Materiały wg tagu "recenzja"

13 kwietnia 2014 o godz. 10:37

Krótko mówiąc

Krotko-mowiac_Jeffrey-Archer,images

Piętnaście bardzo różnych opowiadań Jeffreya Archera, świetnie pokazuje możliwości narracyjne pisarza. Archer jest być może jednym z najskuteczniejszych rzemieślników w brytyjskiej literaturze, nie ma tu błysku geniuszu, jest za to odpowiedzialne kontrolowanie fabuły, umiejętność tworzenia postaci, intrygi, a przede wszystkim – zgodnie z tytułem – mówienia krótko o sprawach prawdziwych. Oto przykład tej umiejętności lapidarnego ujmowania ludzkiego losu, fragment dotyczy bezdomnego, sypiającego pod jednym z banków: „Był chyba jedyną osoba związaną z bankiem, która czytała »Financial Times« od deski do deski, i z pewnością jedyną, która go używała zamiast koca”. Wzmiankowany „Financial Times”, jak i „Daily Mail”, jak i wiele innych skarbów, bezdomny znajdował w koszach na śmieci. Ale w zbiorze są zarówno opowiadania o miłości, jak i historia kryminalna, Archer ze swobodą porusza się w literackich gatunkach. Potrafi pilnie obserwować, przede wszystkim jednak potrafi opowiadać. Nie będzie przesady, jeśli nazwiemy go kronikarzem swoich czasów, zwłaszcza że nie stroni też od polityki. Niezmiennie pozostaje jednak z boku, jako obserwator i właśnie brak zaangażowania narratora jest tym, co można mu zarzucić. Ta proza jest świetnie skonstruowana, ale sterylna, nawet gdy mowa o uczuciach, dystans opowiadającego jest wyraźny. Prawdopodobnie Archer byłby świetnym reporterem, dbającym o topografię, o wierne odwzorowanie miejsc, ludzkich zachowań, reguł typowych dla opisywanych środowisk.

6 kwietnia 2014 o godz. 11:27

Mistrz i Małgorzata w Rampie

mim rampa

Jak połączyć literaturę, teatr, film i muzykę pokazuje Michał Konarski w sztuce „Mistrz i Małgorzata”. Czy to połączenie dało dobry efekt? Nie koniecznie. Piosenki Izaaka Dunajewskiego z radzieckich filmów propagandowych „Wołga, Wołga” i „Świat się śmieje”, dziś są jedynie kiczowate i chyba nie warto do nich wracać, zwłaszcza, że do powieści Bułhakowa mają się nijak.

5 kwietnia 2014 o godz. 10:07

Wojciech Kłosowski: „Nauczyciel sztuki”

klosowski nauczyciel

Wciągająca, z biglem napisana powieść historyczna, jakiej nie powstydziłby się Aleksander Dumas. Literatura polska nie zna tak opisanych pojedynków szermierczych i choćby dla tych fragmentów warto po „Nauczyciela sztuki” sięgnąć. A chodzi o Sztukę walki, przez wielkie S właśnie, rozumianą nie tylko jako umiejętność fechtowania, ale jako zbiór reguł, kodeks mądrego szermierza. Nie każdy mistrz Sztuki musi walczyć po stronie dobra i prawości, każdy jednak kieruje się w walce honorowymi zasadami. Dobry szermierz łączy umiejętności z instynktem, walka jest jak taniec, czy jak miłość. Wątek romansowy w powieści jest równie ważny jak sceny walki, nie jest to jednak typowa powieść płaszcza i szpady, jak ją anonsuje wydawca. Tak naprawdę sprawy najbardziej wyeksponowane są jedynie tłem tej historii, ulokowanej w XVI wiecznej Hiszpanii, w której do głosu dochodzi inkwizycja, zaczynają się prześladowania Żydów, tolerancja nie jest już wartością. A przecież to ta sama Hiszpania, w której przez stulecia ścierały się wpływy arabskie, żydowskie i chrześcijańskie. Wojciech Kłosowski świetnie odmalowuje ten wielokulturowy świat, który niedługo ma zniknąć, by po latach odrodzić się w ideach ludzkiej solidarności, tego co górnolotnie nazywamy braterstwem. Bo „Nauczyciel sztuki”, to przede wszystkim powieść o patrzeniu na świat, można szeroko otworzyć oczy, ale można je przymrużyć i widzieć jedynie to, co chce się zobaczyć. Mamy w tej powieści plejadę wspaniałych, mądrych ludzi: szermierz Gaspar de Los Reyes, filozof Abraham Leot al-Jadecha, lekarka Siham an-Nabi, matematyczka Ruth, wreszcie książę Ferdinand Esteban Francisco Manrique de Lara y Cardona i jego dzieci. Po drugiej stronie jest niewiele osób naprawdę złych, lecz po tej czarnej stronie zbierają się wielkie siły i czytelnik wie, że świat tolerancji, jaki uosabia dwór księcia, zostanie niebawem zdmuchnięty przez tych, którym obca jest wielokulturowość.

4 kwietnia 2014 o godz. 01:05

Nowa płyta Manta Birostris

manta tasamouh

„Tasamouh”, jak informuje zespół, to arabskie słowo oznaczające: przebaczenie, pojednanie, otwartość, tolerancję i koegzystencję. Płyta koncepcyjna, z wyraźnymi odniesieniami do ksiąg świętych i wpisująca się w tytułowe pojednanie i przebaczenie, także w polemicznym ujęciu („Krew za krew” cz. I). Otwiera ją recytacja „Tasamouh” z etnicznym podkładem, dla mnie zbyt monotonna, brakuje mi w tym utworze emocji. Jego przeciwieństwem jest druga recytacja „Serce”, z podkładem przypominającym pulsowanie serca, tu czuć drżenie Najlepszy utwór to „Manta”, niemal w całości instrumentalny, ale nie potrzeba słów, industrialny hałas wyraża wszystko. „Krew za krew” cz. I i II to utwory stanowiące rodzaj klamry spinającej płytę, choć nie umieszczono ich na początku i końcu, bardziej mi się podoba emo-core’owa cz. II, podobnie jak „Manta” okraszona industrialnym jazgotem, to w ogóle dwa najlepsze utwory na płycie. „Dwa królestwa” pasują do całości wyłącznie w warstwie lirycznej, muzycznie to utwór jakby z innej płyty, z odjazdami w stronę ciężkiego rocka, mimo poszerzonego instrumentarium (m.in. o saksofon) zdominowany przez gitarę, podoba mi się najmniej. Outro „PS 50” zdecydowanie ciekawsze niż intro, brzmi jak modlitwa do tańca derwiszów. Mam wrażenie, że przenikają się tu wpływy wielu kultur: żydowskie, arabskie, ale i bałkańskie czy nawet dalej na Wschód, gdzieś po Mongolię czy Azerbejdżan.

29 marca 2014 o godz. 10:19

Shirley – wizje rzeczywistości

schirley-wizje

Film niezwykły pod względem formy, bardzo plastyczny, pierwszy raz widziałem coś podobnego – udaną próbę przeniesienia medium jakim jest statyczny plastyczny obraz do ruchomego świata kina. Oczywiście, jest wiele przykładów przeniesienie komiksów do świata kina, ze wspaniałym „Sin City” na czele, ale jednak komiks to rysunek plus akcja, obraz w galerii to zupełnie co innego. Reżyser rozpisał fabularnie trzynaście obrazów Edwarda Hoppera, przy czym od razu trzeba powiedzieć, że scenariusz jest przeciętny, pojawiające się jako komentarze do obrazów teksty banalne, mimo iż umiejscowiono je na tle konkretnych historycznych zdarzeń, monotonnie wypowiadanych przez spikera przed każdym kolejnym obrazem, a są to zdarzenia ważne dla XX wieku. Bohaterka filmu jest jednak niemalże niema i niemal nieruchoma, zastygła na tle scenografii obrazów, scenografii zachwycającej, niezwykle plastycznej, obrazy Hoppera rzeczywiście ożywają wraz z kolejnymi filmowymi klatkami, a jednocześnie nie tracą nic ze swojej statyczności. Niezwykłe jest, że jeżyk kina przemawia obcym sobie (czy na pewno?) językiem plastyki. Tytułowa Schirley jest teatralną aktorką, stroniącą od Hollywood i światka gwiazd, outsiderką z wyboru. W tle pojawia się co jakiś czas jej partner, wyglądający jak sam Edward Hopper, a grająca Schirley aktorka, Stephanie Cumming, przypomina żonę i modelkę malarza, Josephine Nivison. Znakomitą scenografie dopełnia praca operatora, zwłaszcza głębia obrazu, jaka operuje malarstwo, nie film. Trzeci plan (widoki za oknem) jest zupełnie statyczny, namalowany, ale także ustawione przedmioty są jedynie plastycznymi rekwizytami, tracą swoją wymiarowość przestrzenną. Wrażenie jest kapitalne. Ale jednocześnie film jest fatalnie przegadany, niepotrzebne pauzy, scenariusz, który ma być komentarzem obrazu, ale często jest obok niego, w ogóle zbędny. Mam wrażenie, że reżyser na siłę chciał zrobić pełnowymiarowy film z czegoś, co by było wspaniałą etiudą. Gdyby całość skondensować, gdyby film trwał 45 a nie ponad 90 minut, wrażenie byłoby większe, a tak widz w pewnym momencie zaczyna się nudzić. To tak jakby chodzić po galerii sztuki z nudnym przewodnikiem, który w dodatku nie zawsze mówi na temat. Obrazy nadal są piękne, ale faceta mamy po jakimś czasie serdecznie dość, wolimy uciec i przyjść innym razem, by kontemplować sztukę w samotności. Dlatego trudno o jednoznaczną cenę „Shirley”. Zachwyca by ostatecznie zmęczyć i zamiast pozostawić niedosyt, odsyła z uczuciem przesytu czy znudzenia. Reżyser i scenarzysta, Austriak Gustav Deutsch, nie wykorzystał pomysłu na naprawdę świetny film.

4 marca 2014 o godz. 12:14

Filozofia wina

Filozofia wina

Béla Hamvas „Filozofia wina” i Sándor Márai „Rzecz o węgierskich winach” to dwa szkice o winie napisane przez węgierskich intelektualistów, pisarzy, erudytów, dysydentów, postaci niesłychanie ważne w węgierskiej kulturze.

2 marca 2014 o godz. 10:59

Enographia Thalloris

Enographia_cover

Dzieło benedyktyńskie, w dodatku mające swój – jak to się mówi – ciężar gatunkowy. Ogromnych rozmiarów księga waży ponad 5 kilogramów, liczy ponad tysiąc stron i nie mieści się na regale. Monografia zielonogórskiego winiarstwa jest bez wątpienia dziełem życia jej autora, w dodatku dziełem w dzisiejszych czasach niespotykanym i nie mającym w polskiej literaturze enologicznej odpowiednika. Nie używany w polskim języku termin enografia byłby tu jak najbardziej na miejscu, gdyż mamy do czynienia z książką, która jest nie tylko źródłem wiedzy, informacji, ale prawdziwym archiwum – i to zarówno w warstwie tekstowej, jak i fotograficznej. Takie księgi bierze się do rąk z nabożeństwem. Wnętrze przypomina sale muzealne, pełne jest reprodukcji eksponatów: rzeźb, dzbanów, butli, maszyn, etykiet, starych dokumentów, są tu pipy, prasy, beczki, wnętrza piwnic, kielichy, puchary i herby firm winiarskich. Znakomite zdjęcia, najwyższej jakości druk. Opowieść historyczna ciągnie się od czasów najdawniejszych, a winne grona na tereny dzisiejszej ziemi Lubuskiej przyszły wraz z wędrującymi przez Europę w XII wieku Flamandami, po stan obecny, kiedy zakładane są nowe winnice i branża z winiarska z mozołem odradza się, oferując coraz ciekawsze własne wina. To także historia innych alkoholi, przede wszystkim tych, które z wina się wywodzą – winiaków i koniaków zielonogórskich, ale też markowych win owocowych eksportowanych do wielu krajów na kilku kontynentach. Autor przypomina też, że Zielona Góra znana była z win musujących. Jest na tych kartach również historia ludzi z winem związanych. W trzeciej części znalazło się kilka tekstów innych autorów. Niezwykle ciekawe są dwa opracowania o charakterze leksykonów, całkowicie unikatowe ze względu na ich wyczerpujący, totalny charakter. To leksykon niemiecko-polski zatytułowany „Produkcja branży winiarskiej i spirytusowej w Zielonej Górze do 1945 roku” (Mirosława Kuleby) oraz blisko sto stron leksykonu autorstwa Przemysława Karwowskiego „Produkcja branży winiarskiej i spirytusowej w Zielonej Górze po 1945 roku”. Odnajdziemy tu zapomniane już marki win, likierów, winiaków, wódek oraz firmy, których dawno nie ma. Ogromne zniszczenia przyniosła zielonogórskiemu winiarstwu II wojna światowa, a następnie przepisy prawne uniemożliwiały odrodzenie się prywatnych winnic. Leksykon Przemysława Karwowskiego pokazuje jednak jak bogata była oferta państwowych przedsiębiorstw działających w latach PRL – Lubuskiej Wytwórni Win i Lubuskiej Wytwórni Wódek Gatunkowych, powstałej w miejscu zakładów Alberta Buchholza, Scharlachberg czy Raetsch. Przez lata w strukturach Polmosu, dziś zakład pod nazwą Wyborowa S.A. należy do międzynarodowego koncernu Pernod Ricard i z żalem trzeba powiedzieć, że zielonogórskie tradycje – jak winiaki i jarzębiaki – nie są kontynuowane przez nowego właściciela. Ogromną wartość ma też zebrana tu przez Zofię Maziarz chronologia zielonogórskiego wina. Osoby zainteresowane technologią produkcji z zaciekawieniem przeczytają rozdziały: „Maderyzacja win owocowych” (Elżbieta Kluczyńska) i „Syntetyczny opis procesu technologicznego produkcji wódek w LWWG Polmos w Zielonej Górze” (Stanisław Palonka). Niezwykle wyczerpująca bibliografia to kolejny atut książki. Trzy zakładki ułatwiają poruszanie się w ogromnym tomiszczu, ale nie zastąpią indeksu, którego bardzo brakuje. Przydałaby się też edycja w wersji cyfrowej, bo tak pięknie wydanej książki zwyczajnie żal „zaczytać”, a dla osób zainteresowanych tematem jest to pozycja, do której będą często wracać.

13 lutego 2014 o godz. 20:08

Degustacyjny słownik winiarski

Degustacyjny slownik winiarski

Znakomita publikacja, która z powodzeniem mogłaby ukazać się po włosku, hiszpańsku czy po francusku, jest to bowiem słownik kompletny, dający przegląd wszelkich terminów związanych z winem w różnych krajach. Jednocześnie wszystkie hasła zachowują słownikowy charakter, napisane są profesjonalnie, wyczerpująco, ale bez anegdot, bez elementów osobistych. Dużą wartością jest podanie angielskiego i francuskiego terminu przy każdym haśle i jeśli można marzyć o czymś więcej, to bardzo by się przydał na końcu indeks tych obcojęzycznych terminów, ale może Wiktor Zastróżny pokusi się o polsko-francusko-angielski słownik winiarski? Hasła poprzedza bardzo rozbudowany wstęp, erudycyjnie wprowadzający w świat degustacji wina – gdzie degustować, jak, w jakiej temperaturze, w jakim szkle, jak oceniać jakość wina, wygląd, zapach, kolor i smak. Jest tu charakterystyka najbardziej znanych odmian winorośli (znakomita!), są wreszcie propozycje potraw, które dobrze pasują do poszczególnych odmian wina. A na końcu bardzo obszerna literatura związana z winem. Książka jest też bardzo elegancka pod względem edytorskim.

12 lutego 2014 o godz. 18:28

Filozofia suchej cipy

nimfo2

Takim tytułem najkrócej można zrecenzować film „Nimfomanka II”. Śmieszy liryczno-oniryczna aura i filozoficzne zadęcie do filmu erotycznego, który w dodatku nie miałby szans z „Emanuelle” czy „Historią O”. Nie widziałem pierwszej części, dałem się zwabić na drugą, recenzjami, że dużo śmiałej erotyki i piękna kobieta. To pierwsze prawdziwe, ale to erotyka spod znaku BDSM, świetnie wkomponowuje się w modę zapoczątkowaną przez markiza de Sade, a doprowadzoną do wrzenia przez E.L. James (to, co było szokujące, stało się żenujące, ale to znak czasów), ale jakoś zupełnie nie trafia w moje gusta, więc się zawiodłem. Bohaterka filmu, Joe, nie potrafi się jednak inaczej podniecić, jak sama twierdzi, cierpi na syndrom suchej cipy, robi się mokra, dopiero jak dostanie porządnie po tyłku.

11 lutego 2014 o godz. 21:37

Sochocińskie guziki

SONY DSC

Bywają rzeczy małe, na które nikt nie zwraca uwagi. Na przykład sochocińskie guziki. Bo co tam guzik, z pętelką. A kto wie, gdzie leży Sochocin?

5 lutego 2014 o godz. 17:26

Pijacki klasyk

pod mocnym

„Pod Mocnym Aniołem” to film wstrząsający, oglądałem z drżeniem rąk. Myślę, że nie jeden wyjdzie z kina z postanowieniem: przez tydzień nie piję, a może nawet przez dwa… To jeden z najlepszych filmów o alkoholizmie nie tylko w historii polskiego, ale światowego kina, stawiam go obok „Pętli” czy takich dzieł jak „Stracony weekend” i „Zostawić Las Vegas”. Lubię powieść „Pod Mocnym Aniołem”, ale do arcydzieł literatury pijackiej jej nie zaliczam, wymowa filmu jest dużo mocniejsza. Może dlatego, że film niemal pozbawiony jest sarkazmu Pilcha. Choć jednocześnie filmowy Jerzy ma wiele z Jerzego pisarza, czy też z dawnej autokreacji pisarza. role świetnie zagrane, cytaty z powieści świetnie dobrane. Do tej historii pasuje język nie tylko literackiej narracji, ale też stylistyka filmu – mała głębia ostrości, szara, zimowa scenografia, liczne portrety twarzy, doskonale zresztą dobranych. Operator zasłużył na Oscara. Mniej postarała się osoba odpowiedzialna za rekwizyty, pojawiającej się dwukrotnie wódki Maximus nie pito w Polsce pod koniec lat 90. To samo z markami przejeżdżających samochodów… Oczywiście, „Pod Mocnym Aniołem” ma wymiar uniwersalny, to opowieść ponadczasowa jak samo picie, ale skoro zadbano by okładki pokazywanych w mieszkaniu Jerzego książek wyraźnie wskazywały na czas akcji, to i wódkę należało dobrać staranniej.

31 stycznia 2014 o godz. 19:47

Poza krawędź świata

Laurence Bergreen

„W poniedziałek, 10 sierpnia 1519 roku, flotylla złożona z pięciu okrętów zaopatrzonych we wszelkie niezbędne rzeczy, z załogą liczącą dwustu trzydziestu siedmiu ludzi różnej narodowości, stała na redzie sewilskiego portu Las Mueles gotowa do odpłynięcia. Wystrzelono ze wszystkich dział, po czym rozwinąwszy jedynie foksztaksle, ruszyliśmy w dół rzeki” – pisał kronikarz i członek wyprawy Magellana, Antonio Pigafetta. Jego zapiski dokładnie dokumentują pierwszą w dziejach podróż dookoła świata, ale nie był jedynym kronikarzem. Amerykański biograf, Laurence Bergreen, nie miał trudnego zadania by odtworzyć losy tej niezwykłej wyprawy, ale udało mu się także stworzyć niezwykle ciekawe tło kulturowo-polityczno-obyczajowe Europy z początku XVI wieku. Epoka wielkich odkryć całkowicie odmieniła widzenie świata, ale autor stara się opisać ludzi i ich wyobrażenia podług ówczesnej wiedzy, wyrastającej z jednej strony z mistycyzmu średniowiecza, z drugiej – odkrywającej nie tylko kontynenty, ale na nowo mądrość antyku.

18 stycznia 2014 o godz. 11:09

Sprawa Niny S.

Sprawa-Niny-S_Maria-Nurowska

Bardzo lubię prozę Marii Nurowskiej, nastrojową, traktującą wprost o sprawach trudnych, ale jednocześnie subtelną. To proza kobieca w rozumieniu sensorycznym, poprzez tkankę wrażliwości, w której namiętność ściera się z urazą, lęki przed samotnością z towarzyską lekkością. Tej ostatniej jednak zdecydowanie brakuje bohaterkom „Sprawy Niny S.”, kobietom samotnym, nie potrafiącym okazywać uczuć, a jednocześnie zwierzęco ich spragnionych. Nic dziwnego, że tytułowa bohaterka daje się złapać w sidła miłości, omamiona przez mężczyznę ani nie przystojnego, ani nie bogatego, ani nie bystrego, będącego raczej archetypem spasionego lenia niż amanta. Otworzyła się w niewłaściwym momencie, ale czy dla niej mógł być inny moment? O takich kobietach jak Nina S. mówi się „typ ofiary”. Podobne są jej córki, a i jej rezolutna starsza siostra też nie potrafi żyć z mężczyznami. Dusi je lęk przed możliwą stratą. A przykład Niny S., która z powodu zaślepienia miłością traci wszystko, może utwierdzać w przekonaniu, że uczucia, to groźna choroba.

23 grudnia 2013 o godz. 07:38

Wszyscy do walki z pijaństwem

/wp-content/uploads/2013/12/W-Rybakowski

W zbiorach książek dotyczących historii alkoholu mam niewielka książeczkę Władysława Rybakowskiego „Wszyscy do walki z pijaństwem”. Wydana nakładem autora, w Warszawie, w 1931 roku, w nakładzie 10 tys. egz. Sprzedawana była w cenie 60 gr. Wydrukowana w Zakładzie Graficznym R. Kucharski (Warszawa, ul. Nowy Zjazd 1).W miejscu drukarni jest dziś Mazowieckie Centrum Stomatologii. Po autorze pracy, zagorzałym działaczu na rzecz wprowadzenia w Polsce prohibicji, ślad zaginął, trudno znaleźć  nim jakiekolwiek informacje. Z wydrukowanego nakładu 10 tys. egz., pozostały pojedyncze sztuki, osiągające na aukcjach internetowych ceny ok. 90 zł. Mój egzemplarz był wcześniej własnością Towarzystwa „Trzeźwość”, którego pieczątka widnieje na okładce. Sam autor mieszkał w Warszawie przy ul. Dobrej 77, m. 54, w domu, który nie przetrwał wojny. Na portalu miłośników przedwojennej Warszawy można znaleźć zdjęcie kamienicy przy Dobrej 77, ale nie ma na jej temat żadnych dodatkowych informacji, zginęła wojennej zawierusza wraz z informacjami o dlasyzch losach Władysława Rybakowskiego.„Wszyscy do walki z pijaństwem” to utrzymana w młodopolskiej stylistyce skłonnej do przesady agitacyjna publikacja wzywająca do prohibicji i wychowania w trzeźwości. Autor pisze: „Są naiwni, krótkowzroczni mędrcy wołający wielkodusznie: – Popieram monopol państwowy! Każdy grosz przepity wpływa do kasy naszego – polskiego skarbu! – I piją na umór – rzekomo bogacąc skarb w imieniu własnem, żony, swych dzieci, nieraz obcych ludzi oszukanych lub okradzionych, później tłuka szyby – bogacąc szklarzy…”, i tak dalej w tym duchu. „A co by też było, gdyby ten jeden strumyczek niklu i miedzi płynący do skarbu – zmienił swe koryto. Gdybyśmy pieniądze obracane na produkcję ‘czystej’ i ‘wyborowej’ obrócili w innym kierunku?” – zastania się autor i ma odpowiedź prostą, że wówczas każdy robotnik miałby własny samochód, a dzieci godziwe wykształcenie. A do czego prowadzi wódka? „Alkoholiczne otępienie, utrata pamięci, drżenie rąk, słabość, krótki wzrok, bezwola, granicząca z lenistwem i oczywiście nieuczciwością. (…) Znów wódka! I choćby na nią – pieniędzy potrzeba. Skąd? Ukraść trzeba – oszukać – wyżebrać. Ze zdrowego kółka w społecznym mechanizmie – zostaje zapora, przeszkoda, kamień niszczący sprawnie funkcjonującą maszynę. Żebrak, złodziej, bandyta. Z dzieci – przyszłych obywateli – zgnojone przedwczesnym występkiem kupy łachmanów, gnijące mroźną nocą w ciemnych załomach muru. (…) Żona żebrze. Albo struła się esencją octową. Może dogorywa w jakimś szpitalu na koszt społeczeństwa…”. „Obok nędzy, głodu, utraty ludzkiego szacunku – staje cuchnący, beznadziejny syfilis, oplatające pokolenie za pokoleniem cieknące rany gruźlicy i – upiór obłędu”. Trzeba przyznać, że sugestywna to narracja, a wzmacniają obraz nędzy i rozpaczy rysunki pijackich praktyk autorstwa W. Lipińskiego.

22 grudnia 2013 o godz. 13:46

Bierut do walki z pijaństwem

/wp-content/uploads/2013/12/w-renesansowym-Krakowie

Wczoraj przeczytałem zabawną pracę z lat stalinowskich, Władysława Bogatyńskiego, „Walka z pijaństwem w renesansowym Krakowie” (1954). Autor wychodzi od tego, że pijaństwu winny jest kapitalizm: „Tradycja alkoholowa ma swoje źródło w szarym życiu, spędzonym w warunkach ustroju kapitalistycznego z jego wyzyskiem, beznadziejnością i szarzyzną, gdzie istotnie tylko z alkoholem związane były rzadkie i jaśniejsze chwile. Państwo Ludowe prowadzi walkę z nadużywaniem alkoholu, ukazując postawę abstynencką jako najwłaściwszą z punktu widzenia medycyny i higieny psychicznej. (…) Bolesław Bierut najwyraźniej zaznaczył, że nie ma dla alkoholików miejsca w życiu publicznym Państwa. Ostre ustawy karzą opilstwo i związane z nim chuligaństwo”. Dopiero po tej inwokacji autor opisuje jak to drzewiej bywało, w wiekach od XIV do XVIII, a więc nie tylko w okresie renesansu, wniosek jest jednak taki, że bywało źle, z opilstwem sobie nie radzono, studenteria rozrabiała, karczmarze zbijali szmal, a ludzie oświeceni pisali mniej lub bardziej złośliwe pamflety na „Pijaństwo nieposkromione i pijusów” (jak pisał Krzysztof Opaliński). Mi najbardziej przypadł do gustu cytat akurat przeciwny, które podług autora upadek obyczajów ma dowodzić, a pochodzący z 1614 roku: „Chocia w Polszcze gorzałkę od dawnych lat macie, A wżdy do niej takich cnót, jakie ma, nie znacie, Przeczytajcież tę książkę Gorzałkopijowie, Obaczcie jaką moc ma ratować zdrowie”. Wykorzystam kiedyś jako motto do własnej książki. Tymczasem krótki wywód historyczny kończy się ponownym nawiązaniem do czasów współczesnych. „Nie rozumiano jednak w tych czasach, że pijaństwo jest nie przyczyną, ale skutkiem wyzysku ekonomicznego i krzywdy społecznej, jaka w Krakowie, podobnie jak gdzie indziej, panowała. Zrozumienie tych zjawisk i racjonalna walka z pijaństwem zjawiły się dopiero w naszych czasach jako rezultat wielkich przemian społecznych, do których przyszło w Polsce Ludowej”. Howk!

21 grudnia 2013 o godz. 14:05

Alice Munro

/wp-content/uploads/2013/12/Alice_Munro

Postanowiłem uzupełnić braki kulturowe i lekturowe i zapoznać się nieco z dorobkiem tegorocznej laureatki nagrody Nobla. Przeczytałem dwa tomy, „Dziewczęta i kobiety” oraz „Za kogo ty się uważasz?”. Obydwie sprawiają wrażenie jakby były po części autobiograficzne, Munro opowiada o swoich bohaterkach tak, jakby opowiadała o sobie, często widać brak dystansu do postaci. Lepsza z tych książek, „Za kogo ty się uważasz?”, to historia Rose. Dziewczyna dorasta z brutalnym ojcem i macochą, okres szkoły nie owocuje przyjaźniami, w życiu Rose wszystko jest szare, nijakie, nawet gdy wychodzi szczęśliwie za mąż za bogatego mężczyznę, nie ma w tym radości, przeciwnie – jest niechęć. Nie dają szczęścia dzieci, kariera zawodowa też zdaje się nie mieć znaczenia, tak jakby w życiu Rose nic nie miało sensu. „Dziewczęta i kobiety” to zbiór opowiadań, znów scenerią jest Ontario, znów są to opowieści o dojrzewaniu, o trudności w nawiązywaniu bliskości, czy wręcz niemożności. Czy taka proza może uwieść? Mnie śmiertelnie wynudziła. Nie chcę czytać o ludziach, którzy nie potrafią z ciekawością doświadczać własnego życia, bo co oni mają do przekazania? Że jest nijako, że choćbyś się starał i nawet miał trochę szczęścia, to i tak nie uciekniesz od nudy? Zwłaszcza gdy pochodzisz z biednych przedmieść. Nie podoba mi się ten szary świat, w którym seks i miłość są byle jakie, gdzie dorastanie oznacza tylko walkę z kompleksami i ograniczeniami. Nie rozumiem decyzji o przyznaniu Alice Munro Nobla bo jest wielu dużo lepszych pisarzy (Murakami, Kundera, Rushdie, Winterson, Proulx, Molina czy choćby Myśliwski, albo krajanka Munro – Oates), którzy tego honoru nie dostąpili. Munro to przeciętna literatura, opowiadająca prowincjonalne historie, przedstawiająca szary, zakurzony i nudny świat.

20 grudnia 2013 o godz. 20:49

Szajba

/wp-content/uploads/2013/12/szajba-wssw

„Wolno szybko, szybko wolno” to debiut nowej ekipy z Poznania. Melodyjne, lekkie punkowe granie z kobiecym wokalem. Zespół tworzą starzy wyjadacze sceny udzielający się kiedyś w Apatii, Dump czy Shitface.Płyta bardzo oryginalna, łączy ostre gitarowe granie ze wstawkami nieomal pop, jak w amerykańskim graniu punka w latach 90. XX wieku, ale też z elementami nowej fali, np. utwór „Klaus” przypomina Klausa Mitfocha (stąd pewnie tytuł), zwłaszcza w pierwszych partiach, utwór „Tęcza” ma wręcz zimnofalowy klimat, tu bym szukał analogii z późnymi dokonaniami grupy Bruno Wątpliwy. Wokal Lituli mógłby obdarzyć dwa zupełnie różne zespoły, rozpiętość jest od HC do popu, od ochrypniętego mroku po dziewczęcą słodycz. Podoba mi się tekst piosenki „Rosja”, wyraźnie inspirowany historią i relacjami z czasów Herlinga-Grudzińskiego. O historii najnowszej, a szczególnie o terroryzmie, mówi utwór „Święta wojna” i piosenka „Yugoslavia” o Bośniakach. Fajna jest piosenka „Wybory”, ironiczne spojrzenie na politykę. Siedem utworów dodatkowo nagrano w wersjach dub.Płyta niejednolita, są lepsze i gorsze utwory. Mi najbardziej spodobała się „Tęcza”, poetycka, egzystencjalna, chłodna. No i cover Bikini, „W kawiarni”, uwielbiam oryginał, wersja Szajby też jest świetna. Wersje dub są chyba nawet ciekawsze niż oryginały, bardziej ascetyczne i bardziej punkowe.Ciekaw będę koncertowego oblicza Szajby.Płyta CD w dystrybucji Jirafa Roja w cenie 15 zł.

10 grudnia 2013 o godz. 20:21

Pamiątka z Radia Luxembourg

/wp-content/uploads/2013/12/TZN-Xenna-17-12

Niemal równolegle z nowym nagraniem studyjnym wyszła inna płyta TZN Xenna, materiał archiwalny z koncertu w Radio Luxembourg z grudnia 2012 roku, pierwszego koncertu zespołu w Warszawie po 24 latach. Pamiętam klimat tamtej imprezy, przyszło ok. 700 osób, w tym wiele twarzy nie widzianych od lat, wielu znajomych spoza Warszawy. Aż trudno uwierzyć, że Radia Luxembourg, najlepszego klubu w stolicy, już nie ma. Nie ma też No Mercy, niewiele pozostało miejsc, gdzie można grać punk rocka na większej scenie, na sali, która pomieści taki tłum. Takie kluby jak Proxima, a tym bardziej Stodoła, nie nadają się na punkowe koncerty, nie mają klimatu. Na płycie 26 numerów, czyli cały materiał jakim wówczas zespół dysponował, od tamtego czasu doszło chyba dziesięć kolejnych i dwie nagrane płyty studyjne. Nagranie live pokazuje, że TZN Xenna to zdecydowanie zespół koncertowy, ale jednocześnie tym bardziej docenić można najnowszy materiał studyjny, jednak różnica jakościowa w brzmieniu jest ogromna. Ta płyta z koncertu z 2012 roku brzmi jak rejestracje na taśmach trzy dekady wcześniej. Żal mi bardzo Radia Luxembourg ze względu na klimat, nagłośnienie jednak nie należało tam do najlepszych.

9 grudnia 2013 o godz. 22:22

Czart PRLu

/wp-content/uploads/2013/12/tzn-xenna-czart-prlu

Druga studyjna płyta TZN Xenna, „Czart PRLu”, na okładce ma aluzję do niezawodności latających pod polską banderą Tupolewów. Jest tu mniej więcej pół na pół utworów nowych (7) i starych (6), całość jest dobrze nagrana, dużo lepiej niż płyta poprzednia i poza wyjątkami brzmi jednolicie.Otwierająca album wersja „Dlaczego?” bardzo mi się podoba, jest energetyczna, młodzieńcza, surowa i oszczędna jak w latach 80. Jako druga jest nowa piosenka „Chcę to zobaczyć”, która jak najbardziej wpisuje się w tę samą stylistykę, surowa i czadowa, chyba to będzie moja ulubiona piosenka „nowej” Xenny. Numer trzy, „Black dog”, to klasyka, w tej wersji po raz pierwszy można bez trudu rozpoznać tekst, kiedyś nawet nie wiedziałem, że tytuł piosenki jest „Black dog”, myślałem, że Blekot”, tylko to ujadanie pod koniec w ogóle mi nie pasuje bo nie ma w nim prawdziwej psiej tęsknoty. Czwarty utwór to kolejna nowość, „Dzicy ludzie”, niewątpliwie z potencjałem na przebój, tyle że brzmi infantylnie, do mnie to nie przemawia. Piosenka „Polskie Radio” z wyraźnymi odjazdami w stronę Dead Kennedys jest sporym zaskoczeniem i zdziwiłem się jak dobrze pasuje do niej kolejne na płycie „Anty-dotum”, też wreszcie dobrze nagrane, też nieco w stylistyce Dead Kennedys. Nowa aranżacja „Ajdont” z dubowym pogłosem jest okey, choć ten utwór można by na następnej płycie nagrać jeszcze raz, maksymalnie prosto i surowo jak „Dlaczego?”. Ósmy kawałek, „Doktor zbrodnia”, to kolejny na tej płycie, który zdradza fascynację dokonaniami Jello Biafry, czyli punk rock w najczystszym wydaniu. Nie podoba mi się wersja „To jest ten człowiek”, sprawia wrażenie jakby wokal był dogrywany podczas innej sesji, miękki i pogodny. Szkoda, że ten świetny kawałek nie został wykrzyczany jak w kolejnej na płycie „Pralce”, gdzie wokal już znów brzmi ostro i charyzmatycznie. „Politycy” w płytowej wersji to zupełne rozczarowanie, znów miękko i radośnie, a temat ani trochę nie skłania do śmiechu. Dobrze, że na koncertach ten kawałek brzmi serio i takiego wykonania też bym wolał na płycie. Przedostatni na płycie nowy utwór „Chaos i wojna” ma potencjał, ale ta wersja też mi nie odpowiada. „Czart PRLu” jest w sam raz na zakończenie krążka, w trochę innej stylistyce, bardziej psychodelicznej, mrocznej, ale pasuje do całości. Generalnie dużo lepsza płyta od poprzedniej, bardziej spójna, ostrzejsza, bardziej punk rockowa, utrzymana w oszczędnej stylistyce lat 80., szczególnie słychać wpływy Kennedysów, chwilami nawet Damned, czyli zupełnie inna bajka, ale też bardzo mocno osadzona korzeniami w historycznych dokonaniach zespołu. 

30 listopada 2013 o godz. 00:08

Jim Murray’s Whisky Bible 2014

/wp-content/uploads/2013/11/Jim-Murray14

To już dziesiąta edycja „Biblii whisky” – zgodnie z tytułem i zamierzeniem autora, najważniejszej i najbardziej wyczekiwanej każdego roku książki zawierającej noty degustacyjne whisky i whiskey, bo autor recenzuje też bourbony. Książka wyczekiwana, ale jednocześnie szalenie kontrowersyjna. Za whisky 2014 roku Jim Murray uznał Glenmorangie Ealanta 1993 – doceniając jej niecodzienny, nieco surowy smak, dwa kolejne miejsca na podium przyznał trunkom amerykańskim, są to: bourbon William Larue Weller oraz rye whiskey Thomas Handy Sazerac Rye. Jim Murray ocenia whisky w skali 0-100 punktów, przy czym punkty zdobywa się w czterech kategoriach, w każdej można uzyskać po 25 punktów, są to: nos, smak, finisz i zbalansowanie, czyli ostateczne wrażenie jakie robi trunek. Cena nie ma żadnego wpływu na ostateczną ocenę, bo – jak słusznie uważa autor, dla jednych coś może być bardzo drogie, dla innych nie koniecznie, poza tym w jedynym kraju ta sama whisky kosztuje drożej, w innym taniej z uwagi na politykę celną, podatkową czy decyzje handlowe samych producentów. Murray natomiast zdecydowanie ujmuje punkty whisky zabarwianym karmelem, toczy w tej sprawie od dziesięciu lat obsesyjną wręcz batalię z producentami i organizacjami skupiającymi producentów whisky, a ostatnio głośno też protestuje przeciwko finiszowaniu bourbona w jakichkolwiek beczkach, gdyż zgodnie z prawem i tradycją powinien on leżeć wyłącznie w nowych beczkach z białego amerykańskiego dębu. Z jednej strony ma niewątpliwie rację, dla konesera whisky karmel jest swego rodzaju oszustwem, gdyż wprowadza w błąd co do wieku destylatu i rodzaju beczki, drugiej strony – whisky robiona jest nie tylko dla koneserów i znawców, a zwykły klient chce żeby miała ciemniejszy kolor i na dokładkę nie kosztowała dużo. Ostatecznie zaś powinien liczyć się smak. Murray jest też przeciwnikiem dodawania do whisky wody, degustuje trunki zawsze w takiej samej temperaturze i w takiej samej szklance… a przynajmniej tak deklaruje, jak jest naprawdę, on jeden wie. Przez ostatnich 10 lat Jim Murray spróbował 12500 whisky i pod tym względem jest absolutnym rekordzistą, przygotowując najnowszą edycją spróbował 1127 whisky. Przez część roku jeździ po świecie i degustuje, a potem wraca do domu i wszystko opisuje – tak powstaje jego biblia, książka wydana na biblijnym papierze, to blisko 400 stron zapisanych drobnym maczkiem, pomyślana tak by można ją mieć zawsze w kieszeni gdy idziemy do baru na whisky. Łącznie w wydaniu 2014 omówionych jest ponad 4500 whisky. A teraz trochę o kontrowersjach. Zacząć należy od tego, że Murray nigdy nie przyznał whisky noty 98 i więcej punktów. W 2014 roku 97,5 punktów, czyli maksimum otrzymały: szkockie malty: Ardbeg Uigeadail, Scotch Malt Whisky Society Cask 33.120 Aged 8 years (Arbeg), wspomniana Glenmorangie Ealanta 1993 oraz Old Pulteney Aged 21 years, z blendów tak wysoką ocenę dostał Ballantines 17 yo, z bourbonów: George T. Stagg, William Larue Weller i William Larue Weller bott Fall 2011 oraz wspomniana żytnia Thomas Handy Sazerac Rye. Nie mam doświadczenia Jima Murraya, moje własne noty degustacyjne whisky obejmują niewiele ponad 700 pozycji, jest to jednak dostateczni dużo, by się zadziwić. Przede wszystkim moim zdaniem Murray ocenia zbyt wysoko większość whisky z niskiej półki, niewiedzieć czemu winduje np. Finest Ballantinesa wyżej niż wspaniały blend trzydziestoletni tej marki. Postanowiłem jednak popatrzeć jak Murray ocenia te whisky, za które nie dąłbym złamanego grosza oraz te, za które zapłaciłbym worek złota (doceniając ich jakość). Zacznijmy od blendów: Label 5 – dla mnie nie do picia, Murray za podstawową wersję daje 75 punktów, czyli uznaje ją za przeciętną, podobnie z Lauder’s czy Scottish Collie, Matisse Old daje aż 85 punktów, ja bym jej nie polecił do dolania do coli (swoją drogą w ogóle odradzam picie whisky z colą), zdumiewają mnie też wysokie noty dla bardzo przeciętny blendów jak: Passport, Red Johnny Walker, VAT 69, William Lawson’s czy Queen Margot. Za to jedna z najlepszych według mnie mieszanek świata – Johnnie Walker Blue King George V jest oceniona na poziomie Red Label, bo za dużo karmelu dodają! Hola, to nie jest uczciwe. Cutty Sark w wersjach 15 i 18 yo też są moim zdaniem skrzywdzone, ale może nie aż tak wyraźnie to kontrastuje jak przy King Goerge V. Dimple 12 yo osobiście wolę niż 15 yo, ale to już sprawa gustu, Murray punktuje odwrotnie. H&B 12 yo nie uwzględnił, dziwne. Z oferty Old St. Andrews przedstawia tylko podstawową wersję Clubhouse, tymczasem są to wspaniałe blendy, zwłaszcza piętnastoletnia Nightcap. Teraz single malty. Zdecydowanie pokrzywdzony jest Bowmore, oceny poniżej 80 punktów dla Bowmore 17 yo i 18 yo mnie zaskoczyły. Bowmore 25 yo to dla mnie jedna z najlepszych whisky, tymczasem Murray ocenia ją niżej niż np. Auchentoshan 12 yo. Wyśmienita Caol Ila 18 yo tu oceniona niżej niż ich podstawowa wersja 12 yo. Kolejna niedoceniona whisky to Dalmore, szczególnie w wersji 18 yo, tak samo Edradour. Piękny Glen Garioch 15 yo tu jest niżej niż przeciętny jak dla mnie Glen Garioch 12 yo. Laphroaig Islay Single Malt Triplewood potraktowany obcesowo, Mortlach 16 yo zasługuje na więcej respektu, tak samo Tomintoul 12 yo Sherry Cask, Oban 1989 Double Matured (były kolejne edycje, piłem 2003 i 2011) pominięty. Z żalem nie znalazłem u Murraya najlepszego jak dla mnie single malta – Glenrothes 35y z edycji Duncan Taylor (beczkowany w 1968 roku). To tylko część wynotowanych rozbieżności ze Szkocji. Kraje europejskie, zwłaszcza Niemcy, oceniane są zdecydowanie na wyrost. Żytnie whisky za to na ogół przecenione, zwłaszcza Bulleit 95 Rye, moim zdaniem bardzo przeciętny trunek, a tu oceniony na 96. W kategorii bourbonów nie mam właściwie zastrzeżeń, może bym gorzej ocenił Ancient Age, a wyżej Old Fitzegrald’s 1849, ale to są drobnostki i każdy ma swój smak. Dodam, że po whiskey amerykańskich trudno się poruszać, mikrodestylarnie omówione są osobno co bez indeksu utrudnia poszukiwania. Moim zdaniem książka absolutnie powinna mieć indeks także ze względu na niezależne firmy rozlewające pod swoimi markami whisky, u Murraya (słusznie) są one umieszczone alfabetycznie pod destylarniami, problem w tym, że np. Scotch Malt Whisky Society na butelkach w ogóle nie podaje destylarni. Znawcy oczywiście sobie poradzą, ale książka nie jest tylko dla znawców. Jim Murray sprzedał jej dotąd ponad 300 tys. egz., warto zatem by zadbał w kolejnych edycjach o przejrzystość […]