Materiały wg tagu "recenzja"

26 czerwca 2014 o godz. 10:09

Szwedzki punkt widzenia

Westerlund Whisky

Ekspertami od whisky i whiskey są już nie tylko Szkoci i Irlandczycy, ale także Szwedzi. I to nie tylko, jak Örjan Westerlund, jako recenzenci trunku, ale też jako producenci, czego dowodem są coraz liczniejsze nagrody i uznanie jakim cieszy się szwedzka whisky z destylarni Mackmyra. I bardzo dobrze, bo tak samo jak Mackmyra jest niepodobna do żadnej szkockiej whisky, tak i książka Örjana Westerlunda jest wyjątkowa. Przede wszystkim autor w ogóle nie zajmuje się ocenianiem i opisywaniem marek whisky, pomijając kończące książkę jego Top 10 najlepszych whisky świata (nie ma wśród nich Mackmyry). Podtytuł polskiego wydania wprowadza zatem w błąd, zwłaszcza, że wbrew tradycji Westerlund nie opisuje też producentów. Skupia się na historii, różnicach w procesie produkcji, ciekawostkach regionalnych, które odróżniają whisky japońską od szkockiej i whiskey amerykańską od irlandzkiej. Nie pisze jak smakują poszczególne whisky, ale dlaczego możemy odkryć w kieliszku takie bogactwo smaków i aromatów. Znajduje ciekawostki, które umknęły autorytetom w dziedzinie whisky, takim autorom jak: Dave Broom, Dominic Roskrow, Helen Arthur, Charles MacLean, David Wishart czy Jim Murray, autor corocznej edycji „Whisky Bible”. Książki tych ekspertów drukowane są na całym świecie, ale w większości skrojone są podług podobnego klucza – ocen z degustacji. Westerlund patrzy na whisky bardziej z punktu widzenia ciepłego domowego zacisza niż zawodów o najlepszą whisky roku. Nie jest to na pewno najlepsza książka o whisky, raczej swego rodzaju uzupełnienie dostępnych gdzie indziej informacji. Czyta się ją jednak z przyjemnością, autor potrafi opowiadać, zna temat i wystrzega się powtarzania tego wszystkiego, co napisano setki razy.

15 czerwca 2014 o godz. 20:06

Popis oratorski Tyńca

Pocalunek_Ateneum_plakat

W Teatrze Ateneum oglądam „Pocałunek” na podstawie sztuki Holendra, Ger Thijsa. Literacko słabizna, aktorsko – absolutny popis Krzysztofa Tyńca. Cóż za oracje, godne największych mistrzów. Marzena Trybała nie ma tak spektakularnej roli w tej jednoaktówce, ale doskonale pasuje do postaci. Szkoda, że tekst jest tak banalny. Spotykają się na ławeczce kobieta i mężczyzna, on komik, ona emerytowana farmaceutka, dwie różne osobowości, różne temperamenty, odmienna wrażliwość i inteligencja, a jednak nie mogą zakończyć konwersacji. Przypadek wobec ostateczności, łapanie ostatniej szansy w obliczu starości, a może i bliskiej śmierci. Napisane pretensjonalnie, Tyniec ratuje jednak cienki tekst wprowadzając komizm, a przede wszystkim wspaniałe oracje. Autor sztuki sam jest aktorem, jeśli pisał ją z myślą o sobie samym i zagrał tak błyskotliwie jak Krzysztof Tyniec, to rzecz i w Holandii mogła się podobać. Jako utwór literacki ten dramat w ogóle nie istnieje.

8 czerwca 2014 o godz. 23:03

On wrócił

On-wrocil_Timur-Vermes

Niebywale popularna w Niemczech książka, będąca ostrą satyrą na świat mediów, ale i polityki. 30 sierpnia 2011 roku ocknął się po długim niebycie Adolf Hitler. Nic się nie postarzał, nic nie zmądrzał. Obudził się w nowej rzeczywistości, w demokratycznym kraju, uczy się pomału nowej rzeczywistości, ale wciąż szuka analogii do dawnych doświadczeń Republiki Weimarskiej. Los zrządza, że wyglądającym jak Hitler i mówiącym jak Hitler człowiekiem bez dokumentów interesują się media. Dostaje swój program w telewizji i szybko zaczyna bić rekordy oglądalności. Publiczność ogląda go jak komika, nikt nie traktuje go serio, choć on z przekonaniem wygłasza w TV swój narodowo-socjalistyczny program. Siłą rzeczy wkracza ponownie w świat polityki i jest tam powszechnie akceptowany.

20 maja 2014 o godz. 20:53

Uciekinierka

Uciekinierka_Alice-Munro,images_big

Kolejny wydany po polsku tom opowiadań kanadyjskiej Noblistki. Ich bohaterkami są dziewczyny i kobiety, którym życie nie układa się, przeżywają większe lub mniejsze tragedie, rozczarowania, a wszystkie nie oczekują wiele. Nie uciekają na poważnie, bo nie łatwo się oderwać od pustki, od lęków, od towarzyskich ograniczeń, od samej siebie. A ich ucieczki są skazane na porażkę, uciekają pozornie, wracają również pozornie, bo nic ich nie trzyma, nic ich faktycznie nie pociąga, najwyżej złudzenia, które szybko zdarzają się z rzeczywistością. Nudną na ogół rzeczywistością. Bohaterka jednego z opowiadań wyznaje, że „pociągały ją, nawet zachwycały, obojętność, powtarzalność, beztroska i pogarda dla harmonii”. Oto jakimi podnietami żyją tytułowe uciekinierki. Najlepsze w tym zbiorze są najkrótsze opowiadania. Alice Munro nie potrafi snuć długiej opowieści, zaczyna meandrować, fabuła rozchodzi się w szwach. Bohaterki nie budzą sympatii, są nijakie, więc właściwie nic nie wciąga w świat tych historii. Jedyne, co budzi respekt, to umiejętność kończenia narracji, pozbawione puenty, otwarte zakończenia sprawiają, że te historie przechodzą jedna w drugą i trafnie podsumowują los opisanych kobiet. Trzecia książka jaką przeczytałem Alice Munro utwierdza mnie jednak w przekonaniu, że tej prozie bardzo daleko do Nobla. Umiejętność kreślenia szarego, ponurego świata to za mało na dobrą literaturę, ta bezwarunkowo musi czytelnika czymś zdobyć. Munro nie zdobywa i nie ma takich ambicji. Podobnym laureatem nagrody Nobla, chyba słusznie dziś zapomnianym, był Iwan Bunin – tworzył ładne obrazki, niewiele ponad to. Tyle, że obrazki Munro nawet ładne nie są.

23 kwietnia 2014 o godz. 19:43

Falsum et Verum

szubienicznik2

Rzadko czekam na jakąś książkę z podobną niecierpliwością jak na drugi tom „Szubienicznika”. Nie tylko dlatego, że to świetna proza, ale przede wszystkim Piekara tak bezczelnie rozbudził ciekawość zakończeniem tomu pierwszego, że powinien – jak jeden z jego bohaterów – mieć zarezerwowane dla siebie miejsce w piekle. Drugi tom ani spraw znanych z pierwszego nie posuwa do przodu, ani tym bardziej niczego nie wyjaśnia, że o jakimkolwiek zakończeniu nie wspomnę, bo tego się nie spodziewałem. Szczęśliwie tym razem zakończenie autorowi mniej się udało, więc i moja cierpliwość przed tomem kolejnym będzie większa.

15 kwietnia 2014 o godz. 23:03

Pod akacjami

pod-akacjami

W Teatrze Rampa na scenie Mrowisko obejrzałem dziś przedstawienie „Pod akacjami” na podstawie mało znanej sztuki Iwaszkiewicza. Zamiast chorego Marka Frąckowiaka w głównej roli księdza Węgrzyna wystąpił sam reżyser, Grzegorz Mrówczyński. Spektakl kameralny, trwa nieco ponad godzinę, ale dobrze zagrany, przekonująco, a przede wszystkim bardzo dobry tekst, o tragedii wyboru między lojalnością, miłością a ideami, czy nawet wiarą. Tragiczna postać księdza Węgrzyna, który wierzy, że miłość to prawda i każde ludzkie życie jest wartością nadrzędną, a ostatecznie to na nim spoczywa wykonanie wyroku podziemnego trybunału na kolaborancie (akcja sztuki rozgrywa się wiosną 1944 roku, Iwaszkiewicz napisał sztukę w 1945). Flora, którą gra debiutująca Adria Jakubik, narzeczona kolaboranta, to tylko pozornie cyniczna dziewczyna, która straciła wiarę w szczerość uczuć. W rzeczywistości jej postawa jest formą obrony przed zranieniem, straciła rodziców i nie chce stracić już nic więcej. Sierotą jest też młody harcerz, Józio, kolejna tragiczna postać tego dramatu. Ma wykonać wyrok, na Florze i jej narzeczonym zdrajcy, jednak zakochuje się w pięknej kobiecie. Staje przed tragicznym wyborem – wykonać rozkaz i zabić swoją pierwszą miłość, a potem także siebie, czy zdezerterować? Szczęśliwie ksiądz wybawia go z opresji, bierze grzech podwójnego wyroku, ale przecież także zabójstwa, na swoje sumienie. Dobrze dobrani aktorzy – aptekarz, kolejarz, zdrajca Brausch. Ograniczona do minimum scenografia, nastrój budują światła i oczywiście gra aktorska – ekspresyjnie wzmacniająca dramatyzm, a przy tym operująca przede wszystkim słowem, wydaje mi się, że bardzo pasująca zarówno do tekstu, jak i szerzej – do twórczości Iwaszkiewicza oraz czasu akcji. Pytanie, na ile wojna zmienia wartość ludzkiego życia, pozostaje zawieszone w powietrzu, nie odpowiada na nie nawet obrońca człowieczeństwa, ksiądz Węgrzyn. A jednak to obowiązek, nie życie, okazują się być najważniejsze. Dylemat w trudnym czasie wojny wykracza bowiem poza sumienie i często nie dotyczy jednego życia, jednego człowieka. gdyby zawiódł harcerz Józio, a ksiądz go nie wyręczył w egzekucji, wówczas być może zginęliby konspiratorzy. Ksiądz chce ocalić duszę Józia, który dawno stracił niewinność, wykonał wcześniej z rozkazu podziemia trzy inne wyroki, ale jednocześnie opowiada się po jednej ze stron, przestaje być kaznodzieją, staje się żołnierzem. A jednak śmierć Flory jest ze wszech miar niesprawiedliwa, jej jedyną winą była nadmierna frywolność, ale przecież to młoda dziewczyna, w normalnych warunkach jej miłosne wybory nie miałyby innych konsekwencji niż ewentualne rozczarowanie. Tymczasem ponosi konsekwencje nieadekwatne do winy. Iwaszkiewicz pozostawia nie tylko widza, ale też bohaterów swojej sztuki ze świadomością okrucieństwa czasu wojny. I zapewne gdy pisał „Pod akacjami”, w 1945 roku, to właśnie było najważniejsze. Dziś, kiedy oglądamy spektakl przez pryzmat miłości i wartości ludzkiego życia, nie łatwo jest zrozumieć decyzję księdza Węgrzyna, choć – w warunkach czasu akcji – zapewne nie miał on wyboru. Zrobił to, co musiał, wbrew własnym przekonaniom, wierze i sumieniu.

14 kwietnia 2014 o godz. 10:29

Instytut młodych naukowców

Instytut mlodych naukowcow

Po kilku powieściach osnutych wokół zagadek literackich, Matthew Pearl lokuje akcję nowej książki na uczelni technicznej i z pasją przedstawia rewolucją technologiczną z drugiej połowy XIX wieku. Maszyny, które mogą zastąpić w pracy człowieka, dla jednych są szansą na lepszą jakość i tańszą produkcję, dla drugich – zagrożeniem utraty źródła dochodów. Przeciwko maszynom szczególnie protestują robotnicy i związki zawodowe, ale też elity patrzą sceptycznie na zmiany. Nowa uczelnia w Bostonie, rodzący się Instytut Technologiczny, który w przyszłości ma stać się najbardziej prestiżową uczelnią na świecie – sławny MIT, czyli Massachusetts Institute of Technology – ma wielu wrogów, zwłaszcza, że pozwala kształcić się kobiecie. Grupa młodych technologów, najzdolniejszych studentów, zakłada bractwo i prowadzi prywatne śledztwo w związku z tajemniczymi wydarzeniami w mieście, bez wątpienia związanymi z techniką. Chcąc rozwiązać zagadkę wplątują się w historię, która nie tylko zagraża bytowi uczelni, ale też przynosi coraz to nowe ofiary, także śmiertelne.

13 kwietnia 2014 o godz. 10:37

Krótko mówiąc

Krotko-mowiac_Jeffrey-Archer,images

Piętnaście bardzo różnych opowiadań Jeffreya Archera, świetnie pokazuje możliwości narracyjne pisarza. Archer jest być może jednym z najskuteczniejszych rzemieślników w brytyjskiej literaturze, nie ma tu błysku geniuszu, jest za to odpowiedzialne kontrolowanie fabuły, umiejętność tworzenia postaci, intrygi, a przede wszystkim – zgodnie z tytułem – mówienia krótko o sprawach prawdziwych. Oto przykład tej umiejętności lapidarnego ujmowania ludzkiego losu, fragment dotyczy bezdomnego, sypiającego pod jednym z banków: „Był chyba jedyną osoba związaną z bankiem, która czytała »Financial Times« od deski do deski, i z pewnością jedyną, która go używała zamiast koca”. Wzmiankowany „Financial Times”, jak i „Daily Mail”, jak i wiele innych skarbów, bezdomny znajdował w koszach na śmieci. Ale w zbiorze są zarówno opowiadania o miłości, jak i historia kryminalna, Archer ze swobodą porusza się w literackich gatunkach. Potrafi pilnie obserwować, przede wszystkim jednak potrafi opowiadać. Nie będzie przesady, jeśli nazwiemy go kronikarzem swoich czasów, zwłaszcza że nie stroni też od polityki. Niezmiennie pozostaje jednak z boku, jako obserwator i właśnie brak zaangażowania narratora jest tym, co można mu zarzucić. Ta proza jest świetnie skonstruowana, ale sterylna, nawet gdy mowa o uczuciach, dystans opowiadającego jest wyraźny. Prawdopodobnie Archer byłby świetnym reporterem, dbającym o topografię, o wierne odwzorowanie miejsc, ludzkich zachowań, reguł typowych dla opisywanych środowisk.

6 kwietnia 2014 o godz. 11:27

Mistrz i Małgorzata w Rampie

mim rampa

Jak połączyć literaturę, teatr, film i muzykę pokazuje Michał Konarski w sztuce „Mistrz i Małgorzata”. Czy to połączenie dało dobry efekt? Nie koniecznie. Piosenki Izaaka Dunajewskiego z radzieckich filmów propagandowych „Wołga, Wołga” i „Świat się śmieje”, dziś są jedynie kiczowate i chyba nie warto do nich wracać, zwłaszcza, że do powieści Bułhakowa mają się nijak.

5 kwietnia 2014 o godz. 10:07

Wojciech Kłosowski: „Nauczyciel sztuki”

klosowski nauczyciel

Wciągająca, z biglem napisana powieść historyczna, jakiej nie powstydziłby się Aleksander Dumas. Literatura polska nie zna tak opisanych pojedynków szermierczych i choćby dla tych fragmentów warto po „Nauczyciela sztuki” sięgnąć. A chodzi o Sztukę walki, przez wielkie S właśnie, rozumianą nie tylko jako umiejętność fechtowania, ale jako zbiór reguł, kodeks mądrego szermierza. Nie każdy mistrz Sztuki musi walczyć po stronie dobra i prawości, każdy jednak kieruje się w walce honorowymi zasadami. Dobry szermierz łączy umiejętności z instynktem, walka jest jak taniec, czy jak miłość. Wątek romansowy w powieści jest równie ważny jak sceny walki, nie jest to jednak typowa powieść płaszcza i szpady, jak ją anonsuje wydawca. Tak naprawdę sprawy najbardziej wyeksponowane są jedynie tłem tej historii, ulokowanej w XVI wiecznej Hiszpanii, w której do głosu dochodzi inkwizycja, zaczynają się prześladowania Żydów, tolerancja nie jest już wartością. A przecież to ta sama Hiszpania, w której przez stulecia ścierały się wpływy arabskie, żydowskie i chrześcijańskie. Wojciech Kłosowski świetnie odmalowuje ten wielokulturowy świat, który niedługo ma zniknąć, by po latach odrodzić się w ideach ludzkiej solidarności, tego co górnolotnie nazywamy braterstwem. Bo „Nauczyciel sztuki”, to przede wszystkim powieść o patrzeniu na świat, można szeroko otworzyć oczy, ale można je przymrużyć i widzieć jedynie to, co chce się zobaczyć. Mamy w tej powieści plejadę wspaniałych, mądrych ludzi: szermierz Gaspar de Los Reyes, filozof Abraham Leot al-Jadecha, lekarka Siham an-Nabi, matematyczka Ruth, wreszcie książę Ferdinand Esteban Francisco Manrique de Lara y Cardona i jego dzieci. Po drugiej stronie jest niewiele osób naprawdę złych, lecz po tej czarnej stronie zbierają się wielkie siły i czytelnik wie, że świat tolerancji, jaki uosabia dwór księcia, zostanie niebawem zdmuchnięty przez tych, którym obca jest wielokulturowość.

4 kwietnia 2014 o godz. 01:05

Nowa płyta Manta Birostris

manta tasamouh

„Tasamouh”, jak informuje zespół, to arabskie słowo oznaczające: przebaczenie, pojednanie, otwartość, tolerancję i koegzystencję. Płyta koncepcyjna, z wyraźnymi odniesieniami do ksiąg świętych i wpisująca się w tytułowe pojednanie i przebaczenie, także w polemicznym ujęciu („Krew za krew” cz. I). Otwiera ją recytacja „Tasamouh” z etnicznym podkładem, dla mnie zbyt monotonna, brakuje mi w tym utworze emocji. Jego przeciwieństwem jest druga recytacja „Serce”, z podkładem przypominającym pulsowanie serca, tu czuć drżenie Najlepszy utwór to „Manta”, niemal w całości instrumentalny, ale nie potrzeba słów, industrialny hałas wyraża wszystko. „Krew za krew” cz. I i II to utwory stanowiące rodzaj klamry spinającej płytę, choć nie umieszczono ich na początku i końcu, bardziej mi się podoba emo-core’owa cz. II, podobnie jak „Manta” okraszona industrialnym jazgotem, to w ogóle dwa najlepsze utwory na płycie. „Dwa królestwa” pasują do całości wyłącznie w warstwie lirycznej, muzycznie to utwór jakby z innej płyty, z odjazdami w stronę ciężkiego rocka, mimo poszerzonego instrumentarium (m.in. o saksofon) zdominowany przez gitarę, podoba mi się najmniej. Outro „PS 50” zdecydowanie ciekawsze niż intro, brzmi jak modlitwa do tańca derwiszów. Mam wrażenie, że przenikają się tu wpływy wielu kultur: żydowskie, arabskie, ale i bałkańskie czy nawet dalej na Wschód, gdzieś po Mongolię czy Azerbejdżan.

29 marca 2014 o godz. 10:19

Shirley – wizje rzeczywistości

schirley-wizje

Film niezwykły pod względem formy, bardzo plastyczny, pierwszy raz widziałem coś podobnego – udaną próbę przeniesienia medium jakim jest statyczny plastyczny obraz do ruchomego świata kina. Oczywiście, jest wiele przykładów przeniesienie komiksów do świata kina, ze wspaniałym „Sin City” na czele, ale jednak komiks to rysunek plus akcja, obraz w galerii to zupełnie co innego. Reżyser rozpisał fabularnie trzynaście obrazów Edwarda Hoppera, przy czym od razu trzeba powiedzieć, że scenariusz jest przeciętny, pojawiające się jako komentarze do obrazów teksty banalne, mimo iż umiejscowiono je na tle konkretnych historycznych zdarzeń, monotonnie wypowiadanych przez spikera przed każdym kolejnym obrazem, a są to zdarzenia ważne dla XX wieku. Bohaterka filmu jest jednak niemalże niema i niemal nieruchoma, zastygła na tle scenografii obrazów, scenografii zachwycającej, niezwykle plastycznej, obrazy Hoppera rzeczywiście ożywają wraz z kolejnymi filmowymi klatkami, a jednocześnie nie tracą nic ze swojej statyczności. Niezwykłe jest, że jeżyk kina przemawia obcym sobie (czy na pewno?) językiem plastyki. Tytułowa Schirley jest teatralną aktorką, stroniącą od Hollywood i światka gwiazd, outsiderką z wyboru. W tle pojawia się co jakiś czas jej partner, wyglądający jak sam Edward Hopper, a grająca Schirley aktorka, Stephanie Cumming, przypomina żonę i modelkę malarza, Josephine Nivison. Znakomitą scenografie dopełnia praca operatora, zwłaszcza głębia obrazu, jaka operuje malarstwo, nie film. Trzeci plan (widoki za oknem) jest zupełnie statyczny, namalowany, ale także ustawione przedmioty są jedynie plastycznymi rekwizytami, tracą swoją wymiarowość przestrzenną. Wrażenie jest kapitalne. Ale jednocześnie film jest fatalnie przegadany, niepotrzebne pauzy, scenariusz, który ma być komentarzem obrazu, ale często jest obok niego, w ogóle zbędny. Mam wrażenie, że reżyser na siłę chciał zrobić pełnowymiarowy film z czegoś, co by było wspaniałą etiudą. Gdyby całość skondensować, gdyby film trwał 45 a nie ponad 90 minut, wrażenie byłoby większe, a tak widz w pewnym momencie zaczyna się nudzić. To tak jakby chodzić po galerii sztuki z nudnym przewodnikiem, który w dodatku nie zawsze mówi na temat. Obrazy nadal są piękne, ale faceta mamy po jakimś czasie serdecznie dość, wolimy uciec i przyjść innym razem, by kontemplować sztukę w samotności. Dlatego trudno o jednoznaczną cenę „Shirley”. Zachwyca by ostatecznie zmęczyć i zamiast pozostawić niedosyt, odsyła z uczuciem przesytu czy znudzenia. Reżyser i scenarzysta, Austriak Gustav Deutsch, nie wykorzystał pomysłu na naprawdę świetny film.

4 marca 2014 o godz. 12:14

Filozofia wina

Filozofia wina

Béla Hamvas „Filozofia wina” i Sándor Márai „Rzecz o węgierskich winach” to dwa szkice o winie napisane przez węgierskich intelektualistów, pisarzy, erudytów, dysydentów, postaci niesłychanie ważne w węgierskiej kulturze.

2 marca 2014 o godz. 10:59

Enographia Thalloris

Enographia_cover

Dzieło benedyktyńskie, w dodatku mające swój – jak to się mówi – ciężar gatunkowy. Ogromnych rozmiarów księga waży ponad 5 kilogramów, liczy ponad tysiąc stron i nie mieści się na regale. Monografia zielonogórskiego winiarstwa jest bez wątpienia dziełem życia jej autora, w dodatku dziełem w dzisiejszych czasach niespotykanym i nie mającym w polskiej literaturze enologicznej odpowiednika. Nie używany w polskim języku termin enografia byłby tu jak najbardziej na miejscu, gdyż mamy do czynienia z książką, która jest nie tylko źródłem wiedzy, informacji, ale prawdziwym archiwum – i to zarówno w warstwie tekstowej, jak i fotograficznej. Takie księgi bierze się do rąk z nabożeństwem. Wnętrze przypomina sale muzealne, pełne jest reprodukcji eksponatów: rzeźb, dzbanów, butli, maszyn, etykiet, starych dokumentów, są tu pipy, prasy, beczki, wnętrza piwnic, kielichy, puchary i herby firm winiarskich. Znakomite zdjęcia, najwyższej jakości druk. Opowieść historyczna ciągnie się od czasów najdawniejszych, a winne grona na tereny dzisiejszej ziemi Lubuskiej przyszły wraz z wędrującymi przez Europę w XII wieku Flamandami, po stan obecny, kiedy zakładane są nowe winnice i branża z winiarska z mozołem odradza się, oferując coraz ciekawsze własne wina. To także historia innych alkoholi, przede wszystkim tych, które z wina się wywodzą – winiaków i koniaków zielonogórskich, ale też markowych win owocowych eksportowanych do wielu krajów na kilku kontynentach. Autor przypomina też, że Zielona Góra znana była z win musujących. Jest na tych kartach również historia ludzi z winem związanych. W trzeciej części znalazło się kilka tekstów innych autorów. Niezwykle ciekawe są dwa opracowania o charakterze leksykonów, całkowicie unikatowe ze względu na ich wyczerpujący, totalny charakter. To leksykon niemiecko-polski zatytułowany „Produkcja branży winiarskiej i spirytusowej w Zielonej Górze do 1945 roku” (Mirosława Kuleby) oraz blisko sto stron leksykonu autorstwa Przemysława Karwowskiego „Produkcja branży winiarskiej i spirytusowej w Zielonej Górze po 1945 roku”. Odnajdziemy tu zapomniane już marki win, likierów, winiaków, wódek oraz firmy, których dawno nie ma. Ogromne zniszczenia przyniosła zielonogórskiemu winiarstwu II wojna światowa, a następnie przepisy prawne uniemożliwiały odrodzenie się prywatnych winnic. Leksykon Przemysława Karwowskiego pokazuje jednak jak bogata była oferta państwowych przedsiębiorstw działających w latach PRL – Lubuskiej Wytwórni Win i Lubuskiej Wytwórni Wódek Gatunkowych, powstałej w miejscu zakładów Alberta Buchholza, Scharlachberg czy Raetsch. Przez lata w strukturach Polmosu, dziś zakład pod nazwą Wyborowa S.A. należy do międzynarodowego koncernu Pernod Ricard i z żalem trzeba powiedzieć, że zielonogórskie tradycje – jak winiaki i jarzębiaki – nie są kontynuowane przez nowego właściciela. Ogromną wartość ma też zebrana tu przez Zofię Maziarz chronologia zielonogórskiego wina. Osoby zainteresowane technologią produkcji z zaciekawieniem przeczytają rozdziały: „Maderyzacja win owocowych” (Elżbieta Kluczyńska) i „Syntetyczny opis procesu technologicznego produkcji wódek w LWWG Polmos w Zielonej Górze” (Stanisław Palonka). Niezwykle wyczerpująca bibliografia to kolejny atut książki. Trzy zakładki ułatwiają poruszanie się w ogromnym tomiszczu, ale nie zastąpią indeksu, którego bardzo brakuje. Przydałaby się też edycja w wersji cyfrowej, bo tak pięknie wydanej książki zwyczajnie żal „zaczytać”, a dla osób zainteresowanych tematem jest to pozycja, do której będą często wracać.

13 lutego 2014 o godz. 20:08

Degustacyjny słownik winiarski

Degustacyjny slownik winiarski

Znakomita publikacja, która z powodzeniem mogłaby ukazać się po włosku, hiszpańsku czy po francusku, jest to bowiem słownik kompletny, dający przegląd wszelkich terminów związanych z winem w różnych krajach. Jednocześnie wszystkie hasła zachowują słownikowy charakter, napisane są profesjonalnie, wyczerpująco, ale bez anegdot, bez elementów osobistych. Dużą wartością jest podanie angielskiego i francuskiego terminu przy każdym haśle i jeśli można marzyć o czymś więcej, to bardzo by się przydał na końcu indeks tych obcojęzycznych terminów, ale może Wiktor Zastróżny pokusi się o polsko-francusko-angielski słownik winiarski? Hasła poprzedza bardzo rozbudowany wstęp, erudycyjnie wprowadzający w świat degustacji wina – gdzie degustować, jak, w jakiej temperaturze, w jakim szkle, jak oceniać jakość wina, wygląd, zapach, kolor i smak. Jest tu charakterystyka najbardziej znanych odmian winorośli (znakomita!), są wreszcie propozycje potraw, które dobrze pasują do poszczególnych odmian wina. A na końcu bardzo obszerna literatura związana z winem. Książka jest też bardzo elegancka pod względem edytorskim.

12 lutego 2014 o godz. 18:28

Filozofia suchej cipy

nimfo2

Takim tytułem najkrócej można zrecenzować film „Nimfomanka II”. Śmieszy liryczno-oniryczna aura i filozoficzne zadęcie do filmu erotycznego, który w dodatku nie miałby szans z „Emanuelle” czy „Historią O”. Nie widziałem pierwszej części, dałem się zwabić na drugą, recenzjami, że dużo śmiałej erotyki i piękna kobieta. To pierwsze prawdziwe, ale to erotyka spod znaku BDSM, świetnie wkomponowuje się w modę zapoczątkowaną przez markiza de Sade, a doprowadzoną do wrzenia przez E.L. James (to, co było szokujące, stało się żenujące, ale to znak czasów), ale jakoś zupełnie nie trafia w moje gusta, więc się zawiodłem. Bohaterka filmu, Joe, nie potrafi się jednak inaczej podniecić, jak sama twierdzi, cierpi na syndrom suchej cipy, robi się mokra, dopiero jak dostanie porządnie po tyłku.

11 lutego 2014 o godz. 21:37

Sochocińskie guziki

SONY DSC

Bywają rzeczy małe, na które nikt nie zwraca uwagi. Na przykład sochocińskie guziki. Bo co tam guzik, z pętelką. A kto wie, gdzie leży Sochocin?

5 lutego 2014 o godz. 17:26

Pijacki klasyk

pod mocnym

„Pod Mocnym Aniołem” to film wstrząsający, oglądałem z drżeniem rąk. Myślę, że nie jeden wyjdzie z kina z postanowieniem: przez tydzień nie piję, a może nawet przez dwa… To jeden z najlepszych filmów o alkoholizmie nie tylko w historii polskiego, ale światowego kina, stawiam go obok „Pętli” czy takich dzieł jak „Stracony weekend” i „Zostawić Las Vegas”. Lubię powieść „Pod Mocnym Aniołem”, ale do arcydzieł literatury pijackiej jej nie zaliczam, wymowa filmu jest dużo mocniejsza. Może dlatego, że film niemal pozbawiony jest sarkazmu Pilcha. Choć jednocześnie filmowy Jerzy ma wiele z Jerzego pisarza, czy też z dawnej autokreacji pisarza. role świetnie zagrane, cytaty z powieści świetnie dobrane. Do tej historii pasuje język nie tylko literackiej narracji, ale też stylistyka filmu – mała głębia ostrości, szara, zimowa scenografia, liczne portrety twarzy, doskonale zresztą dobranych. Operator zasłużył na Oscara. Mniej postarała się osoba odpowiedzialna za rekwizyty, pojawiającej się dwukrotnie wódki Maximus nie pito w Polsce pod koniec lat 90. To samo z markami przejeżdżających samochodów… Oczywiście, „Pod Mocnym Aniołem” ma wymiar uniwersalny, to opowieść ponadczasowa jak samo picie, ale skoro zadbano by okładki pokazywanych w mieszkaniu Jerzego książek wyraźnie wskazywały na czas akcji, to i wódkę należało dobrać staranniej.

31 stycznia 2014 o godz. 19:47

Poza krawędź świata

Laurence Bergreen

„W poniedziałek, 10 sierpnia 1519 roku, flotylla złożona z pięciu okrętów zaopatrzonych we wszelkie niezbędne rzeczy, z załogą liczącą dwustu trzydziestu siedmiu ludzi różnej narodowości, stała na redzie sewilskiego portu Las Mueles gotowa do odpłynięcia. Wystrzelono ze wszystkich dział, po czym rozwinąwszy jedynie foksztaksle, ruszyliśmy w dół rzeki” – pisał kronikarz i członek wyprawy Magellana, Antonio Pigafetta. Jego zapiski dokładnie dokumentują pierwszą w dziejach podróż dookoła świata, ale nie był jedynym kronikarzem. Amerykański biograf, Laurence Bergreen, nie miał trudnego zadania by odtworzyć losy tej niezwykłej wyprawy, ale udało mu się także stworzyć niezwykle ciekawe tło kulturowo-polityczno-obyczajowe Europy z początku XVI wieku. Epoka wielkich odkryć całkowicie odmieniła widzenie świata, ale autor stara się opisać ludzi i ich wyobrażenia podług ówczesnej wiedzy, wyrastającej z jednej strony z mistycyzmu średniowiecza, z drugiej – odkrywającej nie tylko kontynenty, ale na nowo mądrość antyku.

18 stycznia 2014 o godz. 11:09

Sprawa Niny S.

Sprawa-Niny-S_Maria-Nurowska

Bardzo lubię prozę Marii Nurowskiej, nastrojową, traktującą wprost o sprawach trudnych, ale jednocześnie subtelną. To proza kobieca w rozumieniu sensorycznym, poprzez tkankę wrażliwości, w której namiętność ściera się z urazą, lęki przed samotnością z towarzyską lekkością. Tej ostatniej jednak zdecydowanie brakuje bohaterkom „Sprawy Niny S.”, kobietom samotnym, nie potrafiącym okazywać uczuć, a jednocześnie zwierzęco ich spragnionych. Nic dziwnego, że tytułowa bohaterka daje się złapać w sidła miłości, omamiona przez mężczyznę ani nie przystojnego, ani nie bogatego, ani nie bystrego, będącego raczej archetypem spasionego lenia niż amanta. Otworzyła się w niewłaściwym momencie, ale czy dla niej mógł być inny moment? O takich kobietach jak Nina S. mówi się „typ ofiary”. Podobne są jej córki, a i jej rezolutna starsza siostra też nie potrafi żyć z mężczyznami. Dusi je lęk przed możliwą stratą. A przykład Niny S., która z powodu zaślepienia miłością traci wszystko, może utwierdzać w przekonaniu, że uczucia, to groźna choroba.