Materiały wg tagu "recenzja"

9 stycznia 2009 o godz. 21:12

Nie ma ciszy w bloku

A teraz o innej płycie i pozytywnie. Nadeszła niedawno przesyłka z Pasażera, a w niej kilka nowości ze sceny niezależnej. Słucham tych płyt po mału, bo po pierwsze roboty nawaliło jak śniegu, po drugie… włączyłem Eye For An Eye i nie bardzo mi się chce zmieniać krążek w odtwarzaczu. Dla niewtajemniczonych, jest to załoga z Bielska-Białej z przejmująco-donośnym kobiecym wokalem, prywatnie zresztą bardzo sympatyczni ludzie. Świetni na koncertach, potrafią rozgrzać publiczność, zresztą zawsze gromadzą sporą grupę pod sceną, ale ich płyty moim zdaniem były dotąd nierówne. Najbardziej lubiłem ich krążek pt. "Dystans" z 2004 roku, z przebojowym "Warriors", punktem obowiązkowym każdego koncertu. Od tamtego czasu zespół przeszedł jednak długą drogę. Ance i Tomkowi urodziło się dziecko (co nie przeszkodziło grać koncerty i nagrywać), wyszła moim zdaniem niezbyt udana płyta "Gra", no i teraz jest nowy materiał "Cisza". Materiał bardzo dojrzały, spójny artystycznie, oczywiście nie ma mowy o żadnej ciszy, jest hałaśliwie i ostro, ale to taki hałas, który najbardziej lubię, bo jest w nim masa emocji. Jest w tym krzyku i ból ("bólem przeszywa mnie mój tożsamości brak"), i strach ("dotykam lustra dna, wyławiam tylko strach"), i rozpacz ("Spójrz! Będziemy drapać gryźć, palcami ściany ryć, na jeden znak!"), i zniechęcenie ("Znajdź mi świat lepszy, znajdź mi sens głębszy, znajdź mi byt trwalszy, pusty śmiech wstrząsa mnie")… Ale jest też masa pozytywnych emocji. Przede wszystkim doświadczenia macierzyństwa, ale i miłość w ogóle, w obliczu której reszta to "stracony czas". Trudno tu wyróżnić jeden utwór, bo całość stanowi jednolity przekaz, lubię takie płyty.

9 stycznia 2009 o godz. 09:35

Zakazane piosenki

Dawno nie recenzowałem żadnej płyty, ostatni raz chyba pisałem tu o pierwszym krążku LD50… Ale też przez ponad rok nie ukazała się ani jedna płyta, która by wzbudziła moje emocje (może poza nowym Anti Flag i Berurier Noir, zwłaszcza Francuzi mnie zaskoczyli pozytywnie, bo pierwszy raz od lat zagrali inaczej). Wyszła jednak jakoś przed świętami płyta, która mnie tak wkurwia, że nie mogę się pohamować. Chodzi mi o "Zakazane piosenki" Strachów na Lachy. Pisałem już w innym miejscu, że lubię Strachy (jak i Pidżamę), mam sentyment, w końcu moja Żyletka w powieści na okrągło ich słucha, jeden z rozdziałów nawet bezpośrednio odwołuje się do nazwy zespołu ("Włączyła Strachy na Lachy"), a jest to chyba mój ulubiony rozdział, w każdym bądź razie najczęściej czytam go podczas spotkań autorskich (o ile mam dostatecznie "dorosłe" audytorium). Kupiłem zatem nowe Strachy pełen dobrych intencji, zwłaszcza, że przecież na "Zakazanych piosenkach" są aranżacje starych polskich punkowych szlagierów. Ok., aranżacje Kaczmarskiego nie podobały mi się (płyta "Autor" Strachów), ale że i fanem Kaczmarskiego nigdy nie byłem (swoją drogą szkoda, że Grabaż nie nagrał "Obławy"), to i położyłem na tamtą płytę lachę. Nie kryję jednak, że na "Zakazane piosenki" czekałem niecierpliwie. I co? I nigdy więcej tej płyty nie posłucham.Nie posłucham, bo posłuchałem już dość. Wkurwiłem sie po pierwszych 60 sekundach, jeszcze bardziej po przesłuchaniu całości, ale co tam, posłuchać raz to może za mało – pomyślałem – i posłuchałem drugi raz. I chyba jest to jedyny przypadek, kiedy żałowałem, że w ogóle słucham muzyki, bo zazwyczaj w najgorszym razie jest mi to obojętne. Żałowałem bo te pieprzone rozmemłane wersje wpadają w ucho, i z przerażeniem stwierdziłem, że nucę w myślach "Dlaczego ja" Corpusu X na nutę Grabaża. Nie! To mi się strasznie nie podoba, nie chcę więcej słyszeć tej interpretacji! Na płycie Grabaża znalazły się naprawdę stare polskie rarytasy, w tym moje ulubione – przede wszystkim Bikini ("Idę samotny ulicą mego miasta" mam ustawione jako dzwonek telefonu!) i Corups X, dwa zespoły zapomniane bo nie publikowały niczego. A to były jedne z najlepszych kapel pierwszej fali polskiego punka (zresztą w obydwu przypadkach zachowały się materiały, z których spokojnie można by wydać płyty, czego np. nie można powiedzieć o Nocnych Szczurach). I boję się, że teraz młody odbiorca, który nie ma pojęcia, że takie zespoły w ogóle istniały, zbuduje sobie wyobrażenie na podstawie tej płyty. Oczywiście nie podobają mi się także przeróbki Siekiery, Rejestracji, Kryzysu, Dezertera, Izraela (broni się Brak), ale to są zespoły jednak znane, więc wielkiej krzywdy im Grabaż nie zrobił.To oczywiście wątpliwy komplement pod adresem zespołu, że te nieszczęsne wersje wpadają w ucho, wolałbym żeby to były takie aranżacje, jakie znalazły się (w większości przynajmniej) na "Tribute to Kryzys" czy na eksperymentalnym krążku trybutowym dla Dezertera, bo ich się nie da słuchać i tyle, więc nikt nie słucha i nikt nie pamięta. Niestety, Grabaża da się słuchać. Słuchając drugiu raz (i wkurwiając się jeszcze bardziej) zastanawiałem się jakbym te piosenki odbierał nie znając oryginałów (czyli jak je odbierze przeciętny fan Strachów). No i powiem, że odbierałbym zapewne dobrze, albo bardzo dobrze. Tym bardziej mi się to nie podoba, wyrzucam płytę, dobrze że nie słucham radia, dobrze, że znajomi nie słuchają Strachów na Lachy, jest szansa, że więcej nie usłyszę tej wersji "Dlaczego ja", a na razie dla "zagryzienia złego smaku" puszczę sobie stare nagranie Corpusu X z Jarocina 1982. Cóż z tego, że źle nagrane, ale jaki w tym jest dynamit!Ps. nie mam pojęcia czy na jakichś sieciach wymiany plików czy YouTube można znaleźć archiwalne nagrania Bikini i Corpus X, ale pewnie tak, bo dziś wszystko można znaleźć (i wszystko można mieć…). Poszukajcie i posłuchajcie, to była świetna muzyka, tak samo zresztą jak Brak czy Kryzys. To jedne z nielicznych zespołów z czasów poprzedzających eksplozję punka w Polsce, które wciąż się bronią.

25 grudnia 2008 o godz. 20:11

Długi ogon

Pracuję właśnie nad nową książką poświęconą zjawisku, które nazwałem „szerokopasmową kulturą”, a więc właczeniu kultury (w tym książek) w masowy strumień transmisji danych przez sieci telekomunikacyjne, z czym – moim zdaniem – będziemy mieli do czynienia zaraz po tym, jak ktoś wpadnie na pomysł by czytnik (typu Kindle czy Sony Reader) sprzedawać za złotówkę, tak jak to jest z telefonami komórkowymi. Czytnik za złotówkę plus kultura w abonamencie – to musi zrewolucjonizować świat mediów. Tym zagadnieniom poświęcam nową publikację pt. „E książka | book. Szerokopasmowa kultura”, która ukaże się w pierwszym półroczu 2009. Będzie to kontynuacja idei zawartych w mojej poprzedniej książce o kulturze cyfrowej – w „Śmierć książki | No Future Book” (znaczna część tekstu jest już dostępna na zasadach creative commons na stronie www.nofuturebook.pl}. O mojej nowej książce będę jeszcze z pewnością informował, ten komentarz chciałem jednakże tak naprawdę poświęcić innej publikacji, bardzo mi ideowo bliskiej, a przetłumaczonej właśnie na język polski. Chodzi o „Długi ogon” Chrisa Andersona (wydawnictwo Media Rodzina). To jedna z najważniejszych książek poświęconych ekonomii kultury cyfrowej. Kultury pozbawionej formy materialnej, istniejącej wyłącznie w świecie wirtualnym. Kulturze, w której „byt” zastąpiony został przez „bit”.Chris Anderson, redaktor prestiżowego dla branży nowych mediów magazynu „Wired”, sformułował swoją teorię długiego ogona (The Long Tail) w 2004 roku w jednym z artykułów, w którym analizował wyniki na sprzedaży produktów oferowanych przez sklepy internetowe Amazon i Netflix. Doszedł wówczas do wniosku, że ekonomia cyfrowa wymyka się zasadom obowiązującym dla handlu od czasów rewolucji przemysłowej, a sformułowanym w formie prawa w 1897 roku przez włoskiego ekonomistę Vilfredo Pareto. Zasada Pareto znana jest powszechnie jako zasada 80:20, głosi ona, że osiemdziesiąt procent przychodów generuje dwadzieścia procent oferowanych towarów. Z rozmaitymi odchyleniami zasada ta przez ponad sto lat z powodzeniem funkcjonowała w handlu i na niej opierały swoją strategię zamówień nie tylko wielkie sieci hipermarketów, ale praktycznie rzecz biorąc każdy myślący sprzedawca (nawet jeśli zasady nie znał, intuicyjnie przestrzegał jej zasad). Anderson dowiódł jednak, że zasada ta nie dotyczy handlu internetowego. Owszem, nadal bestsellery (czyli te 20 proc. oferty) generują wysokie obroty, ale wpływy uzyskane ze sprzedaży pozostałych produktów są co najmniej równoważne w swojej masie. Terminem długiego ogona określił te tysiące, a nawet miliony, drobnych, zdawałoby się nieznaczących dla handlu produktów, które w sklepach takich jak Amazon generują łącznie ogromne obroty.Długi ogon mógł zaistnieć dzięki przeniesieniu oferty handlowej do Internetu. Na stronie www można zaprezentować nieskończoną ilość produktów, nie jesteśmy limitowani liczbą półek czy powierzchnią sklepu. A to oznacza praktycznie nieograniczony dostęp konsumenta do wszelakich dóbr! Sprawdza się to znakomicie szczególnie w odniesieniu do dóbr kultury, które łatwo można pozbawić ich formy materialnej i oferować wyłącznie w formie treści (pliki MP3 z muzyką, MP4 z filmem, PDF z książką itd.). Znika pojęcia „braku”, „towaru wyczerpanego” itp. Mało tego, niebywale wzrasta rentowność sprzedaży dóbr z długiego ogona, gdyż dystrybutor nie ponosi praktycznie kosztów składowania, dostarczenia, a i koszty wytworzenia uległy niemal stuprocentowej redukcji. Co to oznacza dla przyszłości kultury? Że będzie tańsza, łatwiej dostępna, i że zarówno twórcy jak i wydawcy mogą zarabiać więcej niż kiedykolwiek.To oczywiście idea książki Andersona zreferowana w haniebnie upraszczającym skrócie, a jest to jedna z najważniejszych prac poświęconych przyszłości ekonomicznego funkcjonowania kultury. W dodatku jest to książka świetnie napisana, z licznymi przykładami tego, jak nowy rynek funkcjonuje (Anderson analizuje m.in. działalność takich serwisów jak iTunes czy Rhapsody). Absolutnie lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce myśleć o kulturze przyszłości. Bardzo się cieszę, że wreszcie możemy przeczytać ją po polsku.

21 listopada 2008 o godz. 20:25

Nowe przekłady Fantego

Ukazały się właśnie dwa nowe przekłady książek Johna Fantego, tego, o którym Charles Bukowski pisał, że jest jego Bogiem… Gwoli sprawiedliwości, Bukowski tak pisał pod wrażeniem powieści „Pył”, zdecydowanie najlepszej w dorobku Fantego. Te wydane ostatnio („Pełnia życia” i „Byle do wiosny”) to amatorskie wprawki literackie.„Byle do wiosny” to jego literacki debiut z 1938 roku, książka literacko marna, choć bez wątpienia ważna dla późniejszego dorobku, gdyż pojawiają się w niej powracające w następnych latach wątki i postaci, przede wszystkim rodzina włoskich emigrantów – Bandinich. Tu mamy nieco frywolną historię romansu, choć w tle rozgrywają się mniejsze i większe dramaty. Fante czerpie przede wszystkim z własnej biografii, ale pisze o sobie i swojej rodzinie z humorem i dystansem, czym na tyle wzbudza sympatię, że na nieudolności młodzieńczego stylu można machnąć ręką.W drugiej z książek, „Pełni życia”,  miłośnicy pisarza odnajdą wszystkie typowe dla niego elementy: lakoniczne dialogi,  autoironię i humor, a także powracający temat relacji między synem a ojcem i pozycji włoskiej mniejszości w amerykańskim społeczeństwie lat 30. i 40. XX wieku. Syn oczywiście jest nieudacznikiem, a ojciec pijakiem i despotą, ale za to zdolnym murarzem, te autobiograficzne wątki znajdujemy w większości jego książek. Bohater „Pełni życia” czeka na urodziny swojego pierwszego dziecka. Pod pozorem pomocy w drobnych naprawach domowych sprowadza się do ich domu ojciec, który koniecznie chce mieć wnuka. Tyranizuje rodzinę, ale robi to z wdziękiem i typową dla Włochów familiarnością. Wszystkie – jak dotąd cztery – polskie przekłady Fantego ukazują się w wydawnictwie G+J.

8 września 2008 o godz. 21:49

Ptak nakręcacz

Przeczytałem właśnie "Kronikę ptaka nakręcacza" Murakamiego, książkę dość starą, ale jakoś nie miałem wcześniej czasu po nią sięgnąć… I cóż, to jest właśnie to, co sam chciałem napisać. I teraz jestem w rozterce, zacząłem kolejny raz od początku pisać moją opowieść "We śnie", coraz bardziej jednak przekonany, że nic to nie da. Murakami przedstawił przenikające się światy – snów, podświadomości, reminiscencji i aktualnych wydarzeń, to wszystko świetnie zmiksowane, z klarownie poprowadzoną fabułą (co mi się nijak nie udawało, powstawały zlepki porozrywanych scen), silnie nacechowane emocjami, z wyrazistymi postaciami. Jednocześnie czytelnik do końca nie wie gdzie w "Ptaku nakręcaczu" przebiega granica pomiędzy snem a rojeniami, wyczuwa ją – tak samo jak bohater – jedynie intuicyjnie, bo tej jasnej granicy nie ma… Tak jak na codzień nie ma jasnej granicy pomiędzy naszymi snami a zdarzeniami, pomiędzy wspomnieniami a rzeczywistością, lękami a pragnieniami. Polecam, to najlepsza książka Murakamiego, książka, której mu bardzo zazdroszczę. 

20 czerwca 2008 o godz. 23:55

Przerwa z Grabażem

Od meczów można odreagować… czytając poezje Grabaża. Właśnie ukazał się zbiór jego wierszy w wydawnictwie Lampa.Tom obejmujący wszystkie piosenki lidera Pidżamy Porno i Strachów na Lachy, jest tego coś ponad sto utworów. Niektóre teksty bronią się bez muzyki, ale czy to są wiersze? Są to świetne piosenki, Grabaż jest najlepszym polskim tekściarzem rockowym, ale jak to piosenki – mają swój rym, rytm, zwrotki, powtórzenia, a przede wszystkim pisane są tak, by nabierały ekspresji zaśpiewane, a nie na papierze. Zbiór obejmuje teksty pisane w latach 1983-2008 (ostatni tekst, napisany po trzyletniej przerwie, jest jednak słabiutki). Właściwie wszystkie teksty zachowują aktualność, nawet gdy Grabaż pisze o polityce, to dotyka problemów uniwersalnych, jak choćby wolności lub przemocy. Ale najlepsze są liryki o zabarwieniu erotycznym, strasznie lubię te czasem rubaszne, a czasem bardzo delikatne, nastrojowe metafory Grabaża i tę intymność zamkniętą w kilku prostych słowach, rozpisaną jakby na dwa głosy. Poza tym „nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości” jak Grabaż.Na okładce książki czytamy, że „tom gromadzi teksty wszystkich autorskich piosenek w nowym, zmodyfikowanym zapisie”. Przygotowujący redakcję Paweł Dunin Wąsowicz mógł jednak powycinać te powtarzające się wersy, jak choćby w piosence (zresztą znakomitej) „Zaczarowany dzwon”, gdzie czternaście razy powtarza się dźwięczny, acz mało treściwy wers: „bida bida dą bida dą bi dą”. Tu jeszcze można to tłumaczyć ową polifonicznością dzwonu, ale sześć razy powtórzone „ja mam nabitą faję” w piosence „Cygański zajeb” na papierze wygląda tak, jakby po wypaleniu zawartości faji autor się zawiesił i mamrotał pod nosem to samo na okrągło.

2 czerwca 2008 o godz. 21:06

Radio Armageddon

Dawno już zapowiadałem, że napiszę o nowej powieści Jakuba Żulczyka, ale przez te wszystkie wyjazdy nie było kiedy spokojnie usiąść. Teraz nadrabiam zaległość, książka jest bardzo dobra, zdecydowanie ją polecam. „Radio Armageddon”, wydawnictwo Lampa i Iskra Boża, s. 456, cena 38 zł. Poniżej kilka zdań o książce.

1 kwietnia 2008 o godz. 13:08

Nowy Oz

Ostatnio czytałem głównie książki związane z technologiami komunikacji i z e-handlem, a także kilka bardzo ciekawych prac poświęconych przyszłości praw autorskich w Internecie (np. znakomitą pracę Lawrence Lessinga „Wolna kultura”). Siłą rzeczy mniej miałem czasu na beletrystykę. Polecam jednak przeczytaną przeze mnie kilka dni temu nową powieść izraelskiego pisarza Amosa Oza „Rymy życia i śmierci”. Poniżej moja recenzja.

3 lutego 2008 o godz. 13:11

Political fiction Rotha

Nakładem Czytelnika ukazała się nowa powieść jednego z moich ulubionych pisarzy, Philipa Rotha. „Spisek przeciwko Ameryce” będzie całkowitym zaskoczeniem dla miłośników jego prozy, przyzwyczajonych do mocnych erotycznych scen, przeplatanych z narcystycznymi rozterkami bohaterów płci męskiej. Jeśli jednak pominiemy tło obyczajowe prozy Rotha, to w „Spisku przeciwko Ameryce” znajdujemy wątek jakże charakterystyczny dla prozy autora „Kompleksu Portnoya” – alienację żydowskiej społeczności w Ameryce, a zwłaszcza młodego pokolenia, które nie zawsze potrafi odnaleźć się wśród rówieśników, a jednocześnie często buntuje przeciwko tradycji i nakazom ojców. W nowej powieści mamy jednak obszerną panoramę historyczną – Stany Zjednoczone w latach 1940-1942. Roth bawi się w political fiction. Wybory prezydenckie 1940 roku wygrywa faszyzujący kandydat Charles A. Lindbergh i przystępuje do paktu z Trzecią Rzeszą. Lindbergh to postać autentyczna, legenda amerykańskiej awiacji, w latach 30. i 40. zwolennik Hitlera, odznaczony Krzyżem Zasługi Orła Niemieckiego, antysemita i populista. Pozostałe postaci występujące w książce także są prawdziwe, a główni żydowscy bohaterowie to sam Philip Roth i jego najbliższa rodzina. Na szczęście rzeczywiste wybory w 1940 roku wygrał (na trzecią kadencję) Franklin Delano Roosevelt, a w grudniu 1941 roku, po ataku Japończyków na Pearl Harbor, Stany Zjednoczone przyłączyły się do II wojny światowej.Antysemityzm, narastający strach, alienacja to tylko jedne z wątków nowej powieści Rotha. „Spisek przeciwko Ameryce” to przede wszystkim książka o sztuce manipulacji. A także o kruchości demokracji, która w obliczu demagogii jakże często okazuje się być bezradna. Skąd my to znamy?

31 stycznia 2008 o godz. 19:46

John Fante

Ukazały się niedawno po polsku dwie książki Johna Fantego, zmarłego w 1983 roku amerykańskiego pisarza. Fante dawno odszedłby w niepamięć, gdyby z literackiego niebytu nie wygrzebał go Charles Bukowski, przyznając w połowie lat 70., że wzorował się na twórczości autora „Pyłu”. „Fante był moim bogiem” – to stwierdzenie Bukowskiego sprawiło, że po 40 latach zapomnienia książki zaczęto wznawiać, a niebawem także tłumaczyć na inne języki. A sam Fante stał się szybko pisarzem „kultowym”, nie dziwi zatem, że polskie wydanie ukazuje się w serii „Kultowa” wydawnictwa G+J.

6 stycznia 2008 o godz. 13:28

Inna Ameryka

Nakładem wydawnictwa Rebis ukazała się kapitalna książka ‚1491’ Charlesa C. Manna o Ameryce przed Kolumbem. Temat mnie szczególnie interesuje, z racji fascynacji Ameryką Południową i jej historią. Polecam – poniżej kilka zdań recenzji.

4 stycznia 2008 o godz. 11:24

Nowy Murakami

Wiem, że Haruki Murakami ma wielu wiernych czytelników, sam z przyjemnością czytałem kilka jego powieści, bo choć lokuje akcję w realiach japońskich, to jego bohaterowie myślą i czują w sposób uniwersalny. A uczuć w tej prozie zawsze było sporo. Nakładem wydawnictwa Muza ukazała sie właśnie jego najnowsza powieść „Po zmierzchu”, o której napisałem kilka zdań – bez większego entuzjazmu.

3 stycznia 2008 o godz. 18:21

Biografia Bukowskiego

W ostatnich dniach przeczytałem sporo ciekawych książek, wśród nich biografię Charlesa Bukowskiego, którą polecam fanom autora „Szmiry”. Napisana jest świetnie, szkoda że w polskim wydaniu roi się od literówek (im dalej, tym gorzej). Autorem jest Howard Sounes, dziennikarz, który nie znał osobiście Bukowskiego, ale dotarł do wielu jego znajomych i kochanek. Tytuł: „Charles Bukowski w ramionach szalonego życia”, tłum. Magdalena Rabsztyn, Twój Styl, Warszawa 2007. Poniżej kilka zdań moich refleksji o samej książce.

25 grudnia 2007 o godz. 17:10

Anarchy in the UKR

Skończyłem właśnie czytać świetną książkę „Anarchy in the UKR” ukraińskiego pisarza Serhija Żadana, która ukazała się w wydawnictwie Czarne. Podoba mi się sposób obrazowania tego młodego autora i jego bunt. Polecam, a poniżej zamieszczam kilka zdań recenzji od siebie.

28 listopada 2007 o godz. 15:55

Rodziny nie są szczęśliwe

Kilka dni temu skończyłem czytać najnowszą książkę jednego z moich ulubionych pisarzy – Meksykanina Carlosa Fuentesa – pt. „Wszystkie szczęśliwe rodziny”. Polecam, poniżej kilka zdań recenzji.

17 sierpnia 2007 o godz. 23:24

Wolin o rewolucji

Nakładem Bractwa Trojka, czyli poznańskich anarchistów, ukazał się polski przekład „Nieznanej rewolucji 1918-1921” Wolina. To jedna z najciekawszych książek pokazujących wydarzenia w Rosji po rewolucji 1917 roku, zanim jeszcze umocniła się bolszewicka władza. Wolin (prawdziwe nazwisko: Wsiewołodia Michałowicz Eichenbaum) był jednym z najwybitniejszych działaczy ruchu anarchistycznego w Rosji, wielokrotnie więziony i prześladowany przez Czeka, miał możliwość obserwowania wydarzeń na Ukrainie i wcześniej – w 1918 roku – w Kronsztadzie z pozycji najpierw uczestnika walk, potem dysydenta. Jego wspomnienia pisane są z pasją i idealizmem, wiarą w inny rozwój zdarzeń, choć ostatecznie to „grabarze rewolucji” – jak nazywał bolszewików – przejęli władzę i zdusili wszelką opozycję, nawet tą, która wyrastała z tych samych marksistowskich korzeni. „Bolszewizm nigdy nie zaakceptowałby istnienia wolnego ruchu ludowego. (…) Bolszewicy zrobiliby wszystko, żeby stłumić i zniszczyć ten ruch”. Książkę uzupełnia masa dokumentów epoki – zarówno fałszywek publikowanych przez władzę, jak i odezw anarchistycznych. Przede wszystkim jednak bez reszty pochłania talent narracyjny Wolina, którego wspomnienia są niczym kadry filmu dokumentalnego, przedstawiają zdarzenia, ludzi, zapisy rozmów oraz, co chyba najważniejsze, oddają emocje.

15 sierpnia 2007 o godz. 18:11

Wizja sprawiedliwej globalizacji

W znakomitej, wydanej po polsku w 2004 roku książce „Globalizacja”, Joseph E. Stiglitz przedstawił krytykę działań dwóch najważniejszych międzynarodowych organizacji finansowych – Banku Światowego (którego sam był w latach 1997-2000 wiceprezesem) i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Przedstawił obłudę najbogatszych państw świata, a w szczególności Stanów Zjednoczonych, wobec krajów rozwijających się i społeczeństw najbardziej potrzebujących pomocy. Nowa książka Stiglitza – „Wizja sprawiedliwej globalizacji” – po części jest kontynuacją „Globalizacji”, choć tu autor zebrał przede wszystkim kilkanaście propozycji, które mają usprawnić procesy globalizacji. Te propozycje dotyczą zarówno demokratyzacji instytucji o charakterze globalnym, jak i bardzo szczegółowych rozwiązań, np. dotyczących prawa własności intelektualnej i dostępu do leków ratujących życie czy systemu międzynarodowych rezerw walutowych i pożyczek finansowych. Amerykański ekonomista (laureat nagrody Nobla z 2001 roku) kapitalnie punktuje wszelkie niegodziwości – od ceł i subsydiów w krajach przodujących gospodarczo po międzynarodowy handel bronią czy ograniczenia w korzystaniu z osiągnięć nauki, w tym w dziedzinach tak ważnych jak medycyna i farmakologia. „Uważam, że globalizacja kryje w sobie potencjał niezmiernych korzyści” – pisze Stiglitz. „Ale kształt nadaje jej polityka. Reguły gry zostały w dużej mierze ustalone przez kraje wysoko uprzemysłowione – a szczególnie przez najsilniejsze grupy interesów w tych krajach – nie ma więc nic dziwnego w tym, że ukształtowały globalizację tak, by im służyła. Nie starały się o ustanowienie jakiegoś zbioru uczciwych reguł, nie mówiąc już o regułach sprzyjających poprawie sytuacji ludzi w najuboższych krajach świata”. Stiglitz nie jest przeciwnikiem globalizacji, przeciwnie. Chce tylko uczynić ją bardziej sprawiedliwą. I podczas lektury nie opuszczało mnie przeświadczenie, że gdyby politycy choć trochę wzięli sobie do serca zawarte w książce postulaty, to świat byłby znacznie lepszy. Cóż, kiedy polityką rządzą egoistyczne interesy elit, a nie sprawiedliwość i dobro ogółu.Książka znakomita, szkoda tylko, że w polskim wydaniu jest masa literówek (pomijam już błędy interpunkcyjne). Takiemu wydawcy jak PWN taka liczba błędów nie powinna się przytrafiać.

1 sierpnia 2007 o godz. 15:48

Chomsky i polityka

Ostatnio, nakładem kolegów z oficyny Bractwa Trojka z Poznania, ukazała się książka „Polityka, anarchizm, lingwistyka” Noama Chomsky’ego. Wybór tekstów Chomsky’ego z różnych lat, są tu eseje, przemówienia, wstępy do książek i wywiady, a tematy krążą wokół spraw zawartych w tytule, ze zdecydowaną dominantą polityki. A w sprawach politycznych Chomsky cechuje się rzadką u ludzi zabierających publicznie głos niezmiennością poglądów, więc dla czytelników jego innych tekstów nie będzie zaskoczeniem krytyka amerykańskiego establishmentu i deklaracje bliskie ideom socjalistycznym czy wręcz anarchistycznym. Oczywiście, najciekawsze są teksty nowe, dotyczące spraw bieżących, jak choćby interwencja w Iraku, niestety jednak tom wypełniają głównie znacznie starsze wypowiedzi, w tym wiele ocen znanych już z innych publikacji. Ciekawe są też fragmenty z części „Język i polityka”, w których Chomsky szczerze opowiada o swoich naukowych i politycznych wyborach. „W politykę zaangażowany byłem – jeśli nie praktycznie, to intelektualnie – od wczesnego dzieciństwa. Dorastałem w radykalnej żydowskiej społeczności w Nowym Jorku. (…) Z lingwistyką natomiast związałem się poprzez kontakty z grupami politycznymi”. Ciekawa to droga od radykalizmu do tak mało poddającej się rewolucjom nauki jak lingwistyka. Ale też ten radykalizm amerykańskiego myśliciela jest bardzo „uniwersytecki”.

27 lipca 2007 o godz. 15:53

Wolność na jeden wieczór

Czasem jak coś czytam, to chcę się z wami podzielić krótkimi refleksjami, choć rzecz jasna nie mam zamiaru zanudzać każdą książką, bo jako człowiek uzależniony od lektury właściwie czytam wszystko co mi wpadnie w ręce, z instrukcją obsługi żelazka i książką telefoniczną włącznie:) Tym razem padło na książkę, którą przeczytałem już kilka tygodni temu, ale jakoś nie za bardzo znajdowałem czas by o niej napisać, a rzecz warta jest uwagi – zwłaszcza dla ludzi w wieku 25-30 lat, którym kultura acid house jakoś tam była bliska (mi nie była nigdy i zanim przeczytałem tę książkę, patrzyłem na moją siostrę pląsającą przy techno jak na bezmózgie stworzenie). Książka będzie też zapewne ciekawa dla tych wszystkich, którzy wprawdzie z kulturą techno nie mieli do czynienia, ale eksperymentowali z dragami mniej lub bardziej intensywnie. Książkę wydała Muza, autor: Matthew Collin, tytuł: "Odmienny stan świadomości".

19 czerwca 2007 o godz. 10:57

Bestie Oates

Nie jestem wielkim miłośnikiem twórczości Joyce Carol Oates (autorki m.in. „Blondynki” i „Wodospadu”), dotąd irytowało mnie jej szczegółowe analizowanie motywów ludzkich zachowań, w tych psychodramach gubiły się bowiem wątki fabuły. Ale z jej nową książką przetłumaczoną na polski jest inaczej – chyba przede wszystkim dlatego, że to właściwie nowela, 125 stron mocno skondensowanej narracji. „Bestie” to znakomicie skomponowana powieść. Narracja, w formie krótkich zapisów w pamiętniku, przedstawia kilka miesięcy z życia młodej studentki, zafascynowanej swoim profesorem od literatury. Na kampusie dzieją się dziwne rzeczy, wybuchają pożary, niektóre dziewczęta zapadają na zdrowiu, inne nagle odrywają się od grupy, biorą narkotyki… O domu profesora Harrowa i jego ekscentrycznej żony, rzeźbiarki, krążą legendy. Akcja rozwija się bardzo wolno, ale nie brakuje w tej krótkiej książce niespodziewanych zwrotów akcji – niczym w opowiadaniach grozy Poego, czytelnik nie wie, czego może za chwilę się spodziewać. „Bestie” to opowieść o magnetycznej sile zła, które wabi, pęta i niszczy. Mnie zło także magnetyzuje; może dlatego spodobała mi się ta niewielka książka.