kocham Hieronimusa. Mam też inne piękne obrazy, chcesz zobaczyć?
– Chętnie, ale innym razem. Sprzedajesz mu farby. To są dziwne farby.
– Zbadałeś je?
– Bardzo dokładnie. I znalazłem w nich kilka ingrediencji może nie toksycznych, ale oddziałujących na umysł.
– Na umysł i wyobraźnię. To prawda, wnikliwie je widzę zbadałeś. Można powiedzieć, że to forma ukrytego mecenatu. Farby Hieronim dostaje ode mnie za darmo, ale przyznam, że chcę by spożytkował je na dzieła wielkie. Hieronimus jest geniuszem, nie ma co do tego wątpliwości, ale geniusz to nie wszystko, potrzebna jest jeszcze jasna wizja.
– I ty mu te wizje zapewniasz, jak mniemam, podsuwając datura stramonium.
– O, to bardzo rzadkie ziele rzeczywiście ma ode mnie. Resztę jego troskliwa żona może znaleźć na miejskim targu.
– A więc przekazujesz jej receptury?
– To za dużo powiedziane. Ustalam z nią skład mieszanek, żeby nie przesadzić, bo nadmiar mógłby zaszkodzić. Aleyt jest najbliżej, obserwuje reakcje, notuje dla mnie, ile Hieronimus śpi, kiedy pracuje, jak się zachowuje, czy nie jest nadpobudliwy, czy nie jest zbyt zmęczony, czy wypowiada się składnie.
– Czyli to jakby eksperyment badawczy. Na żywym ludzkim organizmie.
– Tak to można nazwać. Dla dobra pacjenta i ku przyszłej chwale jego dzieła – uśmiechnął się pogodnie alchemik.
– Jesteś tak blisko z żoną malarza? – spytał de Vries.
– Nie jestem tak blisko. Jeśli chcecie wiedzieć, jestem jej wujem, przyrodnim bratem matki, ale nie opiekunem. To skomplikowana rodzinna historia, nie chce się wdawać w szczegóły i w grzechy mojego ojca, ale przyrodnią siostrę poznałem już gdy byliśmy obydwoje dorośli, nie wychowywaliśmy się razem. Zaś Aleyt rzeczywiście bardzo lubię, to mądra i troskliwa kobieta, która rozumie, że geniusz malarski jest tym, co po jej mężu przetrwa. Choć on sam nic o tym nie wie, jest jego najbliższym współpracownikiem. Bosch nawet nie potrafi sam zmieszać farby, jest kompletnym ignorantem jeśli chodzi o wszelkie sprawy manualne. Interesują go sztuka, religia i filozofia, dużo czyta, dużo wie, ale pod wieloma względami to dziwak i kompletny ignorant, świat naokoło go nie dotyczy. Ona dba, żeby niczego mu nie brakowało.
– Jest z nim szczęśliwa?
– Tego nie wiem. Nie znam się na kobietach, drogi przybyszu. Moją jedyną damą jest Diptera. Kobiece szczęście? Cóż, to dla mnie zbyt trudne zagadnienie. Aleyt się nie skarży. Jest poważna, odważna i sumienna. Jest doskonałą opiekunką naszego geniusza. Ale czy jest szczęśliwa? Na Boga, za dużo ode mnie wymagacie. Zgłębianie wiedzy wymaga skupienia właściwego mnichom. Żyję zatem jak mnich, nie tracę jedynie czasu na modlitwę.
– Resztę spraw omówimy w drodze – de Vries klepnął alchemika po szerokim ramieniu, ucinając przeciągającą się rozmowę. – Ruszajmy. Czas nagli, siodłajmy konie.
– Najpierw spakuję kotkę. Jedzie z nami.
Zawołał Dipterę, a ona wyprężyła się i zgrabnym ruchem wskoczyła alchemikowi na ręce. Ziewnęła z uśmiechem w oczach, wypuszczając z pyszczka niewidzialny dla człowieka obłok energii. Skrzące się iskierki zafalowały niczym ciepłe powietrze rozedrgane, zbiły się w kulę, by po chwili wystrzelić, obsypując gościa i gospodarza deszczem płatków, tak małych jak cząstka śnieżna, otaczając ich przezroczystą ochroną.

Komentarz dla “W pracowni mistrza Wennekera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

17 lutego 2021 o godz. 21:34

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover-37

Ukazał się nowy numer (1/2021) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. 80 stron wieści z branży alkoholowej. Wewnątrz m.in.: rozmowa z Krzysztofem Kaczorem, twórcą Drake Distillery * najlepsze alkohole 2020 roku * najlepsze debiuty na polskim rynku alkoholowym 2020 roku * pełen przegląd oferty polskich niezależnych bottlerów * o sytuacji w Polmosie Łańcut * o arcydziełach whiskey Beamów * whiskey Waterford z Irlandii * okowity z Korczyna * rumy z Jamajki * wyjątkowych charakter starej Metaxy * historia alkoholi z Tarnowa * a także: liczne recenzje alkoholi, nowości z branży, recenzje książek o alkoholach, relacje z degustacji. Zapraszamy do lektury.

7 lutego 2021 o godz. 18:15

Aqua Vitae do czytania online

Na platformie Issuu jest już najnowszy numer magazynu „Aqua Vitae”, a w nim m.in. rozmowa z Krzyszztofem Kaczorem, twórcą Drake Distillery, najlepsze alkohole 2020 roku i polskie debiuty alkoholowe w 2020 roku. Zapraszamy do lektury online, a numer drukowany już za tydzień.

7 stycznia 2021 o godz. 12:40

Dzicz na Kapitolu

wybory-usa

Dzicz wdarła się na amerykański Kapitol. Dewastowali wnętrza i robili sobie selfie, podjudzeni przez psychopatę Trumpa. Policja imperium bezradna w obliczu szturmu dzikusów. Niebywała żenada. Świat się śmieje. Podobno cztery osoby zabite, bo dzicz w Ameryce może przecież mieć broń. Nauka dla całego świata – czy w prawie biernym wyborczym nie powinno być wymagane poświadczenie od psychiatry o zdolności wykonywania służby publicznej? Przy okazji można by to rozszerzyć o: wojskowych, policjantów i nauczycieli.

21 grudnia 2020 o godz. 18:06

X-mas

Bad Santa celebrating Christmas at home alone, he is smoking a cigar and drinking beer

Niech moc będzie z Wami!

17 grudnia 2020 o godz. 12:29

Nowy numer Aqua Vitae

AV_cover-36

Ukazał się nowy numer (6/2020) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. 84 strony wieści z branży alkoholowej.

18 listopada 2020 o godz. 22:57

Byle do przodu

embed-only-nations-league-2018

Przegraliśmy 1:2 ostatni mecz w Lidze Narodów. Dobrze zaczęliśmy, agresywnie, już w piątek minucie Kamil Jóźwiak strzelił gola, którego ładnie sobie wypracował, mijając holenderskich obrońców. Potem mecz przypominał grę w piłkarzyki, czyli piłka latała od jednej strony boiska, do drugiej. Dużo sił tracili piłkarze obydwu drużyn, mogło się to podobać, ale też więcej w tym było błędów obrony, niż finezji. Holendrzy grali w myśl prostej strategii – byle do przodu, Polacy nastawili się na kontry, więc sytuacji pod obydwoma bramkami nie brakowało, ale wykończenia akcji były jakieś nonszalanckie, równie nieudane, jak gra obrońców. Oczywiście, w porównaniu do meczu z Włochami Polska wyglądała dużo lepiej, ale mam wrażenie, że przynajmniej w 50% dlatego, że Holendrzy na wiele pozwalali, ich obrońcy byli wciąż spóźnieni, podobnie jak u nas spóźniał się do akcji z przodu Lewandowski. W przerwie Lewandowskiego zastąpił Piątek, któremu bardziej się chciało grać w piłkę, ale nie dostawał zbyt wielu podań, a nie jest to zawodnik, który sam potrafi wypracować akcję. W drugiej połowie Holandia grała swoje, czyli do przodu, co w końcu przyniosło najpierw wyrównanie z rzutu karnego w 77. minucie, potem wygraną po bramce Wijnalduma w 84. minucie. Po stracie tej bramki polscy piłkarze już nawet nie mieli ambicji na remis. Przegrali mecz, który z powodzeniem można było zakończyć remisem, wystarczyło chcieć grać do końca, ale tych chęci zabrakło. Patrząc na drużynę Polską jako całość i porównując dwa ostatnie mecze, wydaje się, że z reprezentacją na dobre powinien rozstać się Linetty, który więcej szkodzi niż pomaga. Wciąż niemrawy jest Zieliński, natomiast Jóźwiak i Płacheta wnieśli dużo siły, prędkości i energetyki do gry. W pechowym momencie wszedł Grosicki, po jego wprowadzeniu straciliśmy oba gole, ale to jest piłkarz, który ma pomysł na grę i pracuje na całym boisku, jak kiedyś Kuba Błaszczykowski, czy Lewandowski, jeśli akurat nie strzela focha. Dwie porażki w ciągu trzech dni obnażyły prawdę o potędze polskiej reprezentacji. O Mistrzostwach Europy na razie nie ma co myśleć, bo przed nami jeszcze jesień, zima i wiosna, covid na pewno zbierze żniwa.

15 listopada 2020 o godz. 23:06

Różne szybkości myślenia

embed-only-nations-league-2018

„Potrafili nas zaskoczyć szybkością swojego myślenia”, komentator dobrze podsumował pierwszą połowę meczu Włochy-Polska w Lidze Narodów. Włosi nas zdominowali w sposób absolutny, do tego stopnia, że graliśmy do tyłu, zupełnie bezradni w środku pola, oddając wiele miejsca przy atakach rywala. Włosi do przodu, szybko, kombinacyjnie, z pomysłem na grę. W 21. minucie sędzia nie uznał bramki Insigne, ale widać było, że bramka wcześniej czy później musi wpaść. W 27. minucie wyraźnie już zmęczony Krychowiak dosłownie położył się na Belottim w polu karnym. Nie wiadomo po co, spreparował rzut karny i po strzale Jorginho przegrywamy 0:1. Bynajmniej zdobyta bramka nie spowolniła gry Włochów. Dalej robili swoje, niemiłosiernie ośmieszając naszych pomocników, konstruując piękne koronkowe akcje, jak ta z 41. minuty zakończona strzałem Bernardeschiego. Polacy nie tylko ruszali się jak muchy w smole, ale też wyraźnie ociężale reagowali na tak choćby oczywiste sytuacje, jak wyrzut piłki z autu w okolicy pola karnego. Głupi faul Krychowiaka był dobrym obrazkiem tego spóźnionego myślenia, ale niestety nie jedynym. Przykry widok. Druga połowa zaczęła się dużo lepiej. Trzy zmiany: za Modera Góralski, za Jóźwiak Grosicki i za Szymańskiego Zieliński. Grosicki od razu wniósł dynamikę i logikę, zaczęło to wyglądać dużo lepiej w środku pola, już nie było tej żenującej gry do tyłu. Góralski wyszedł jednak z postanowieniem, że da upust chuligańskim nawykom, już za pierwszy faul powinien był dostać czerwoną kartkę, dostał za drugi, osłabiając drużynę. Dopiero w 74. minucie z boiska zszedł Linetty, który chyba popełniał najwięcej błędów i sprawiał wrażenie przerażonego grą. Tyle, że Milik, który w ogóle nie gra w piłkę od dawna, nie wniósł żadnej dodatkowej jakości. W 83. minucie fenomenalne podanie Insigne do Berardiego i powinno być 2:0. Świetny mecz zagrał Insigne. Dwubramkowa porażka to łagodny wymiar kary za stateczną grę w pierwszej połowie, za chamskie faule Góralskiego, za bezmyślne zagrania w obronie, za to, że nie stworzyliśmy żadnej groźnej sytuacji pod włoską bramką. Żeby jednak oddać sprawiedliwość, trzeba podkreślić, że Włosi zagrali świetny mecz. Pewnie inny skład wyjściowy naszej drużyny dałby więcej emocji kibicom, ale nie koniecznie przełożyłby się na lepszy wynik. Włochów trudno było dzisiaj zatrzymać.

31 października 2020 o godz. 15:41

Political fiction

4270494099_de86a7a38b_b

Pobawię się w prognozę na najbliższe dni. Kaczyński zostaje pozostawiony przez Zjednoczoną Prawicę, usunięty z PiS i rządu, odchodzi w niesławie, a najgłośniej zrzucają na niego winę Ci, którzy najgorliwiej mu usługiwali. Prezydent kreuje się na męża opatrznościowego i próbuje wokół siebie przebudować obóz władzy. Następuje rozłam w Zjednoczonej Prawicy i premier Morawiecki składa dymisję. Misję utworzenia rządu „Zgody Narodowej” otrzymuje Jarosław Gowin, który zaprasza do współpracy opozycję, oferując najtrudniejsze w obecnej chwili resorty – zdrowia, rolnictwa, może szkolnictwa. Opozycja dostaje też RPO dla załagodzenia sytuacji w kraju. Z jakichś powodów okazuje się, że Julia Przyłębska została nieprawidłowo wybrana i następują zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, kwestia aborcji zostaje zupełnie odsunięta do czasu wybrania nowego składu sędziów, a de facto ad acta. Sejm powołuje komisję śledczą do rozliczenia Ziobry i jego ludzi, Sasina i Szumowskiego. Panowie stają się kozłami ofiarnymi swoich niedawnych kolegów, ale nikt nie roni za nimi łez, jak nie ronił za Banasiem. Szybko zasądzone zostają dla byłych ministrów kary więzienia, ale prezydent stosuje prawo łaski, tłumacząc, że działali pod presją pandemii.  Telewizja Polska, której władze w panice próbują ustalić, gdzie aktualnie znajduje się koryto, na wszelki wypadek emituje niemal wyłącznie filmy z dawnych lat. W rządzie „Zgody Narodowej” trwają kłótnie o stanowiska. W tym czasie dzienna liczba zarażonych Covid przekracza 50 tys. Do końca 2020 roku liczba ofiar Covid w Polsce przekracza liczbę ofiar II wojny światowej, gospodarka jest w ruinie, skasowane są wszystkie programy socjalne, brakuje lekarzy, miejsc w szpitalach i w kostnicach, ale Polska jest pierwszym na świecie krajem, gdzie została osiągnięta odporność populacyjna na wirusa. W 2021 rok wkraczamy z hasłami odbudowy biologicznej narodu, a stery władzy, w wyniku zamachu stanu, przejmują ugrupowania skrajnie nacjonalistyczne. Polska zostaje usunięta z Unii, większość państw nakłada na nasz kraj sankcje. Pomocną dłoń wyciągają jedynie Łukaszenko z Putinem, którzy z aprobatą przyglądają się procesowi przemian w kraju nad Wisłą. Wszystkiego dobrego!

29 października 2020 o godz. 22:57

Nowy numer „Aqua Vitae”

cover_5-35

Ukazał się nowy numer (5/2020) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. W numerze m.in.: * Polska premiera Angostura Cocoa * Dictador z beczek po tokaju * Trendy na rynku taniej wódki * Definicje alkoholi w UE * Rozmowa – Marek Sypek, prezes Stock Polska * Japońskie skarby whisky * Kilchoman od kuchni * Dym z Wyspy Mull * Premiera Glenmorangie 1996 * Historia marki Haberfeld * Gin z beczek po kalwadosie * Głóg na brandy * a także: liczne recenzje alkoholi, nowości z branży, recenzje książek o alkoholach, relacje z degustacji. Zapraszamy do lektury.

14 października 2020 o godz. 23:26

Brzęczek Litościwy

embed-only-nations-league-2018

Mecz Polska-Bośnia we Wrocławiu, ładny wynik, 3:0, a mimo to jestem zły na Brzęczka, bo skradł widowisko. Bośniacy wprawdzie wyszli na boisko bez kompleksów, ale szybko zostali skarceni, w piętnastej minucie czerwona kartka i powietrze z nich uszło. Polacy mogli w pierwszej połowie strzelić co najmniej cztery bramki, skończyło się na dwóch. Zmarnowana stuprocentowa sytuacja Lewandowskiego w 22. minucie, ale co się odwlecze… W 40. minucie Lewandowski huknął z kilku metrów i bramkarz Bośniaków nie miał nic do powiedzenia. Tuż przed przerwą na 2:0 podwyższył grający być może swój najlepszy mecz w kadrze Karol Linetty. Zapowiadała się ostra kanonada w drugiej połowie i bardzo wysoka wygrana Polaków. Lewandowski podwyższył na 3:0, świetną okazję miał Grosicki… Wszystko wyglądało znakomicie, piłkarze się roztańczyli, i wtedy Jerzy Brzęczyk Litościwy postanowił zepsuć święto, oszczędzić Bośniaków i nogi swoich najlepszych graczy, czyniąc ostatnie 35 minut śmiertelnie nudnym widowiskiem. Nie wiem, czy zmiennikom brakowało ambicji? Po zejściu z boiska Lewandowskiego i Grosickiego można było odnieść wrażenie, że dalej gramy w dziewiątkę. Bez pomysłu na jakikolwiek atak, na utrzymanie wyniku, który był dobry, ale – na Boga – trzeba szanować czas kibiców, jeśli ktoś w dzisiejszych czasach poświęca 90 minut uwagi, to wypada przynajmniej próbować coś zaoferować w zamian. Nowe przepisy, które dopuszczają pięć zmian w meczu nie sprawdzają się, trenerzy za szybko, za często dokonują zmian, kosztem widowiska. Bośniacy mogą Brzęczkowi podziękować, litościwie oszczędził im kompromitacji.

escort bayan trabzon escort bayan yalova escort bayan edirne escort bayan manisa bursa görükle escort