Materiały wg tagu "podróże"

30 lipca 2009 o godz. 13:10

Po bezdrożach

WitajciePrzez dłuższy czas teraz mnie nie będzie, wyruszam na trwający ponad dwa tygodnie rajd bezdrożami – ponad 6000 km z dala od dróg asfaltowych za kierownicą potężnego Land Rovera Discovery. Trasa wiedzie przez górskie drogi: Ukrainy, Rumunii, Serbii i Czarnogóry. Wyrusza ekipa dziewięciu samochodów, spanie na dziko, mycie się w rzece… Zapowiada się ciekawa przygoda, oby tylko pogoda dopisała. Postaram się raz na jakiś czas łączyć z Internetem i wrzucać jakieś relacje + zdjęcia na stronę do działu komentarzy. Jednocześnie jednak strona będzie rzadko aktualizowana, ale w końcu są wakacje

21 lipca 2009 o godz. 19:18

Mighty Sounds w błocie

/wp-content/uploads/2009/07/MS2009-5

Nie zobaczyłem Buzzcocksów, ani nawet Houby, przejechałem 800 km żeby utaplać się w błocie… to już lepiej było jechać do Jarocina W ubiegłym roku pierwszy raz byłem na festiwalu Mighty Sounds w Olsi obok Tabora, w Czechach i bardzo mi się podobało (grały m.in. Vice Squad i Subhumans). Festiwal organizowany jest w szczerym polu, 12 km od miasta, ale w oparach zioła to nie przeszkadza by dobrze się bawić. Kłopotliwy jest sam dojazd, bo to ponad 11 godzin w samochodzie (ja dojazdy rozbijałem na dwa dni – w tym roku zatrzymaliśmy się na pierwszą noc we Frydku-Mistku) no i dość drogo wychodzi ta zabawa, pomijając benzynę, to 750 koron za karnet, a w tym roku dodatkowo 300 koron za pole namiotowe (w ubiegłym było za darmo), piwo na miejscu po 29 koron, fermet za 30, zelena za 25… Korona = 1,70 zł. Dotarliśmy pierwszego dnia akurat na występ czeskiej grupy Totalni Nasażeni, którą chciałem zobaczyć, i która mocno rozczarowała. Tylko przyjechaliśmy, a zaczęło padać. Po występie słowackiego Konfliktu ulewa była już tak straszna, że na części scen wstrzymano występy, a ludzie tłoczyli się w namiotach, czekając półtorej godziny na przejście nawałnicy. Potem padało lżej, za to zrobiło się gęste błoto, w którym można było zapaść się po kolana. Mieliśmy sporo ubawu, wywracając się w błocku, oczywiście wyglądaliśmy jak pracownicy rolni, a moje glany przypominały oblepione gliną gumiaki. Zabawa trwała w najlepsze pomimo deszczu, namiot rozstawiłem dobrze po północy, w stanie wskazującym, korzystając z przerwy w opadach.Wszystko by było ok., błoto i deszcz to w końcu też jakaś tam (wątpliwa) atrakcja, gdyby nie fakt, że następnego ranka obudziłem się mokry i głodny z 300 koronkami w kieszeni. Postanowiłem pojechać do Tabora do bankomatu i kupić coś do jedzenia… No i okazało się, że mam problem. Mój samochód jest ciężki jak czołg ale nie ma napędu 4×4. Nie mogłem wyjechać gdyż jedyna droga zamieniła się w grzęzawisko. Dopiero miejscowy chłop z traktorem wyciagnął nas z breji za 50 koron i odstawił do asfaltowej drogi. Pojechaliśmy do Tabora, tam znaleźliśmy jakiś nocleg… Początkowo myślałem żeby wrócić do Olsi na Buzzcocks, ale jak? Traktorzysta mnie z powrotem nie wciągnie na pole namiotowe (namioty zresztą zwinęliśmy w deszczu), niby można było zostawić samochód we wsi 2 km od koncertu i ruszyć z buta, ale – tam Buzzcocks i ulewa, a tu ładne miasto i jeszcze ładniejsze knajpy kuszące zimnym Budweiserem… Cóż, olałem Olsi ciepłym moczem, szkoda 750 koron na karnet, szkoda Buzzcocksów, ale chęć napicia się piwa wzięła górę i tak straciłem tegoroczne Mighty Sounds. Następnego dnia uciekliśmy do Olomouca, znów padało, a gdy pada to przyjemniej czas upływa w barze niż w błocie. Tak to już jest. Za rok chyba jednak wybiorę festiwal bliżej jakiegoś miasta.

18 maja 2009 o godz. 19:17

Dłuugi powrót z Albanii

/wp-content/uploads/2009/05/821-Oravice

Z Elbasanu wyruszyliśmy już ponad tydzień temu, ale wciąż nie miałem czasu spokojnie usiąść do komputera. Przez Macedonię przemknąłem zatrzymując się jedynie na stacji benzynowej. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Vranje u podnóża gór, znanego z pobliskiego uzdrowiska. Sporo tu prywatnych kwater, więc nie było problemu z tanim i wygodnym noclegiem. Część miasta zajmują Cyganie, trafiliśmy akurat na jakiś uliczny koncert cygańskiej kapeli, rozbawiony tłum na placu otoczonym przez policjantów złośliwie spisujących co bardziej podchmielonych przedstawicieli uciążliwej mniejszości. Przyznam, że po na ogół wiejskich albańskich klimatach przyjemnie było znaleźć się w "normalnym" świecie, gdzie można napić się piwa z beczki i pysznego serbskiego pelinkovaca. Serbia ma znakomite alkohole na bazie raki, z ziołowych wyróżnia się Gorki List, wspaniała gorycz, porównywalny z czeskim fernetem, ciut słodszy, ale ja najbardziej lubie rozmaite spirytualia robione na miodzie (modovaca), najlepsze chyba w Vojvodinie.Z Serbii pomknęliśmy na Węgry, robiąc postój we wspaniałym mieście Szeged. Cóż, jestem hungarofilem, uwielbiam ten język, muzykę, te równinne przestrzenie, najlepsze na świecie wina, aromatyczny zapach papryki, że o unicum nie wspomnę. Szeged jest miastem niemal od podstaw odbudowanym po powodzi, jaka nawiedziła region w XIX wieku. Jest tu ogromna katedra, ale przede wszystkim wiele bogatych secesyjnych kamienic, szerokie brukowane ulice, majestatyczne place, czuć przepych, a jednocześnie atmosferę zabawy w niezliczonych knajpach.KOlejny postój w jednym z ładniejszych słowackich miast – Bańskiej Bystrzycy. Przyjechaliśmy tu na koncert, organizowany w zaskłotowanym dawnym kinie Hviezda. Grało sześć lokalnych kapel, koncert skończył się jakoś po 2.00. Straciłem moją bluzę Crass, dostał ją kolega Mikuláš w zamian za swoją bluzę Naco Názov i sporą porcję wódki wlewanej w spragnione gardło wprost z butelki Następnego dnia na ciężkim kacu zwiedziliśmy jaskinię w Bystrej, po czym pojechaliśmy kurować się w termalnym kąpielisku Oravica, nocleg w Trstenie.Ponad dwa tygodnie przygody i wspaniałej zabawy za mną, dla takich chwil warto żyć, nawet jeśli wątroba na tym trochę ucierpi

16 maja 2009 o godz. 12:47

Znów w Albanii (5)

/wp-content/uploads/2009/05/elbasan-friends

Ostatnio zostawiłem was w zasypanym gradem miasteczku Ballsh. Tamtego dnia przeprawiłem się jeszcze górską drogą do Fier, choć w Ballsh znalazłem nocleg, ale wizja spędzenia wieczoru przy świecach była zbyt ponura. Później mieliśmy już ładną pogodę. Pojechaliśmy m.in. do Vlore (wielki port morski, a także miejsce, w którym ogłoszono niepodlęgłość Albanii – jest tu bardzo ciekawe muzeum), Durres i Tirany (krótki opisy stolicy Albanii – tutaj, a Durres to popularny nadmorski kurort choć też jeden z najstarszych rzymskich portów na Bałkanach, polecam zwiedzenie ruin amfiteatru a także wycieczkę do pobliskiego Orikum – ruin starożytnego miasta, które znajdują się obecnie na terenie jednostki wojskowej, same przeprawy formalne aby tam się dostać warte są przygody). Po raz pierwszy zbaczyłem położony na wysokiej skale Zamek Petreli, pierwszy raz byłem też w Elbasanie, mieście-widmie, gdyż po upadku przemysłu metalurgicznego są tam rdzewiejące zakłady, zaniedbana starówka i masa bezrobotnych. Łącznie podczas pierwszej i drugiej wizyty odwiedziłem w Albanii ponad 50 miast, a biorąc pod uwagę, że jest to kraj mniejszy niż województwo Małopolskie, mogę powiedzieć, że poznałem go dość dobrze. Poznałem też wielu bardzo sympatycznych ludzi, życzliwych, otwartych, szczodrych. Niestety, coraz więcej jest też cwaniaków, którzy chcą naciąć turystów i obawiam się, że wraz z modernizacja kraju tych ostatnich będzie przybywać.Z Albanii pojechaliśmy do domu przez Macedonię, Serbię, Węgry i Słowację, napiszę o tym w następnej kartce.

14 maja 2009 o godz. 22:25

Znów w Albanii (4)

/wp-content/uploads/2009/05/ballsh

W Albanii jest wiele ruin starożytnych miast, zarówno iliryjskich (Albańczycy uważają się za ich bezpośrednich potomków) jak i greckich oraz rzymskich, często zresztą fragmenty budowli pochodzą z różnych okresów. Większość antycznych miast zwiedzałem podczas mojej poprzedniej wyprawy do Albanii, poza Butrintem najciekawsza jest Apollonia, choć ciekawe wykopaliska (m.in. ruiny amfiteatru) oglądać można także w Durres – pisałem na ten temat w kartkach z ubiegłego roku, a więcej w przewodniku po Albanii, który jakoś na dniach wyjdzie nakładem Pascala. Podczas tej wyprawy pierwszy raz zobaczyłem jednak starozytne miasto  Byllis, znane z przekazów Cezara i Cycerona, odkryte przez archeologów dopiero w 1917 roku. Była to jedna z iliryjskich stolic, a dziś to ruiny zajmujące obszar 30 hektarów, wysoko położone w górach, dość trudno dostępne przez co rzadko odwiedzane przez turystów. Pozostały m.in. fragmenty dawnych iliryjskich fortyfikacji a także liczne pozostałości z okresu panowania Rzymian, w tym sporo ruin wczesnochrześcijańskich oraz pozostałości po wielkim teatrze, willach rzymskich, łaźniach itp. Z góry rozpościera się piękny widok na rzeke Vjosę.Wjechaliśmy na szczyt w słoneczny dzień, ale pogoda nagle gwałtownie się załamała. Zjeżdżaliśmy z Byllis do miasta Ballsh w tak potwornej burzy gradowej, że ziemia nagle pokryła się lodem, waliły tak wielkie grudy, że bałem się iż wybiją mi szyby w samochodzie. Zresztą o jeździe nie mogło być mowy, staliśmy przerażeni, czekając, kiedy przejdzie najgorsza nawałnica – po obydwu stronach wąskiej górskiej drogi mieliśmy niczym nie zabezpieczone przepaście. Kiedy wreszcie dotarliśmy do Ballsh, okazało się, że w mieście nie ma prądu, ulice wyglądały jak zimą, a środek dnia zamienił się w wieczór. To był chyba najgorszy moment naszej wyprawy.

9 maja 2009 o godz. 10:39

Znów w Albanii (3)

/wp-content/uploads/2009/05/Olo-na-wyspie

Tym razem więcej fotek niż tekstu, bo chciałbym wam pokazać piękno albańskiej przyrody. Pisałem o tym także w kartce z mojego poprzedniego wyjazdu, Albania to kraj niemal dziewiczy, choć rosną – niestety – góry cuchnących śmieci, a rozbudowa infrastruktury drogowej też nie przysłuży się naturze. Ostatnią kartkę pisałem z Himare – nie pewien dalszej drogi przez góry i przełęcz Llogara, otóż tam też jest nowa asfaltowa szosa, a za Fier zaczyna się nowa autostrada niemal do Durres. Jeśli w takim tempie kraj będzie się modernizował (w Tiranie powstało chyba z 50 nowych hoteli), to enklwa spokoju będzie wspomnieniem przeszłości. Szkoda. Jedźcie do Albanii, dokąd jest tam co oglądać! I dokąd jest w miarę tanio – od ubiegłego roku ceny wzrosły o ok. 20 proc. (wpływa na to także bardzo niekorzystny kurs złotego). Ludzie wciąż są bardzo gościnni, ale w coraz większym stopniu nastawieni na "dojenie" turystów, co też mi się niezbyt podoba, zwłaszcza że tu odczuwalna jest różnica w twardej walucie – podskoczyły znacząco ceny prywatnych kwater określane zwykle w euro. Niemniej wciąz jest tam znacznie taniej i wciąż jest wiele pięknych widoków – a poniżej mała porcja tego, co można tam zobaczyć.

2 maja 2009 o godz. 17:53

Znów w Albanii (2)

/wp-content/uploads/2009/05/alban16

Drugą kartkę piszę ze słoneczno-deszczowego Himare, ostatni dzień nad Morzem Jońskim, jutro czeka mnie trudna przeprawa wąską górską drogą przez przełęcz Llogara (góry tu mają ponad 2000 m n.p.m.) w stronę Vlore, pierwszej stolicy Albanii. Byłem w tym kraju niespełna rok temu, jechałem tą samą trasą (dopiero jutro odbiję na inny szlak) i jestem zaskoczony tym, jak ten kraj szybko się zmienia. W Warszawie remont torowiska dla tramwajów na Moście Śląsko-Dąbrowski zajmuje ponad cztery miesiące, a tu w niespełna rok kraj zmienił się niemal nie do poznania. Nie wiem czy są to zmiany pozytywne, z punktu widzenia rozwoju turystyki w Albanii z pewnością, z punktu widzenia spragnionego wrażeń trampa – nie koniecznie. Obecnie albańskie wybrzeże to niekończący się pas budowy. Rok temu w Ksamil można było spać tylko prywatnie w czyimś domu, teraz doliczyłem się pięciu hoteli, a co najmniej trzydzieści jest w budowie. W Butrinti działa już nie tylko hotel, ale też restauracja na terenie antycznego miasta, ale zmiany dotyczą przede wszystkim dróg. Pierwsze zaskoczenie czekało mnie po wjeździe od strony Macedonii – rok temu pomiędzy Pogradec a Korczą była szutrowa droga i jechało się dwie godziny, teraz jest nowy asfalt i przemknąłem w trzydzieści minut. Koszmarna droga wzdłuż stromych klifów Morza Jońskiego od Sarandy do Vlore jest niemal w całości wyasfaltowana – przynajmniej do Himare, w którym teraz siedzę! Jeszcze dwa lata i Albania przestanie być trudno dostępnym rajem dla wytrwałych, znikną zapewne z dróg wielkie lądowe żółwie, a z przybrzeżnych wód koniki morskie, za to będą hotele, dyskoteki, wybetonowane promenady i wszystko to, czego nie znoszę. Szkoda, bo z Albanii raz dwa zrobi się druga Chorwacja – enklawa dla turystów spragnionych wylegiwania się na ciepłych choć kamienistych plażach.Ponieważ wreszcie wyszło słońce, więc kąpałem się dziś w zatoce Porto Palermo (niedaleko jest ukryta w skale baza okrętów podwodnych). Woda cieplejsza niż w naszym Bałtyku w połowie sierpnia. Orzeźwiająca i czysta, a potem można było położyć się na białych gładkich skałach i czekać aż obeschnie skóra. Cudowne uczucie po trudach podróży.Kilka fotek, no i czekajcie na następną kartkę. Ściskam, właśnie przestało padać

1 maja 2009 o godz. 18:33

Znów w Albanii (1)

/wp-content/uploads/2009/05/alban1

Już od tygodnia jestem w trasie i dopiero teraz piszę, musicie wybaczyć, ale pokonałem 2500 km i rzadko były chwile wytchnienia. W dzień – w trasie, wieczorami, cóż, zawieram znajomości z lokalnym półświatkiem przestępczym, najpierw w Serbii, następnie w Albanii. W największym skrócie – zaczęliśmy naszą trasę od noclegu w Martinie, słowackim mieście znanym z browaru Martinem, następnie dwie noce w Serbii – w Novim Sadzie (bardzo ładne miasto z wielką twierdzą górującą nad brzegiem Dunaju) i u podnóża gór w prowincjonalnej dziurze Leskovac. Serbia to kraj stosunkowo niedrogi, pełen sympatycznych ludzi, mają znakomite rakije, pelinkovace (wódki ziołowe, gorzkie) i najlepsze na świecie wódki miodowe, zrozumiałym jest zatem, że z żalem opuszczałem ten kraj. Przez Macedonię przemknąłem, dając w Skopje łapówkę policjantowi (wymusił grożąc odebraniem paszportu). Nie lubię Macedonii, tego brudu, żebrzących dzieciaków, nachalnych sprzedawców, agresywnych policjantów. Poza miastem Ochryda nie ma tu ani jednego naprawdę urokliwego miejsca. Dlatego z ulgą przekroczyłem granicę w Albanii. O Albanii już bardzo dużo pisałem w zeszłym roku, a za kilka dni do księgarń powinien trafić przewodnik Pascala, którego jestem współautorem właśnie w części poświęconej Albanii. Jak na razie jadę szlakiem dobrze mi znanym. Pierwsza noc w Pogradec nad Jeziorem Ochrydzkim, następna w Gjirokastrze, teraz drugi dzień siedzę w Ksamil nad Morzem Jońskim, pogoda niezbyt udana, ale nie przeszkadzało mi to wynająć łódź i popłynąć na wysepki Ksamil. Dwa razy zakopał mi się samochód, a raz omal nie runął w przepaść, zatrzymał się na jakimś płocie, tratując go… A piszę z kafejki internetowej w Sarandzie, albańskim kurorcie nadmorskim, jednym z najpaskudniejszych miejsc w tym kraju.Na razie tyle, poniżej kilka fotek, trzymajcie się.

24 kwietnia 2009 o godz. 17:47

Nie ma mnie

Od jutra (25 kwietnia) nie ma mnie przez dwa tygodnie. Trasa wiedzie znów do Albanii (bo tam już piękne słońce nad morzem!), może kilka dni zabawię w Serbii, ewentualnie w Macedonii, z pewnością jakieś zakupy na Słowacji bo choć są w strefie euro to przecież wciąż mają piwo najlepsze na świecie, a fernet choć czeski, to dostępny w każdym sklepie. Postaram się raz na jakiś czas wrzucać kartkę z podróży + fotki do komentarzy, może raz na jakiś czas zerknę do skrzynki e-mail, ale raczej nie… Po powrocie czeka mnie pracowity okres, premiera nowej książki, masa spotkań autorskich, ale o tym wszystkim będę później informował, a na razie życzcie mi zdrowia, sił i szczęścia na drogach

7 marca 2009 o godz. 11:01

Berlin

/wp-content/uploads/2009/03/457-Berlin

Kosmopolityczne, tętniące życiem miasto, do niedawna przedzielone ponurym murem, którego kolorowe fragmenty można dzis kupować w sklepikach z pamiątkami. Byłem w Berlinie kilkakrotnie, jednak ostatni raz chyba 11-12 lat temu. Od tamtego czasu stolica Niemiec bardzo się zmieniła, przede wszystkim trudno byłoby dziś w centrum miasta znaleźć różnice pomiędzy wschodem i zachodem (widać je bardziej na wschodnich robotniczych przedmieściach, choćby w okolicy Ostbanhof, gdzie niedaleko jest znany berliński skłot). Centrum tętni życiem, reklamami, drogimi samochodami, luksusowymi sklepami. I widać nostalgię czy też swoistą modę na DDR – począwszy od gadżetów po lokale nawiązujące stylem do epoki minionej. Kosmopolityczny charakter Berlina sprawia, że jest on znacznie mniej "niemiecki" od innych miast – ludzie są otwarci i nie tak zasadniczy jak we Frankfurcie, Kolonii czy Monachium.

30 grudnia 2008 o godz. 20:39

Feliz Ano Nuevo

/wp-content/uploads/2008/12/ibiza-5

Siedzę od kilku dni na Ibizie, wyspie, która ma 40 km w jedną stronę i 35 w drugą, przejechanie całego wybrzeża, pomimo gór i masy zakrętów, zajmuje jakieś pięć godzin. Byłem już w każdym miasteczku i każdej wsi bo siostra byczy się całe dnie i zostawiła mi do dyspozycji swojego Seata nomen omen Ibiza. W sezonie zimowym taka wyspa to raj – ciepło (jakieś 16 stopni), pusto (nie ma turystów, nawet rodowici mieszkańcy wyjeżdżają), na drzewach kwitną pomarańcze i cytryny, na palmach kiście daktyli, wszędzie blisko. Całkiem serio myślę żeby sprzedać, co się tylko da i kupić tu dom. Latem można go wynajmować za bajońskie sumy (latem na Ibizę przyjeżdżają milionerzy – moja siostra, która zimą się tu opierdala, a jest fotografikiem, latem zarabia 1000 euro za obsługę jednego ślubu! albo 100 euro liczy sobie za jedną fotkę – i frajerzy chętnie płacą). Zimą bym tu przyjeżdżał pisać książki… Cudowne życie.Marzenia, marzenia, póki co jednak życzę Wam wszystkim szczęśliwego nowego roku. Feliz Ano Nuevo!

17 grudnia 2008 o godz. 22:53

Nienawidzę pisać przewodników (chyba)

Uff… przepraszam, wiem, że ostatnio opóźniam się z odpisywaniem na listy i w ogóle jestem trudno dostępny, ale to wszystko przez tą cholerną Albanię. Jak wspominałem, podjąłem się napisać dla wydawnictwa Pascal przewodnik po tym pięknym kraju, a właściwie część większego przewodnika po Bałkanach, która poświęcona będzie akurat Albanii. No i termin oddania tekstu mi minął, a ja siedzę i piszę, przekopuję notatki, zdjęcia, strony internetowe, wszystkie książki jakie zgromadziłem o Albanii… Powiem wam, że pisanie przewodnika turystycznego to najnudniejsza na świecie robota. Fajnie jest pojechać, obejrzeć, zrobić zdjęcia, zebrać materiał, ale potem… ech, wszystko według szablonu, schemat, nuda, okropieństwo. Oczywiście nie dziwię się wydawcy, który chce trzymać równy poziom każdego przewodnika w swojej serii i wyznaczył autorom formaty, których bezwględnie muszą się trzymać (nawet każdy akapit ma swoje symbole, niczym kody), nie mniej dla autora to udręka. To tyle żali i łez krokodylich, wracam do opisywania hoteli w mieście Korcza, w którym – na to oczywiście w przewodniku nie ma miejsca – poza muzeami jest najlepszy w Albanii browar, a litr pysznego wina kosztuje 2 euro i niewiele więcej pędzona rakija z winogron. I dokąd chętnie wrócę w maju przyszłego roku, ale nic już więcej nie chcę na ten temat pisać!

19 listopada 2008 o godz. 23:03

Interliber w Zagrzebiu

/wp-content/uploads/2008/11/DSC08882

Z targów książki Interliber w Zagrzebiu wróciłem już kilka dni temu, ale mam urwanie głowy – piszę przewodnik po Albanii, termin z wydawnictwa Pascal nagli, w dodatku wciąż jakieś rozjazdy, nie ma chwili spokoju żeby napisać jak tam było. A było świetnie! Ambasada Polski ulokowała mnie w czterogwiazdkowym hotelu Dubrownik w samym centrum miasta. Miałem trochę czasu żeby pozwiedzać muzea (samo miasto widziałem już wcześniej). Na targach miałem dwa spotkania – w piątek prezentację "No Future Book", w sobotę spotkanie na stoisku, głównie rozmowy z tłumaczami w sprawie ewentualnego przekładu "Xenny" na chorwacki. Polska wypadła na targach lepiej niż gość honorowy Izrael (poza mną gośćmi byli: Krzysztof Varga, Katarzyna Kotowska i Piotr Dobrołęcki). Doskonale nasze występy i cały pobyt zorganizowała Barbara Kramar z polskiej ambasady, poza tym świetna tłumaczka i przemiła osoba. Polska miała dodatkowe wsparcie promocyjne dzięki redakcji pisma literackiego "Tema", które przygotowało numer poświęcony polskiej literaturze (we współpracy z kwartalnikiem "Wyspa"). W "Temie" ukazał się także i mój tekst po chorwacku – na temat przyszłości książki. Poz atym pierwszy raz w życiu udzielałem dla telewizji wywiadu po angielsku Zainteresowanie targami było duże – nie tylko mediów, także publiczności, zwłaszcza, że wstęp jest bezpłatny, a książki oferowane z wysokimi rabatami…A sam Zagrzeb… cóż, pięknie wyglądały wąskie uliczki w jesiennym słońcu. Na każdym rogu można było kupić pieczone kasztany. W kawiarniach gwar. Tylko potwornie drogo, znacznie drożej niż w Warszawie.

14 września 2008 o godz. 19:06

We Lwowie

/wp-content/uploads/2008/09/Lwow-almanach

Przez cztery dni gościłem we Lwowie podczas 15. targów książki "Book Forum" oraz jako gość 3. Międzynarodowego Festiwalu Literackiego. W festiwalu wzięło udział 180 autorów z 16 krajów, spotkania odbywały się głównie na scenach lwowskich teatrów, ja miałem spotkanie autorskie w Teatrze Woskriesinija, niedaleko Uniwersytetu, w jednej z pięknych secesyjnych kamienic. Czytałem po polsku fragmenty "Xenny" i "Melanży z Żyletką", a tłumaczka Bożena Antoniak przeczytała opowiadanie "Sylwia" we własnym przekładzie (tłumaczyła m.in. na ukraiński prozę Marka Krajewskiego). Przekład "Sylwii" ukazał się w towarzyszącej festiwalowi pięknie wydanej antologii.Byłem zdziwiony, bo na spotkanie przyszło sporo osób. Ze mną swoje utwory czytał Andrzej Kokotiuch, autor ukraiński – prozaik i scenarzysta, nie rozumiem dobrze języka ukraińskiego, ale jego utwory musiały być zabawne, gdyż sala co chwila wybuchała śmiechem. A przede wszystkim świetnie potrafi czytać.Festiwal był bardzo dobrze rozpropagowany, a same targi odwiedzała codziennie masa ludzi. Dla mnie była to także okazja do rozmów z ukraińskimi wydawcami i księgarzami, którzy mają dziś mniej więcej takie same problemy, jakie my mieliśmy 15 lat temu, kiedy książki trafiały do księgarń w komis, a głównym zmartwieniem wydawcy była egzekucja należności.A pomijając sam festiwal, Lwów jest cudownym miastem i szkoda, że spacerowałem jego ulicami w deszczu, który przez te cztery dni z rzadka tylko ustępował. Chwilą zadumy nad historią miasta była przechadzka alejami Cmentarza Łyczakowskiego, mijałem groby Konopnickiej, Zapolskiej, Ordona… – Dużo tu Polaków, na cmentarzu - poklepał mnie po ramieniu młody Ukrainiec i poczęstował papierosem, razem pojechaliśmy tramwajem w stronę placu, na którym stoi najwspanialszy na świecie pomnik Adama Mickiewicza. Z placu z pomnikiem Mickiewicza szedłem ulicą Kopernika, minąłem Pałac Potockich, gmach Ossolineum, skręciłem w ulicę Słowackiego by dojść na mój wieczór autorski. Jak te ulice przyjemnie się nazywają.

9 sierpnia 2008 o godz. 22:06

Kartka z Albanii (6)

/wp-content/uploads/2008/08/DSC07865

Ostatnia już kartka, więcej przeczytacie jak napiszę do przewodnika Pascala. Odwiedziłem w Albanii 49 miast i wiosek, przejechałem ten kraj wzdłuż i wszerz, w ostatniej kartce napiszę, co jest najbardziej warte zobaczenia oraz kilka słów o tym, co warto konsumować.

9 sierpnia 2008 o godz. 20:22

Kartka z Albanii (5)

/wp-content/uploads/2008/08/DSC07402

Napisałem o pięknej dziewiczej przyrodzie w Albanii, teraz trochę o ludziach. Równie nieskażonych jak górskie ostępy. To zaskakujące, że lata krwawego reżimu, który przecież dopiero co się skończył, nie zniszczyły w tych ludziach pogody ducha i życzliwości.

8 sierpnia 2008 o godz. 14:09

Kartka z Albanii (4)

/wp-content/uploads/2008/08/mini-DSC07960

Albania to wciąż niemal dziewiczy kraj, bez wątpienia ostatnia taka enklawa spokoju w Europie. Puste plaże, niemal puste drogi, brak problemów z noclegiem nawet w najpiękniejszych nadmorskich miejscowościach, gdyż turystyka jeszcze się tu nie rozwinęła. Myślę, że to kwestia dwóch, trzech lat i Albania stanie się takim samym kurortem, jakim jest Chorwacja, a wtedy kraj ten straci swój niezwykły, dziewiczy urok. Jedynym mankamentem są wszechobecne śmieci… Albańczycy to potworni śmieciarze, rzucają butelki, puszki i papiery gdzie popadnie, także do morza. W rezultacie można trafić na dziewiczą plażę pełną śmieci, które przyniosły na brzeg fale. Okropny widok!

6 sierpnia 2008 o godz. 22:46

Kartka z Albanii (3)

/wp-content/uploads/2008/08/DSC07428

Zmarły w 1985 roku Enwer Hodża był nie tylko najdłużej sprawującym władzę przywódcą komunistycznego państwa, ale też niewątpliwie najbardziej obłąkanym. Odizolował Albanię od całego świata (przez długi czas była w jednym blosku z Chinami – do dziś widać np. jeżdżące po wiejskich drogach traktory z wymalowanymi chińskimi literami), zakazał posiadania samochodów (w rezultacie nie rozwinęłą się sieć dróg, do dziś wiele dróg nie jest pokrytych asfaltem), wyburzył zabytki, nakazał natomiast budowę miliona bunkrów, co było nie małą inwestycją, zważywszy, że koszt budowy jednego z nich był porównywalny do budowy dwupokojowego mieszkania.

31 lipca 2008 o godz. 15:45

Kartka z Albanii (2)

/wp-content/uploads/2008/07/Tirana3

Tirana – jedna z najbrzydszych europejskich stolic, brzydszy jest chyba tylko Erewań, ale można się spierać czy to Europa czy już Azja. Mieszanka socrealistycznego monumentalizmu, nowoczesnych biurowców najczęściej należących do zachodnich banków (np. Raiffeisen) i samowolki budowlanej wzniesionej przez biednych mieszkańców. Architektoniczny chaos.

25 lipca 2008 o godz. 19:31

Kartka z Albanii (1)

/wp-content/uploads/2008/07/mini-DSC07288

Dojazd do Albanii zajął mi prawie trzy dni, jednak to kawał drogi! Pierwszą noc spędziłem na Węgrzech, drugą w Serbii, potem przebiłem się przez góry Czarnogóry (potwornie męcząca trasa) i dojechałem do Szkodry w Albanii.