Materiały wg tagu "postawy"

12 września 2012 o godz. 13:30

TV Państwowa

/wp-content/uploads/2012/09/logo_tvp

Czytam wypowiedź prezesa TVP Juliusza Brauna: „Wszyscy korzystamy z mediów, a bez mediów publicznych cały ten sektor byłby chory. Zniknęłyby treści, których nikt inny nie wnosi. Wobec tego, tak jak wszyscy płacimy na publiczna opiekę zdrowotną, tak wszyscy powinni płacić na media publiczne”. Wypowiedź zupełnie nie w czas, kiedy telewizja, która nazywa siebie publiczną, lekceważy potrzeby publiczności. Sprawa jest o tyle istotna, że wyciąganie ręki po publiczne pieniądze zawsze musi mieć publiczne uzasadnienie. Nikt nie kwestionuje potrzeby służby zdrowia, służb ratowniczych, konieczności finansowania napraw dróg etc. Osobiście mam wiele wątpliwości, co do konieczności finansowania aparatu represji, ale to osobny problem. Jak jednak wytłumaczyć potrzebę finansowania telewizji?Zacząć należy od tego, jakie państwo może mieć interes we wspieraniu tego by jego obywatele gapili się w TV. Jaki z tego dla państwa i obywatela pożytek? W czym Telewizja jest tak wyjątkowa, by porównywać ją ze służbą zdrowia? Uzdrawia duszę? Wzbogaca intelekt, wrażliwość, wychowuje? Nic z tych rzeczy. Najczęściej telewizja służy nie obywatelom i nie państwu, ale politykom. Jej rzekomo publiczna misja to misja dostarczania darmowego czasu antenowego partiom politycznym. Rzekomo publiczna misja, to rzekoma bezstronność polityczna, ale bezstronność zawsze sprzyjająca tym, którzy są u władzy i blisko niej, czyli elitom rządowym, parlamentarnym i finansowym. Czy za to ma płacić obywatel? Nie. Za to powinny płacić partie, politycy, elity. Chcą mieć czas w telewizji, niech za niego płacą. Normalny układ biznesowy, czas antenowy kosztuje, w przypadku TVP kosztuje bardzo drogo bo wybudowała sobie szklany pałac na Woronicza, bo zatrudnia tabuny celebrytów, bo ma przestarzały model biznesowy. Ale to publiczności nie interesuje.Nazwa Telewizja Publiczna jest niebezpieczna, bo w słowie „publiczna” zawiera się przekonanie, że jest jakaś publiczność. A jaką publiczność ma TVP? Czy jest ona rzeczywiście elitarna, inna od tej, którą mają komercyjne Polsat czy TVN? Jakich ekstra wartości dostarcza nam TVP, których by nie dawały stacje komercyjne? To w TVN 24 ruszył właśnie program o książkach, TVP nie ma na to pieniędzy. TVP nie zapewnia nawet transmisji z najważniejszych imprez sportowych (jak teraz Eliminacje do Mistrzostw Świata w piłce nożnej), choć to tego typu relacje gromadzą przed ekranami publiczność i tego publiczność płacąca za oglądanie ma prawo oczekiwać. Nie jest to zatem żadna telewizja publiczna, to telewizja państwowa, która lekceważy swoją publiczność. Nie daje jej wiele, a oczekuje, że będziemy ją traktować jak dobro najwyższe, tak jakby ratowała nam życie dostarczając: telenowele, teleturnieje i polityczny bełkot. Polityczny bełkot na dużo niższym poziomie niż komercyjna TVN 24. Telenowele i teleturnieje, które oferuje każda komercyjna stacja. Stacje komercyjne nie pobierają za oglądanie opłat, bo żyją z reklam. Nie brakuje stacji, które opłaty pobierają i rzeczywiście niosą ze sobą ważne dla publiczności treści, których nikt inny w takiej jakości nie oferuje. Popularne Canal + czy HBO są płatne, ale mają wcześniej filmowe premiery. Polsat Sport jest płatny, ale oferuje lepsze relacje z imprez sportowych. Wszystkie programy w kablówkach są płatne. I ludzie godzą się za nie płacić gdy uznają, że chcą je oglądać. Moim zdaniem abonamentowe w kablu Animal Planet sto razy lepiej spełnia misję edukacyjną niż państwowa TVP. Uczy odbiorcę ciekawości świata, różnorodności, tolerancji dla wielokulturowości, szacunku dla ludzi, pomocy wzajemnej, pokazuje nasz ekosystem, uczy jak szanować wspólne dobro jakim jest planeta i środowisko naturalne itd. Czy TVP ma choćby jeden program edukacyjny na takim poziomie jaki oferuje Animal Planet non stop? Nie wydaje mi się. A reportaż? Co w tej materii ma do zaoferowania telewizja państwowa? Sprawy dla reportera, interwencje, sensacyjki, kryminalne śledztwa – to wszystko, czym żyją stacje komercyjne. TVP nie pokazuje nam jak żyją ludzie w Albanii czy w Republice Naddniestrzańskiej, choć to tak blisko nas, za to z lubością pokazuje zbrodnie, bo te przyciągają reklamodawców. Nie pokazuje dlaczego podróże mogą wzbogacić naszą wyobraźnię i wrażliwość, uczy nas bać się sąsiada i kochać policjanta, a najbardziej dziennikarza-reportera, który zło tropi i pokazuje w TV.Nie twierdzę, że TVP jest do niczego. Na pewno jest masa ludzi, którzy uwielbiają programy 1 i 2. I niech ci ludzie płacą abonament, tak jak ja przeznaczam 1 procent mojego odpisu od podatku na Wikipedię, bo z niej korzystam i chętnie ją wesprę datkiem. Podoba ci się program, to czemu nie masz za niego płacić? Ale płacić tylko dlatego, że telewizja jest? I co z tego, że jest? A jak jej nie będzie, to co straci publiczność? Stracą jedynie politycy – darmowy dostęp do publicity.TVP dawno stanęła w szranki z telewizjami komercyjnymi, plasując się na tym samym poziomie merytorycznym, ale nie redukując kosztów do poziomu konkurencji. Skoro przynosi straty, skoro nie jest konkurencyjna, to trudno. Biznes jest biznes. Chcesz oferować coś więcej niż biznes, to szukaj innego modelu. Fundacje żyją z datków, ale coś ludziom w zamian oferują ekstra. Animal Planet żyje z opłat i ma coś ekstra. Gazeta „Metro” nie ma ambicji ani misji, chce zadowolić reklamodawców i jak największe audytorium, więc wybrała model darmowego dostępu. Polsat i TVN przyjęły ten sam model. Radzą sobie świetnie. Dostosowały program do oczekiwań i gustów swoich odbiorców. Nie realizują misji, realizują budżet, rachunek zysków i strat. Oczywiście ja bym bardzo chciał mieć wysokiej jakości telewizję publiczną, jak angielskie BBC, która realizowałaby misję, która służyłaby publiczności a nie politykom i reklamodawcom. Ale takiej telewizji w Polsce nigdy nie będzie. Ta, która nazywa siebie publiczną stała się za bardzo komercyjna i za bardzo uzależniona od polityków. Inne stacje są niszowe. Chętnie zapłacę za oglądanie niszowej TVP Kultura czy TVP Historia, a nawet TVP Sport jak będzie oferować transmisje z ważnych imprez. Pewnie podobnie myślą inni. Ludzie gotowi są płacić za to, czego potrzebują, co im się podoba, co aprobują. Skoro nie płacą abonamentu dla TVP to być może nie dlatego, że są złodziejami – jak to przedstawiają politycy – ale dlatego, że uważają, że nie ma za co płacić, że to samo, a nawet lepsze, mają za darmo w Polsacie, a płacą za kablówkę czy za dekoder – tam, gdzie jest interesująca ich stacja. Tak samo jak płacą za prenumeratę gazety, za interesujące ich książki, za bilet do kina.

27 marca 2012 o godz. 19:07

Przychodnia zamiast Elby

/wp-content/uploads/2012/03/nadachu-P

Skłotersi z warszawskiej Elby działają już w nowym miejscu. Zajęli i aktualnie odnawiają budynek przy Skorupki 6A, gdzie kiedyś była przychodnia, wyłączony z użytku publicznego. Ogłoszono otwarcie nowego niezależnego ośrodka o nazwie „Centrum Społeczne Przychodnia”. Wciąz jednak nie wiadomo, czy miasto zgodzi się na tego typu działalność, policja już próbowała interweniować na nowym skłocie, została jednak skutecznie odpędzona.

24 marca 2012 o godz. 13:44

Elba zostaje z nami

Life Scars wczoraj przerobiło tekst swojej wspaniałej piosenki „Solidarność”, śpiewając na być może ostatnim koncercie, jaki odbył się na warszawskim skłocie Elba: „Kiedy stoimy obok siebie spleceni ramionami wiemy, że Elba zostaje z nami”. Nawet jeżeli przestanie istnieć w wymiarze miejsca i przestrzeni, to na pewno pozostanie na zawsze w naszych sercach, jako miejsce, w którym pozostawiliśmy mnóstwo czasu i dobrej energii.Media podały, ze na wczorajszą demonstrację, która rozpoczynała się o 17. na Placu Bankowym, przyszło około tysiąc osób. Nie myślałem, że jest nas aż tak dużo, a przecież wiele osób często obecnych na Elbie nie było. Przyjechali skłotersi z całej Polski, byli też koledzy z Białorusi z transparentem poparcia ЕЛЪБА НАЗАУЖДЫ. Wiec poparcia dla warszawskiego skłotu był zarazem manifestacja przeciwko bezduszności prezydent Hanny Gronkiewicz Waltz, która miejmy nadzieję żałuje już swojej głupiej wypowiedzi, cytowanej w ostatnich dniach szeroko przez media: „Takie miejsca są bardzo niebezpieczne. Był już pożar na squacie w Wawrze. Ludzie zostali ranni. Lokatorzy tam piją, palą papierosy i od tego robi się pożar. Muszą ingerować służby porządkowe. U nas jest wystarczająca liczba dla bezdomnych miejsc w noclegowniach”. Miejsc dla kultury niezależnej w noclegowniach nie ma, a miasto – jeśli nie chce się dalej kompromitować – powinno znaleźć takie rozwiązanie, żeby skłot w Warszawie nadal działał, jeżeli to konieczne, to w innym miejscu. Skłoty działają w każdej europejskiej stolicy, jako ważne miejsca rozwoju alternatywnej kultury. Są miasta, jak choć Lublana, których władze samorządowe są dumne z tego, że niezależna kultura ma się gdzie rozwijać. I rozwija się pięknie, w różnych formach ekspresji – niezależnego kina, malarstwa, rzeźby, muzyki, tańca, literatury, klubów dyskusyjnych, różnych form aktywności sportowej. To miejsca otwarte dla ludzi z innych stron, wielokrotnie jeżdżąc po Europie korzystałem z gościnności skłotów, gdyż w takich miejscach solidarność i pomoc wzajemna wciąż są wartościami, które mają znaczenie. Choćby dlatego warto o nie dbać, są alternatywą dla komercji i tych wartości, które napędza żądza zysku. Na skłocie nic nie jest dla zysku, wszystko dla ludzi.W nocy na Elbie odbył się koncert. Przyszło chyba z 500 osób, a może nawet więcej, bo wiele siedziało przy dwóch ogniskach poza murami skłotu. Przyszliśmy, bo chcieliśmy być razem.

21 marca 2012 o godz. 19:19

Nie ma Elby bez ognia! Elba zostaje!

/wp-content/uploads/2012/03/elba-demo12

Nie ma Elby bez ognia! Elba zostaje! – pod takimi hasłami zorganizowana zostanie 23.03 demonstracja w obronie warszawskiego skłotu. Koniec wyrzucania na bruk lokatorów i kultury niezależnej. Początek – Plac Bankowy, pod Ratuszem, godz. 17.00.

18 marca 2012 o godz. 12:58

Alarm na Elbie

16 marca br. przed godz. 11 do centrum kultury niezależnej „Elba” przy ul. Elbląskiej 9/11 w Warszawie bezprawnie wtargnęła grupa ochroniarzy z firmy „Skrzecz” wynajęta przez zarządcę terenu, fińską spółkę „Stora Enso”. Dn. 16 marca br. przed godz. 11 do centrum kultury niezależnej „Elba” przy ul. Elbląskiej 9/11 w Warszawie bezprawnie wtargnęła grupa ochroniarzy z firmy „Skrzecz” wynajęta przez zarządcę terenu, fińską spółkę „Stora Enso”. •Wszyscy zatrzymani przez policję zostali już wypuszczeni.•Zapraszamy na konferencję prasową na temat ewikcji i przyszłości skłotu „Elba” w niedzielę, 18 marca, o godz. 13.00 na „Elbę” ul. Elbląska 9/11.Przed konferencją zapraszamy na piknik który zaczyna się o godzinie 12, będzie grill, muzyka i zabawa. Od godziny 15 ekipa z Syreny zaserwuje Voku. Przez cały czas jam na skateparku oraz jam graffitti. Będzie można także wypełniać skargi na działanie policji.•W poniedziałek szykujemy happenning około godziny 17, chociaż nie jesteśmy pewni czy przebijemy ten którym uraczyła nas pani HGW. Żeby nie zepsuć niespodzianki dokładne miejsce happeningu podamy na niedługo przed jego rozpoczęciem. Czekajcie i słuchajcie.•W piątek już trochę bardziej na poważnie, zapraszamy wszystkich sympatyków środowiska skłoterskiego z całego kraju i za granicy do wzięcia udziału w demonstracji. Już teraz zadbajcie o to żeby mieć wolny czas 23.03.2012. Więcej informacji wkrótce.

16 marca 2012 o godz. 16:48

Elba znów zagrożona

Policja wraz z firmą ochroniarską wynajętą przez koncern Stora Enso, właściciela terenów na ul. Elbląskiej w Warszawie, wdarła się dziś na teren skłotu Elba, dewastując przy okazji przestrzeń, na której od dziewięciu lat żyją skłotersi. Przyszłośc jedynego warszawskiego skłotu znów jest zagrożona. Elba to najważniejsze w stolicy centrum kultury niezależnej. Trudno sobie wyobrazić by Warszawa nie miała takiego miejsca. W innych krajach skłotersi mogą liczyć na pomoc ze strony władz lokalnych, choćby w zakresie zapewnienia prawa do użytkowania zajętych pustostanów. Władzom Warszawy brakuje jednak wyobraźni, najwyraźniej nie widzą potrzeby zapewnienia miejsca dla niezależnych form ekspresji. A Elba to miejsce, gdzie odbywają się koncerty, warsztaty taneczne, rowerowe, pokazy niezależnego kina, imprezy charytatywne, femistyczne i wiele innych. Sam dwukrotnie gościłem na Elbie z materiałem literackim. Skłot odwiedza też wielu zagranicznych gości, dla których Elba jest miejscem, gdzie mogą na żywo posłuchać alternatywnej muzyki – jedynym takim miejscem w Warszawie. Może warto by władze miasta pomyślały, jak pomóc tym ludziom i wystąpiły w roli negocjatora. A dla firmy Stora Enso wyrzucanie skłotersów to bardzo kiepska reklama.

9 marca 2012 o godz. 10:57

ABC Łukasza Gołębiewskiego

Dzisiaj na stronie Sabinkat1.blogspot.com ukazał się materiał pt. "Abc… Łukasza Gołębiewskiego". Autorka bloga przepytuje autora "Xenny" od A do Z, m.in. o: alkohol, erotykę, filmy, koty, literaturę, muzykę, narkotyki, przyjaciół… Polecamy, "ABC" jest bogato inkrustowane zdjęciami.

9 marca 2012 o godz. 10:51

Abc… Łukasza Gołębiewskiego

Na stronie Sabinkat1.blogspot.com ukazał się materiał pt. "Abc… Łukasza Gołębiewskiego". Autorka bloga pisze: Przyznaje się, to było dla mnie wielkie wyzwanie. Po niesamowitej lekturze "Złam prawo" postanowiłam zaprosić pana Łukasza do udziału w Abc. Przyznaję się też do tego, że kilka razy mazałam wiadomość, zanim się przełamałam… Jakie było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam, że pan Łukasz przyjął zaproszenie Poniżej odpowiedzi na ABC.

5 marca 2012 o godz. 19:31

Geopolityka emocji

/wp-content/uploads/2012/03/geopolityka-emocji_111614

Diagnoza trudnej sytuacji w jakiej znalazł się świat w pierwszej dekadzie XXI wieku, w której wciąż obecny jest strach przed terroryzmem, a jednocześnie najważniejsze globalne konflikty nie znajdują rozwiązania, i to pomimo dużo bardziej zachowawczej polityki międzynarodowej Stanów Zjednoczonych po objęciu urzędu prezydenta przez Baracka Obamę. Francuski politolog źródeł konfliktów szuka m.in. w upokorzeniu, negacji jaką niesie globalizacja na zachodnią modłę, zwraca uwagę na rolę emocji w polityce. To, czego najpilniej nam potrzeba, to wzajemne zrozumienie, a także zaufanie. „Nadzieja to zaufanie” – pisze Dominique Moisi. I dalej: „Nadzieja jest wiarą w siebie, upokorzenie jest zaś niemocą, emocją wypływającą przede wszystkim z poczucia utraty kontroli nad własnym życiem. (…) Upokorzenie sięga zenitu, gdy masz poczucie, że Inny wtargnął w prywatność twojego życia i całkowicie cię uzależnił”. Niestety, niemała część świata pozostaje dziś w takim upokarzającym przeświadczeniu. Moisi bawi się w futurologię, swoiste political fiction, rysując na końcu książki kilka możliwych scenariuszy świata w 2025 roku. Jest to niewątpliwie apetyczny fragment książki, odważny, biorąc pod uwagę jak łatwo czas weryfikuje wszelkie prognozy. Moisi ostrożnie przedstawia jednak różne możliwości, nie wskazując na żadną z nich jako mniej lub bardziej prawdopodobną. Tytuły scenariuszy mówią same za siebie: „Gdy zwycięży strach” (zdecydowanie czarna wersja) i „Gdy zwycięży nadzieja” (czyli szansa dla świata). Nadzieja, według Francuza, to rezygnacja z hegemonii naszej wersji cywilizacji i uznanie inności – w szczególności Islamu – za równorzędnego partnera. Droga do tego zdaje się być wciąż daleka.

4 marca 2012 o godz. 15:07

Dzisiaj narysujemy śmierć

/wp-content/uploads/2012/03/dzisiaj-narysujemy-mniejsza

Takie książki wprawiają w zakłopotanie. Zmuszają nas do zadania sobie pytania, czy chcemy o tym wiedzieć? Czy powinniśmy? Co ta wiedza robi w nas? Czy czyni nas lepszymi, bardziej wrażliwymi, czy przeciwnie, powoduje, że tym bardziej zamykamy się na ludzką krzywdę?Wojciech Tochman przedstawia wstrząsające zdarzenia z Rwandy z 1994 roku, kiedy doszło do krwawych bratobójczych walk między Hutu i Tutsi. Tochman epatuje śmiercią, przemocą, gwałtem, brutalnością. Czytelnik nie ma możliwości samodzielnie analizować wydarzeń, dostaje tak wielki ładunek ludzkiego cierpienia, że może się pod nim jedynie ugiąć. Tochman wstrząsnął czytelnikiem. Chcemy uważać, że bezgraniczne zło jest czymś nieprawdziwym, że to przerysowany obraz, jak w filmach z cyklu „Piła”. Ale Rwanda z 1994 roku to nie film, to przerażająca rzeczywistość. Czy powinniśmy o tym wiedzieć? My, jako Europa – na pewno. My jako czytelnicy? – nie jestem pewien czy tak wstrząsające obrazy są nam potrzebne. Może to kwestia wrażliwości. Kiedyś takie teksty powstawały w formie raportów, w formie interwencji, która miała zmusić władze cywilizowanego świata do reakcji. Na reakcję w sprawie Rwandy jest za późno. Świat nie dostał na czas reporterskiej relacji Wojciecha Tochmana, nie jestem też pewien czy po niewczasie będzie potrafił wyciągnąć z niej lekcję. Oby. A jaką lekcję otrzymał czytelnik? Że ludzie są skłonni do najgorszych podłości, że ludzka natura jest zła, niewyobrażalnie zła. Ale przecież wiemy, że to tylko część prawdy. Ludzie są źli i dobrzy, są zwyrodniali i kierujący się empatią, świat to na szczęście nie Rwanda z 1994 roku, ale też nie możemy powiedzieć „nas to nie dotyczy”. Choćby nie tak dawne doświadczenia z Serbii, Chorwacji, Bośni, czy całkiem nowe, choćby z Abu Ghraib, pokazują, że granica pomiędzy światem cywilizowanym a barbarzyństwem jest płynna. I tę prawdę chyba najtrudniej jest przyjąć.

31 stycznia 2012 o godz. 14:20

Nachlass 1884-1885

/wp-content/uploads/2012/01/9788301164812

Pisma Nietzschego – rozproszone notatki, uwagi, konspekty i szkice – bardziej niż jego ukończone dzieła obnażają wszystkie cechy filozofa. Chorobliwy narcyzm, agresję i niechęć do ludzi, stawianie siebie ponad innymi, pogardę dla odmienności, całkowity brak empatii. Ciekawy materiał dla psychoanalityków. Ale też niezwykła lapidarność, umiejętność zamykania idei w jednym lub najwyżej kilku zgrabnie sformułowanych zdaniach, które z powodzeniem służyć mogą za „złote myśli”, które oderwane z kontekstu mogą być dowolnie wykorzystywane i które – nie oszukujmy się – przetrwały właśnie w charakterze sentencji i żyją niejako w oderwaniu od filozofii nietzscheańskiej. Autor „Poza dobrem i złem” z zajadłym uporem tropił „zwyrodnienie”, pogardzał słabościami, do których zaliczał m.in. wiarę, miłość, marzenia, to wszystko, co piękne. „Wszystko jest pozorem – wszystko jest kłamstwem. (…) Samo życie jest przeciwieństwem prawdy i dobroci. Afirmacja życia – znaczy tyle, co apologia kłamstwa. Żyć można więc jedynie trwając w absolutnie niemoralnym sposobie myślenia”. Pogarda ma jednoznacznie agresywny charakter: „Mało obchodzą mnie masa, nędzarze i nieszczęśnicy – za to pierwsze i najlepsze egzemplarze, i żeby ich rozwojowi nie przeszkodził wzgląd na nieudaczników (tj. masę). Zniszczenie nieudaczników – do tego trzeba się wyemancypować spod wpływu dotychczasowej moralności”. Jego „koncepcja najwyższego człowieka” jest w gruncie rzeczy nieludzka, zakłada bowiem zastąpienie uczuć rozumem, a w konsekwencji całkowitą obojętność. W kontekście zdarzeń z XX wieku obrzydliwie brzmią buńczuczne słowa z 1884 roku: „Piszę dla nieistniejącego jeszcze gatunku ludzi: dla panów tej ziemi”. „Potrzebne jest, aby ludzie wyżsi wypowiedzieli wojnę masie!” – nawoływał i na nieszczęście byli tacy, którzy uwierzyli, czując się wyższymi.

28 stycznia 2012 o godz. 12:59

Kontrowersje wokół ACTA

/wp-content/uploads/2012/01/acta

Kontrowersje wokół przystąpienia Polski do ACTA przybrały niespodziewany obrót. Młodzi ludzie wyszli na ulicę, hakerzy poblokowali rządowe strony www, odpowiedzialny za cyfryzację minister Michał Boni oddał się do dyspozycji premiera, rząd zapowiada szerokie społeczne konsultacje.To ostatnie jest jak najbardziej pilne, bowiem w tle awantury wokół ACTA pojawiają się niezwykle istotne pytania – o przyszłość kultury i nauki, o sposób finansowania twórczości, o to jak ma funkcjonować biznes kulturalny (nie tylko show biznes!) w sytuacji, gdy młody konsument oczekuje, że w sieci wszystko będzie za darmo? Ani zwolennicy ACTA, ani przeciwnicy porozumienia, odpowiedzi na te pytania nie znają, bo ich wciąż nie ma. Od ponad dekady jesteśmy świadkami ostrego konfliktu, ścierania się interesów twórcy, producenta i nadawcy z interesami odbiorców. To kosztowna wojna, której pierwszą ofiarą stał się przemysł płytowy. Amerykański ekonomista związany z czasopismem „Wired”, guru ekonomii cyfrowej, Chris Anderson analizował w swojej głośnej książce „Długi ogon”, że „w okresie od 2001 do 2007 roku całkowita sprzedaż branży muzycznej spadła o jedną czwartą, natomiast liczba płyt z hitami o ponad 60 procent”. Jednocześnie Anderson (ale i inni analitycy, m.in. inny znany ekonomista Kevin Kelly czy prawnik, twórca terminu „Wolna kultura”, Lawrence Lessig, wskazują na całkowitą nieskuteczność prawa w walce nie tyle z piratami, co z odbiorcami. „Pomimo procesów sądowych, wytyczanych przez tradycyjną branżę muzyczną, ruch w interesie w sieciach wymiany plików wykazuje stały wzrost. Obecnie codziennie w tym procederze uczestniczy około dziesięciu milionów osób. (…) Codziennie następuje przesył ponad dziewięciu milionów utworów muzycznych” – pisze Anderson. Lessig idzie dalej, pisząc, że skoro 60 milionów Amerykanów łamie prawo, naruszając bez przerwy czyjeś prawa autorskie, to coś jest nie tak z prawem. Nie ma sposobu by penalizować każdego, kto dokonuje naruszeń, zaś z punktu widzenia psychologii społecznej, ale też poszanowania prawa, nie jest dobrze gdy tak wielki odsetek młodych ludzi żyje w poczuciu, że łamią prawo.To są sprawy zasadnicze, na które ACTA nie odpowiada, nie wskazuje także rozwiązań – jak chronić interes twórcy, producenta i nadawcy? Jak wynagradzać pisarza, dziennikarza, naukowca, dydaktyka, muzyka, filmowca, aktora, w czasach, kiedy ludzie chcą mieć darmowy dostęp do kultury, a technologia cyfrowa daje im taką możliwość. Kiedyś sprawa była prosta, chciałeś obejrzeć film – musiałeś albo iść do kina, albo zapłacić za kopię kupując kasetą VHS czy płytę DVD. Nie było alternatywy bo świat był analogowy, kultura miała wymiar materialny. Dziś – poza architekturą – właściwie każde dzieło da się sprowadzić do zero-jedynkowego zapisu, „zmiana od atomów do bitów jest nieodwracalna i nie do zatrzymania” – słusznie wyrokował inny guru cyfrowej kultury, Nicholas Negroponte. Przemysł kulturalny wobec nowej technologii okazał się być bezradny. Na nic zdały się coraz surowsze ograniczenia (m.in. wydłużenie obowiązywania ochrony praw autorskich najpierw z 30 do 50, potem do 70 lat po śmierci twórcy – zmiana przeforsowana przez koncern Disneya, obowiązująca dziś niemal we wszystkich krajach świata), na nic zdały się spektakularne procesy i odszkodowania, zamknięcie Napstera, Audiogalaxy czy Kazaa – ludzie i tak wymieniają się plikami. Ani prawo ustawodawcze, ani wykonawcze nie umie sobie z tym poradzić. „Rola prawa coraz rzadziej polega na wspieraniu twórczości, a coraz częściej na ochronie konkretnych sektorów gospodarki przed konkurencją” – pisze prawnik Lawrence Lessig. Zauważmy, że także u nas głównymi orędownikami podpisania ACTA były organizacje branżowe i chroniące interesy twórców: ZAIKS, ZPAV, Polska Izba Książki, Stowarzyszenie Filmowców Polskich, Stowarzyszenie Dystrybutorów Filmowych, Fundacja Ochrony Twórczości Audiowizualnej itd. Absolutnie ich rozumiem, ich interes jest zagrożony, podobnie jak zagrożony jest interes prasy, tradycyjnego radia, telewizji i wszystkich praktycznie mediów. Szkopuł w tym, że żadne akta interesu tego skutecznie nie ochronią.Walka, jaką konsumentom wydały medialne koncerny, wspierane przez ustawodawstwo i prokuratorów, została przegrana. Zamknięcie Napstera nie tylko nic nie dało, gorzej – na długie lata ucięło możliwość dialogu pomiędzy producentami a odbiorcami. Narosła wzajemna nieufność. Młodych ludzi, ciągnących z internetu pliki MP3, PDF, AVI i tym podobne okrzyknięto złodziejami, co jeszcze zwiększyło wzajemne napięcia i niechęć. Ściąganie plików stało się pewną formą społecznego protestu przeciwko medialnym koncernom. Rzecz w tym, że ten protest dotkliwie odczuwają także twórcy, a bez nich nie będzie ani książek, ani gazet, ani muzyki, ani filmu, pozostanie co najwyżej amatorszczyzna, trwające pięć minut filmiki na YouTube, remiksy, miliardy zdjęć i plików muzycznych, które każdego dnia są wrzucane do serwisów typu Facebook, Flickr czy wspomnianego YouTube. Na świecie jest obecnie ponad miliard blogów, ale czy są one w stanie zastąpić prasę, książki, filmy? W niewielkim stopniu. Przykłady Wikipedii czy kilku blogów poświęconych polityce, medycynie lub ekonomii pokazują, że społeczność potrafi wytworzyć wysokiej jakości treści. Ale jak dotąd żaden bloger nie dostał literackiej nagrody Nobla, żadne arcydzieło nie powstało w internecie, a nowe leki nie powstają w garażach, gdzie amatorzy eksperymentują przy retortach i alembikach. Jeśli ma nastąpić dialog, to w obie strony. Czas już aby konsument zrozumiał, że jeżeli chce mieć w przyszłości wysokiej jakości treści, wysokobudżetowe filmy, muzykę nagrywaną w profesjonalnych studiach, to musi za to płacić. Za darmo czasami może trafić się coś wartościowego, ale tylko czasami i bez żadnych gwarancji. Społeczny dialog nie może pominąć kwestii zasadniczej – długofalowo za darmo się nam nie opłaci. Długofalowo oznacza to śmierć profesjonalnych mediów. To tylko plik nic nie kosztuje, można go za darmo powielić i przesłać. Ale przygotowanie treści jest czasami bardzo kosztowne. Gazety coraz częściej likwidują placówki zagraniczne bo ich nie stać na utrzymanie pracujących tam dziennikarzy, opłatę biura, biletów lotniczych, rozmów telefonicznych itd.  A to tylko jeden z setek przykładów. Być może za dziesięć lat zawód reportera będzie jeszcze trudniejszy do wykonywania niż w latach 60. w PRL, kiedy swoją karierę rozpoczynał Ryszard Kapuściński. To, że Wikipedia z sukcesem wyparła wszystkie profesjonalne encyklopedie do dziś pozostaje jedynym fenomenem cyfrowej nauki. Dziennikarstwo obywatelskie nie osiągnęło poziomu profesjonalnych gazet, wolne podręczniki nie zyskały szerokiego uznania, a pani Kociubińska ze swoim blogiem być może nawet ma sto tysięcy fanów na Facebooku, ale do poziomu artystycznego Wisławy Szymborskiej wciąż ma tak samo daleko jak w czasach, kiedy pisała do szuflady.Jakie rozwiązanie? Być może najprostszym byłoby pobieranie opłat za korzystanie z mediów cyfrowych – telefonii komórkowej, providerów internetu, producentów e-czytników, tabletów i innych urządzeń na rzecz organizacji zbiorowego […]

12 grudnia 2011 o godz. 12:45

Sztuka na cenzurowanym – wystawa w Zachęcie

/wp-content/uploads/2011/12/Goshka-Macuga

W żadnej innej galerii taka wystawa nie miałaby swojej mocy. Warszawska Zachęta jak żadne inne miejsce kojarzy nam się z zamachami na wolność twórczej wypowiedzi, a jeżeli dodamy zamach na prezydenta Narutowicza, to na wolność, demokrację w ogóle. Przypomnijmy tylko kilka głośnych zdarzeń z ostatnich lat – uszkodzenie przez posła Tomczaka rzeźby Cattelana ukazującej Jana Pawła II przygniecionego meteorytem, Daniela Olbrychskiego tnącego szablą portrety aktorów w faszystowskich mundurach, protesty przeciwko "dewiacyjnej" jak pisano wystawie "Ciepło/zimno – Letnia miłość"… Wystawa przygotowana przez Goshkę Macugę przypomina te i inne zdarzenia (m.in. głośne kontrowersje wokół instalacji "Pasja" Doroty Nieznalskiej, zakończone procesem i wygraną artystki – wystawa miała miejsce w 2001 roku w Galerii Wyspa w Gdańsku). Ekspozycja powstawała wokół problemu cenzury w sztuce polskiej po 1989 roku, ataków na obiekty sztuki, artystów, kuratorów, dyrektorów, instytucje. Zamieszczono tu m.in. wycinki prasowe, a także listy pisane przez oszołomów – do ministrów, kuratorów wystaw, samych twórców, dyrektorów muzeów, często zawierające pogróżki (np. "A.Rotterberg dostaniesz meteorem i zobaczysz swoją drogę i gwiazdę"). Wyraźnie pokazują, że wolność twórczej ekspresji nie jest dla społeczeństwa czymś oczywistym i niejednokrotnie wymaga od artysty, ale i kuratora wystawy, odwagi. A jednym z najlepszych przykładów tego, jak miałkie jest u nas przywiązanie do wolności wypowiedzi jest wypowiedź ministra kultury Kazimierza Ujazdowskiego (z 2000 roku), po tym jak zwrócił się do dyrekcji Zachęty nakazując zamknięcie wystawy "Naziści" Uklańskiego: "społeczeństwo nie jest przygotowane do odbioru sztuki". To chyba najsmutniejsza rzecz, jaką mógł zakomunikować minister kultury i SZTUKI.Warto wybrać się na wystawę Goshki Macugi i uważnie wczytać w prezentowane tam dokumenty. W czwartki wstęp do Zachęty jest bezpłatny.

15 listopada 2011 o godz. 19:37

Bandyci kontra faszyści

Wracając pociągiem z Berlina wziąłem zostawione przez kogoś gazety – "Wyborczą" i "Rzeczpospolitą". Obydwie rozpisują się o demonstracjach z 11 listopada. Nie pierwszy raz czytając publicystów obydwu gazet odnoszę wrażenie, że są chyba z innych planet, a przynajmniej mieszkają w innych – wymyślonych we własnych głowach – Polskach. "Wyborcza" pisze o tym jak to pochód faszystowski został zatrzymany, brunatna siła nie wlała się do centrum miasta, wolność raz jeszcze zwyciężyła. No pasaran! "Rzeczpospolita" rozwodzi się na temat lewackich bandytów (z Niemiec!), którzy atakowali na Krakowskim Przedmieściu wesołych staruszków. W obydwu gazetach język konfrontacji, tony nienawiści. Niestety, ten język oszlałych publicystów przejmują politycy, na początku XXI wieku w polskiej publicystyce politycznej mamy język rodem z początku XX wieku, który nijak ma się do rzeczywistości i szczęśliwie nijak ma się do tego, czego ludziom potrzeba. Nietolerancja dla inności, brak zrozumienia, że można mieć odmienne poglądy – taka postawa staje się w głównych mediach powszechna. A efekt jest taki, że nakłady największych gazet spadają, bo czytelnicy słusznie utracili zaufanie, dla mediów, które widzą świat dwukolorowy. Tak jak elektorat stracił zaufanie do polityki. Ten język nienawiści, konfrontacji, inkwizycji, szukanie afer, winnych, epitety w rodzaju "lewaccy bandyci" i "faszyści", to pokłosie afery Rywina. To wówczas media z lekkością zrezygnowały z cnoty obiektywizmu, z wyznaczonej im roli – opisywania a nie kreowania rzeczywistości. Kiedy studiowałem dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim uczono mnie, że elementem etyki tego zawodu jest nie krzywdzić nikogo bez wyraźnego społecznego powodu. Tej etyki w polskiej publicystyce od dawna nie widzę. Pracowałem przez dziesięć lat w "Rzeczpospolitej", gazecie niegdyś najbardziej rzetelnej i obiektywnej w kraju. Dziś jest to to gazeta promująca konfrontację, wyzbyta tolerancji, a i zdrowego rozsądku, gazeta ludzi rozgoryczonych bo przegranych.

4 października 2011 o godz. 00:06

Staromodny dziwak

Coraz bardziej się waham czy nie przełamać niechęci do polityki i lenistwa, i czy nie pofatygować się żeby zagłosować na Palikota, który zdaje się akurat startuje z Warszawy. Lubię Palikota, jest błyskotliwym erudytą, czyta książki, wydaje książki (jest właścicielem wydawnictwa słowo / obraz terytoria), przez jakiś czas nawet próbował sprzedawać książki (był właścicielem m.in. Księgarni Czytelnika w Warszawie i kilku innych). Lubię go też dlatego, że jak mało kto zrobił wiele dla gorzelnictwa w Polsce po 1989 roku. Gdy był właścicielem Polmosu Lublin sukcesywnie wprowadzał wysokiej jakości aromatyzowane owocowe wódki, a następnie nalewki, które jako pierwszy próbował sprzedawać na szerszą skalę. Obecnie Polmos Lublin (Stock Polska) to producent najlepszych w kraju alkoholi w klasie ekonomicznej, z cytrynową lubelską jako okrętem flagowym (oraz całą gamą żołądkowych gorzkich). A Polacy rozsmakowali w czymś więcej niż wódka żytnia. Palikot to zatem też człowiek sukcesu. A poza tym ma niewyparzoną gębę, mówi co myśli, nie bacząc na konsekwencje. Buntownik w świecie polityki. Przegina – fakt, coraz mniej w tym uroku i spontaniczności, coraz więcej póz, jego najnowsza książka-alfabet zakrawa o złe maniery, ale jest w tym jakaś sentymentalna melodia, Palikot z gracją gra rolę XIX wiecznego anarchisty, z gracją bo się w niej dobrze czuje. Jest staromodnym dziwakiem i nawet mu z tym do twarzy. Nie lubię polityków, ale lubię Palikota. Pewnie nie pójdę głosować, ale gdybym to jednak zrobił i oddał głos na Palikota, to bym się tego nie wstydził. To nie zaufanie, nie ufam politykom, to zwykła sympatia.

1 kwietnia 2011 o godz. 12:07

Co legalizować?

Obejrzyjcie dołączony poniżej filmik z wczorajszej debaty sejmowej – pani Beata Kempa z PiS to miss mikrofonu (nie wiem, niestety, jaką mafię sama popiera). Sejm wczoraj znowelizował ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii. Posiadanie jointa nadal jest przestępstwem, ale dobra wola prokuratury może uchronić od kary. Nie wiadomo, ile marihuany czy haszyszu można mieć przy sobie, żeby liczyć na łaskawość. "Niewiele" to sprawa względna, widziałem takich, którzy pięć gram wypalają w jeden wieczór i pewnie jeden gram to dla nich tyle, co nic…Pisałem już jakiś czas temu o Ustawie o wychowaniu w trzeźwości i pomyśle zakazu sprzedaży alkoholu na basenach czy na koncertach oraz o tym, co myślę o pojmowaniu praw obywatela w represyjnej formie ograniczania zakresu jego wolności. Oczywiście wolność osobista nie może stanowić zagrożenia dla społeczeństwa, ale aby zagwarantować bezpieczeństwo nie trzeba zakazywać, wystarczy chronić. W większości europejskich krajów na basenach są barki z alkoholem i nikt nie pływa pijany, nie ma burd, nie ma utonięć… nie dlatego, że np. Czesi mają wyższą od nas kulturę picia (a swoją drogą mają), ale dlatego, że ochrona i ratownicy czuwają nad bezpieczeństwem. Na festiwalach rockowych i na meczach piłkarskich w całej Europie sprzedawane jest piwo i ochrona doskonale sobie radzi z zachowaniem się osób nietrzeźwych. A wracając do legalizacji miękkich narkotyków. Moje poglądy w tej sprawie wcale nie są radykalne, nie uważam, że najlepiej by było gdyby marihuanę można było kupić w kiosku z gazetami, a skręcać blanta w Empik Cafe. Nie mam też wątpliwości, że marihuana rozpierdala mózg i gadanie o jej nieszkodliwości to bajeczka. Ale jeżeli ktoś w domowym zaciszu ma ochotę sobie palić, to jego sprawa. Zakaz powinien obejmować wyłącznie sprzedaż narkotyków oraz publiczne ich zażywanie, przy czym za palenie blantów w lokalu niech odpowiada właściciel klubu, który przymknął na to oko. Posiadanie grama czy pięciu nie powinno być żadnym przestępstwem, poza tym że jest przestępstwem przeciwko własnemu zdrowiu, ale to dotyczy również papierosów i alkoholu, z których sprzedaży państwo czerpie ogromne zyski (skojarzenie z mafią jakoś nie daje mi spokoju, bo państwo działa jak mafia, ściąga haracz od sprzedawców i producentów używek).I ostatnie jeszcze w tym temacie – nalewki. Kiedy wreszcie do polityków dotrze, że domowa produkcja nalewek to nie żadne bimbrownictwo, ale preferowanie zdrowego, ekologicznego tryby życia. Zamiast pić obrzydliwą wódkę owocową marki Finlandia, która nie ma żadnych właściwości zdrowotnych, chyba lepiej jeżeli ktoś zrobi w domu żurawinówkę z własnych owoców, na spirytusie kupionym całkowicie legalnie. Ktoś słusznie powiedział, że nalewki można traktować jak koktajle, zakaz ich produkcji to jak zakaz konsumowania alkoholu z owocami…Więcej racjonalnego myślenia i umiaru, a mniej czczego gadania o mafii, mniej zakazów, a więcej środków na zapewnienie ludziom poczucia bezpieczeństwa. To mój apel do polityków.

24 marca 2011 o godz. 11:54

Portret polskiego socjalisty

/wp-content/uploads/2011/03/Adam-Ciolkosz-Portret-polskiego-socjalisty_Andrzej-Friszkeimages_big17978-83-61006-77-0

Nakładem Krytyki Politycznej ukazała się książka wybitna, najlepsza po 1990 roku rozprawa poświęcona historii polskiej myśli socjalistycznej, a jednocześnie biografia niezwykłego człowieka na tle jego czasów. Chodzi mi o książkę Andrzej Friszke „Adam Ciołkosz. Portret polskiego socjalisty”, która zapewne zgarnie większość nagród dla najlepszych publikacji historycznych 2011 roku.

18 marca 2011 o godz. 17:35

Libia a powściągliwość

Kiedy dziś rano przeczytałem wypowiedź przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, którym niestety jest Polak, były premier Jerzy Buzek (niestety bo wstyd przynosi) w sprawie planów uderzenia na Libię Kadafiego, to tylko z rezygnacją machnąłem ręką – przyzwyczajony, że nasi politycy lubią pchać swoje łapy tam gdzie nie potrzeba. Buzek mówił (cytuję za Interią): To był najwyższy czas na decyzję RB ws. strefy zakazu lotów nad Libią. Cieszę się i odczułem ulgę, że społeczność międzynarodowa musi w końcu podjąć działania, aby powstrzymać Kaddafiego od zabijania własnego narodu. I dalej czytam, że Przewodniczący PE pochwalił wszystkie kraje, w ramach Rady Bezpieczeństwa ONZ i poza nią, które aktywnie promowały zdecydowaną reakcję społeczności międzynarodowej wobec zbrodni popełnionych przez reżim pułkownika Kaddafiego i jego najemników. Teraz musimy przekuć nasze słowa na czyny – stwierdził nasz krajowy mędrzec.Potem spokojnie zająłem się pisaniem opowiadania i oglądaniem skoków narciarskich, dochodząc do wniosku, że inne komentarze polskich polityków będą w tym samym tonie, no bo przecież Polak pierwszy do awantury, a jeszcze jak awantura ma poparcie USA i NATO, to wówczas pierwszy przed pierwszymi jak to się ładnie mówi. Ale skończyły się skoki, wchodzę na Interię i czytam zupełnie zaskakujące wypowiedzi. Otóż minister obrony narodowej mówi, że nie ma mowy o wysyłaniu polskich wojsk do Libii. Czytam i oczom nie wierzę: Resort obrony jest jednak zdania, że jedyną formą zaangażowania naszych żołnierzy w akcję Sojuszu mogłyby być działania humanitarne i wykorzystanie lotnictwa transportowego. Ale to nie koniec, otóż chwilę potem zaskakuje mnie premier Tusk, a tego się po nim absolutnie nie spodziewałem (że potrafi zaskoczyć). Znów cytuję za Interią słowa premiera, które na chwilę przywracają mi wiarę w zdrowy rozsądek polityków: Jestem przekonany, że Polska powinna prezentować w tej sprawie zdrowy rozsądek i powściągliwość. W sytuacji, kiedy niezbędna będzie potrzeba humanitarnej i solidarnej akcji ogólnoeuropejskiej w przypadku ludności cywilnej, będziemy rozważać ewentualne nasze uczestnictwo (…). Jeśli chodzi o konflikt zbrojny i ewentualność interwencji, to Polska pozycja będzie jednoznaczna – powściągliwość i spokojne reagowanie w tej sytuacji. W sytuacji, z którą mamy do czynienia w Libii, na pewno nie ma mowy o zagrożeniu polskich interesów czy polskiego bezpieczeństwa, ani ogólnie rzecz biorąc natowskiego. Dlatego rozumiejąc zaangażowanie i emocje niektórych przywódców europejskich, my nie podzielamy tych emocji, tego punktu widzenia, który skłania niektórych do szybkich, drastycznych kroków – powiedział premier.Kadafi ma gębę jak Nosferatu, nikt jego fanem nie jest, ale Tusk do cholery ma absolutnie rację i nigdy nie sądziłem, że coś takiego napiszę. POWŚCIĄGLIWOŚĆ, jak ja lubię to słowo, jakże bym chciał częściej je słyszeć w naszych debatach politycznych.A ja byłem pewien, że wszyscy będą równie mało powściągliwi jak Buzek.ps. Obawiam się, że komentarze prasowe jutro będą mało przychylne premierowi, niestety, nasi dziennikarze i komentatorzy polityczni zwłaszcza w sprawach zagranicznych rzadko mają w swoim ograniczonym zestawie słów "powściągliwość".

5 marca 2011 o godz. 15:06

Śmierć gazet i nie tylko

Bernard Poulet – „Śmierć gazet i przyszłość informacji” – to przetłumaczona z francuskiego rozprawa, która wyszła własnie nakładem wydawnictwa Czarne.Świetnie napisana, uargumentowana, przekonująca książka, która przeraża czytelnika nie tyle wizją świata bez gazet, bez nich pewnie moglibyśmy się obyć, ale świata bez rzetelnej, profesjonalnie przygotowanej informacji. A bez informacji zamyka się przestrzeń społecznej debaty, bez informacji nie tylko trudno uprawiać politykę, bez informacji trudno wyobrazić sobie demokrację.Ale jak to bez informacji? A czyż internet nie jest źródłem nieograniczonego, bezpłatnego, bezbrzeżnego oceanu informacji? Otóż i tak, i nie. Internet rzeczywiście daje dostęp do wiedzy, a wyszukiwarka Google pozwala natychmiast znaleźć informację, ale… te informacje pochodzą w większości z agencji prasowych i z gazet. Internet powiela informacje, produkuje zaś głównie komentarze oraz niezliczoną liczbę materiałów rozrywkowych oraz zwyczajnych śmieci – informacji nieprawdziwych (jak bez profesjonalnych mediów będziemy odróżniać prawdziwe od fałszywych?) czy ekshibicjonistycznych wyznań na blogach, a także tworzy tzw. społeczności, które polegają głównie na wymianie linków.

2 marca 2011 o godz. 16:16

Na kolanach o Żelaznej damie

John Blundell jest autorem wydanej własnie po polsku biografii Margaret Thatcher.Bardzo jednostronna biografia, pisana przez konserwatywnego polityka, który ani przez moment nie ukrywa swojej fascynacji dokonaniami Żelaznej Damy. Już przedmowa, jaką Blundell napisał specjalnie dla polskiego czytelnika, wzbudza nieufność. Panegirysta pisze: „Pozostawiła naród ludzi w dużej części z siebie zadowolonych i chodzących z podniesionymi głowami, kwitnącą gospodarkę”. Skoro było tak dobrze, to dlaczego w 1990 roku musiała ustąpić w wyniku narastającej niechęci we własnej partii? Dlaczego w 1997 roku konserwatyści ponieśli rekordową w historii porażkę, oddając władzę laburzystom pod przywództwem minoderyjnego Tony’ego Blaira? Wreszcie, skoro tyle jej naród zawdzięcza, to dlaczego ten sam naród w 2002 roku przyznał jej trzecie miejsce na liście stu najbardziej nielubianych Brytyjczyków?.Zafascynowany wolnością gospodarczą Blundell z lekceważeniem traktuje wolności obywatelskie. A przypomnijmy, że rządy Thatcher to m.in. okres rozbijania związków zawodowych, niespotykanych w krajach demokracji uprawnień policji, a jednocześnie brutalnych starć młodych ludzi z policją. To też okres rosnącego bezrobocia i obciążeń podatkowych najbiedniejszych grup społecznych. Wielu ekonomistów, mniej przychylnych pani Thatcher, zwraca uwagę, że faktyczny wzrost gospodarczy był nie tyle bezpośrednio związany z jej polityką, co z sytuacją na rynkach światowych, w tym bardzo korzystnymi cenami ropy w latach jej rządów. W kontekście wojny o Falklandy Blundell pisze: „Jedenaście tygodni wojny (…) przetransformowało panią premier z przywódczyni własnego państwa w postać rangi światowej”. Tymczasem wiadomo, że bezsensowny konflikt był prowokacja polityczną… obliczoną na wygranie przez partię Thatcher najbliższych wyborów w atmosferze patriotycznego zrywu. Do listy grzechów Żelaznej Damy polski czytelnik mógłby jeszcze dodać jej wyraźną niechęć do rozszerzania Unii Europejskiej.Biografia Johna Blundella pisana jest na kolanach i spełni oczekiwania wyłącznie tych czytelników, którzy podzielają poglądy jej bohaterki, a tak kontrowersyjna postać wymaga rzetelnej, nie nacechowanej ideologicznym uwielbieniem, oceny.