6 kwietnia 2015 o godz. 19:24

W pracowni mistrza Wennekera

Schiedam, Hrabstwo Holandii, 26 maja 1490 rok
Poniżej rozdział z powieści „Widzenia mistrza Hieronima”, zatytułowany: „W pracowni mistrza Wennekera”, przedstawiający pierwsze spotkanie pary najważniejszych - obok Hieronima Boscha - bohaterów książki - prowadzącego śledztwo w biskupim imieniu Jana de Vries oraz alchemika Archibalda Wennekera.

Bez potrząsania za sporych rozmiarów mosiężny dzwon, sam otworzył żeliwne drzwi, na których umieszczono tabliczkę z łacińską sentencją: Qui revelat secretarum artis, maledicetur apoplexia. Uśmiechnął się pod nosem nad tą ostentacją, widać było, że gospodarz nie specjalnie chce się ukryć, znać że jest w lokalnej społeczności lubiany. W wydrążonym w ziemi pochyłym korytarzu niezależnie od pory dnia panuje nieprzenikniony mrok. Zatęchłe powietrze uderza wonią fermentacji, ostrym zapachem jałowca, ziół i zapewne jakichś medycznych balsamów, gdyż jest w nim coś słonego i jodowego. Szedł po omacku co najwyżej pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt kroków, kiedy zobaczył migoczące w oddali światło, jak się po chwili okazało wielu świec umieszczonych wzdłuż dużej owalnej izby. Biały niegdyś kamień jakim wyłożono przechodzące w łukowe sklepienie ściany komnaty pokrył szczelnie czarny grzyb. Baudoinia compniacensis, pomyślał, grzyb alchemików. W kącie zbudowano masywny, choć prosty, pozbawiony ozdób, kaflowy piec do wypalania metali, nad paleniskiem rozpalono ogień, nieśmiertelny ogień zwany althanatos. Bardzo wąski ceglany komin miał tak sprytnie odprowadzać dym z pomieszczenia, by na zewnątrz trudno było ujrzeć rzadką ciemną smugę.

– Witam nieproszonego gościa – ze złośliwą nutą odezwał się mężczyzna pochylony nad zastawionym szklanymi i glinianymi kolbami stołem. Wysoki, potężny jak niedźwiedź. Fizjonomia w sam raz pasująca do opisu sprawcy nieszczęść w ‘s-Hertogenbosch, jak to jednak mawiają, pozory potrafią mylić.
– Witaj mistrzu Wennekerze – spokojnie odpowiedział przygarbiony, niepozorny przybysz.
Jan de Vries podszedł bliżej, widział teraz niezwykłą jasność oczu alchemika, nie był to błękit, lecz blada, zamglona ultramaryna. Na szerokim i długim na dwa metry stole leżały bez ładu księgi, jedne rzadkie, inne znane w wielu odpisach, ale wszystkie stare, rękopiśmienne, cenne, co dawało wyobrażenie o finansach gospodarza. Musiały to być pokaźne środki, bynajmniej nie odziedziczone, bo ród Wennekerów nie był znany ani przesadnie zamożny, choć stać ich było na gruntowne wykształcenie dzieci. Ojciec wraz z bratem Archibalda prowadzili przy porcie nad rozlewającą się tu szeroko rzeką Nieuwe Maas spory wiatrak, a jego stryj słodował ziarna żyta i jęczmienia.
Zbiory ksiąg budziły jednak respekt, leżał tu pierwszy łaciński przekład „De alumnibus et salibus” wielkiego Rhazesa i „De mineralibus” Alfreda z Sareshel, ale też arabski oryginał „Kitab al. Shifa” czy dzieło o teorii flogistonu Jābira ibn Hayyāna, znanego bardziej jako mistrz Geber. Obok rzeczy mniejszej wagi, ale za to bardziej znane, jak szalbierski „Tractatus de Vita proroganda” Artefiusa, który twierdził, ż odnalazł sekret długowieczności czy popularna alchemiczna omnipedia „Summa perfectionis”. Uwagę gościa zwróciła potężna, oprawiona w koźlą skórę księga. Bogato inkrustowany pergamin wielkich kart pokrywały arabskie znaki, ciągi liczb, magiczne rysunki i tajemnicze wzory.
– „Necronomicon” – Jan de Vries natychmiast rozpoznał egzemplarz dzieła Abdula al Hazreda.
– W rzeczy samej – uśmiechnął się gospodarz. – Jest tu też wiele innych zakazanych ksiąg – Wenneker zatoczył dłonią w koło, a gość zobaczył, że do kamiennych ścian przymocowane są półki ciasno zastawione woluminami wartymi fortunę, bezcennymi, i zapewne w większości wyklętymi. Na innych półkach piętrzyły się ludzkie i zwierzęce czaszki, niektóre z porożem, oraz setki fiolek i buteleczek wypełnionych płynnymi lub sproszkowanymi substancjami. Retorty i podejrzane grafitowe korbasy, moździerze, w lewym rogu symetrycznego pomieszczenia szafka na trucizny opatrzona trupią czaszką. Na rozciągniętych pod sufitem linkach suszą się aromatyczne zioła i kwiaty. Pobieżny rzut oka na zawartość ingrediencji mówi wiele o ich właścicielu, są tu sproszkowane karaluchy i mrówki, krew bycza i kozłowa, żółć wołowa, kamienie racze, muchy chińskie i hiszpańskie, stonogi, bezoar i wiele innych poszukiwanych składników magicznych wywarów. De Vries uśmiechnął się na widok fałszywego rogu jednorożca, oferowanego za bajońskie kwoty przez północnych żeglarzy, który tak naprawdę – o czym gość wiedział – był górnym siekaczem narwala. Gabloty po lewej stronie kamiennej sali zajmowały ususzone rośliny, jak: korzeń mandragory, bób świętego Ignacego, balsam tolutański, grzyb jeleni, konopie siewne, nasiona kulczyb, hubiak pospolity i inne cuda. Nawet zupełny laik nie miałby wątpliwości, gdzie się znajduje. Gospodarz tych włości bynajmniej nie czuł się jednak zmieszany. – Nie przyszedłeś jak mniemam biskupi sługusie by inwentaryzować moją bibliotekę? – spytał.
– Znasz mnie – Jan de Vries nie okazał zdziwienia. – Wiesz zatem też pewnie dlaczego przychodzę.
– Wiem – skinął głową alchemik. – Ale nie pracuję dla biskupa.
– A ja nie łowię czarnoksiężników, biskup także nie żywi do was urazy, a do Watykanu stąd daleko. Rzeczywiście jednak nie przyszedłem rozmawiać o księgach, choć powiem wam, drogi mistrzu Wennekerze, że wolałbym odbyć podróż w tym właśnie celu. Cóż, może kiedyś przyjdzie i na to pora, jeśli tylko waszej gościnności wystarczy. Tymczasem jednak zło wydostało się na zewnątrz w formie nie przypadkowej i samo nie odejdzie, sterroryzuje strachem miasta, uruchomi lawinę ofiar, a jedną z nich będziesz ty, mistrzu Wennekerze, i twoje bezcenne księgi. Wiem, że znasz Hieronimusa Bosha, wybitnego artystę z ogarniętego dziś strachem ‘s-Hertogenbosch. Dla motłochu będzie to pierwszy podejrzany, pierwsza w szeregu ofiar, ale nie ostatnia. Nie lubisz biskupa, wiesz jednak, że jego ogień nie dosięgnie, odmawiasz pomocy nie jemu, lecz samemu sobie mistrzu Wennekerze.
– Przyszedłeś klecho by mnie straszyć?
– Nie jestem klechą, jestem nieformalnym sługą Kościoła. I nie przyszedłem straszyć, przyszedłem znaleźć prawdę. I chyba mam ją przed sobą – de Vries wskazał na otwartą księgę. – O ile mi wiadomo, to jeden z trzech istniejących egzemplarzy. Nie kryję, że spodziewałem się go tu znaleźć. Kto ma tę księgę i rozumie jej symbole, ten posiadł nie tylko mądrość, ale i ogromną moc. Nie jest to jednak moc, mistrzu Wennekerze, której nie da się pokonać. Jeśli ja okażę się dla ciebie zbyt słaby, pojawią się za mną inni, mocniejsi, liczniejsi, dom twój spłonie, syn twój trafi do celi przy której ta jama to luksusowy apartament. Nie przychodzę jednak straszyć, ani walczyć, przychodzę poznać prawdę.
– Prawdę? Cóż za życzenie! Szukam jej od siedemdziesięciu lat i nawet nie zbliżyłem się do niej o jeden dzień badań.
– Nie potrzebuję prawdy uniwersalnej, pozostawiam ją mędrcom Kościoła. Ja też, drogi mistrzu Wennekerze, studiowałem wiedzę tajemną, czytałem po wielokroć „Necronomicon”, zarówno w oryginale jak i w przekładzie Teodorusa z Filetu i wiem z jakim złem mieszkańcy ‘s-Hertogenbosch mają do czynienia. Karta czterdziesta czwarta, o ile pamięć mnie nie zawodzi, zło ktoś przysłał, ktoś o twojej mistrzu wiedzy. Nie znam twych zamiarów i nie oskarżam, a jedynie pytam i szukam po omacku. Ile osób poza tobą korzysta z tego laboratorium?
– Nikt – odparł dumnie alchemik. – Nie mam uczniów, ani pomocników, działam sam.
– A twój syn? Nie wychowujesz następcy?
– Syn kształci się w Sztrasburgu, u mojego młodego przyjaciela Hieronymusa Brunschwiga, to inne arkana sztuki.
– O Brunschwigu słyszałem, widziałem rękopis jego dzieła „Liber de arte distillandi simplicia et composita”, to nie jest praca skromnego aptekarza.
– Wiele wiecie i dużo czytacie, panie de Vries. Zbyt wiele jak na biskupiego pachołka. Kim naprawdę jesteście?
– Uważnym obserwatorem, to wyczerpuje moje skromne ambicje. Chcę rozmawiać o Boschu. Zna księgę?
– Nie jedną, nie tą jednak, o którą ci chodzi. Bosch jest pobożnym wizjonerem, genialnym wizjonerem.
– Scena na stronie czterdziestej czwartej. Widziałem nieukończony jeszcze obraz Boscha, to ta sama wizja, równie sugestywna, jednakowo przerażająca. Uważam, mistrzu Wennekerze, że ktoś znacznie potężniejszy wykorzystuje pobożnego wizjonera jako medium.
Zapadła cisza.
– Też tak uważam – po chwili podjął alchemik. – A jeśli tak jest w istocie, to jest to ktoś tak potężny, że w starciu z nim wiedza nas obu może być nie wystarczająca. To ogromna siła destrukcji, kontrolowane, sadystyczne zło w najczystszej postaci. Nie jest to obłąkany ślepy twór, lecz wielka niszcząca siła. Nie jestem pewien czy zdajesz sobie z tego sprawę skromny obserwatorze?
– Nie jestem stąd i może czas na kilka słów o sobie – zaczął w odpowiedzi de Vries. – Urodziłem się dostatecznie dawno, by pamiętać dzień, w którym moje miasto, Troyes, zostało stolicą Francji. Mój pradziad w 1209 roku wraz z innymi Katarami opuszczał Carcassonne. Pod szmatami na wozie ukryte były pisma, biblioteka zwana przez wtajemniczonych consolamentum, bezcenna kolekcja, której trzon stanowiły zwoje ocalałe z pożaru Biblioteki Aleksandryjskiej. Te pisma nadal istnieją i są bezpieczne. Dam ci do nich dostęp jeżeli mi pomożesz.
Z oczu Wennekera jakby opadła mgła, bladość ultramaryny przecięły błyskawice.
– Przez ponad dwadzieścia lat pracowałem w Bibliotece Watykańskiej kontynuował przybysz. – Byłem kwestorem, odpowiadałem za pozyskiwanie i katalogowanie ksiąg, w tym wielu zakazanych. To tam poznałem dokładnie „Necronomicon”, a także inne magiczne księgi dawnych szamanów, derwiszów i czarnoksiężników. Oczywiście odebrałem wcześniej stosowne wykształcenie w interesujących nas arkanach wiedzy, studiowałem zaklęcia i starożytne języki. Moim celem nie był kamień filozoficzny, przemiana metalu w złoto czy zgłębienie wszechrzeczy, studiowałem bez celu, poganiany jedynie ciekawością. Bo ja, drogi mistrzu Wennkerze, lubię wiedzieć. Mogę poświęcić trochę czasu by moją wiedzą się podzielić, ale oczekuję mistrzu jasnej deklaracji, czy mogę na ciebie liczyć?
Zapadła chwila ciszy, lecz oczy Wennekera błyszczały tak, że de Vries wiedział już, że właśnie zyskał cennego pomocnika.
– W Bibliotece Watykańskiej jest egzemplarz księgi Abramelina, chcę mieć do niego dostęp. To mój warunek.
– Gdy pracowałem w murach Watykanu, zadbałem o to by najrzadsze okazy otrzymały stosowną kopię, formę zabezpieczenia, gdyż nie ufam papieskim strażnikom, a tym bardziej papieskim humorom. Żal by było gdyby kaprys tego czy innego ojca świętego bezpowrotnie zniszczył w ogniu cenną starożytną wiedzę. Zleciłem zatem skopiowanie co ważniejszych woluminów, dokładnie przepisany egzemplarz „Libri Sacri” Abramelina spoczywa w mojej prywatnej bibliotece. Jeśli nasza misja się powiedzie, zlecę mnichom z opactwa Cîteaux żeby przepisali go dla ciebie, gwarantuję, że pieczołowicie odwzorują każdy detal, nie wyłączając oprawy i koloru rycin. Zajmie im to najwyżej sześć miesięcy.
– Przypieczętujmy naszą umowę magią i krwią.
– Adunati sunt, et sine virtute, et a quo tempore, in communi, ut fit sacramentum.
Wielka kotka o sinym gęstym i puchatym futrze lekko zeskoczyła z półki z fiolkami i wpadła pomiędzy mężczyzn. Wlepiła w gościa wielkie jak brabanty i równie błyszczące złote oczy, lśniące jak tafla lustra, szkliste, nieodgadnione. Gdyby na to pozwoliła, by przyjrzeć się jej oczom uważniej, doszlibyśmy do wniosku, że widzi nitkami myśli. O, tak ten kot myślał, rozważał, przeczuwał i działał. Ziewnęła dla niepoznaki i odwróciła głowę od przybysza..
– To Diptera – uśmiechnął się alchemik. – Będzie nam towarzyszyć, nigdzie się bez niej nie ruszam.
– Kot kartuski, prawdziwa piękność i prawdziwa rzadkość – de Vries pogłaskał stworzenie, które ufnie poddało się pieszczocie.
– Widzę, że nie tylko na księgach się znasz.
– Cóż za wartość miałaby biblioteka bez kota.
– Sentencja warta Seneki, drogi wspólniku, muszę ją zanotować. Ale wracając do Boscha. Co z nim?
– Ktoś bardzo chce wrobić go w tę ohydną zbrodnię. Ktoś bezinteresownie złośliwy, lub ktoś, kto jest blisko sprawcy. Intuicja mi mówi, że chodzi o to drugie, ale intuicja nie jest dowodem. Biskup dostał anonimowy list, napisany bez finezji, ale wskazujący malarza jako sprawcę wydarzeń. Polecono mi znaleźć autora tego listu, oczywiście niejako przy okazji ważniejszego śledztwa, bo przede wszystkim trzeba zapobiec kolejnym zdarzeniom.
– Obawiasz się, że znów uderzy?
– Jestem tego pewien.
– W tym samym miejscu?
– Tego nie wiem, ale jeśli chcemy łączyć wydarzenia z malarzem, to uderzy w okolicy lub w samym ‘s-Hertogenbosch.
– Jak trafiłeś do mnie?
– Zobaczyłem w domu Boscha skrzynkę z adresem. Domyśliłem się, jesteście sławni mistrzu Wenneker.
– Nie jest mi ta sława potrzebna.
– Po tym jak świątobliwy ojciec ogłosił swoje „Summis desiderantes affectibus”, taka sława jest niebezpieczna. O tym jednak pomyślimy później. Skąd znasz Boscha?
– Powiedzmy, że to rodzina, poza tym podziwiam piękno. Mam jego nieduży obraz, olej na desce. Przedstawia scenę z Ewangelii świętego Jana. Poncjusz Piłat wyprowadza ubiczowanego Chrystusa przed tłum gapiów. Kupiłem ten obraz nie dla sceny, i nie dla Jezusa, lecz dla wyrazu twarzy tych, którzy patrzą i krzyczą Crucifige eum! Jak wiesz, Bosch nie dba o detale, o wierność zdarzeniom, o realizm, o historyczną wiarygodność. Lubi symbole. Najbardziej odrażającą gębę wśród skandujących Crucifige eum! ma mnich w białym habicie dominikanina. Cóż za ironia, prawda? Za to kocham Hieronimusa. Mam też inne piękne obrazy, chcesz zobaczyć?
– Chętnie, ale innym razem. Sprzedajesz mu farby. To są dziwne farby.
– Zbadałeś je?
– Bardzo dokładnie. I znalazłem w nich kilka ingrediencji może nie toksycznych, ale oddziałujących na umysł.
– Na umysł i wyobraźnię. To prawda, wnikliwie je widzę zbadałeś. Można powiedzieć, że to forma ukrytego mecenatu. Farby Hieronim dostaje ode mnie za darmo, ale przyznam, że chcę by spożytkował je na dzieła wielkie. Hieronimus jest geniuszem, nie ma co do tego wątpliwości, ale geniusz to nie wszystko, potrzebna jest jeszcze jasna wizja.
– I ty mu te wizje zapewniasz, jak mniemam, podsuwając datura stramonium.
– O, to bardzo rzadkie ziele rzeczywiście ma ode mnie. Resztę jego troskliwa żona może znaleźć na miejskim targu.
– A więc przekazujesz jej receptury?
– To za dużo powiedziane. Ustalam z nią skład mieszanek, żeby nie przesadzić, bo nadmiar mógłby zaszkodzić. Aleyt jest najbliżej, obserwuje reakcje, notuje dla mnie, ile Hieronimus śpi, kiedy pracuje, jak się zachowuje, czy nie jest nadpobudliwy, czy nie jest zbyt zmęczony, czy wypowiada się składnie.
– Czyli to jakby eksperyment badawczy. Na żywym ludzkim organizmie.
– Tak to można nazwać. Dla dobra pacjenta i ku przyszłej chwale jego dzieła – uśmiechnął się pogodnie alchemik.
– Jesteś tak blisko z żoną malarza? – spytał de Vries.
– Nie jestem tak blisko. Jeśli chcecie wiedzieć, jestem jej wujem, przyrodnim bratem matki, ale nie opiekunem. To skomplikowana rodzinna historia, nie chce się wdawać w szczegóły i w grzechy mojego ojca, ale przyrodnią siostrę poznałem już gdy byliśmy obydwoje dorośli, nie wychowywaliśmy się razem. Zaś Aleyt rzeczywiście bardzo lubię, to mądra i troskliwa kobieta, która rozumie, że geniusz malarski jest tym, co po jej mężu przetrwa. Choć on sam nic o tym nie wie, jest jego najbliższym współpracownikiem. Bosch nawet nie potrafi sam zmieszać farby, jest kompletnym ignorantem jeśli chodzi o wszelkie sprawy manualne. Interesują go sztuka, religia i filozofia, dużo czyta, dużo wie, ale pod wieloma względami to dziwak i kompletny ignorant, świat naokoło go nie dotyczy. Ona dba, żeby niczego mu nie brakowało.
– Jest z nim szczęśliwa?
– Tego nie wiem. Nie znam się na kobietach, drogi przybyszu. Moją jedyną damą jest Diptera. Kobiece szczęście? Cóż, to dla mnie zbyt trudne zagadnienie. Aleyt się nie skarży. Jest poważna, odważna i sumienna. Jest doskonałą opiekunką naszego geniusza. Ale czy jest szczęśliwa? Na Boga, za dużo ode mnie wymagacie. Zgłębianie wiedzy wymaga skupienia właściwego mnichom. Żyję zatem jak mnich, nie tracę jedynie czasu na modlitwę.
– Resztę spraw omówimy w drodze – de Vries klepnął alchemika po szerokim ramieniu, ucinając przeciągającą się rozmowę. – Ruszajmy. Czas nagli, siodłajmy konie.
– Najpierw spakuję kotkę. Jedzie z nami.
Zawołał Dipterę, a ona wyprężyła się i zgrabnym ruchem wskoczyła alchemikowi na ręce. Ziewnęła z uśmiechem w oczach, wypuszczając z pyszczka niewidzialny dla człowieka obłok energii. Skrzące się iskierki zafalowały niczym ciepłe powietrze rozedrgane, zbiły się w kulę, by po chwili wystrzelić, obsypując gościa i gospodarza deszczem płatków, tak małych jak cząstka śnieżna, otaczając ich przezroczystą ochroną.

Komentarz dla “W pracowni mistrza Wennekera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

22 maja 2019 o godz. 23:44

THX 1138 – zakurzona utopia

Portada-1497642684-726x388

Próbowałem dzisiaj obejrzeć debiutancki film George’a Lucasa „THX 1138”, ale mnie zmęczył i wyłączyłem. Wizje dehumanizacji przyszłości, jakie snuli fantaści lat 50. i 60. dzisiaj są zwyczajnie nie do oglądania. Nic się z tego nie sprawdziło. Zamiast zmechanizowanego świata sterowanych debili, mamy świat wysoko wyspecjalizowanych ekspertów i ludzi, którzy po prostu żyją, ciesząc się pokojem, względnie zdrowiem, rodziną, jako takim dobrobytem. Pomijam biedne kraje świata, ale kraje bogate, które miały być awangardą dehumanizacji, są po prostu krajami jeszcze bogatszymi niż były te 60-70 lat temu i tyle. Nic się nie wydarzyło, końca świata nie było. A nas dzisiaj dużo bardziej martwią zmiany pogody i ekologia, niż widmo cyborgów, robotów i dyktatorów mechanicznego świata. Bo i nie ma świata mechanicznego. Jest świat cyfrowy. Nie masowy, a głęboko zindywidualizowany. Na statkach kosmicznych Lema astronauci mieli biblioteki pełne wydrukowanych książek. A w debiucie Lucasa są pompy, guziki, zegary, masa hydrauliki i mechaniki, natomiast nie ma elektroniki, lub jest analogowo archaiczna. Utopie i lęki z połowy XX wieku nie sprawdziły się i raczej nie sprawdzą. Nie będzie komunizmu, nie będzie rządzących masą maszyn, ani też żadnych dyktatorów maszyn. Prędzej wykończy nas komputerowy wirus niż cyborg-despota. Wydrukowanych książek na Marsa też nikt nie będzie zabierał. Zresztą i samego marsa coraz mniej jesteśmy ciekawi. Zamiast utonąć w masie współczesny człowiek podąża zupełnie przeciwną drogą – chowa się za awatarem indywidualizmu i egoizmu.

21 maja 2019 o godz. 22:24

Jak zostałem pisarzem?

Pisarzem zostaje się bardzo prosto. Wystarczy nic innego, prócz pisania, nie umieć. Jeżeli w młodym wieku odkryjemy smykałkę do innego zawodu, to trzymamy się tej drogi. Jeśli nie potrafimy nic, wówczas zawsze możemy spróbować szczęścia w pisaniu.

13 maja 2019 o godz. 14:32

Kartka z podróży (18) Braga i Bom Jesus

Braga-024

Braga to religijna stolica Portugalii. W czasie Wielkiego Tygodnia, Semana Santa, (od niedzieli Palmowej) centrum miasta zarezerwowane jest dla niezwykle zdobnych procesji. Jest to jedno z najstarszych miast Portugalii – ma ponad 2 tys. lat historii. Jej założycielem był cesarz August.

12 maja 2019 o godz. 14:13

Kartka z podróży (17) Guimarães

Guimares-021

W Guimarães zostałem złapany w pułapkę niekończących się procesji, od kapliczki do obrazu, od rzeźby do kościoła, falujący kolorowy tłum, młodzież z bębnami, strażacy z trąbami, górnicy z tamburynami, winogradnicy z dzwoneczkami, wielkie figury Chrystusa, Matki Bożej, trzech królów, baranki, wianki, obwarzanki, palemki i śliczne panienki. Książa każący i księża śpiewający. Zgiełk, hałas i wielka radość na ulicach. Przebić się przez te tłumy nie sposób, trzeba falować razem z nimi, tańczyć jak zagrają.

10 maja 2019 o godz. 20:04

Kartka z podróży (16) Mateus

Mateus-013

Jakie jest najbardziej znane portugalskie wino? Porto? Madera? Vinho Verde? Nic podobnego. Lekko musujące, różowe, półsłodkie… podobno ulubione wino Saddama Husajna, w piwnicach jego pałacu odnaleziono pokaźne zapasy. Wino Mateus powstało w latach 40. XX wieku w miasteczku Mateus niedaleko Vila Real. Właścicielem marki jest Sogrape, największy producent win w Portugalii. Kiedy się wjeżdża do miasteczka wina Mateus stają właściwie wszędzie, przy każdej budce z hot-dogami, przy każdym sklepiku z pamiątkami. Restauracje wystawiają butelki, wabiąc turystów, choć wino cieszy się raczej kiepską sławą. Gdzie jednak pić Mateusa jak nie w mieście Mateus?

9 maja 2019 o godz. 19:57

Kartka z podróży (15) Amarante

Amarante-004

Miasto nierozerwalnie związane z miłością. Nazwa pochodzi od słowa „amar”, czyli kochać. Każda pierwsza sobota i niedziela czerwca to czas Festa de São Gonçalo, podczas której panowie ofiarowują swoim wybrankom ciasteczka, ciasta czy torty w kształcie fallusa. Dostępne na wielu straganach, w różnych rozmiarach, choć nie wiem czy rozmiar ciastka robi na wybrankach wrażenie…

8 maja 2019 o godz. 19:55

Kartka z podróży (14) Peso da Regua, Pinhão, Sabrosa, Murça i Vila Real

SONY DSC

Dzisiaj nie o winach, lecz o kilku miastach i miasteczkach w regionie Douro, które miałem okazje odwiedzić. Region zawsze był ubogi i rolniczy, więc nie ma tu wielu spektakularnych średniowiecznych katedr czy zamków, a życie płynie wolno, zwłaszcza w miesiącach poprzedzających zbiory i winifikację.

7 maja 2019 o godz. 09:37

Kartka z podróży (13) Wizyta w Quinta da Roêda

Quinta da Roeda

Jedna z najstarszych winnic w Dolinie Douro, mieszcząca się w niewielkiej odległości od centrum miasta Pinhão. Często określana jako klejnot winnic w Dolinie Douro. Firma Croft nabyła posiadłość w 1889 roku i jest to ich flagowa winnica. To z jej winnic głównie tworzy się Vintage Port Croft.

6 maja 2019 o godz. 08:54

Kartka z podróży (12) Wizyta w Quinta das Carvalhas

SONY DSC

Flagowa winnica należąca do Real Companhia Velha. Położona na zboczach nad lewym brzegiem zakola rzeki Douro w Pinhão i na stokach prawego brzegu rzeki Torto. Powierzchnia wynosi aż 600 ha. To największa z winnic w regionie. Na samym szczycie znajduje się Casa Redonda (550 m n.p.m.), obecnie w remoncie, będzie tu hotel, restauracja i miejsce uroczystych degustacji.

5 maja 2019 o godz. 09:24

Kartka z podróży (11) Wizyta w Quinta do Bomfim

Quinta do Bomfim-017

Siedziba porto Dow’s. Nazwa winnicy pochodzi od vale do bomfim – „dobrze położonej doliny”. Parcela została kupiona przez George’a Warre’a dla firmy Dow w 1896 roku. W winnicach Dow pracowało wiele pokoleń rodziny Symington. W 1912 roku Andrew James Symington został partnerem w Dow. Od tego czasu Quinta do Bomfim stała się niemalże domem rodzinnym Symingtonów.