Materiały wg tagu "podróże"

21 kwietnia 2010 o godz. 17:40

Kartka z podróży (2) – Austria, Słowenia

/wp-content/uploads/2010/04/maribor2010-1

Jestem już w Chorwacji, zapóźniony mocno w relacjach, przejechaliśmy z Olgierdem przez Austrię i Słowenię. Ostatni raz pisałem do was jeszcze z Czech, z miasteczka Valtice, stamtąd blisko było już do austriackiej granicy. Przejechaliśmy właściwie wiejską drogą, wszak granicy fizycznie nie ma żadnej i znaleźliśmy się w austriackim mieście Schrattenburg. To region znany z winnic, podobnie jak po drugiej stronie granicy – na Morawach. Zatrzymaliśmy się w Poysdorf, niewielkim ale ładnym austriackim miasteczku pełnym winnych piwniczek. Dalej pojechaliśmy w stronę Wiednia, który minęliśmy obwodnicą autostrady. Byłem w Wiedniu już kilkakrotnie, m.in. na zaproszenie prężnie tu działającego Instytutu Polskiego, kiedy miałem możliwość siedzieć prawie tydzień w stolicy Austrii. My zatrzymaliśmy się w Wienner Neustadt. Nie byłem tu wcześniej i rozczarowałem się. Zamek jest obecnie zajmowany przez akademię wojskową, są tam koszary i nie można zwiedzać, a samo miasto robi jednak prowincjonalne wrażenie.Kolejnym punktem wyprawy była Słowenia. Możecie znaleźć gdzieś w archiwum moje kartki z poprzedniej niemal dwutygodniowej podróży po Słowenii. Znów gościłem w Mariborze i tu spaliśmy. Przez ostatnie dwa lata miasto bardzo się zmieniło, pięknie odnowiono starówkę, jest masa bardzo sympatycznych knajpek, pluskaliśmy sie też w termalnym kąpielisku Fontana.Z Maribora pojechaliśmy przez Ptuj, zwiedzając santuarium Ptojska Gora (w samym Ptuju spaliśmy poprzednim razem) i przekraczając granicę z Chorwacją, o której następnym razem…

18 kwietnia 2010 o godz. 19:12

Kartka z podróży (1) – Czechy

/wp-content/uploads/2010/04/Valtice

Siedzę własnie w knajpie Avalon i korzystam z bezprzewodowego internetu. Jestem w miasteczku Valtive w Czechach przy granicy z Austrią. Jest tu potężny pałac barokowy rodu Liechtensteinów, a poza tym jak na prowincji – cicho i spokojnie, lokalne winniczki świecą pustkami. W okolicy jest kilka ładnych zamków, choćby neogotyckie romantyczne ruiny zamku Januv w Lednice. Wczoraj bawiliśmy się w Czeskim Cieszynie, upojeni i upaleni swobodą obyczajów, legalnie bowiem można palić ganję w barach, przez co dostałem małpiego rozumu (ten typ tak ma). Poza tym pojawił sie nowy trunek – Vamp, destylat pięćdziesięcioprocentowy o wielu smakach, podawany w probówkach (tak też podawany bywa krvesaj).Nie rozpisuję się bo jeszcze nie zatęskniłem za stukaniem w klawiaturę laptopa. Jutro przez Austrię jadę do Słowenii, dam znać.

14 kwietnia 2010 o godz. 20:41

Nie ma mnie

/wp-content/uploads/2010/04/rakija-od-meda

Uciekam. Do 3.05 kontakt będzie ze mną utrudniony, czasami kafejki internetowe. Jadę m.in. do Bośni i Czarnogóry, odetchnąć innym powietrzem i napić się rakiji miodowej. Będę w miarę możliwości zamieszczał relacje z podróży w komentarzach. Na maile zapewne nie będę odpowiadał bo to zbyt skomplikowane

4 kwietnia 2010 o godz. 16:32

Literackie last minute

W świątecznym wydaniu „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł mój i Krzysztofa Masłonia, poświęcony literaturze i podróżom: „Literackie last minute” (wydanie z dn. 2.04.2010). Oto przedruk obszernego tekstu: Z politowaniem spoglądamy na wysiłki władz miejskich wydających niemałe pieniądze na promocję, a to Łodzi czy Lublina, to znów Gdyni czy Białegostoku, że o Warszawie nie wspomnimy. Rozumiemy, że bez promocji dziś ani rusz. Rozpisywane są więc konkursy na hasła reklamujące przepiękne, a stanowczo niedoceniane grody, rozwiesza się billboardy po drogach i bezdrożach, wykupuje telewizyjny czas antenowy, by mniej lub bardziej przekonującymi spotami przekonać widzów do ruszenia się sprzed telewizora i natychmiastowego przyjazdu do Łodzi, Lublina etc. Ale jakoś nie przyjeżdżają.O tym, że i ślepej kurze trafi się czasem ziarno, przekonano się w Sandomierzu za sprawą serialu „Ojciec Mateusz”. To, swoją drogą, znak czasu. Kogokolwiek, jako tako zorientowanego w geografii turystycznej Polski, by spytać, wskazałby Sandomierz jako jedno z najpiękniejszych miast Polski. Zdawałoby się też, że dość przekonująco pisał na ten temat Jarosław Iwaszkiewicz z Wiesławem Myśliwskim pospołu. A jednak trzeba było dopiero posadzić na rower Artura Żmijewskiego, by otworzyć oczy niedowiarkom na sandomierskie piękno.Nie trzeba za to ruszać się z kanapy, by odbywać najbardziej egzotyczne podróże, i to niekonieczne przed szklanym ekranem, co czynimy najczęściej wpatrzeni w Animal Planet, Discovery, National Geographic czy inną z coraz większej liczby stacji przyrodniczych. Podróżniczym kanałom telewizyjnym towarzyszy niesłychanie bogata oferta książkowa, świadcząca o tym, że lubimy przenosić się w czasie i przestrzeni, dawać się uwodzić egzotyce nieznanych miejsc.

17 marca 2010 o godz. 11:37

Kartka z Izraela (7)

/wp-content/uploads/2010/03/izra7

Ostatnia obiecana kartka, czyli telgraficzny skrót – jak tam jest, co warto zjeść, co warto wypić?Otóż jest bezpieczniej niż się na ogół sądzi, przynajmniej dla obcokrajowców – obydwie strony, izraelska i palestyńska, bardzo dbają o swój wizerunek na świecie i starają się by turyści czuli się możliwie komfortowo i bezpiecznie i raczej nie ginęli w zamachach bombowych. A rakiety albo mają inteligentny czip, albo mózg zamachowca-samobójcy, więc wiedzą, gdzie trafić. Uciążliwa jest konieczność ciągłego targowania się, zwłaszcza w częściach palestyńskich, brak stałych cen, ciągłe nagabywanie: "kup to, obejrzyj to". W restauracjach na prowincji nazwy dań są albo w alfabecie hebrajskim, albo arabskim, także trudno cokolwiek zrozumieć, poza tym normalką jest brak cen i standardem jest oszukiwanie, także dobrze się najpierw wypytać dokładnie, ile co kosztuje (oszukują zarówno Żydzi jak i Arabowie). Pytanie o cenę musi poprzedzać każdą usługę, nie wolno wsiadać do taksówki zanim się nie wynegocjuje ceny i trzeba być przygotowanym na dalsze negocjacje podczas jazdy (kiedy kierowca nagle stwierdza, że właściwie to zawiezie nas gdzie indziej, za inną cenę, czyli np. nie do hotelu a nad Morze Martwe – 80 km, za to bardzo tanio). Jest dość ponuro, tablice często przypominają o ofiarach zamachów (szczególnie w pobliżu przystanków autobusowych), okropny jest żelbetonowy mur oddzielający autonomię palestyńską, wszędzie pełno karabinów, mundurów, wozów bojowych, a np. kibuce otoczone są drutami kolczastymi i przy wjeździe mają strażnice z wartownikami i karabinami. Zdumiewające, że naród, dla którego druty kolczaste są symbolem holocaustu i największej traumy (ponad 6 mln zamordowanych przez nazistów) z własnego wyboru żyje dziś w quaziobozach, za drutami… Ale idea kibucu jest taka, że ma się "wyżywić i obronić sam". Byłem w dwóch kibucach, nie chciałbym tam spędzić więcej niż kilka nocy. Poza tym budownictwo mieszkaniowe jest okropne, brakuje chodników, brakuje trawników, wszędzie gruzy, brak estetyki, brak dbałości o otoczenie najbliższego miejsca zamieszkania.Pełno bazarów, handel kwitnie do późnej nocy, zamiera tylko w dni świąteczne. Pełno małej gastronomii, je się zwykle na ulicy, dominują dania kuchni arabskiej, które europejscy Żydzi szybko przyjęli za własne. Także kuchnia lokalna mocno odbiega od oferty restauracji żydowskiej w Warszawie. Pyszny jest podawany w szabas czulent – rodzaj gulaszu z koszernego mięsa, z fasolą, ciecierzycą, cebulą. Kuchnia arabska to głównie falafel, szawarma, gołąbki w liściach winogron, mutabal (pasta z bakłażana), humus (pasta z ciecieżycy), czesto do tego ostra harrisa. Orientalne przyprawy. Smaczne, ale trzeba uważać na żołądek. Na ulicach za grosze wyciskany jest sok z granatów lub pomarańczy. Bardzo dużo kawy (arabska z kardamonem), herbata słodka z liśćmi mięty.Alkoholu pije się mało, zarówno w części żydowskiej jak i arabskiej (muzułmanie w ogóle nie piją, ale sporo jest chrześcijan wśród Arabów). W małych lokalach w ogóle nie podaje się alkoholu, jest kawa i fajka wodna, w której palą owocowy tytoń. W większych restauracjach w karcie jest wprawdzie duży wybór, w praktyce okazuje się jednak, że jest tylko wódka czysta, whiskey, ewentualnie gin. Po stronie żydowskiej – wódka koszerna, po stronie arabskiej – arak, czyli wódka anyżkowa. Ceny wysokie. Za małe piwo izraelskie najtaniej płaciłem w sklepie 8 zł, za palestyńskie – 6 zł. Wino najtaniej znalazłem za 16 zł, ale zwykle kosztuje więcej, przy czym na terenie autonomii palestyńskiej nie ma produktów izraelskich. Wódka w części arabskiej droga, kosztuje minimum 30 zł za 0,5 litra.Koszerność to osobny problem. Na przykład nie można łączyć produktów mlecznych z mięsnymi, czyli np. do śniadania nie można zjeść sera żółtego z wędliną. Są osobne zestawy sztućców itp. Jest z tym spory ambaras, bo w barze samoobsługowym można np. niechcący usiąść przy "mlecznym" stole z porcją mięsiwa i robi się afera. Oczywiście o koszerności można napisać książkę, relacjonuję w telegraficznym skrócie.Jest bardzo ciepło, podczas mojego pobytu temperatura często przekraczała 30 stopni. Najcieplej jest na obszarach położonych poniżej poziomu morza, choć wieczory są chłodne – wieje wiatr od pustyni, a 3/4 kraju to pustynia. W Morzu Martwym można się kąpać przez cały rok, w Morzu Czerwonym nie wiem, ale chyba też.Już mi się nie chce więcej pisać, wkleję zdjęcia. Dodam tylko, że ludzie są zazwyczaj pobożni i przywiązani do tradycji, co widać m.in. w sposobie ubierania się. Oczywiście w Tel Awiwie można nawet znaleźć kluby z muzyką punk, ale prowincja jest bardzo rustykalna i bardzo rozmodlona.

13 marca 2010 o godz. 17:23

Kartka z Izraela (6)

/wp-content/uploads/2010/03/izrael-inne

Objechałem już niemal cały Izrael, którego powierzchnia (razem z terytorium okupowanym) liczy ok. 22 tys. km kw., tj. tyle co województwo zachodniopomorskie. Na upartego całość można by objechać w trzy dni. Jednocześnie jednak jest to kraj bardzo różnorodny – góry, pustynie, suche wybrzeże Morza Martwego, zielony brzeg Morza Śródziemnego, rafy koralowe Morza Czerwonego… Z ważnych miejsc nie dotarłem jedynie do Ejlatu, nadmorskiego kurortu przy granicy z Egiptem. Nie lubię kurortów, ale podobno bardzo tam ciepło, prognoza pogody mówiła o 35 stopniach.W ogóle jest ciepło, a nawet gorąco, zwłaszcza w terenach położonych na największej na świecie depresji, czyli w obrębie Morza Martwego. Z ciekawych miejsc byłem też m.in. w Tyberiadzie i nad wielkim Jeziorem Galilejskim, nawet skorzystałem z możliwości przepłynięcia przez jezioro w drewnianej łodzi, będącej rekonstrukcją łodzi w jakiej 2000 lat temu pływał św. Piotr. Nad tym jeziorem jest m.in. Góra Błogosławieństw i wiele innych "świętych" miejsc, w tym bardzo ciekawe Kafarnaum, gdzie oglądać można ruiny domu św. Piotra, a także okazałe ruiny starej synagogi. Byłem też m.in. w innych biblijnych miastach: Nazaret i Kanie Galilejskiej czy Jerychu – w większości są to jednak atrakcje dla pielgrzymów, a więc świątynie (czasem okropne, jak np. gigantyczny kościół wyglądający jak żelbetonowy bunkier w Nazaret) i sprzedawcy dewocjonaliów: różańców, krzyżyków, szopek betlejemskich z drzewa oliwnego, buteleczek z wodą święconą i wszelakiego innego badziewia tandetnie wykonanego i wciskanego w cenie "one dollar" przez wyrastających jak spod ziemi arabskich handlarzy. Uciekałem z takich miejsc, ale mam świadomość, że dla wielu to ważne duchowe doświadczenie :/ Miejscem, które z pewnością warto było odwiedzić jest Bet She’an – ogromny kompleks antycznych ruin, w czasach hellenistycznych nazwany Scytopolis, jednak miasto istniało tu już 1500 lat p.n.e. Znakomicie zachował się amfiteatr, łaźnie, ulica z kolumnadą i sklepami z czasów rzymskich… W 749 roku miasto zginęło w wyniku trzęsienia ziemi. Dziś nazywane jest izraelskimi Pompejami.Dla mnie czas już wracać do Polski, i tak zabawiłem tu dłużej niż planowałem. Napiszę jeszcze jedną kartkę z ciekawostkami kulturalno-gastronomicznymi.PS. Do zwykłej porcji zdjęć dołączam portrety jaszczurków bo uwielbiam jaszczury. 

11 marca 2010 o godz. 22:51

Kartka z Izraela (5)

/wp-content/uploads/2010/03/Golan-2

Wzgórza Golan, o których tym razem mam zamiar napisać, są jednym z terenów okupowanych przez Izrael. W 1967 roku, podczas tzw. wojny sześciodniowej, zostały zabrane Syrii i Libanowi. Jest to teren o strategicznym znaczeniu – umożliwia izraelskim wojskom ostrzeliwanie położonego niedaleko Damaszku, stolicy Syrii. Poza tym to zbiornik wody – w tym regionie niesłychanie ważny. Nic zatem dziwnego, że choć świat nigdy nie zaakceptował zajęcia tych terenów, Izrael nie chce ich oddać. Dziś wprawdzie widuje się tam sporo jednostek ONZ (na zdjęciu), ale góry te to jedna wielka twierdza, pełna bunkrów i zasieków. W krzakach natknąć się można na wraki czołgów (na kolejnym zdjęciu). Jest to jednocześnie teren bardzo urodzajny, znany ze znakomitego wina (polecam szczególnie muszkat) i gajów oliwnych.  Występują tu góralki – będące na wymarciu ssaki, które należą do tej samej rodziny, co słonie (tak, trudno w to uwierzyć) i są jednymi z najstarszych przedstawicieli kopytnych, mają ponad 60 mln lat. Udało mi się wypatrzeć (i sfotografować) kilka sztuk niedaleko wodospadu Sa’ar. Na górze Hermon, należącej do Wzgórz Golan, znajduje się Banias, czyli znana z Biblii Cezarea Filipowa, są tu ruiny antycznej greckiej świątyni boga Pan, będącego faunem. W czasach rzymskich wznosiło się tu duże miasto zbudowane przez Filipa Heroda, syna Heroda Wielkiego. To tu Chrystus wyznaczył Szymona Piotra jako swego namiestnika.

8 marca 2010 o godz. 19:12

Kartka z Izraela (4)

/wp-content/uploads/2010/03/mediterrano-6

Nad Morzem Śródziemnym Izrael jest najbardziej zielony, tu znajdują się największe miasta, porty a także liczne zabytki – zarówno pamiętające czasy rzymskie jak i wielkie twierdze krzyżowców. W Aszdod, Aszkelonie i Hajfie ulokowane są porty morskie. Nad samym morzem leży oficjalna stolica Tel Awiw oraz przylegająca do niego stara Jaffa z wąskimi brukowanymi uliczkami, które zamiast nazw mają znaki Zodiaku. Wielki, nowoczesny Tel Awiw powstał zaledwie w 1909 roku, na pustynnej ziemi odkupionej od Turków. Zaczęło się od namiotów. – Pamiętam, kiedy tu przyjechałem z rodzicami, stało zaledwie kilka domów wzdłuż głównej ulicy, była szkoła, synagoga, a wokół namioty. My też spaliśmy w takim namiocie, zresztą wiatry były tak silne, że zrywało je, więc wkrótce przenieśliśmy się do kibucu – wspomina Amos, mój izraelski przewodnik.Jadąc na północ od Tel Awiwu w stronę Hajfy, drugiego pod względem wielkości miasta w Izraelu, warto zatrzymać się w Cezarei Morskiej. 2000 lat temu był to największy port Morza Śródziemnego, wspaniałe, bogate miasto zbudowane przez Heroda Wielkiego. Zachowały się m.in. ruiny portu, amfiteatru, hipodromu, pałacu, fortyfikacji, a także późniejsze budowle z okresu wypraw krzyżowych. Podziwiać można także długi akwedukt, częściowo zakryty przez wydmy, gdyż ciągnie się wzdłuż plaży.Dalej mamy ogromną, nowoczesną Hajfę z kolorowymi ogrodami bahaistów (sprawdźcie sobie w Wikipedii, co to bahaizm), a jeszcze dalej – Akka, jedno z najciekawszych miejsc związanych z obecnością krzyżowców na tych ziemiach. To wielka twierdza (ostatni bastion krzyżowców), świetnie zachowana dzięki temu, że znaczna jej część przez stulecia znajdowała się pod ziemią, strzeliste sale, podziemny korytarz wiodący do kaplicy i wyprowadzający do portu. Sam port tętni życiem, wokół arabskie bazary – mienią się złotem, srebrem, rubinem, szmaragdem, pachną kawą, kurkumą, szafranem, zatarem i bogactwem innych ziół oraz korzeni. W cieniu straganów można spędzić wiele godzin, popijając sok z granatów, zajadając słodką baklawę lub pistacje czy migdały w nugacie.

7 marca 2010 o godz. 18:58

Kartka z Izraela (3)

/wp-content/uploads/2010/03/dead-sea

Morze Martwe właściwie jest jeziorem, położone jest w depresji – 400 metrów poniżej poziomu morza. Przez cały rok jest tu ciepło i przez cały rok można się kąpać. Woda jest tak zasolona, że nic w niej (poza kilkoma odmianami bakterii) nie żyje – ani ryby, ani mięczaki, ani rośliny… Woda jest bardzo czysta, jednak ma kolor kawy z mlekiem z powodu błota. Samo błoto ma podobno lecznicze właściwości – na wszelki wypadek wysmarowałem się nim, a potem położyłem się na wodzie. Można leżeć i czytać książkę, woda wypiera ciało, nie sposób pójść na dno.Nad Morzem Martwym, w Qumran, znaleziono święte zwoje, zawierające m.in. pełen Pięcioksiąg oraz wiele pism apokryficznych. Eseńczycy, żydowscy skrybowie, w tych pustynnych warunkach nad Morzem Martwym wznieśli duże miasto. Dziś oglądać można jego fundamenty, a także jaskinie, w których odnaleziono zwoje (same zwoje można oglądać m.in. w Muzeum Izraela w Jerozolimie).Na innym wzgórzu (wjeżdża się kolejką linową) znajdują się częściowo zachowane, częściowo zrekonstruowane ruiny twierdzy Masada, którą 2000 lat temu kazał wybudować Herod Wielki (w końcu sam nigdy tam nie był). Masada do dziś pozostaje symbolem oporu narodu Izraela – przez trzy lata zamknięci w twierdzy mieszkańcy stawiali opór legionom rzymskim. Gdy Rzymianie w końcu wkroczyli do miasta, wszyscy mieszkańcy byli martwi. Woleli zginąć z własnej ręki, niż poddać się w niewolę.To tyle znad Morza Martwego, następną kartkę napiszę znad Morza Śródziemnego. Bywajcie.

5 marca 2010 o godz. 19:04

Kartka z Izraela (2)

/wp-content/uploads/2010/03/jer-bet-9

Jerozolima – stolica Izraela uznawana za stolicę przez sam Izrael (dla reszty świata stolicą jest Tel-Awiw) częściowo leży na ziemiach okupowanych – w 1967 roku wojska izraelskie zajęły część wschodnią, należącą wówczas do Jordanii. Praktycznie miasto do dziś pozostaje podzielone, w tym znaczna część starówki jest muzułmańska (poza tym są tu dzielnice: żydowska, chrześcijańska i ormiańska). W części żydowskiej jest m.in. słynna ściana płaczu, główne atrakcje to jednak Via Dolorosa – droga, którą prowadzono Chrystusa na krzyż wraz z Golgotą i miejcem grobu świętego (swoją drogą są dwa alternatywne miejsca), a także wspaniałe meczety w części muzułmańskiej – meczet Al-Aqsa (trzecie pod względem ważności święte miejsce muzułmanów po Mekce i Medynie) oraz imponująca Kopuła Skały. Do tych muzułmańskich świątyń niestety nie mamy wstępu. Za murami starego miasta (wiedzie do niego siedem wspaniałych bram) znajduje się Góra Syjon wraz z Wieczernikiem, a z Góry Oliwnej widać panoramę starówki.Nie będę opisywał zabytków Jerozolimy, znajdziecie to w każdym przewodniku, poza starówką zdecydowanie polecam wizytę w Muzeum Izraela, m.in. ze wspaniałą kolekcją rękopisów. Miasto tętni życiem, kolorami arabskich tkanin, zapachami przypraw i owoców oraz kawy. Chasydzi z pejsami, w czarnych kapeluszach, sięgających połowy łydki spodniach i atłasowych płaszczach, muzułmanie w arafatkach, kobiety w pięknie haftowanych sukniach. Wszędzie rozbrzmiewa muzyka – bębny, piszczałki, rogi bawole. Zaskakująco dużo radości w sąsiedztwie uzbrojonych w karabiny maszynowe młodych ludzi. Piękne szczupłe dziewczyny z kołyszącymi się na pośladkach pistoletami maszynowymi uzi, broń na każdym rogu, w autobusie i w knajpie, na ławkach w parku i na trawnikach – wszędzie przesiadują uzbrojeni ludzie.A zaraz za miastem wznosi się ponury mur, symbol braku zrozumienia, braku pojednania, podziałów w świecie, który chce się jednoczyć. Ponury betonowy mur i strażnice przypominające o nienawiści dzielącej Żydów i pozbawionych swego państwa Palestyńczyków. Przez jedno z przejść w murze przejeżdża się do Betlejem, miejsca narodzin Chrystusa, gdzie stoi do dziś niemal warowna Bazylika Narodzenia Pańskiego, zbudowana przez krzyżowców, tu jest m.in. grota narodzenia Jezusa. Betlejem jest w tak zwanej strefie A, będącej całkowicie pod kontrolą władz Autonomii Palestyńskiej, tu nie ma uzbrojonych w karabiny maszynowe młodzieńców. Siedzę właśnie w kafejce internetowej w Betlejem i popijam palestyńskie piwo Taybeh z browaru w Ramallah. Na terenie autonomii niemal nie ma izraelskich produktów, wódkę koszerną zastępuje arak – mocny alkohol anyżkowy, ale to głównie dla turystów, muzułmanie nie piją alkoholu, siedzą przy kawie, palą owocowy tytoń w fajkach wodnych i głośno dyskutują.A ja jutro ruszam dalej, spodziewajcie się kolejnej relacji.

4 marca 2010 o godz. 19:20

Kartka z Izraela (1)

/wp-content/uploads/2010/03/Negew-2

Skorzystałem z okazji, że można było tanio polecieć i jestem właśnie w Izraelu. To moja druga wizyta w tym udręczonym niekończącą się wojną i nienawiścią kraju, pierwszy raz byłem w 2002 roku podczas intifady (drugiego powstania palestyńskiego). Pracowałem wówczas jeszcze w "Rzeczpospolitej" i pojechałem jako korespondent, pisałem wówczas m.in. relację z Targów Książki w Jerozolimie oraz innych imprez literackich w Tel-Awiwie i Jaffie. Był to niebezpieczny czas, w Jerozolimie niemal nie było turystów. Lądowałem wówczas na nowoczesnym lotnisku w Tel-Awiwie. Tym razem poleciałem tanim lotem czarterowym i wylądowalem na środku pustyni Nagew, na lotnisku wojskowym Ovda, którego nie ma nawet na mapie (cel wojskowy). Z boeinga wysiadło się bezpośrednio na pas startowy, a po wyjściu z niewielkiego budynku poza przystankiem autobusów była jedynie pustynia. Tą pustynią pojechałem do Jerozolimy, ale Jerozolimę i Betlejem zostawię sobie na następną kartkę. Droga przez pustynię jest męcząca i monotonna. Na zewnątrz o tej porze roku ok. 25 stopni. Przygnębiają biedne osady Beduinów i wyschnięte koryta rzek – woda tu jest towarem deficytowym (butelka wody w sklepie kosztuje ok. dolara). Podobno na pustyni ukryte są laboratoria atomowe, gdzie Izrael produkuje broń nuklearną, tak czy inaczej roi się od wojska, a ciekawostką są mijane wypalone szkielety czołgów i wozów bojowych. Pustynia zajmuje ok. 40 proc. kraju i jest to ogromne pustkowie. Jedyne większe miasto, stolica Negew, to Beer-Szewa (po hebrajsku Studnia Przysięgi – jedna z najstarszych osad Izraelitów, ale dziś to głównie fabryki i szare blokowiska). Ciekawostką pustyni jest jakoby największy na świecie krater – Ramon. Cóż, byłem bezpośrednio nad nim w miasteczku Micpe Ramon i na krater mi to ani trochę nie wygląda, ale ponoć nie powstał w wyniku uderzenia meteorytu lecz erozji skał, więc dlatego wygląda po prostu… jak zerodowany wąwóz. W Izraelu jest gorąco, sucho, nocą bardzo wietrznie. Więcej w następnej kartce bo teraz jestem zmęczony.

17 listopada 2009 o godz. 13:15

Litwa listopadowa

/wp-content/uploads/2009/11/203-Kowno

Pomimo listopadowej słoty postanowiliśmy wyskoczyć z Olgierdem na kilka dni na Litwę, ot tak, żeby odetchnąć innym powietrzem trochę. Nie ma granicy, do Wilna blisko, a odmiana od monotonni codzienności była mi już absolutnie niezbędna po ostatnich miesiącach spędzonych nad pisaniem kolejnego wydania „Rynku książki w Polsce” (nuda do kwadratu).Znam Litwę dość dobrze i chciałem zobaczyć region, który znałem najsłabiej, czyli Auksztotę. Pomysł okazał się chybiony, bo jesienną porą jest tam ponuro, pusto i nudno. Planowaliśmy pierwszą noc spędzić w Janowie nad Wilią (Jonava), ale po przyjechaniu na miejsce zrezygnowaliśmy – jedna czynna knajpa, na ulicach pusto, pojechaliśmy się bawić a nie smucić. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w Wiłkomierzu (Ukmerge), to jedno z najstarszych litewskich miast, dziś zapyziała dziura, ale zrobiło się ciemno i dalej jechać nie było sensu. W mieście czynne były pizzeria, klub bilardowy i salon gier, wybraliśmy bilard. Wieczór skończył się drobną awanturą z lokalnymi dresami, którzy chcieli wysępić pieniądze i nie bardzo dawali się spławić, ale ostatecznie skończyło się na szarpaninie.Następnego dnia zwiedziliśmy m.in. Utenos, gdzie jest wielki browar i małe regionalne muzeum i Jeziorasy (Zarasai), ładne miasto nad jeziorami, w listopadzie jednak wymarłe. Nocować postanowiliśmy na Łotwie, w pobliskim wielkim mieście Daugavpils, w którym znajduje się twierdza – w latach I wojny światowej dzielnie i skutecznie bronił jej pradziad Olgierda. Dziś twierdza wprawdzie jest wielkim slumsem, ale samo miasto było sympatycznym oddechem po prowincjonalnej Auksztocie.Zniechęceni wschodnimi rubieżami Litwy postanowiliśmy jechać w miejsca pewne i dobrze znane. Kolejną noc spędziliśmy w Trokach, dawnej stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego, dziś znanych z zamku na wyspie, kibinów (lokalne pierogi) i sympatycznej mniejszości Karaimów, którzy na początku XV wieku przybyli tu z Krymu. Choć byłem tu po raz trzeci, to pierwszy raz miałem okazję oglądać zamek od strony wody – okazało się, że w listopadzie za psi grosz (50 litów) można wynająć na godzinę żaglówkę. W drodze do Trok zatrzymaliśmy się jeszcze w Kulionys, gdzie jest ogromne obserwatorium astronomiczne i muzeum astroetnologii (ogromne rozczarowanie). Z Trok zawitaliśmy do pobliskiego Wilna, gdzie w klubie XI20 (dawny Dom Kultury Polskiej, dziś zaskłotowany) odbywał się koncert noise. Pokryta graffiti piwnica przypomina tego typu miejsca na całym świecie, młodzież alternatywna ma te same gusta estetyczne. Ostatnią noc spędziliśmy w Kownie. Przypadkiem trafiliśmy na trzydzieste piąte urodziny niejakiego Paulusa, wódka lała się obficie, umacnialiśmy przyjaźń polsko-litewską do trzeciej w nocy i wyszliśmy jako ostatni goście (choć nieproszeni).Jeszcze kilka słów o litewskich nalewkach bo te są warte poematów. Oczywiście kraj to miodem płynący i miody pitne wszelakiego rodzaju gorąco polecam. Poza tym znane u nas Trejos Devynerios (999) tam występuje dodatkowo w wersji pomarańczowej, również polecam – pyszne, smakuje jak moczone w spirytusie skórki pomarańczowe. Wiśniówki to osobny rozdział, niektóre smakują niemal jak te robione przez mojego świętej pamięci wujcia – słodkie i zawiesiste. Wujek na pół litra spirytusu dawał kilogram cukru, owoce, a na koniec rozcieńczał to pół litrem wódki. Powstawał alkohol o konsystencji prawie syropu i mocy 70 procent, pachnący owocami. Takie są też wiśniówki litewskie – czuć w nich głębię owocu, a nie spiryt, takie są też tam śliwówki (bo nie śliwowice) – słodkie i mocno owocowe. A nie brakuje też nalewek ziołowych! Ech, smaki Litwy na długo pozostają w pamięci!

4 listopada 2009 o godz. 11:25

Jesienna Bratysława

/wp-content/uploads/2009/11/Bratyslava

Przez kilka ostatnich dni byłem w stolicy Słowacji (a zaraz pędzę do Krakowa). Zimno, mgliście i wietrznie, po wprowadzeniu euro dość drogo (ceny piwa w knajpach od 1 do nawet 3 euro). Lubię Bratysławę i chętnie do niej wracam, to wciąż trochę prowincjonalne miasto, bez snobizmu, bez telebimów i krzykliwych wystaw, z uroczymi rzeźbami (wystawiający głowę z kanału Čumil czy robiący zza węgła zdjęcia paparazzi odlany z brązu, opierający się o ławkę Napoleon i kilka tym podobnych). Ładna starówka, mosty na Dunaju (na przęśle nowego mostu jest pub UFO, z którego widać panoramę miasta, o ile nie ma mgły rzecz jasna), bratysławski zamek i niezwykle malownicze ruiny zamku z IX wieku w Devin tuż pod Bratysławą. Stare miasto to – pomijając górę zamkową – zbity kompleks, który można obejść w godzinę. Warto zajrzeć do pubu, a są ich setki, nie tylko na Zlatego Bażanta, ale też na znakomite wino (np. do winiarni Pod Baštou), bo region obfituje w winnice (tzw. Małe Karpaty, satelickie miejscowości: Svaty Jur, Pezinok czy Modra to wielokilometrowy winny szlak – Malokarpatska Vinna Cesta - szkoda że o tej porze roku skończył się sezon na burčáka – napój, który ma 5-8 proc. i robiony jest z winogron, ale co chwila ktoś oferuje winko własnej roboty, nie brakuje też winnych piwniczek, można tu dostać taki rarytas jak słowacki Tokaj, oczywiście Frankovkę, Rulandske czy pyszne Veltinske Zelene). Zdecydowanie polecam też wizytę w maleńkim lokalu przy ulicy Michalskiej (Cokoladovna pod Michalom), gdzie można napić się gorącej czelokaldy np. z chili i whiskey – bardzo rozgrzewający miks na zimne dni. Jeśli ktoś ma więcej czasu to organizowane są wycieczki po Dunaju. Zdecydowanie polecam wyprawę (kilka godzin, autobusy z centrum miasta) do zamku Devin, którego wieża na skalistym stoku opadającym do Dunaju widniała przez lata na monecie 50 halerzy. Poniżej kilka zdjęć z ostatniej wizyty.

18 sierpnia 2009 o godz. 15:24

W Czarnogórze (2)

/wp-content/uploads/2009/08/mini-rafting-na-Tarze-73

Teraz obiecany kawałek górski z Czarnogóry. Miałem tym razem okazję objechać trudno dostępne trasy w górach Dormitor, Biogradskich, Komovi i wzdłuż kanionów rzek Piva i Tara, a rok wcześniej jechałem wzdłuż malowniczego kanionu rzeki Moracza. Kanion rzeki Tara jest największy w Europie, wysokość przekracza 1200 metrów (gigantyczne przepaście), sama rzeka ma rwący nurt, miałem okazję płynąć nią pontonem raftingowym, niezapomniane przeżycie. Dormitor i Biogradska Gora to parki narodowe, co jakiś czas mija się pojedyncze wiejskie chałupy, w których można posilić się owczym serem, dostać upieczony przez gospodarzy chleb, kupić rakiję. Poza tym są to tereny niezamieszkane, sporadycznie widuje się pracowników zajmujących się przecinką lasu. Wielkie wąwozy, stare, zwietrzałe skały tworzą fantastyczne krajobrazy, na stokach wypasają się owce i kozy. W górach Komovi obozowaliśmy nad maleńkim polodowcowym (i lodowatym) jeziorem i chyba było to najpiękniejsze miejsce na naszej trasie. Nad rzeką Tarą raz nocowaliśmy pod słynnym wielkim mostem na Tarze – przy Djurdjevicia Tara. Żelazny most zbudowano na wysokości 170 metrów, to także niezwykły widok – rozwieszony nad wielką lśniącą czerwono skałą przepaścią. Wrażenie robi też rzeka Piva, zwłaszcza na uregulowanych tamami odcinkach, gdzie rozlewa się niczym ogromne jeziora. A skoro jesteśmy przy jeziorze, to objechaliśmy też stromym górskim szlakiem niemal dookoła ogromne Jezioro Szkoderskie (rok wcześniej byłem w Szkodrze po stronie albańskiej, teraz zwiedziłem część czarnogórską tego wielkiego rozlewiska, które częściowo porośnięte jest tatarakiem, a po środku piętrzą się wielkie wzgórza). To największe na Bałkanach jezioro przez miejscowych nazywane jest błotem, gdyż jego brzegi obejmuje szeroki pas bagien, ale widok z góry na porośniete drzewami skalne wyspy jest baśniowy.Wyjechałem już z Czarnogóry, z pewnym żalem, bo to jeden z piękniejszych zakątków Europy. Do większości miejsc, jakie tu odwiedziłem, nie dotarłbym samodzielnie, a zwłaszcza bez potężnego samochodu z napędem na cztery koła, który jak czołg pokonywał skały, rozpadliny, błota i górskie strumienie. Kładąc się spać wraz ze zmierzchem i budząc o świcie po raz pierwszy od dawna miałem okazję żyć w tempie natury. Chętnie zaszyłbym się na dłużej na odludnej polance gór Komovi, nad krystalicznie czystym jeziorem. Przyjemnie zapomnieć na jakiś czas o cywilizacji. x x xWracałem przez Bośnię (zatrzymując się w Sarajewie, to była moja druga wizyta w Bośni, ale wciąż mam niedosyt, może w przyszłym roku przyjadę tu na dłużej, to tygiel religii i kultury, ale też punkt zapalny Europy, niezwykle ciekawy kraj), Serbię, Węgry i Słowację. A potem w domu dłuuuuga kąpiel.

13 sierpnia 2009 o godz. 10:33

W Czarnogórze (1)

/wp-content/uploads/2009/08/mini-DSC02711

Koniec bezdroży, po Czarnogórze poruszamy się wprawdzie głównie górskimi drogami, czasem bardzo trudno przejezdnymi, ale jednak są to normalne komunikacyjne szlaki. Zrobiliśmy też odcinek nadmorski, spędzając trzy dni w okolicach Budvy, a potem Kotoru.W Czarnogórze jestem po raz drugi, pierwszy raz byłem jednak bardzo krótko, w ubiegłym roku w drodze do Albanii, jadąc wówczas niezwykle malowniczą, ale i trudną drogą wzdłuż głębokiego, skalistego wąwozu rzeki Moraczy, do Podgoricy, stolicy kraju, która jest chyba najbrzydszą stolicą w Europie.Tym razem przekraczałem granicę w górach, na małym przejściu niedaleko czarnogórskiego miasta Plevlja. Ponieważ cały czas jestem w Czarnogórze, aktualnie przy granicy z Bośnią, nad Rzeką Tara, pomyślałem że podzielę relację na dwie części – górską (następnym razem) i nadmorską, przy czym trochę zaburzę chronologię, bo góry zdecydowanie dominują podczas tej wyprawy, a wybrzeże było tylko chwilą wytchnienia od serpentyn, widoku szczytów, wodospadów, rozpadlin i kanionów.Wybrzeże Czarnogóry (Primorje)  ma zaledwie 290 km długości, z jednej strony graniczy z Albanią, z drugiej z Chorwacją. Jest tu pełno fiordów, półwyspów, wysepek, bardzo wysoki skalisty klif porośnięty śródziemnomorską sosną i grubymi drzewami oliwnymi, plaże są kamieniste, a w morzu pełno jest czarnych jeżowców. Pomimo licznych zatok woda jest chłodniejsza niż dalej na południe, w Albanii czy w niektórych regionach Chorwacji. Zjawiskiem niezwykłym jest Boka Kotorska – naturalny zespół półwyspów, fiordów, cieśnin i zatok, łącznie to obszar ponad 650 km kw, niezwykle atrakcyjny turystycznie, w związku z czym oblegany przez tłumy. Miałem możliwość oglądania Boki Kotorskiej z wysokości ponad 1000 m n.p.m., z górskiej drogi do Niksicia (główny browar Czarnogóry), ale najciekawszym miejscem jest średniowieczne miasto Kotor, otoczone grubymi murami, ze wspaniałą katedrą św. Trybuna, wąskimi brukowanymi uliczkami, licznymi świątyniami, miejskim targowiskiem, bogatymi kamienicami. Przez wiele wieków miasto należało do Republiki Weneckiej, a weneckie lwy widać w każdym niemal zaułku. Kotor to także port, oczywiście plaża, a wysoko nad miastem górują ruiny fortecy. Byłem też niedaleko pięknie położonego na wyspie (połączonej z lądem wąską groblą) miasta Sveti Stefan (obozowaliśmy dwa kilometry dalej na kempingu nad morzem). Niestety aktualnie nie ma wstępu na teren starego miasta, można je jedynie podziwiać z zewnątrz, wspaniale wygląda zarówno w porannych promieniach słońca, jak i nocą, kiedy podświetlane są mury obronne i budynki kościołów. Byłem też w innym nadmorskim średniowiecznym mieście – Budvie, która do pewnego stopnia przypomina Dubrownik. Starówka wciśnięta jest w wąski cypel i otoczona morzem, przepłynąłem wpław wzdłuż murów cytadeli, od strony morza wciąż miasto wygląda jak niemożliwa do zdobycia twierdza. Poza starówką Budva to plażowiska i kurort, trudno tu wytrzymać, na szczęście spałem sześć kilometrów od miasta. Poza tym Primorje jest dość drogie, nie tak drogie jak wybrzeże chorwackie, ale za namiot na kempingu płaci się 8 euro dziennie, za obiad w knajpie 5-8 euro, a piwo w butelce 0,33 kosztuje 1,50 euro.To w dużym skrócie, bo czas mnie goni, wklejam kilka fotek. Trzydniowy pobyt nad morzem był wspaniałym odpoczynkiem po bardzo trudnej wyprawie. O górskich odcinkach Czarnogóry napiszę za kilka dni, jak stąd wreszcie wyjadę. A teraz marznę w górach przy wąwozie wielkiej rzeki Tara.

8 sierpnia 2009 o godz. 19:29

Bezdroża Serbii

/wp-content/uploads/2009/08/mini-DSC02372

Opuściłem już deszczową Rumunię. Ostatnią noc przed przejazdem do Serbii spędziłem na odsłoniętym szczycie na wysokości 2000 metrów w Karpatach Południowych, na Munti Capatini, niedaleko przełęczy Urdele. Wiało tak, że namiotem rzucało na wszystkie strony, a temperatura powietrza w nocy spadła poniżej zera. Spanie na odsłoniętej przestrzeni na takiej wysokości było szaleństwem, ale trzeba przyznać, że widok ze skalistego szczytu na stoki poniżej był imponujący. Tuż przed granicą, w naddunajskim mieście o długiej nazwie Drobeta Turnu Severin zapłaciłem mandat rumuńskiej policji, a zaraz za granicą, w mieście Donji Milanovac skasowała mnie policja serbska. W obydwu przypadkach wyszło plus minus po 20 euro.Przez Serbię jechaliśmy piękną drogą wzdłuż Dunaju, który w niektórych miejscach rozlewa się niczym morze, osiąga szerokość siedmiu kilometrów. Wysoki skalisty brzeg wyglądałby jak kanion, gdyby rzeka nie była tak szeroka. Droga wiedzie m.in. przez miejscowość Golubec, gdzie nad samą rzeką góruje średniowieczna twierdza, ruiny zamku, gdzie zginął podobno Zawisza Czarny. Na skałach wygrzewają się wielkie kolorowe jaszczurki, jakich nigdy wcześniej w Europie nie widziałem.Nie będę was zanudzał kolejnymi opisami błota, dziur i innych przeszkód, wczoraj spędziłem za kierownicą 14 godzin i kiedy wysiadałem świat migotał mi przed oczami. Naszym celem w Serbii był festiwal trębaczy w miejscowości Gucza, ogromna impreza, która ściąga aż 200 tysięcy ludzi z całego świata. Absolutnie nie jestem miłośnikiem trąb, ale znawcy twierdzą, że Gucza to najlepsza tego typu impreza na świecie. Może i tak…Następną kartkę wyślę z Czarnogóry.

5 sierpnia 2009 o godz. 23:23

Bezdroża Rumunii

/wp-content/uploads/2009/08/mini-DSC02218

Kolejna noc w deszczu, w strugach deszczu, w strumieniu deszczu spływającego z góry wprost w dolinę, w której rozbiliśmy namioty. Śpiwór przemoczony, w namiocie kałuża, takiej ulewie mój mały namiot nie jest w stanie długo stawiać oporu. Zazwyczaj sielska i malownicza Rumunia w deszczu wygląda jak przystało na ojczyznę Draculi, nomen omen wczoraj spałem w Transylwanii.Granicę z Rumunią przekroczyliśmy trzy dni temu, w nocy, trzymani kilka godzin na granicy przez ukraińskich celników. Na ironię zakrawa plakat reklamowy, rozwieszony na granicy w Sołotwino, informujący o tym jak to niby kulturalnie przebiega odprawa. Kultura polega na wyłudzaniu łapówek. Wsadzam w paszport 20 hrywien (to norma), a buc zwraca i kręci głową, że mało. Puszcza z uśmiechem od ucha do ucha za 100 (ok. 40 złotych). Piszę otwarcie, że wręczałem urzędnikowi łapówkę, nie po to żeby przekupić, ale żeby w ogóle móc pojechać. I my mamy razem organizować Euro? Zanim Ukraina zostanie przyjęta do wspólnej Europy dorosnąć musi chyba nowe pokolenie, choć nie wiem czy to coś pomoże, bo przecież dorasta na wzorcach, że liczy się tylko cwaniactwo i wymuszenie.Pierwszą noc w Rumunii spędziliśmy w Sapancie, niedaleko granicy. Miasteczko znane jest z „wesołego cmentarza”. To rzeczywiście niezwykłe miejsce, na każdym grobie jest niebieska drewniana tabliczka, a na niej pogodny obraz przedstawiający profesję lub upodobania trupa (nie brakuje birbantów, co ciekawe – na tablicach przedstawianych w towarzystwie kolegów od kieliszka, choć ci spoczywają w innych grobach). Cmentarz powstał w 1935 roku, ale wciąż ludzie są tu chowani, więc wesołych tablic przybywa.Pojechaliśmy bezdrożami Rumunii, to zakopując się w błocie, to utykając na kilka godzin na wielkich głazach w korytach wyschniętych strumieni. Trasa rajdu jest bardzo trudna, mój samochód już kilka razy był wyciągany z błocka, co obrazują zdjęcia. Najgorszy jednak jest deszcz, aktualnie jedynym suchym miejscem – w którym siedzę, pisząc te słowa – jest kabina samochodu, zresztą śpię w aucie, bo w namiocie się nie da. Rozbijamy się za każdym razem na dziko, dziś akurat na pastwisku, gdzieś w górach, szczerze mówiąc nie mam pojęcia gdzie… Wczoraj spałem nad rzeką Firei (lodowaty górski potok), dziś już pogubiłem się na mapie, zresztą tych dróg nie ma na mapach, bo ten cholerny rajd nie przebiega po drogach. Jedynym dzisiaj kontaktem z miejscową ludnością była babcia pędząca stado krów przez łąkę, na której rozbiliśmy namioty. Daliśmy jej w prezencie czekoladki.Jutro planowaliśmy dotrzeć do Serbii, ale pewnie nic z tego nie wyjdzie, dziś nieprzewidzianie spędziliśmy trzy godziny wciągając linami samochody na strome kamieniste wzgórze. Jesteśmy bardzo daleko od celu, ale mnie bardziej martwi, że jestem bardzo daleko od wanny i ciepłego łóżka.

2 sierpnia 2009 o godz. 23:15

Bezdroża Ukrainy

/wp-content/uploads/2009/08/mini-DSC02009

Właśnie rozbiliśmy namioty w wysokiej trawie, wiele kilometrów od jakiejkolwiek wsi w górach Świdowca, w drodze na Rachoń i w stronę granicy z Rumunią. Komary tną straszliwie, niestety nie ma w pobliżu żadnej rzeki, a po całym dniu jazdy bezdrożami włosy, usta, uszy, nos, każdy por skóry pełen mam kurzu. Udało się zebrać trochę drewna na ognisko bo noc jest chłodna. Wczoraj spaliśmy w górach Gorganach nad rzeką Mizinką, cudownie orzeźwiająca była poranna kąpiel w lodowatej wodzie, jednocześnie jedyna szansa by się umyć. Mijamy co jakiś czas ukraińskie wsie z niebieskimi chałupami. Gdzie niegdzie widać złote kopuły cerkwi, dzieci zaciekawione kawalkadą wielkich samochodów biegają machając za nami. Przygody dotyczą jak na razie wyłącznie doświadczeń z ukraińską policją. Tu łapówki są czymś tak oczywistym, że jeśli ktoś ich nie daje, to jest podejrzany. Policja – jak się już ustawi na drodze – to zatrzymuje niemal każdego, nawet rowerzystów. Stoją po trzech i czepiają się czegokolwiek, że za mało powietrza w oponie, że samochód brudny, że kolumna jedzie bez pilota. Standard to 20 hrywien włożonych w dokument i można jechać (20 hrywien to niespełna 10 zł). Nic nie dziwi, że standardowy oficer policji drogowej przypomina sierżanta Garcię – najpierw widać brzuch, potem absurdalnie wysoką czapkę a pod nią tłustą gębę z nieodłącznym szerokim uśmiechem. Osobny rozdział to wyłudzający łapówki pracownicy straży granicznej, tak długo trzymają każdy samochód, dokąd nie dostaną swojej "wziatki", jak ktoś nie chce dać to stoi, choćby i cztery godziny…Jutro przejeżdżamy górami na teren Rumunii, dalej droga będzie wiodła przez Serbię i Czarnogórę. Ten pierwszy odcinek trasy jest najmniej ciekawy i najbardziej męczący, trzeci dzień spędzam po 13-14 godzin za kierownicą wielkiego i mocno wysłużonego  Land Rovera. Napiszę niebawem, jak znajdę wolną chwilę i zasięg, bo o łączność GPRS wcale w górach nie łatwo.

30 lipca 2009 o godz. 13:10

Po bezdrożach

WitajciePrzez dłuższy czas teraz mnie nie będzie, wyruszam na trwający ponad dwa tygodnie rajd bezdrożami – ponad 6000 km z dala od dróg asfaltowych za kierownicą potężnego Land Rovera Discovery. Trasa wiedzie przez górskie drogi: Ukrainy, Rumunii, Serbii i Czarnogóry. Wyrusza ekipa dziewięciu samochodów, spanie na dziko, mycie się w rzece… Zapowiada się ciekawa przygoda, oby tylko pogoda dopisała. Postaram się raz na jakiś czas łączyć z Internetem i wrzucać jakieś relacje + zdjęcia na stronę do działu komentarzy. Jednocześnie jednak strona będzie rzadko aktualizowana, ale w końcu są wakacje

21 lipca 2009 o godz. 19:18

Mighty Sounds w błocie

/wp-content/uploads/2009/07/MS2009-5

Nie zobaczyłem Buzzcocksów, ani nawet Houby, przejechałem 800 km żeby utaplać się w błocie… to już lepiej było jechać do Jarocina W ubiegłym roku pierwszy raz byłem na festiwalu Mighty Sounds w Olsi obok Tabora, w Czechach i bardzo mi się podobało (grały m.in. Vice Squad i Subhumans). Festiwal organizowany jest w szczerym polu, 12 km od miasta, ale w oparach zioła to nie przeszkadza by dobrze się bawić. Kłopotliwy jest sam dojazd, bo to ponad 11 godzin w samochodzie (ja dojazdy rozbijałem na dwa dni – w tym roku zatrzymaliśmy się na pierwszą noc we Frydku-Mistku) no i dość drogo wychodzi ta zabawa, pomijając benzynę, to 750 koron za karnet, a w tym roku dodatkowo 300 koron za pole namiotowe (w ubiegłym było za darmo), piwo na miejscu po 29 koron, fermet za 30, zelena za 25… Korona = 1,70 zł. Dotarliśmy pierwszego dnia akurat na występ czeskiej grupy Totalni Nasażeni, którą chciałem zobaczyć, i która mocno rozczarowała. Tylko przyjechaliśmy, a zaczęło padać. Po występie słowackiego Konfliktu ulewa była już tak straszna, że na części scen wstrzymano występy, a ludzie tłoczyli się w namiotach, czekając półtorej godziny na przejście nawałnicy. Potem padało lżej, za to zrobiło się gęste błoto, w którym można było zapaść się po kolana. Mieliśmy sporo ubawu, wywracając się w błocku, oczywiście wyglądaliśmy jak pracownicy rolni, a moje glany przypominały oblepione gliną gumiaki. Zabawa trwała w najlepsze pomimo deszczu, namiot rozstawiłem dobrze po północy, w stanie wskazującym, korzystając z przerwy w opadach.Wszystko by było ok., błoto i deszcz to w końcu też jakaś tam (wątpliwa) atrakcja, gdyby nie fakt, że następnego ranka obudziłem się mokry i głodny z 300 koronkami w kieszeni. Postanowiłem pojechać do Tabora do bankomatu i kupić coś do jedzenia… No i okazało się, że mam problem. Mój samochód jest ciężki jak czołg ale nie ma napędu 4×4. Nie mogłem wyjechać gdyż jedyna droga zamieniła się w grzęzawisko. Dopiero miejscowy chłop z traktorem wyciagnął nas z breji za 50 koron i odstawił do asfaltowej drogi. Pojechaliśmy do Tabora, tam znaleźliśmy jakiś nocleg… Początkowo myślałem żeby wrócić do Olsi na Buzzcocks, ale jak? Traktorzysta mnie z powrotem nie wciągnie na pole namiotowe (namioty zresztą zwinęliśmy w deszczu), niby można było zostawić samochód we wsi 2 km od koncertu i ruszyć z buta, ale – tam Buzzcocks i ulewa, a tu ładne miasto i jeszcze ładniejsze knajpy kuszące zimnym Budweiserem… Cóż, olałem Olsi ciepłym moczem, szkoda 750 koron na karnet, szkoda Buzzcocksów, ale chęć napicia się piwa wzięła górę i tak straciłem tegoroczne Mighty Sounds. Następnego dnia uciekliśmy do Olomouca, znów padało, a gdy pada to przyjemniej czas upływa w barze niż w błocie. Tak to już jest. Za rok chyba jednak wybiorę festiwal bliżej jakiegoś miasta.