Materiały wg tagu "YouTube"

20 grudnia 2016 o godz. 00:38

„Łotr 1” – dlaczego dopiero teraz?

_gwiezdne_wojny_spinoff_trailer_filmu_lotr_jeden_gwiezdne_wojny_h

„Łotr 1” to kolejny film ze świata „Star Wars”. Dlaczego taki film nie powstał zaraz po sukcesie „Nowej Nadziei”, albo gdzieś w latach 80.? Wtedy oglądałbym go z wypiekami. Dlaczego George Lucas nie chciał zarobić jeszcze więcej milionów dolarów i na bieżąco kręcić takie sequele, prequele, spin-offy, zwischenrufy? Byśmy to łykali z pasją neofitów. A teraz człowiek jest i starszy, i bardziej wybredny, i kino zmieniło się wraz z cyfryzacją zupełnie. Taki film już nie wbija w fotel, nawet nie skłania żeby pójść zobaczyć po raz drugi, a przecież pierwszą trylogię „Star Wars” oglądało się i po dwadzieścia razy. A to jest film i ukłon w kierunku miłośników właśnie pierwszej trylogii.

14 kwietnia 2016 o godz. 09:15

Kartka z Irlandii (11) Belfast

07 Belfast-006

Z czego znany jest Belfast? Z tego, że wybudowali największy statek pasażerski jaki zatonął, no i z piosenki Stiff Little Fingers „No Sleep Till Belfast”. I jeszcze z tego, że jest stolica Irlandii Północnej, i że często wybuchają tu bomby. To nie za wiele. Belfast jest miastem pełnym kontrastów, jest tu wielki port i stocznia, więc rozwinęła się przemysłowa część miasta, do tego dodać należy przemysł lekki. Muzeum Titanica ściąga tłumy, po bilety ustawiają się kolejki. Ja nie poszedłem, bo nie jestem entuzjastą katastrof morskich. Jest też wspaniałe więzienie i tu warto zajrzeć, bo obecnie jest otwarte dla zwiedzających, pokazuje jak opresyjny był system więziennictwa w UK. To więzienie – Crummlin Gaol – zajmuje kilka kwartałów, jest właściwie spora fabryką, a obecnie na jego terenie rusza destylarnia whiskey – pierwszy spirytus ma popłynąć jeszcze w 2016 roku.

16 czerwca 2015 o godz. 08:48

Joakim Zander: Pływak

plywak-001

Poruszająca i znakomicie napisana książka, łącząca elementy thrillera, sensacji w stylu Alistaira MacLeana i political-fiction. Chyba obok sagi „Millennium” najlepszy z licznych kryminałów noir rodem z Szwecji. Zander sugestywnie tworzy mroczny klimat, zaskakuje momentami liryzmem opisów stanu ducha postaci, bardzo powoli wprowadza w świat kolejnych bohaterów – postaci równorzędne, bo ta niezwykła powieść nie ma głównego bohatera.

7 czerwca 2014 o godz. 10:13

Pražská Vodka

SONY DSC

czeska wódka ze średniej półki, o słodkawym smaku i nieprzyjemnym etylowym aromacie, zestawiana w Pradze przez firmę Pražská Vodka & Destiláty, moc – 37,5%. Dzięki kampaniom reklamowym od 2012 roku systematycznie zwiększa udział w rynku czeskich wódek, obecna w większości marketów i dyskontów, często w promocyjnych cenach. Jest jej znacznie bardziej udana wersja Pražská Premium o mocy 45%.

26 kwietnia 2014 o godz. 13:46

Kolejka Marecka

SONY DSC

W Markach, tuż obok urzędu miasta, na ładnym placu stoi samotna lokomotywa, zupełnie jakby uciekła z wyobraźni Stanisława Ignacego Witkiewicza. Często ja mijam, gdyż niedaleko jest mój ulubiony sklep z alkoholami M&P.

24 kwietnia 2014 o godz. 10:02

Magnífica

SONY DSC

znakomita brazylijska wódka z trzciny cukrowej, czyli cachaça, produkowana w zakładach o tej samej nazwie w pobliżu Rio de Janeiro. Stworzył ją miłośnik cachaçy, João Luiz de Feria, od początku z zamysłem, że będzie to trunek klasy premium. Od 2009 roku niezmiennie jest w gronie Top 5 najlepszej cachaçy według ocen specjalistów, jej pełna nazwa Magnífica cachaça do Brasil oddawać ma jej typowo lokalny, a przy tym wyjątkowy charakter. I rzeczywiście jest wyjątkowa, niemal niezrównana (poważnym konkurentem jest Ypióca). Wspaniały, słodki, tropikalny, bananowy smak i aromat ma najprostsza Magnífica Tradicional (45%), biała, spędziła dwa lata w beczkach z egzotycznego drzewa Ipê. Według mnie to najlepsza biała cachaça, przynajmniej lepszej nie próbowałem i szkoda jej do drinków jak Caipirinha. Również bardzo dobra, choć pozbawiona tej owocowej świeżości, jest Magnífica Envelhecida (43%), barwy bursztynowej, dwa lata spędziła w beczkach po szkockich whisky, z nutami wanilii, karmelu, zdecydowanie słodka i bardzo delikatna. I wreszcie mistrzowska Magnífica Reserva Soleira (43%) – orzechowy kolor, bardzo sodki aromat trzciny cukrowej, w ustach czekolada i cytrusy. Leżakowała piętnaście lat w systemie Solera, z czego minimum dziesięć lat w beczkach po Bourbonie Jack Daniel’s. Potężna, bogata cachaça. Na rynkach europejskich firma znana jest dzięki niemieckiemu przedstawicielstwu, firmie Perola z Norymbergii.

15 kwietnia 2014 o godz. 23:03

Pod akacjami

pod-akacjami

W Teatrze Rampa na scenie Mrowisko obejrzałem dziś przedstawienie „Pod akacjami” na podstawie mało znanej sztuki Iwaszkiewicza. Zamiast chorego Marka Frąckowiaka w głównej roli księdza Węgrzyna wystąpił sam reżyser, Grzegorz Mrówczyński. Spektakl kameralny, trwa nieco ponad godzinę, ale dobrze zagrany, przekonująco, a przede wszystkim bardzo dobry tekst, o tragedii wyboru między lojalnością, miłością a ideami, czy nawet wiarą. Tragiczna postać księdza Węgrzyna, który wierzy, że miłość to prawda i każde ludzkie życie jest wartością nadrzędną, a ostatecznie to na nim spoczywa wykonanie wyroku podziemnego trybunału na kolaborancie (akcja sztuki rozgrywa się wiosną 1944 roku, Iwaszkiewicz napisał sztukę w 1945). Flora, którą gra debiutująca Adria Jakubik, narzeczona kolaboranta, to tylko pozornie cyniczna dziewczyna, która straciła wiarę w szczerość uczuć. W rzeczywistości jej postawa jest formą obrony przed zranieniem, straciła rodziców i nie chce stracić już nic więcej. Sierotą jest też młody harcerz, Józio, kolejna tragiczna postać tego dramatu. Ma wykonać wyrok, na Florze i jej narzeczonym zdrajcy, jednak zakochuje się w pięknej kobiecie. Staje przed tragicznym wyborem – wykonać rozkaz i zabić swoją pierwszą miłość, a potem także siebie, czy zdezerterować? Szczęśliwie ksiądz wybawia go z opresji, bierze grzech podwójnego wyroku, ale przecież także zabójstwa, na swoje sumienie. Dobrze dobrani aktorzy – aptekarz, kolejarz, zdrajca Brausch. Ograniczona do minimum scenografia, nastrój budują światła i oczywiście gra aktorska – ekspresyjnie wzmacniająca dramatyzm, a przy tym operująca przede wszystkim słowem, wydaje mi się, że bardzo pasująca zarówno do tekstu, jak i szerzej – do twórczości Iwaszkiewicza oraz czasu akcji. Pytanie, na ile wojna zmienia wartość ludzkiego życia, pozostaje zawieszone w powietrzu, nie odpowiada na nie nawet obrońca człowieczeństwa, ksiądz Węgrzyn. A jednak to obowiązek, nie życie, okazują się być najważniejsze. Dylemat w trudnym czasie wojny wykracza bowiem poza sumienie i często nie dotyczy jednego życia, jednego człowieka. gdyby zawiódł harcerz Józio, a ksiądz go nie wyręczył w egzekucji, wówczas być może zginęliby konspiratorzy. Ksiądz chce ocalić duszę Józia, który dawno stracił niewinność, wykonał wcześniej z rozkazu podziemia trzy inne wyroki, ale jednocześnie opowiada się po jednej ze stron, przestaje być kaznodzieją, staje się żołnierzem. A jednak śmierć Flory jest ze wszech miar niesprawiedliwa, jej jedyną winą była nadmierna frywolność, ale przecież to młoda dziewczyna, w normalnych warunkach jej miłosne wybory nie miałyby innych konsekwencji niż ewentualne rozczarowanie. Tymczasem ponosi konsekwencje nieadekwatne do winy. Iwaszkiewicz pozostawia nie tylko widza, ale też bohaterów swojej sztuki ze świadomością okrucieństwa czasu wojny. I zapewne gdy pisał „Pod akacjami”, w 1945 roku, to właśnie było najważniejsze. Dziś, kiedy oglądamy spektakl przez pryzmat miłości i wartości ludzkiego życia, nie łatwo jest zrozumieć decyzję księdza Węgrzyna, choć – w warunkach czasu akcji – zapewne nie miał on wyboru. Zrobił to, co musiał, wbrew własnym przekonaniom, wierze i sumieniu.

6 kwietnia 2014 o godz. 11:27

Mistrz i Małgorzata w Rampie

mim rampa

Jak połączyć literaturę, teatr, film i muzykę pokazuje Michał Konarski w sztuce „Mistrz i Małgorzata”. Czy to połączenie dało dobry efekt? Nie koniecznie. Piosenki Izaaka Dunajewskiego z radzieckich filmów propagandowych „Wołga, Wołga” i „Świat się śmieje”, dziś są jedynie kiczowate i chyba nie warto do nich wracać, zwłaszcza, że do powieści Bułhakowa mają się nijak.

3 kwietnia 2014 o godz. 10:16

Persenades

Persenades Domaine (3) [Desktop Resolution]

rodzinna firma z Gaskonii, powstała w 1650 roku, posiadająca winnice, produkująca: wina, likiery i armaniaki. Domaine des Persenades to 40 ha winnic i wielka posiadłość w Cazeneuve. Firma ma uprawy w regionach Bas-Armagnac i Ténarèze, skupuje też wina od małych producentów, są to winogrona szczepów: Ugni-blanc, Colombard, Sauvignon, Chardonnay, Gros i Petit Manseng, Merlot czy Cabernet Franc. Rocznie produkowanych jest ok. 300 tys. butelek wina i są one również dostępne w Polsce. Oferta armaniaków obejmuje: VSOP (leżakujące w beczkach 7-8 lat), Hors d’âge (12-15 lat) oraz potężny, rocznikowy 1991 (41%) mocno przesycony taninami czarnego gaskońskiego dębu, z zaskakującą pikantną nutą – pieprzu i cynamonu. Firma oferuje także tradycyjny dla regionu likier na bazie armaniaku, z dodatkiem win i soków z winogron – Floc de Gacogne w wersjach czerwonej i białej, a także inne ciekawe likiery: malinowy, waniliowy, z czarnej porzeczki czy imbirowy (po 17%).

28 lutego 2014 o godz. 14:10

Meksykański punk w Warszawie

plakat Acidez

18 marca w klubie Znośna Lekkość Bytu w Warszawie (ul. Lubelska 30/32) wystąpią: Acidez – pogo punk z Meksyku (www.acidezpunx.bandcamp.com), Bunt – punk rock z Garwolin (www.facebook.com/buntpunkrock) i Max Cady – hc/punk oi z Lublina (www.maxcady.bandcamp.com). Wjazd 15 PLN, start 20:00. Na miejscu benefitowe vege żarcie na schronisko w Celestynowie.

26 czerwca 2013 o godz. 23:57

Anti Flag w Proximie

/wp-content/uploads/2013/06/Anti-Flag-7

Od lat marzyłem żeby zobaczyć ich na scenie. To był mój przedostatni zespół na „muzycznej liście marzeń”. Widziałem na scenie Crass i Conflict, Lou Reeda i Patti Smith, Tarakany, Ine Kafe, Fialky i Houbę, La Fraction, Sex Pistols, Vice Squad, Anti Nowhere League, Subhumans, Zounds, Poison Idea, Angelic Upstarts, Cock Sparrera, Sham 69 i 999, G.B.H. i Exploited, oraz masę innych zespołów, których słuchałem jako szczaw oraz takich, które polubiłem później. Byłem na koncertach wszystkich czołowych kapel polskiej sceny: Siekiery, Moskwy, Deutera, Dezertera TZN Xenny, Braku, Kryzysu i Brygady Kryzys, Tiltu i WC, Ewy Braun i Złodziei Rowerów. Nie widziałem na żywo Post Regimentu, ale wciąż mam nadzieję, że jeszcze się reaktywują. Nie widziałem Clash i Ramones i już nie zobaczę. Nie widziałem Berurier Noir – i to jest moje ostatnie muzyczne marzenie, potem można umierać. Gdy byłem nastolatkiem, nie tylko nie myślałem, że kiedykolwiek zobaczę coś więcej niż U.K. Subs, ale też nie przyszłoby mi o głowy, że gdy będę po 40., te zespoły dalej będą koncertowały, a Europa pozbawiona będzie granic.Anti Flag to dla mnie zespół absolutnie wyjątkowy, jak Subhumans, późne odkrycie, bo oni grają „dopiero” od 20 lat. To melodyjny anarchopunk, bardzo mocno wyrastający z amerykańskiej sceny – czerpiący inspirację choćby z dokonań Angry Samoans, ale absolutnie obojętny na tradycję anarchopunka europejskiego. Muzyka przejmująca, zarówno ze względu na teksty, jak i świetny, trochę rozpaczliwy wokal Justina Sane’a. Zespół miał zaskakująco niewiele zmian w składzie i równie zaskakująco wyrównany repertuar. Wiele ich piosenek ma charakter hymnów, czy manifestów. Treści zdecydowanie lewicowe, alterglobalistyczne, a przede wszystkim antyamerykańskie, niezależnie czy krajem rządzi Bush czy Obama, oni są przeciw, pokazują obłudę polityków, rolę wielkich korporacji w rządzeniu światem. Teksty przemyślane, głębokie, zaangażowane. Skutecznie promują też idee D.I.Y., większość swoich płyt wydali samodzielnie. Melodyjna muzyka, której nie powstydziłoby się 999, powoduje, że te piosenki wpadają  ucho, a treści stają się tym bardziej nośne. Przyznam, że pierwszymi pięcioma płytami byłem oczarowny do tego stopnia, że prawie nie słuchałem niczego innego („Die for the Government”, 1996, „Their System Doesn’t Work for You”, 1998, „A New Kind of Army”, „Underground Network”, 2001 i „Mobilize”, 2002). Cóż, pięć bardzo dobrych płyt pod rząd, to niesłychanie dużo, nie wymieniłbym nawet dziesięciu zespołów, które mogłyby się czymś takim – w moim odczuciu – pochwalić. Przy czym kolejne płyty też były bardzo dobre („The Terror State”, 2003, „For Blood and Empire”, 2006, „A Benefit For Victims of Violent Crime”, 2007, „The Bright Lights of America”, 2008, „The People or The Gun”, 2009 i „The General Strike”, 2012) także trzymały poziom, tylko było na nich mniej utworów tak mocnych, tak przemawiających, albo może to ja się zestrzałem i już radykalizm Anti Flag przestał mnie tak mocno kręcić. Wczoraj Anti Flag zagrało w Warszawie. To był świetny koncert. Na otwarcie „Turncoat”, kto wie czy nie ich najfajniejszy kawałek, uwielbiam go, więc wciągnęli mnie bez reszty w swój świat. Potem takie hity jak: „Underground Network”, „911 For Peace”, „Death Of a Nation”, „One Trillion Dollars”, „Die For The Government”, zagrali też covery Ramonesów „KKK Took My Baby Away” czy „Sheena Is a Punk Rocker”. Łącznie zagrali ponad 20 kawałków, zero znużenia, sto procent radości z grania. Zabrakło do pełni szczęście „Protest Song” i „Their System Doesn’t Work for You”, ale zderzenie rzeczywistości z marzeniami wypadło na korzyść rzeczywistości, a to się prawie nigdy nie zdarza.

11 maja 2013 o godz. 12:09

The Residents w Warszawie

Koncerty The Residents przypominają spektakl teatralny. Tożsamość muzyków skryta jest za maskami, aktualnie gra ich tylko trzech, wokalista, gitara i laptop Apple, z którego pochodzi większość dźwięków. Przyznam, że mi trochę tych prawdziwych instrumentów brakuje, spodziewałem się też ciekawszej scenografii niż nadmuchiwani Mikołaje z laskami. Wokalista tez był w stroju i masce Mikołaja, o ile twarz Mikołaja wyobrażamy sobie jako starego typa z nosem wiedźmy. Efekt teatralności wzmacniały długie fragmenty mówione, będące komentarzami do piosenek, ale też do aktualnej trasy koncertowej i podróży jaką muzycy odbyli z Luizjany. Grali utwory z różnych okresów, na scenie brzmią mniej melodyjnie niż na płytach. Psychodeliczny klimat muzyki korespondował z tą absurdalną świąteczną scenografią. Właściwie na cenie widać było tylko wokalistę, na niego kierowano światło, dwaj pozostali muzycy pozostawali w cieniu, także w maskach. Wokalista grał ciałem, gestami, niecodzienny to koncert, w którym nie ma miejsca dla spontaniczności, wszystko jest wyreżyserowane. Ale tacy są The Residents – interdyscyplinarni, wyraźnie zafascynowani innymi dziedzinami sztuki niż tylko muzyka. Koncert odbywał się w ramach trasy „The Wonder of Weird” z okazji czterdziestolecia zespołu, myślałem, ze z tej okazji zagrają więcej utworów, zagrali szesnaście plus dwa dłuższe fragmenty instrumentalne. Pozostawili jednak niedosyt.

5 maja 2013 o godz. 23:47

Kartka z gór Harz (6) Głęboko pod ziemią

Góry Harzu to niezwykle bogaty region, wielkie miasta, zamki, pałace, wystawne domy kupieckie w tym zalesionym i skalistym regionie znajdują się nie przypadkowo. Skały kryją bowiem wiele bogactw. Przez wieki eksploatowano je, dziś już w niewielkim stopniu. Działały tu kopalnie: srebra, węgla kamiennego, soli, rud żelaza, miedzi, ołowiu czy cynku. Badania archeologiczne pokazują, że złoża te wydobywano już 3000 lat temu.Najciekawszą z dostępnych do zwiedzania kopalń jest Rammelsberg, w pobliżu Goslar. Jest na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO. Tu wydobywano rudy metali, ale też osławione srebro, a działała ponad 1000 lat – od 978 do 1988 roku, kiedy ją ostatecznie zamknięto bo dalsza eksploatacja była już nieopłacalna. W głębi góry Rammelsberg było ok. 27 mln ton cennych złóż. Po Wieliczce jest najstarszą kopalnią, tyle że Wieliczka działa nadal. Jest tu muzeum z maszynami górniczymi oraz kilka propozycji wycieczek w głąb ziemi, z których część ma charakter edukacyjny i adresowana jest do uczniów, są jednak też dwie ciekawe trasy turystyczne. Jedna to zwiedzanie ponad 200 letnich sztolni, druga przedstawia górnictwo współczesne. Pierwsza to zwiedzanie na nogach, druga kolejką. Pomimo wrodzonego lenistwa, wybrałem pierwszą trasę. Idzie się dość wąskimi korytarzami, które mają po 200 lat. Nacieki rudy przypominają wielobarwne stalaktyty – wydobywano tu m.in. cynk i miedź i to one tak barwią. Można oglądać urządzenia napędzane przez wodę, korby lub siłę ludzkich mięśni. Górnicy schodzili po wąskich drabinkach (przetrwały) na głębokość ponad 200 metrów i pracowali w ciasnych korytarzach. W korytarzach zachowały się wielkie drewniane koła napędzane wodą, którymi transportowano w górę wydobyty węgiel. Trasa wymaga trochę wysiłku, powrót to 101 stromych stopni w górę. Zwiedziłem także bardzo ciekawą zabytkową kopalnie węgla kamiennego Rabensteiner Stollen w Netzkatzer. Mała kolejką wjeżdża się w kasku kolejką pod ziemię, potem piesza trasa wiedzie po sztolni przez 500 metrów. Bardzo ciekawe zwiedzanie, tylko wewnątrz zimno i ciasno, co chwila waliłem głową o kamienny sufit. Kopalnia rozpoczęła działalność w XVIII wieku, zakończyła w XIX, wydobywano tu węgiel kamienny, czas pracy był dwunastogodzinny, pracowano bez elektryczności, niemal w ciemnościach, w korytarzach wysokości jednego metra, pracowały też dzieci od dwunastego roku. Powietrze tłoczono gumowymi rurami, o tym że jest go za mało sygnalizowały trzymane w kopalni kanarki, gdy spadał poziom tlenu wszystkie milkły. Wiertła zasilane były przez prymitywne agregatory, działające dzięki sprężaniu pary. Niezwykła półtoragodzinna podziemna wycieczka w czasie. Można samemu spróbować wiercić, można przejechać się drezyną, pedałując po wąskich torach. Tu także działa niewielkie muzeum, na zewnątrz eksponowane są urządzenia górnicze.Kopalń udostępnionych do zwiedzania w Harzu jest więcej, np. Eisenstein Suchstollen czy Lautenthals Glück. Nie jest to Tania przygoda, bilety do tych dwóch, które odwiedziłem kosztowały po 9,50 euro. Ale było warto.

21 kwietnia 2013 o godz. 14:11

Benefit dla Ani Zajdel

Wspaniała impreza w ogródku Fonobaru, poświęcona Ani Zajdel, wokalistce m.in. El Bandy, która w ostatnim czasie zmagała się z rakiem. Wczoraj Ania była pogodna, chwilami bardzo wzruszona, ale przede wszystkim już zdrowa. Dochód z imprezy miał być przeznaczony na jej rehabilitację, ale zapowiedziała, że nie będzie to potrzebne, a pieniądze przekaże innym potrzebującym. Grały zespoły zupełnie młode, jak Niestety, grali weterani – Firenze, był zaangażowany rap i znakomity hard core w wydaniu Watching Me Fall. Potem wystąpiła Ania z El Bandą, zagrała trzy najlepsze kawałki z pierwszej płyty: „Psychozę”, „Kokon” i „Przejdzie mi”. Niesamowita energia. Trudno uwierzyć, że to był pożegnalny występ tej genialnej kapeli, oczywiście pozostał wielki niedosyt. Ania ma niesamowity głos, tak ekspresyjny, wybuchowy, trudno być obojętnym na ten przekaz. Na koniec zagrali weterani – Infekcja oraz wieńcząca imprezę GaGa/Zielone Żabki. Smalec Smalec jak zwykle był zabójczy, świetny koncert.Poniżej link do zdjęć, duże fragmenty koncertu do obejrzenia na moim kanale YouTube.

18 kwietnia 2013 o godz. 16:11

„Bandyci Rodriguez” wideo z Leszna

Poniżej fragment wideo ze spotkania autorskiego w Lesznie, w bibliotece PWSZ – cztery minuty z „Bandytami Rodriguez” w wykonaniu autora.

22 marca 2013 o godz. 12:47

Stolichnaya

/wp-content/uploads/2013/03/Stoli-Gala-Applik

(Столичная), także Stoli, to najpopularniejsza rosyjska wódka, a przez wiele lat była najlepiej sprzedawaną wódką na świecie. Jej wizerunek w ostatnich latach bardzo się zmienił, wprowadzono szereg nowych smaków, nowe wzorce butelek i markę Stoli, jako Stolichnaya sprzedawana jest już tylko klasyczna wersja tej wódki, nadal w klasycznej butelce z hotelem Moskwa (zburzonym w 2004 roku) i złotymi medalami na etykiecie. Historia wódki Stolichnaya sięga czasów carskich, 1901 roku, była marką należącą od początku do państwowego monopolu spirytusowego, wymyślono ją jako wódkę marki Premium. Po Rewolucji Październikowej Lenin wprowadził w Rosji prohibicję i Stolichnaya wróciła do sprzedaży dopiero w 1944 roku (w innych źródłach w 1946) wg nowej receptury opracowanej w 1938 roku przez Viktora Grigorievicza Svirida. Produkowana w Moskwie otrzymała nazwę „stołecznej”. W latach ZSRR produkowana w wielu gorzelniach, a poszczególne partie bardzo różniły się smakiem, gdyż stosowano różny spirytus, różne zboża do destylacji i różną wodę. Po rozpadzie ZSRR prawa do marki przejął Sojuzplodimport (obecnie SPI Group) – konsorcjum największych postradzieckich gorzelni, a wódka produkowana była zarówno w Moskwie, jak i w Kaliningradzie, na Syberii czy na Ukrainie. W 1997 roku prawa do marki otrzymała SPI Group, w 2002 roku po sporze sądowym przejął je rosyjski rząd, a konkretnie Ministerstwo Rolnictwa, po kolejnym procesie w 2006 roku SPI Group otrzymała prawa do eksportu wódki Stolichnaya, zaś za jej produkcję i sprzedaż na rynku wewnętrznym wciąż odpowiada państwo. Obecnie wersja eksportowa wódki w ogóle nie jest produkowana w Rosji, ale na Łotwie, o ile wersja krajowa ma napis „Russian Vodka” na etykiecie, to wersja eksportowa ma napis „Premium Vodka”. Zawirowanie te wpłynęły na obniżenie się sprzedaży Stolichnaya, zwłaszcza na rynkach międzynarodowych. Po raz pierwszy marka została zaprezentowana poza Rosją w 1953 roku, na wystawie w Bernie, gdzie dostała złoty medal. Od 1972 roku jej dystrybucją na Zachodzie zajmowała się PepsiCo (w zamian za zgodę na sprzedaż Pepsi Coli w ZSRR). Od 1992 roku prawa PepsiCo ograniczono do terenu USA, a od 2009 roku przedstawicielem marki na rynku amerykańskim jest William Grant & Sons. SPI Group przez jakiś czas współpracowała też w zakresie dystrybucji z grupą Pernod Ricard, zostało to przerwane po 2005 roku, kiedy Pernod Ricard przejął inną globalną markę wódki – Absolut.Obecnie Stolichnaya produkowana jest z żyta i pszenicy. Woda dostarczana jest z ujęć głębinowych w okolicy Kaliningradu. Zacier zbożowy podlega sześćdziesięciogodzinnej fermentacji, potem następuje czterokrotna destylacja oraz trzyetapowa filtracja z udziałem kwarcu, węgla drzewnego i tkaniny. Podstawowa wersja ma 40% i czerwoną etykietę. Jest to wódka gładka, przypominająca bardziej neutralny zachodni, niż rosyjski styl. Dużo ciekawszy, lekko pierzowy smak ma Stolichnaya ze srebrną lub złotą etykietą (obecnie w wersji eksportowej jest to Stolichnaya Gold, 40%). Inne marki to: Stolichnaya 50% (niebieska etykieta), Stolichnaya Elit (dodatkowo filtrowana, wysokiej klasy wódka choć o bardzo łagodnym smaku, 40%) oraz liczne wersje smakowe, które w wersji eksportowej nazywają się Stoli: Blakberi (jeżynowa), Blueberi (borówkowa), Chocolat Kokonut (czekoladowo-kokosowa), (Chocolat Razberi (czekoladowo-malinowa), Citros (cytrusowa), Cranberi (żurawinowa), Hot (z papryczką Jalapeño), Ohranj (pomarańczowa), Peachik (brzoskwiniowa), Razberi (malinowa), Salted Karamel (karmelowa), Sticki (miodowa), Strasberi (truskawkowa), Vanil (waniliowa), White Pomegranik (z granatów), Wild Cherri (wiśniowa).

18 lutego 2013 o godz. 11:00

Seagram

przez lata jeden z największych koncernów w branży alkoholowej (i spożywczej), wyprzedawany systematycznie w pierwszych latach XXI wieku, aktywa Seagram’s przejęli głównie: Diageo, Pernod Ricard, Coca-Cola Company. Korzenie firmy są kanadyjskie, w Montrealu mieściła się jej główna siedziba (dziś zajmowana przez McGill University). Gorzelnia powstała w 1857 w Waterloo w stanie Ontario (przez lata mieściło się tu muzeum Seagram, niestety z powodu braku środków zamknięte). Współzałożycielem był Joseph E. Seagram, firma działała jako Joseph E. Seagram & Sons. W 1928 roku firma została wchłonięta przez gorzelnię Samuela Bronfmana z Montrealu Distillers Corporation Limited, która w latach 20. wyrastała na potęgę, zwłaszcza, że w sąsiednich USA prohibicja doprowadziła do zamknięcia większości destylarni whiskey. Dlatego historia firmy Seagram bardziej wiąże się z nazwiskiem rodziny Bronfman niż Seagram. Potomkowie rodu Bronfmanów zarządzali rozrastającym się koncernem aż do jego końca. W czasach swojej świetności firma inwestowała w rozmaite branże, nie wyłaczając paliwowej czy medialnej i muzycznej. Na rynku alkoholowy znani byli przede wszystkim jako producenci whiskey, ginu i wódki, ale w portfolio mieli też np. wina czy koktajle oraz napoje chłodzące: Ginger Ale, Tonic Water, Club Soda czy Seltzer Water. W 1987 roku za 1,2 mld dolarów przejęli znanego francuskiego producenta koniaków Martell & Cie. Oferta giganta obejmowała ponad 250 marek alkoholi na całym świecie, w tym wiele znanych szkockich whisky i amerykańskich bourbonów. Na upadek Seagram złożyły się nietrafione inwestycje, m.in. na rynkach telewizyjnych i wydawniczych, a nie spadek popytu na alkohole grupy. W 2002 roku Coca-Cola odkupiła napoje bezalkoholowe, a Pernod Ricard przejął większość aktywów alkoholowych, wcześniej aktywa medialne przejął koncern Vivendi. W 2006 roku Pernod Ricard sprzedał największą gorzelnię Seagrama w Lawrenceburg w stanie Indiana. Obecnie pod marką Seagram sprzedawanych jest kilka gatunków ginu, whiskey i wódki – właścicielem Seagram’s Gin jest Pernod Ricard, a whiskey Seagram’s Seven Crown i Seagram’s VO – Diageo, zaś Seagram’s Vodka – Infinium Spirits.

19 stycznia 2013 o godz. 12:48

Elektricni Orgazam znów w Warszawie

Poszedłem wczoraj na koncert Elektricni Orgazam do Teatru Rozmaitości. Jechałem bez przekonania, bilet 55 zł, teatr, na dworze zimno… To wszystko jakoś zniechęcało, ale Elektricni Orgazam to legenda, no i „Igra Rock’n’roll cela Jugoslavia” No i pojechałem, i bynajmniej nie żałowałem. Elektricni Orgazam to nigdy nie była do końca moja melodia, ale też trudno było tego nie lubić. Uchodzili za prekursorów punka w bloku socjalistycznym, ale taki to był punk, jak Jugosławia była w bloku. Grali rock’n’roll z nerwem. Jest problem z porównywaniem do czegokolwiek zespołów z byłych krajów socjalistycznych, bo one do niczego porównywać się nie dają. Czyli nie było to bynajmniej nigdy ani Ramones, ani nic w stylu Joan Jett, a mimo wszystko gdzieś blisko, tyle, że z klawiszami, z elementami ludycznymi w stylu balkan rock. Jeśli miałbym ich porównać do jakiegoś zespołu, który grał i gra w tym obszarze geopolitycznym, to do węgierskiego Bikini. Tyle, że dla mnie Bikini jest jednak o poziom wyżej. Kiedy nagrywali płytę „Harmonajzer” to brzmiało bardziej surowo niż dziś, powiedzmy jak nasza wczesna Republika, w żadnym razie nie jak KSU, choć zaczynali później niż nasz pierwszy punk z Ustrzyk Dolnych. Na jugosłowiańskiej scenie zawsze wolałem Pankrti (dziś to Słowenia, wspaniały trzypłytowy album „Zaboj”), ale to nie jest tak, że Elektricni Orgazam to jakieś jugolskie Lady Pank. Koncert w Teatrze Rozmaitości mojego zdania o zespole nie zmienił ani na tak, ani na nie. Mają energię, pozytywną energię, to zespół na duże festiwale, nie na sceny klubowe. Byłem zdziwiony, bo do teatru (bądź co bądź!) przyszło bardzo dużo ludzi i nie mało starych punków (niektórzy z nastoletnią latoroślą), a Jugole (teraz Serbowie?) absolutnie nie przygotowali żadnego planu B. Zagrali 100% możliwości, zero odpuszczania, nie to, że ustalona godzinka grania – grali prawie dwie, 24 kawałki. Grali w Polsce w 1981 roku, na początku swoje kariery, i pewnie ten warszawski koncert był dla nich ważny. Zostali zresztą niezwykle ciepło powitani i bez dwóch zdań na takie powitanie (i pożegnanie) zasłużyli. Zagrali największe hity z „Igra Rock’n’roll cela Jugoslavia” na czele, ale grane potem utwory z nowej płyty wcale się nie różnią od tych starych. Wciąż jest to Balkan rock. Technicznie super (zwłaszcza w porównaniu z płytą „Harmonajzer”), koncepcyjnie tak sobie. Wyszedłem zadowolony, że byłem, widziałem, słyszałem, nagrałem, ale też z taką myślą, że oni jednak Kryzysowi czy Brygadzie Kryzys nigdy nie dorastali. Być może wiedza ma nie jest dostateczna, ale ileś lat żyję, i ileś lat słucham muzyki – wydaje mi się, że co najmniej do 1982 roku w żadnym innym kraju „demokracji ludowej” nie powstała scena porównywalna z Polską. Potem już różnie bywało, ale początki są jak najbardziej nasze. W 1980 roku, kiedy zaczynał grać Elektricni Orgazam my mieliśmy już takie zespoły jak: Kryzys, Deadlock, Tilt, KSU czy Nocne Szczury, a zaraz potem: Brak, SS 20 i TZN Xenna.

18 stycznia 2013 o godz. 19:24

Django

W kinach nowy film Quentina Tarantino „Django”. Krew leje się obficie, trup ściele się gęsto, jak to u Tarantino, stosunek do życia i śmierci powiedziałbym prekolumbijski. Tarantino opowiada historię łowcy głów, a jednocześnie wraca do wątków niewolnictwa, stawia ważne pytanie: dlaczego mając tak ogromna przewagę liczebną Czarni nie przeciwstawili się swoim oprawcom, dlaczego zgodzili się na rolę niewolników, a wręcz sami wspierali system niewolnictwa. Uosobieniem tej postawy w filmie jest stary sługa Stephen na farmie u psychotycznego Candie (w firmie świetna rola Leonardo DiCaprio, który jako żywo przypomina postaci z książek Josepha Conrada). Wyzwolony Murzyn Django to buntownik w wielkim stylu (Jarmie Foxx w roli Django jest rewelacyjny), godny klasyki westernu. Jego partnerem jest niemiecki łowca głów dr King Schultz (w filmie Christoph Waltz), który jeździ absurdalnym zaprzęgiem dentystycznym. Waltz i Django to typowe dla kina Tarantino postaci – pozbawieni skrupułów, mściwi, a jednocześnie sentymentalni czy nawet romantyczni – jak na bohaterów gatunku przystało. Poza wątkiem „wolnościowym” jest tu też romans, tak kiczowaty że aż piękny, ona jest czarną niewolnicą, a Django pragnie ją odzyskać dla siebie. Kino Tarantino od lat pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie, zarówno estetycznie, jak i patrząc na zastosowane środki. Już nie zaskakuje widza, stało się przewidywalne, ale też rozpoznawalne. Tarantino ma swój język i jest mu wierny. Nie nadużywa tych koszmarnych stop-klatek, tak typowych dla kina akcji po „Matriksie”. Uwielbia surrealizm, pastisz, makabrę. „Django” podobało mi się bardziej niż „Bękarty wojny”, świetna muzyka, doskonałe plenery, duże, dużo krwi, ale też uważam, że nic nie przebije „Pulp Fiction”.

8 stycznia 2013 o godz. 19:37

Hobbit według Jacksona

Peter Jackson podzielił „Hobbita” na trzy części, choć to cienka książeczka do poczytania na dobranoc, on chciał z tego jednak zrobić „Władcę pierścieni” bis. Czy mu się udało? Jeśli chodzi o efekty – na pewno. Jeśli chodzi o fabułę – można mieć wątpliwości. Przede wszystkim postanowił podkręcić do maksimum „przygodę” Bilbo Bagginsa, w rezultacie mamy prawie non stop kino akcji, przypominające bardziej grę komputerową niż cokolwiek, co miałoby związek ze światem rzeczywistym (choćby i baśniowym). Jak w grze „Diablo” bohaterowie potrafią rozprawić się z tysiącami przeciwników, im więcej ich, tym lepiej. Nie mogą zginąć, bo muszą wypełnić misję. Jackson zatracił wszelkie proporcje. U Tolkiena bohaterowie czują lęk, ból, cierpią, stają do walki w proporcjach odpowiadających ich możliwościom. Owszem, kompania Thorina ma w składzie czarodzieja Gandalfa, ale Gandalf nie jest cudotwórcą, nie jest też wszechpotężny. Przeciwnie, jest bardzo ludzki, choć prastary i nieśmiertelny. Tego „ludzkiego” elementu filmowej wersji bardzo brakuje. Są piękne scenografie, mistrzowskie animacje (zwłaszcza szarże Wargów robią wrażenie, ale i scena walki z Goblinami, mniej udały się tylko te z udziałem Orłów), ciekawe kostiumy, ale nie ma realizmu, a ten nawet w fantasy jest pożądany by wciągnąć widza w świat wyobraźni. I kino tu nie różni się od literatury, kino nie jest grą komputerową, bohaterowie muszą być wiarygodni. Tymczasem już same fryzury i stroje Krasnoludów rodem z komiksów o Asteriksie wprowadzają wymiar bajkowy. Kolejna kwestia to zmiany fabularne. Jackson w wywiadach tłumaczy, że uzupełnił „Hobbita” o dodatkowe motywy z notatek Tolkiena. Nie jestem tolkienistą, ale czytałem zarówno „Niedokończone Opowieści” jak i „Silmarillion” oraz kilka leksykonów tolkienowskich i nie przypominam sobie aby Tolkien rozwijał opowieść o Radagaście, który podobnie jak Gandalf i Saruman jest jednym z Istarich. Tymczasem nie dość, że w filmie Radagast ma całkiem pokaźną rolę, to jeszcze na dokładkę wygląda jak naćpany Święty Mikołaj (swoją drogą genialna scena jak z Gandalfem buchają zioło z faji). Nie wydaje mi się, by wizja Radagasta była zgodna z wyobrażeniami samego Tolkiena, nie bardzo też rozumiem, po co te fragmenty – wyraźnie groteskowe – w filmie, który ma mieć znacznie bardziej epicki charakter niż literacki pierwowzór? Tym bardziej mnie to dziwi, że w filmowej wersji „Władcy pierścieni” Jackson wyrzucił cały wątek o Tomie Bombadilu, który jest taką ludyczną postacią jak teraz w filmowym „Hobbicie” Radagast. Inne dodatki do fabuły „Hobbita” łatwiej wytłumaczyć, po pierwsze podnoszą atrakcyjność narracji, po drugie spajają „Hobbita” z „Władcą pierścieni”. Nie mniej nie bardzo broni się pomysł na dziewięciogodzinny trzyczęściowy obraz, bo z powodzeniem można było zrezygnować z kilku niepotrzebnych walk, nie mówiąc już o dłużyznach z krasnoludzkimi pieśniami. Narzekam, ale jednak nie nudziłem się (poza tymi nieszczęsnymi wstawkami wokalnymi), film robi wrażenie, utrzymuje napięcie, a scenografie zachwycają. Z przyjemnością obejrzę dalsze części, mało tego, myślę, że Jackson z powodzeniem będzie mógł też nakręcić „Silmarillion” – zapewne także w konwencji gry komputerowej. A potem „Przygody Toma Bombadila” – w formie śpiewno-muzycznej Film obejrzałem w wersji 2D, bo 3D męczy mi oczy. Niestety z dubbingiem, a ten jest kiepski.