Materiały wg tagu "postawy"

3 marca 2014 o godz. 21:01

Jedno wielkie błazeństwo

Sytuacja na Ukrainie
Map_of_Ukraine

Nie komentuję zwykle polityki, nie mój to ogródek, nie głosuję, nie popieram nikogo, niech sobie robią co chcą, byle daleko ode mnie. Zachowania polityków w sprawie Ukrainy są jednak tak żenujące, w dodatku znajdują tak dużą przychylność w mediach, że robi mi się niedobrze. Zacznijmy od naszego podwórka. Kaczyński domaga się od prezydenta i premiera ostrych sankcji wobec Rosji, minister Sikorski udaje, że gra w Europie pierwsze skrzypce, a politycy od lewa do prawa korzystają, że na Ukrainę mogą wjechać bez wiz i może ktoś ich pokaże, w którejś z setek stacji telewizyjnych, jak ingerują w sprawy innego kraju, innego narodu, jak wpychają się tam, gdzie nie jest ich miejsce. Nienawiść między PiS i PO sprawia, że nasi politycy licytują się jak zwykle w pseudodziałaniach, obrzucają oskarżeniami, za nic mają rację stanu, a tą jest nie drażnienie Rosji! We własnym i ukraińskim interesie. Wiedzą o tym w całej Europie, tylko nie u nas, bo jesteśmy mądrzejsi, bo to my mieliśmy Solidarność i daliśmy w latach 80. XX wieku impuls do zmian. Te barany zapominają, że Wałęsa, Mazowiecki, Modzelewski, Kuroń, Michnik, Geremek i inni ówcześni działacze Solidarności o przejęciu odpowiedzialności za państwo rozmawiali przy okrągłym stole, a nie na ulicy. Były strajki, ale nie było rozpierduchy. To, co dzieje się na Ukrainie jako żywo przypomina Moskwę po puczu Janajewa, tak samo wierzę w demokrację w wydaniu obecnego premiera Ukrainy, jak wówczas wierzyłem, że demokratą jest Borys Jelcyn. Trzeba być ślepym, żeby nie widzieć, że to ten sam mechanizm. Demokracji nie buduje się wysyłając za prezydentem list gończy. Jakby nie patrzeć, wolę transformację, w której generał Jaruzelski pobiera emeryturę, niż taką, w której Nicolae Ceaușescu zostaje razem z żoną rozstrzelany. Oczywiście, inna była skala przewin, ale też demokracja nie polega na niszczeniu przeciwnika. Niestety, widzę, że nasza demokracja coraz bardziej zmierza w kierunku tradycji rumuńskich czy rosyjskich, nie francuskich czy brytyjskich. Mieszanie się przez Polskę w sprawy wewnętrzne Ukrainy w innym wymiarze niż humanitarny, to bardzo poważny błąd. Eskalowanie nastrojów, to już oznaka absolutnej politycznej głupoty. Politycy, którzy jeżdżą na Ukrainę i chcą na ulicy mieszać się w sprawy drugiego państwa, niestety ale są zwykłymi awanturnikami. Dają Putinowi argumenty, których on na pewno nie omieszka wykorzystać. Działają bezmyślnie, na szkodą dla Ukrainy, na szkodę Polski, destabilizują sytuację w Europie.

2 marca 2014 o godz. 18:30

Zalani przez pustosłowie

DemosthPracticing

Czytam właśnie raport o przyszłości czytelnictwa prasy, a w nim informacja, że codziennie w internecie pojawia się 1,6 biliona słów, czyli w przybliżeniu tyle, ile składa się na 35 mln książek, a tyle dzieł liczy cała zawartość biblioteki Kongresu USA. Niby o tym wiem, niby widzę jak zalewa mnie pustosłowie, a jednak takie liczby przemawiają do wyobraźni. Po co nam te wszystkie słowa? Czy nie można by jednak trochę mniej pisać, a więcej myśleć? No ale sam przecież piszę, dodaję swoje każdego dnia do tego biliona, więc może nie powinienem krytykować…

4 lutego 2014 o godz. 14:05

Darmowy podręcznik z mojej emerytury!

Wiadomo już, z czego rząd zamierza finansować kiełbasę wyborczą, jaka w ekspresowym terminie ma trafić na nasze stoły. Ekspresowa kiełbasa może być surowa i niedoprawiona, ale darmowa. Otóż rozdając kiełbasę, rząd jednocześnie zabiera przyszłość, iście diabelski to chwyt, tyle, że Faust podpisywał cyrograf świadomie i z korzyścią bardziej wymierną niż darmowy podręcznik, choć w tamtych czasach pewnie byłby to sporo wart inkunabuł na pergaminie, oprawiony w skórę, złocony i zdobiony kosztownymi kamieniami. Czasy jednak się zmieniły, a kiesa rządowa pusta, więc i nagroda skromna, dobrze że choć papierowa, za rok, może dwa, będzie już tylko wirtualna. Jakże rozdawanie wirtualnych kiełbas wzbogaci przyszłą politykę! A tak całkiem serio, to rząd zagarnął ponad 150 miliardów złotych naszych oszczędności emerytalnych, które wpłacaliśmy od 14 lat do OFE. Potrzebował, na łatanie dziur w budżecie i obietnice w rodzaju darmowych podręczników, więc zabrał – czytam w „Rzeczpospolitej”, że z funduszu emerytalnego każdego obywatela zniknęło 18273 zł. Toż za to mógłbym kupić podręczniki do wszystkich przedmiotów, dla wszystkich kolegów mojego syna i jeszcze by mi zostało w kieszeni na szklaneczkę dobrej whisky. Przepraszam, ale tak rozdawać to każdy chce! Mateusz Pawlak w „Rzeczpospolitej” zwraca uwagę na zachwianie zaufania do instytucji państwowych, ale i finansowych, bo taki będzie efekt ograbienia obywateli z połowy ich funduszy emerytalnych. W cywilizowanym świecie rzecz niepojęta, ale też w cywilizowanym świecie nikt nie myśli, ze uszczęśliwi masy jednym, państwowym podręcznikiem. Niemal nigdy nie zgadzam się z publicystycznymi ocenami „Rzeczpospolitej”, której autorzy widzą Polskę w barwach czarno-czarnych, ale w tym przypadku trudno nie przyznać racji, gdy czytamy: „ponad 150 miliardów złotych naszych oszczędności zdeponowanych w stworzonym i firmowanym przez państwo systemie emerytalnym zostanie w karygodny sposób przez to samo państwo zagrabione”. Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego władza pokazuje, że bliżej jej niestety do standardów azjatyckich. W Chinach dzieci też uczą się z darmowych, państwowych podręczników. Za pieniądze podatników, rzecz jasna. Nie chcę kiełbas wyborczych. Chcę płacić za przyszłość swoją i kolejnych pokoleń, chce mieć pewność, że jeśli wykupię obligacje państwowe, to dostanę to, co mi państwo gwarantuje. Teraz tej pewności nie mam, a za darmowy podręcznik bardzo dziękuję.

2 lutego 2014 o godz. 17:05

Śliwka, gruszka, czereśnia…

Nie mogę się powstrzymać, żeby nie puścić tego w obieg… Oto piosenka węgierskich nacjonalistów, niezwykle popularnej grupy Kárpátia pod wiele mówiącym tytułem „Pálinka”, z dodanym polskim tłumaczeniem, żeby było wiadomo o co madziarskim narodowcom chodzi. „Śliwka, gruszka, czereśnia, niech żyje ojczyzna!” – oto węgierski nacjonalizm! Na zdrowie i każdy Węgier do gospody! I czy u nas nie może być podobnie? Zamiast burd, dewastacji, demonstracji… Kiedy i u nas śliwka, gruszka, może być i jabłko, może być i żyto, symbolizować będę ojczyznę, wówczas sam zostanę nacjonalistą. A na razie, dokąd śliwka we wzgardzie, trudno być choćby patriotą.

4 grudnia 2013 o godz. 11:29

Jewthenija Tymoszenko przyszłością Ukrainy

/wp-content/uploads/2013/12/EPP_Congress_Marseille_Yevhenia_Carr

Nie znam się na polityce. Ilekroć na kogoś głosowałem, okazywał się durniem i musiałem się wstydzić. Bardziej bym się interesował polityką gdybyśmy mieli u siebie taką Jewtheniję Tymoszenko. Niestety, u nas do polityki pchają się brzydule. Nie znam się na polityce, ale córce pani Tymoszenko oddałbym wszystkie głosy i nie tylko głosy. Ta młoda dama zostanie w przyszłości prezydentem Ukrainy. Zobaczycie!

27 września 2013 o godz. 19:20

Hucpa za pieniądze miasta

/wp-content/uploads/2013/09/wwa-herbo

W moje urodziny w Warszawie ma odbyć się referendum w sprawie odwołania pani Gronkiewicz-Waltz. I to bynajmniej nie za to ma być odwołana, że pogoniła skłotersów z Elby, ale za jakieś bliżej niekreślone grzeszki – droższe bilety itp. Kilku pieniaczy wymyśliło sobie referendum, a to ma kosztować miasto ok. 2,5 mln zł. To są pieniądze, które miały iść na inwestycje drogowe. Od biedy, mogłyby też iść na bilety autobusowe czy cokolwiek innego, ale idą w błoto.Demokracja kosztuje. Ok. Ale demokracja to nie hucpa, lecz odpowiedzialność. Żeby to referendum w ogóle było ważne, musi wziąć w nim udział blisko 390 tys. osób. Co będzie, jeśli okaże się, że mieszkańcy miasta mają to gdzieś, że to tylko polityczne smrodki, które nikogo nie obchodzą? Uważam, że wówczas koszt bezsensownego referendum powinny pokryć partie zaangażowane w te głupoty. Bo dlaczego mamy płacić wszyscy za czyjeś widzimisię? Obojętne mi, kto jest prezydentem miasta, nigdy nie głosowałem na żadnego, ale nie jest mi obojętne tak absurdalne marnotrawstwo miejskich pieniędzy. 

19 września 2013 o godz. 17:44

Ekologia nieczytania

/wp-content/uploads/2013/09/Piszczyk-i-noty-degustacyjne-4-Desktop-Resolution

Do moich ulubionych argumentów jakimi lenie i analfabeci się posługują, gdy odpowiadają na pytanie, dlaczego w ich domu nie ma książek należy odpowiedź: „bo to nie ekologiczne, przez książki wyrąbywane są lasy” (inny wspaniały argument to: „książki to roztocza, dziecko się uczuli”). Otóż czytam właśnie opracowanie dotyczące papieru wykorzystywanego do produkcji książek. I tam znajduje taką oto statystyczna informację: „Powierzchnia lasów w Europie od 1950 roku zwiększyła się o 30 proc. i obecnie przybywa 607 tys. ha rocznie”. To jak to jest z tą „ekologią nieczytania”?

4 lipca 2013 o godz. 11:47

Dalej śmierdzi

/wp-content/uploads/2013/07/Kuba-Wojewodzki

Kuba Wojewódzki jest zapewne najdroższym dziennikarzem RP. Właśnie Sąd Najwyższy podtrzymał karę nałożoną na TVN w wysokości blisko pół miliona złotych, za to, że goście Wojewódzkiego, za jego namową, wpychali białoczerwone chorągiewki w imitację psiego gówna. Może gdyby dziennikarz odpowiadał solidarnie z TVN, jak to zwykle jest w takich sytuacjach, humor by mu się popsuł.Nie jestem fanem humoru Wojewódzkiego, wolałbym żeby wyznacznikiem poziomu polskiego dziennikarstwa był np. dobry reportaż, a nie program kabaretowy. Ale Wojewódzki ma swoich fanów, którym jego styl odpowiada. Ma też wrogów, jak widać ci drudzy są mocniejsi, choć to ci pierwsi głosują swoim udziałem przed ekranem. Zwykle jednak jest tak, że najbardziej oburzeni są ci, którzy nie uczestniczą. Gdyby to odnieść do reguł demokracji, to powinniśmy przyjąć, że nie biorąca udziału w wyborach większość decyduje o obsadzaniu polityków na ich stołkach. Wracając do psiego gówna. Ukarali Wojewódzkiego, a ono nadal śmierdzi. Dobrano się do narodowych świętości, zainteresowanie prokuratury, polityków i mediów zogniskowało się na bezczeszczonych chorągiewkach, a psie gówno jak leżało na chodnikach, tak leży. I to chyba jedyny morał całej tej sprawy, nie warto zwracać uwagi na to, że coś śmierdzi, bo jak śmierdzi, to znaczy, że tak ma być. Przewróciło się, niech leży. Jako obywatel czułbym się bardziej komfortowo, gdyby prokuratorzy zamiast karać prześmiewcę (choćby i pozbawionego smaku), zajęli się właścicielami srających psów. Gdyby zamiast chronić symbole, zajęli się syfem w miastach. Szczający pod parkanem szkoły menel więcej przynosi szkody niż wetknięta w gówno chorągiewka, choćby nawet jej kolor był białoczerwony. 

23 czerwca 2013 o godz. 17:57

Małe? Ależ z przyjemnością wypiję

/wp-content/uploads/2013/06/Lukow-4

Spędziłem weekend w zacnym towarzystwie „minialkoholistów maniaków”, czyli kolekcjonerów miniaturek alkoholi. Sam żadnych miniaturek nie kolekcjonuję, kolekcjonuję wyłącznie smaki, noty degustacyjne i zdjęcia opróżnionych flaszek oraz flaszeczek. Po spotkaniu z kolegami maniakami doszedłem do wniosku, że moje hobby zdecydowanie zajmuje mniej miejsca w mieszkaniu (kilkaset gigabajtów w pamięci komputera, tymczasem szaleńcy mają po kilka tysięcy buteleczek meblujących wszystkie ściany, a może i nawet toalety oraz toaletki). Wydajemy pewnie porównywalne pieniądze na nasze hobby, ale moje z racji tego, że wszystko jest magazynowane w wątrobie i wydalane wraz z potem, wydaje się być jednak bardziej ekonomiczne. Nie starałem się jednak nawracać maniaków na zbożną drogę picia, tylko łakomie patrzyłem, co oni tam mają, bo przywieźli ze sobą tysiące małych buteleczek. Czułem się jak w najlepiej zaopatrzonym barze świata, w dodatku ceny przystępne, dużo taniej za 50 ml dobrego koniaku niż w barach warszawskich, że o Paryżu nie wspomnę. Toteż łypałem pożądliwie i tu i ówdzie coś wyławiałem do własnej niematerialnej kolekcji. To znaczy chwilowo jest materialna, bo przywiozłem ponad 80 pełnych buteleczek, których opróżnienie zajmie mi pewnie trochę czasu, ale już się cieszę na te degustacyjne wieczory!

9 kwietnia 2013 o godz. 20:13

Jaja z Thatcher

/wp-content/uploads/2013/04/Malvinas-cartel

Telewizje tajwańska i tajlandzka w wiadomościach o śmierci byłej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher pokazały – na Tajwanie zdjęcie Elżbiety II, a w Tajlandii amerykańskiej aktorki Meryl Streep. My za to postanowiliśmy nazwać jedno z głównych rond Warszawy nazwiskiem Żelaznej Damy i chcemy jej stawiać pomnik. Szczerze mówiąc poczucie humoru Tajów bardziej mi odpowiada. 

4 kwietnia 2013 o godz. 21:43

Resist Festival

/wp-content/uploads/2013/04/Resist-Fest-II

W dniach 6-7 kwietnia na skłocie Przychodnia w Warszawie odbędzie się druga edycja Resist Festival. W programie m.in. warsztaty, spotkania, koncerty, pokazy filmowe.

13 stycznia 2013 o godz. 00:11

Czesi mają jaja

/wp-content/uploads/2013/01/Vladimir_Franz

W Czechach odbyły się właśnie wybory prezydenckie, w sumie nic ciekawego, w pierwszej turze najwięcej głosów dostał lewicowy ateista, który podobno jest przeciwny legalizacji marihuany, ale to nie on jest gwiazdą obiektywów. Z poparciem 7 proc. elektoratu odpadł, ale przecież zwyciężył, Vladimir Franz z całym ciałem (90 proc., w tym cała twarz) pokrytym tatuażami. Franz to performer, kompozytor, malarz, profesor na Wydziale Teatralnym Akademii Sztuk Scenicznych w Pradze. Wygląda jak członek Rodziny Addamsów albo plemiania ludożerców. Nie ma dwóch zdań, Czesi mają jaja! Przed wyborami Franzowi sondaże dawały nawet 11 proc. poparcia!

21 grudnia 2012 o godz. 12:17

Kolejny zwykły dzień kota jak codzień

/wp-content/uploads/2012/12/Muniek-6

„Końca świata nie było, nic się nie wydarzyło, żaden żandarm nie przyszedł i nie walnął mnie w pysk” (Cool Kids of Death).Wstałem o 11.12 bo Muho zaczęło mi radośnie tańczyć po brzuchu, że nie ma zapowiedzianego na 11.11 końca świata, czas na obiecane przysmaczki i zabawy. No to zwlokłem się pomimo przeziębienia. Kot rzecz święta, jak nie ma końca świata, to niech dziś będzie kolejny w roku dzień kota.

20 grudnia 2012 o godz. 19:49

Jutro śpię do 11.15

/wp-content/uploads/2012/12/mini-muxo

Skoro o 11.11 ma być koniec świata, to wolę go przespać. Gdybym miał się obudzić na tamtym świecie, to poproszę razem z moją kotką.Jako dziecko straciłem wiarę. Zapytałem księdza, czy mój pies, kundel Tuki, pójdzie po śmierci do nieba? Ksiądz niewzruszenie odparł, że zwierzęta nie mają duszy. Sam nie miał. A ja mu głupi uwierzyłem i przykro mi się zrobiło. Teraz wiem, że kłamał. Moja kotka ma dziesięć razy więcej duszy niż ja sam. Wspólny koniec świata nie jest nam zatem straszny, będziemy spać razem do 11.15. A jak nic się nie wydarzy, to powitamy 21 grudnia wesołym mruczandum.

11 listopada 2012 o godz. 15:17

Wolność słowa i jej „męczennicy”

/wp-content/uploads/2012/11/rzeczpospolita

Od kilku dni noszę się z tym komentarzem. Wydawca „Rzeczpospolitej” zwolnił niedawno czterech dziennikarzy: redaktora naczelnego Tomasza Wróblewskiego, jego zastępcę Bartosza Marczuka, kierownika działu krajowego Mariusza Staniszewskiego i reportera Cezarego Gmyza, autora tekstu o tym, że katastrofa smoleńska to rosyjski spisek bo eksperci odnaleźli garść prochu. Prawicowe media zawrzały, że atakuje się wolność słowa, a ze zwolnionych dziennikarzy już zrobiono męczenników. Podobny mechanizm zadziałał kilka lat temu, gdy z „Rzeczpospolitej” zwolniono Wildsteina. Od razu został męczennikiem demokracji, a jego akcje na salonach wzrosły, w ślad za tym zarobki, jednym słowem nie tylko spadł na cztery łapy, na zwolnieniu z roboty skorzystał. Z pewnością tak samo będzie z nowymi męczennikami, a może jak Wildstein w glorii i chwale za jakiś czas wrócą do „Rzeczpospolitej”.Decyzja Grzegorza Hajdarowicza by zwolnić dziennikarzy odpowiedzialnych za druk wysoce wątpliwego materiału, jak najbardziej mieści się w obyczajach przyjętych na rynkach medialnych całego demokratycznego świata. Rolą mediów jest pisać prawdę i niepotrzebnie nie szkodzić. „Rzeczpospolita” dawno nie spełnia obydwu kryteriów. Już w czasach afery Rywina stała się gazetą stronniczą, upolitycznioną i jednostronną, daleką od dziennikarskich standardów nakazujących obiektywizm. Stała się gazetą żerującą na ludzkiej krzywdzie i szukającą ofiar. Gazetą jątrzącą i niebezpieczną dla polskich interesów, bo ustawianie nas w roli wroga Rosjan to strategia nie tylko głupia, to strategia szkodliwa także w kontekście naszych interesów na Zachodzie. Dotąd brak obiektywizmu „Rzepie” uchodził zazwyczaj na sucho, jeśli nie liczyć tego, że średni nakład spadł w porównaniu do czasów sprzed afery Rywina o ponad połowę, bo co bardziej wstrzemięźliwi czytelnicy odwrócili się oburzeni stylem, w jakim relacjonuje się tam zdarzenia. Wbrew temu, co piszą prawicowe media, Hajdarowicz nie występuje przeciwko wolności słowa, przeciwnie. Czytelnik ma prawo do prawdy, do uczciwego przedstawienie zawiłości problemu, do własnej oceny faktów, do poznania stanowiska każdej ze stron. Tym standardom nadal hołduje zresztą wielu dziennikarzy „Rzepy”, tak pisane są materiały na stronach poświęconych prawu i ekonomii, informacje sportowe i kulturalne. Ale „Rzeczpospolita” w części politycznej od dawna traktuje swoich czytelników albo jak debili, albo jak nawiedzonych, sugerując im interpretacje faktów. Gdyby dziennikarz ograniczył się do informacji o znalezionym trotylu, nie było by sprawy, od tego są wolne media. Ale komentarz sugerujący zupełnie niezbadane możliwości i przedstawiający je jako pewniki, wykracza poza powinność mediów, jest nieuczciwy wobec czytelnika i bynajmniej wolności słowa nie służy, tak jak nie służy jej pisanie, że ziemia jest płaska, albo, że Polacy mordowali Żydów w Auschwitz. Są granice manipulacji, i są granice bzdury. Wolność słowa to też szacunek dla inteligencji czytelnika, bynajmniej nie dziennikarska buta. Paradoksalnie, decyzja Hajdarowicza poszerza nasze wyobrażenie wolności słowa, pokazuje bowiem, że dziennikarstwo ma misję. Tą misją nie jest pouczanie czytelnika, ale rzetelne informowanie. Nie szkodzić, pisać prawdę i występować w interesie społecznym, te zasady wciąż są aktualne. Niestety, obawiam się, że lekcja jakiej chciał udzielić wydawca nie zostanie zrozumiana, a „męczennicy wolności słowa” chodzić będą w glorii i chwale. Kiedy pracowałem w „Rzeczpospolitej” jej dewiza brzmiała: „my dostarczamy informacji, ty podejmujesz decyzje”. W ostatnich latach dziennikarze „Rzepy” chcieli by czytelnik podejmował decyzje pod ich dyktando. To nie jest dobra droga.

31 października 2012 o godz. 20:51

Jadę do Ruskich

/wp-content/uploads/2012/10/ulan

W mediach straszą, że będzie wojna bo Ruscy nam wysadzili samolot z prezydentem. Rewelacje odkryła jak zawsze czujna „Rzeczpospolita”, był trotyl, a może i nitrogliceryna, będzie wojna, będzie krwawa rzeź. Wszak nie możemy patrzeć bezczynnie, czas na odwet. Czytam w Interii, że Jarosław Kaczyński mówi o „zamordowaniu 96 osób w tym prezydenta”, a PiS na swojej stronie internetowej ponoć wywiesił hasło: „To już pewne: zginęli w zamachu”. Myślałem, że dla nich to było od początku pewne, ale jednak nie.No to jadę w bojowym nastroju, przekonać się na własne oczy czy Ruscy kopią już okopy by odeprzeć atak szarży ułańskiej Kaczyńskiego et consortes. Mam nadzieję, że mnie tam nie aresztują jako wysłannika wrogiego mocarstwa, ani nie wysadzą w powietrze za to, że mam polskie rejestracje. Może dla bezpieczeństwa powinienem na szybę nakleić wlepkę „Nigdy nie głosowałem na Kaczyńskiego”? No nie głosowałem, ale wstydzić się muszę.

23 października 2012 o godz. 20:57

Trzecia rewolucja przemysłowa

/wp-content/uploads/2012/10/dlaczego-politycy-klamia_171879

Kiedy w 1980 roku Alvin Toffler pisał „Trzecia falę”, mógł jedynie przewidywać zmiany w organizacji społecznej i ekonomii, jakie wywoła rewolucja technologiczna i komunikacyjna, byliśmy jednak w przededniu rewolucji informatycznej, przed pojawieniem się domowych komputerów, a internet był elementem fantastyki naukowej. Mimo to Toffler już wówczas zapowiadał pojawienie się prosumenta, konsumenta, który jest jednocześnie producentem, odbiorcy, który jest jednocześnie nadawcą. Jeremy Rifkin, ekonomista, autor m.in. rewelacyjnej książki „Koniec pracy”, nie odwołuje się wprost do Tofflera, ale bez wątpienia jest jego godnym kontynuatorem, a tytuł „Trzecia rewolucja przemysłowa” nawiązuje do „Trzeciej fali”. Jaka będzie ta rewolucja? Informatyczna rzecz jasna, oparta na odnawialnych źródłach energii, coraz bardziej kolektywna. Rifkin zapowiada rozproszony kapitał, ekonomię opartą na innowacji i na działaniu małych przedsiębiorstw o charakterze lokalnym, lecz dzięki technologiom telekomunikacyjnym włączonych w globalną sieć. „Punkt ciężkości w kwestii kontroli nad produkcją energii zaczyna się przesuwać od ogromnych koncernów zajmujących się eksploatacją paliw kopalnych w stronę milionów drobnych producentów, generujących we własnych domach elektryczność ze źródeł odnawialnych i sprzedających nadwyżki na wspólnym rynku informatyczno-energetycznym. Nowa epoka przyniesie ze sobą reorganizację stosunków energetycznych na każdym poziomie społeczeństwa. »Demokratyzacja energii« odbije się wyraźnie na tym, w jaki sposób będziemy organizować wszystkie aspekty ludzkiego życia w nadchodzącym stuleciu. Wkraczamy oto w wiek »rozproszonego kapitalizmu«” – pisze Jeremy Rifkin. Jest w tym bez wątpienia idealistyczna wiara w humanistyczny wymiar ekonomii. Krytycy takiej wizji wskażą na niebywałą koncentrację wiedzy i kapitału w postaci takich globalnych korporacji informatycznych jak: Google, Microsoft, Apple czy Amazon. Współczesny biznes wcale nie jest mniej drapieżny niż w czasach drugiej rewolucji przemysłowej. Rifkin przedstawia nam wizję lepszego świata, wizję optymistyczną i nie koniecznie nie możliwą. Warto by politycy choć w części potraktowali ją jako własny program.

21 września 2012 o godz. 00:18

Jeszcze o wódce

/wp-content/uploads/2012/09/kieliszek2

Już 23 Czechów zmarło od wódy. Plaga. Aktualny trop wskazuje jednak na Ukrainę… dlaczego mnie to nie dziwi? Ale nie o tym. Otóż przy okazji afery metanolowej w mediach zaroiło się od artykułów na temat branży spirytusowej i wreszcie została podjęta sprawa marży polskich gorzelni, które zwyczajnie nie zarabiają na produkcji wódki, bo z jednej strony jest zabójcza akcyza, z drugiej – nie mniej zabójcza konkurencja, która powoduje, że największe firmy konkurują ceną i walczą o najniższą półkę, czyli oferują najtańszą, najgorszą wódę, na której zarabiają po kilkanaście groszy na butelce. Paranoja, ale niestety to rzeczywistość dobrze znana polskiej branży spirytusowej. To, co można kupić za kilkanaście złotych w hipermarkecie wprawdzie nie jest trujące, ale jest paskudne. Nie oszukujmy się, dobra wódka nie może kosztować mniej niż 50-70 zł. Konkurencja i akcyza powodują, że kolejne firmy z wielką tradycją (i z doskonałymi wódkami w ofercie) bankrutują. Pierwszy bodaj był Polmos Warszawa, czyli Wytwórnia Wódek Koneser, ale przecież ostatnie kilkanaście miesięcy to m.in. upadłość Polmosu Szczecin (z jego doskonała Starką) czy Polmosu Józefów (z również znakomitą Kasztelańską). Z rynku znikają kolejne dobre wódki, natomiast pojawiają się paskudne tanie marki. Czy naprawdę polski konsument jest tak niewybredny? Czy będziemy skazani na picie paskudnych wódek przez idiotyczna politykę fiskalną polskiego rządu?

19 września 2012 o godz. 12:10

We śnie

/wp-content/uploads/2012/09/ze-snu

Sny są znacznie ciekawsze niż życie. Cóż zatem złego w przesypianiu życia? To najbardziej zdrowa używka, najbezpieczniejszy nałóg. I najbardziej egzotyczna podróż.

17 września 2012 o godz. 12:09

Metanol

/wp-content/uploads/2012/09/27-Ruzomberok-15

Alkoholowa afera rozkręca się w najlepsze. Od metanolu zmarło już 20 Czechów i 4 Polaków. Wprowadzono u nas zakaz sprzedaży alkoholu z Czech. Tymczasem Czesi twierdzą, że to naszym alkoholem się potruli. Wielce oryginalna teza, bo pierwsze słyszę, żeby Czesi przyjeżdżali do nas kupować alkohol, zawsze transfer tego dobra przez granicę wiódł w odwrotnym kierunku. A może ci zatruci na śmierć nie alkohol pili, tylko autowidol? Oto Czesi mają nowy trop. „Jedna z wersji nie wyklucza, iż źródłem skażonego alkoholu był pochodzący z Polski koncentrat niezamarzającego płynu do spryskiwaczy”. Gazeta „Lidove Noviny” pisze, że po zatruciu takim koncentratem zmarły w Polsce dziesiątki osób. „W ubiegłym roku zatruło się nim 77 Polaków, a w 22 przypadkach odnotowano śmierć” – przypomina dziennik. Kto pije autowidol ten ma czerwony ryj, stara prawda sprawdza się po latach w formie straszliwej epidemii. A może starą polską „Pirat Vodka” zacni zatruci żłopnęli?, znaną też jako „Jagodziana na kościach”.