Materiały wg tagu "podróże"

31 stycznia 2015 o godz. 09:29

Kartka z Udaipur

SONY DSC

Udaipur został założony w XVI wieku przez Udai Singha. Była to czwarta stolica dynastii Sisodia, której początki jakoby sięgają czasów Ramy, 1500 lat p.n.e. Rządzą od VII wieku do dziś, uważani są za najważniejszych pośród maharadżów, czyli maharanich. Dziś miasto ma ponad pół miliona mieszkańców i własne lotnisko. To ważny ośrodek edukacji, działa tu dziewięć uniwersytetów. Ma pięć jezior, zwany jest Wenecją Indii, zbiorniki zasilane są przez wodę spływającą ze wzgórz, w czasie suszy wysychają. Miasto otacza 20 km murów obronnych z flankami i wieżami, zbudowanych w XVIII wieku.

30 stycznia 2015 o godz. 01:32

Kartka z Ranakpur

SONY DSC

W Ranakpur jest ufundowana przez władcę Rana Khumbę wielka świątynia dżinijska z marmuru, z XVI wieku. To podobno jedna z piękniejszych świątyń dżinistów w Indiach, ufundowana przez maharadżę Udaipuru. Ma cztery jednakowe wejścia na cztery strony świata, by dżinizm rozszedł się po całym świecie. Wieże świątyni symbolizują szczyty Himalajów, które wedle wierzeń są domem bogów. Niezwykle bogata wewnątrz, z figurami słoni, z 1144 rzeźbionymi kolumnami, każda inna. Wspaniała.

29 stycznia 2015 o godz. 01:07

Dromadery

SONY DSC

Jest ich w Indiach mnóstwo, chodzą dostojnie po ulicach miast z pięknie zdobionymi siodłami. Pracują w polu, są popularnym środkiem transportu, wykorzystuje się wełnę, skórę i kości, a mięso oddawane jest zwierzętom bo w Indiach wielbłądziego mięsa się nie je (praktycznie prawie w ogóle nie je się mięsa). Jest też cennym źródłem mleka. Dla nomadów wielbłąd to cały kapitał. Na granicy z Pakistanem stacjonują wojskowe patrole na wielbłądach. Dromader żyje 30 lat, kosztuje ok. 700 euro gdy jest młody. W Pushkarze są najsłynniejsze targi wielbłądzie w Indiach. Odbywa się tu w listopadzie długi festiwal wielbłądzi, wybory najpiękniejszego wielbłąda, tańce wielbłądzie, rozmaite zawody.

28 stycznia 2015 o godz. 01:49

Indyjskie miniatury

SONY DSC

Są zachwycające. Sztuka malowania miniatur jest znana w Indiach od XIV wieku. Obecnie w Indiach są 22 różne szkoły malarstwa miniaturowego. Malują farbami, które sami przygotowują, pędzelkami zrobionymi z brwi wielbłąda i ogonów wiewiórek, na kości wielbłądziej, jedwabiu, papierze ryżowym; obecnie zakazane jest malowanie na kości słoniowej. Ceny zależą od tego, kto malował, jest podział na mistrzów i uczniów, ale też od wykorzystywanych materiałów, w tym złota, srebra i kosztownych kamieni, a także od wielkości obrazka i precyzji. Najpiękniejsze kosztują po kilkanaście tysięcy dolarów, są wspaniałe. Najbardziej szczegółowe detale malowane są ściętymi paznokciami, miniaturzyści mają każdy paznokieć inaczej zaostrzony, wymaga to wielkiej precyzji. Najpierw powstaje szkic ołówkiem, potem malowane są tła, następnie wypełniane są farbą większe przestrzenie, na koniec nanoszone są delikatne detale i zdobienia. Umiejętności przekazywane są z pokolenia na pokolenie, często w zakładzie miniatur można kupić obrazki mające sto i więcej lat – malowane przez dziadków czy pradziadków obecnego artysty. A mistrzowie mają swoich uczniów, którzy terminują, i których prace sprzedawane są nawet po sto rupii. Łatwo jednak rozpoznać te mistrzowskie, mimo iż powtarzają się te same motywy. Pozornie identyczne obrazki różnią się detalami i delikatnością kreski.

27 stycznia 2015 o godz. 01:30

Kartka z Jodhpuru

SONY DSC

Dzisiejszy Jodhpur ma 3 mln mieszkańców. Miasto zaczęło powstawać w XIV wieku. Przez pewien czas było stolicą regionu. Zwane Błękitnym Miastem od fasad bogatych domów braminów, dziś w części z nich są bary i hotele. Latem słońce świeci tu przez 14 godzin, temperatury dzienne wynoszą 49 stopni. Nad miastem, na skałach, jest potężna twierdza z zewnątrz przypominająca zamki katarskie. Poniżej jest ładnie położony nad małym zbiornikiem wodnym dziewiętnastowieczny pałac grobowy maharadży z białego marmuru, w stylu przypominającym nasze rokoko ze stożkową kopułą w stylu wschodnim, do tego mauretańskie wieżyczki, kiczowaty. Wokół ładny park. Na wodzie pelikany.

26 stycznia 2015 o godz. 01:18

Kartka z Mandoru

SONY DSC

Mandor do XIV wieku był stolicą królestwa Pratiharów i Rathorów. Dziś to nieduże miasto, znane głównie jako miejsce niezwykłych świątyń pogrzebowych, cenofatów. Ich budowę zaczęto w VI wieku. Były tu ustawione na kamiennych platformach stosy pogrzebowe. Kobiety wchodziły za zmarłym mężem, ta straszliwa ceremonia nazywa się sati i – choć potajemnie – do dziś bywa praktykowana. Domy pogrzebowe są bogato zdobione w stylu przypominającym nieco świątynie Khmerów, platformy, na nich wsparte na bogato zdobionych kolumnadach dachy o stożkowych kształtach, na wprost wejścia małe ołtarze. Platformy były jednocześnie królewskimi grobowcami. Rekordzista – Adżit Singha – w 1724 roku został tu spalony, a za jego zwłokami w ogień poszły aż 84 kobiety – sześć żon, konkubiny, nałożnice, służące i ulubione kobiety. Wchodziły żywe w ogień, odurzone wcześniej narkotykami. Makabra. Ale miejsce piękne, świątynie zatopione w parku pełnym małp, lemurów z czarnymi twarzami i długimi ogonami. Są nieco złośliwe i namolne, przyzwyczaiły się, że ludzie przychodzą je karmić, składając w ten sposób ofiarę dla boga-małpy Hanumana. W wielkim parku pasą się byki i bawoły, biegają szare wiewiórki, w koronach drzew kryją się zielone papugi Aleksandretty.

25 stycznia 2015 o godz. 01:34

Kartka z Jaisalmer

SONY DSC

Jaisalmer to miasto ze wspaniałym fortem i pałacami maharadżów, a także z zespołem niezwykłych świątyń dżinijskich. Ponad obecnym miastem wznosi się wzgórze z fortecą, a w obrębie murów jest stare miasto. Cudowne miejsce, przypominające baśniowe miasta, a przynajmniej mogłoby przypominać, gdyby nie wszechobecny syf – porozrzucane śmieci, ściekający ulicami mocz, wszędzie odchody zwierząt, tabuny wychudzonych bezpańskich psów, brudne kuchnie restauracji, cuchnące szalety.

24 stycznia 2015 o godz. 01:59

Konopia indyjska

SONY DSC

Konopia indyjska jest legalna w Indiach, jakże by inaczej miało być, marihuana jest tu uważana za święte ziele i konsumowana na wiele sposobów, od palenia przez picie po zjadanie. Palarnie marihuany nazywają się Bhang Shop lub Lassi Shop i są legalne, choć kontrolowane przez państwo. W takim miejscu dostaje się menu, a w nim kilka stron – różne mleczno-owocowe koktajle (lassi) z dodatkiem wywaru z marihuany, lub tego typu gorące napary, marihuanowe ciastka, czekolady i, oczywiście, liście do palenia oraz bogate oprzyrządowanie, największe wrażenie robią rozkręcane ośmiofunkcyjne fajki, ustrojstwo skręcane na śruby pozwala palić na wiele sposobów, pod różnym kątem, z cybuchem lub bez. Wedle wierzeń hinduskich, bóg Sziwa, który jest bogiem nieobliczalnym i nieco szalonym, sam palił marihuanę i dał ją swoim wyznawcom, więc państwo nie może zakazać używki. Opium czy nawet haszysz są zabronione, ale marihuanę można uprawiać, sprzedawać i konsumować bez umiaru. W sklepie Bhang są miejsca do palenia na siedząco, do palenia na leżąco, do konsumowania wywarów i lassi, no i można tu dokonać zakupów. Nie jest to tania używka. Gram marihuany kosztuje 250 rupii, to jest ok. 16 zł, taniej niż w Polsce, ale tu są zupełnie inne ceny, za tyle można jeść obiady przez tydzień. Wszystko oferowane jest w kilku poziomach mocy – od poziomu dla początkujących, po extra strong, ale ogólnie indyjska marihuana nie jest tak mocna jak te z Ameryki Południowej czy z Bałkanów, które trafiają na europejskie rynki. Lassi czy herbatka kosztują 120-140 rupii. Kupiłem bez przekonania, raczej jako ciekawostkę, przekonany, że parująca zielono-bura breja w szklance nie może w żaden sposób działać, no i okazało się, że jednak działa. Tyle, że z około godzinnym opóźnieniem, czyli zupełnie inaczej niż przy paleniu. Ale działanie podobne, zależne od nastroju, towarzystwa i predyspozycji, zawsze jednak mocno zaburzające koordynację ruchów i mowę. Ciastka w wersji strong czy extra strong to już sprawa bardziej poważna. Znów byłem zdumiony, bo ciastka z nasionami marihuany sprzedawane dość powszechnie w Czechach nie działają w ogóle. Tu jednak ciastko ma smak i konsystencję plasteliny, przypominają kostkę haszyszu, no i podobnie działają. Pół ciastka zapewnia błogostan na dłuższy czas, całego ciastka nie próbowałem. Sprzedawca w Jaisalmer zachęcił mnie do ciastka reklamując: „Jak ktoś ci gada nad głową bzdury i masz już dość słuchania go, to zjedz pół ciastka, zaraz przestanie ci przeszkadzać”. Wyjątkowo nie kłamał. Ciastka są niezłe. Plantacje marihuany są na północy kraju. Trawa do palenia jest niespecjalnie mocna i mniej aromatyczna niż znana u nas, jednocześnie chyba bardziej oleista. Ciasteczka robi się poprzez zmieszanie z masłem i mąką wyciągu z liści, ziarenek w ogóle się nie używa do czego innego niż do sadzenia krzaków. W sklepach Bhang nie brakuje osób, przeciwnie, jest ciasno, co ciekawe – przychodzą w większej liczbie kobiety! Atmosfera wewnątrz niesłychanie sympatyczna, żeby nie powiedzieć familiarna. Ze ściany uśmiecha się upalony bóg Sziwa. Miał on różne oblicza – Sziwy łagodnego, Sziwy szalonego, ale też Sziwy tańczącego z wieloma rękami. Jak najbardziej pasuje do tego miejsca.

23 stycznia 2015 o godz. 01:55

W teatrze lalek

SONY DSC

Pan Sharma w 1984 roku założył na przedmieściach miasta Jaisalmer, na obrzeżach Radżastanu, teatr lalek i niewielkie muzeum pustyni. On i jego trzyosobowa trupa ręcznie robią lalki i sprzedają je, zrobili ich już ponad 2000. Sympatyczny właściciel w turpanie sikhijskim wita wchodzących, bilet wstępu na czterdziestominutowy spektakl kukiełkowy kosztuje 100 rupii. Kukiełki mają praktycznie wszystkie takie same twarze, różnią się strojami, jest też wiele kukiełek-zwierząt: słonie, konie, wielbłądy, krowy, węże. Repertuar indyjskiego teatru lalek, bardzo tu popularnego, zwykle mocno związany jest z tematyką religijną a tu – w mieście zbudowanym niemal na środku pustyni – z życiem, tradycjami i kulturą ludzi pustyni. Dla widza z zewnątrz przekaz jest monotonny: śpiew, bębenek, kołatki i tańce kukiełek, także np. z wielbłądem czy kobrą. Pan Sharma opowiada o treści każdego epizodu, mówiąc przy okazji o trudach życia na pustyni, swojej pasji, historii muzeum i oczywiście historii Indii. Co do historii samego teatru lalek, to jest on w Indiach znany od VI wieku i związany z wiarą w boga Brahma, który podobno stworzył zarówno lalkę jak i lalkarza. Trzeba przyznać, że sztukę poruszania sznureczkami, które odpowiadają za ruchy ciała lalek, opanowano tu perfekcyjnie.

22 stycznia 2015 o godz. 01:09

Kartka z Bikaner

SONY DSC

Bikaner słynie z hodowli wielbłądów i XVI wiecznego fortu. Miasto powstało jakieś dwieście lat przed fortem, ale to on przyciąga odwiedzających. Było to jedno z królestw Radżastanu, panował tu ród Singha (ostatni maharadża zmarł bezpotomnie w 2012 roku). Fort jest imponującym zabytkiem, otoczony murami, z pięknym ogrodem, zdumiewa przepychem królewskich komnat, w których urządzono muzeum poświęcone maharadżom z Bikaneru oraz m.in. ekspozycjom oręża, łącznie z angielskim myśliwcem z okresu I wojny światowej, który w całości stoi w jednym z pomieszczeń. Ogromny srebrny tron, sale ociekające złotem, piękne kasetonowe sufity, mozaikowe podłogi, malowidła religijne, kolumnady zwieńczone kapitelami ze słoniami, wieżyczki, balkony, wielki dziedziniec, to bardziej pałac niż typowy fort, choć ród Singha miał jeszcze dwa pałace-rezydencje. Po starym mieście pędzą tuk-tuki, hałas, zgiełk, nie milkną klaksony, pieszy musi rozglądać się na wszystkie strony, przechodzenie przez ulicę to śmiertelne ryzyko. Można też pojechać zaprzęgiem konnym, takie ekstrawagancje nie kosztują wiele, choć oczywiście o wszystko trzeba się targować. Wąskie uliczki starego miasta, tu wznoszą się piękne rezydencje, w niektórych urządzono bardzo ekskluzywne hotele, w innych mieszkają zwykli ludzie. Miasto otacza ponad 20 kilometrowy masywny mur warowny. Znów szokujące kontrasty, warownia z wystrojem wartym miliardy i porażająca momentami bieda ulic. Można odnieść wrażenie, że Indie to kraj przyjazny głównie maharadżom. Ale ludzie są uśmiechnięci, życzliwi, tylko gdy kierują pojazdami zachowują się jakby byli na planie filmu Death Race – jeśli nie da się wyprzedzić, to zabić lub zepchnąć do rowu. Ulice w Indiach to koszmar, horror z gatunku najbardziej kiczowatych, z kiepską scenografią i jeszcze gorszą ścieżką dźwiękową.

21 stycznia 2015 o godz. 01:03

Kartka z Deshnok

SONY DSC

W miasteczku Deshnok znajduje się absolutnie niezwykła świątynia zamieszkana przez szczury. Oficjalnie to świątynia Karni Maty, dedykowana w dużym stopniu bogini Durga (w hinduskich świątyniach wielu bogów ma swoje ołtarze i rzeźby).Mieszka tu podobno ok. 6000 szczurów, w tym tylko 6 białych. Pielgrzymi przynoszą dary, zjedzenie resztek po szczurach przynosi szczęście. Specjalną moc mają te białe szczury. Jak gryzoń przebiegnie po stopach, to też fartownie. Szczury uważane są za inkarnację zmarłych wiernych. Ołtarz powstał w XIV wieku, bryła była wielokrotnie przebudowywana. Wizyta w świątyni, wśród tysięcy biegających szczurów (niektóre apatycznie śpią, inne ze starości umierają), to niezwykłe przeżycie. Szczury podchodzą, można je karmić z ręki, wszędzie pełno szczurzych odchodów (wszystkie świątynie w Indiach odwiedza się na boso). Nie wypatrzyłem białego, ale nie jeden przebiegł mi po stopach, będę miał szczęście! A wokół sprzedawcy szczurzych przysmaków, podobno stworzaki przede wszystkim lubią słodycze, mleczko kokosowe i z trzciny cukrowej, ale ziarnem też nie gardzą. Jak dotąd nigdy nie widziałem więcej niż dwa szczury na raz. Żałowałem, że nie zabrałem ze sobą do Indii moich kotów, ależ by miały frajdę.

20 stycznia 2015 o godz. 01:23

Kartka z Mandawy

SONY DSC

Niewielka Mandawa nie jest miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów, leży nieco na uboczu. I choć przewodniki poświęcają jej niewiele miejsca lub wcale nie wspominają Mandawa, warto tu zajrzeć, choć droga z Dheli jest koszmarna, przez mniejsze miasta, przez zakorkowane, podziurawione drogi. Miasto zostało założone w XVIII wieku i są tu przepiękne, wystawne domy kupieckie, hawele. Wprawiają w zachwyt, pierwsze skojarzenie to Wawel, nie żartuję. Monumentalna i bardzo wystawca architektura większości przypomina europejski renesans, niektóre są bardziej w stylu naszej secesji, ale wszystkie pokryte malowidłami o tematyce religijnej, a przewodnim motywem rzeźb jest słoń. Zaniedbane, odrapane, w oknach suszą się ubrania, mieszkają w nich ludzie, zwykle kilka rodzin w jednym domu. Dom wart fortunę, a w nim ściubią się biedacy. W centrum miasta stoi świątynia Thakurdzi, wokół której rozstawiono stragany. Domy, należące niegdyś do bogaczy, mają dwa piętra, rozległe dziedzińce, kolumnady, wieżyczki, z dachów widać całe dwudziestotysięczne miasto i mury niedużej twierdzy. Ciasne uliczki, przy domach stoją kozy, byki, bawoły, które wyjadają resztki ze śmietników, nie ma tu pastwisk. Jest za to brud, smród, aż trudno uwierzyć, że tak oszałamiające zabytki stoją praktycznie na wielkim wysypisku śmieci. Indie zaskakują swoimi kontrastami, naprawdę trudno tu wiele rzeczy zrozumieć, zaakceptować. Jak można tak żyć? Tak brudzić? Tak nie dbać o to, co jest wokół? Cóż, oni tu dbają o higienę duchową, ciało jest tylko chwilowym więzieniem ducha, który wędruje przez wieki.

19 stycznia 2015 o godz. 04:23

Kartka z Delhi

SONY DSC

Liczące dziś ok. 22 mln mieszkańców, to tak naprawdę zlepek wielu miast i wielu kultur. Najstarsze części – głównie fundamenty późniejszych meczetów, kolumny, rzeźby mają kilka tysięcy lat. Wspaniałe budowle muzułmańskie, jak meczet Kutb Minar, sięgają XII wieku. Stare Delhi to głównie XVI i XVII wiek. Od 1857 roku zaczyna się historia związana z Anglikami i monumentalne budowle europejskie. A na to wszystko narasta samowolka budowlana, chaos, bieda, w rezultacie miasto sprawia wrażenie przeludnionego placu budowy, wysypiska śmieci, spośród których potrafią wyglądać niebywałe skarby.

14 stycznia 2015 o godz. 10:54

Zabytkowy wiatrak w Korycinie

korycin

Jadąc główną trasą przelotową Białystok-Augustów zatrzymałem się ostatnio w Korycinie, gdzie uwagę kierowców przykuwa piękny samotny wiatrak ustawiony przy parkingu dla TIR-ów, poniżej kościoła. Ten wiatrak typu paltrak wybudował Henryk Kopiciewski w latach 1945-48 we wsi Zagórze i był on prezentem ślubnym dla jego syna. Przez ostatnie dekady stał opuszczony, niszczał i popadał w ruinę. W 2006 roku gmina Korycin zakupiła wiatrak, został częściowo zrekonstruowany, częściowo pozostały odnowione elementy oryginalne. Następnie przewieziono go nad zalew w Korycinie, a huczne otwarcie nastąpiło 15 sierpnia 2010 roku. Stanął na nowo wybudowanym fundamencie, odpowiednim do utrzymania 13 tonowej wagi. Cały koszt wyniósł 700 tys. zł, z czego 500 tys. pochodziło z unijnego programu „Odnowa wsi”. W środku mieści się izba regionalna, zawierająca eksponaty związane z regionem, obiekt jest przystosowany dla niepełnosprawnych, wokół utworzono miejsca parkingowe, wstęp wolny.

11 stycznia 2015 o godz. 16:38

Kartka z Norwegii 8

SONY DSC

Aquavit, znany też jako akevitt, czy po prostu akwawit, to narodowy trunek Skandynawii, popularny w: Danii, Szwecji, Islandii i Norwegii. W tej ostatniej ma własną apelację, która ściśle reguluje zasady przygotowywania trunku. Tutejszy aquavit (Norsk cask age aquavit) zawsze robiony jest z norweskich ziemniaków i – zgodnie z przepisami – starzony przez minimum sześć miesięcy, najczęściej w beczkach po sherry. W smaku bardziej przypomina holenderski genever niż niemiecką kminkówkę, technologia produkcji jest zresztą podobna jak w przypadku wytwarzania jałowcówek. Poza beczką i rektyfikowanym ziemniaczanym spirytusem sekretem aquavitu są zioła – przede wszystkim kminek i koper.

6 stycznia 2015 o godz. 10:08

Kartka z Norwegii 7

SONY DSC

Lodowy bar, miejsce z wersji Królowej Śniegu dla dorosłych, czyli Magic Ice Bar, leży w samym sercu Oslo, blisko Teatru Narodowego, przy Kristian Iv’s Gate. Powstał ponad 10 lat temu. Wewnątrz panuje temperatura minus 5 stopni, dostaje się dodatkowe ciepłe okrycie z kapturem i rękawiczki, na lodowych ławach wyłożono derki. Stoliki są z lodu, kontuar z lodu, dekoracje z ton lodu. Kilka razy w roku zmieniany jest wystrój, trafiłem na inspirowany twórczością Muncha, można zasiąść do lodowego stołu z lodową figurą malarza, na ścianie jest lodowa wersja „Krzyku” i reprodukcje w lodzie innych jego dzieł. Pije się z lodowatego lodowego pucharu. Szkoda, że wybór trunków niewielki. W cenie (wejście kosztuje 160 koron) jest jeden lodowy kielich dziwnego likieru z arktycznej odmiany jagód, bardzo cierpki w smaku. Można zamówić m.in. wódkę Absolut, Linie Aquvit czy likier Jägermeister. Prawdę mówiąc, długo wysiedzieć się nie da, ale doświadczenie oryginalne.

4 stycznia 2015 o godz. 09:37

Kartka z Norwegii 6

SONY DSC

Alkohole w Norwegii są straszliwe drogie. Butelka piwa kosztuje 25-40 zł, butelka wina – 150-300 zł, mocne alkohole są obłożone licznymi ograniczeniami w sprzedaży i wyszynku, podawane osobo, które ukończyły 21 lat i restauracja musi mieć stosowną koncesję. Sklepy monopolowe są państwowe lub kontrolowane przez państwo, ich liczba jest limitowana, jest ich bardzo niewiele. A mimo to Norwegowie piją na potęgę, są niezwykle towarzyscy, bywa że nawołują przechodniów z drzwi barów do wspólnej zabawy, w knajpach jest pełno ludzi i panuje familiarna atmosfera.

3 stycznia 2015 o godz. 09:21

Kartka z Norwegii 5

SONY DSC

Muzeum Edwarda Muncha – obok Ibsena – najważniejszego norweskiego artysty, to punkt obowiązkowy podczas wizyty w Oslo. Na jego twórczość duży wpływ miały doświadczenia dzieciństwa, śmierć matki, potem śmierć siostry. Uczucie osamotnienia, przerażenia, bezradności wobec losu. Większość prac, nawet tych erotycznych, naznaczonych jest przez śmierć lub smutek. Urodzony w 1863 roku. Zmagał się z alkoholizmem i postępującą chorobą psychiczną. Leczył się, był na odwykach, choć częściej w ciągach. Szybko doceniono jego talent, żył w Paryżu i Berlinie, artystycznych centrach ówczesnej Europy. Przegrywał pieniądze za obrazy w kasynach Monte Carlo. Przyjaźnił się m.in. z Przybyszewskim i Strindbergiem. W 1916 roku odciął się od uroków świata, osiadając na prowincji, gdzie kupił dom. Był bogaty, ale nieszczęśliwy. Zmarł samotnie w 1944 roku, swoje prace podarowując miastu Oslo. Miał 80 lat. Ostatnim jego obrazem był autoportret. „Mam tylko moje obrazy. Bez nich nie miałbym niczego” – pisał przed śmiercią.

2 stycznia 2015 o godz. 10:14

Kartka z Norwegii 4

SONY DSC

Pięknie wygląda zimą skocznia Holmenkollen. Adam Małysz wygrywał tu pięciokrotnie, ale jeszcze na starej skoczni, obecna stanęła w 2011 roku. Małysz pozostaje jednak niekwestionowanym królem Holmenkollen. Gdy staje się na samej górze wieży skoków, w dole widać nie tylko Oslo, ale też fiordy i lasy, które zajmują znaczną część powierzchni aglomeracji. Widok w dół jest piękny, a jednocześnie bardzo trudno wyobrazić sobie, że można mieć dość odwagi by przypiąć narty i ruszyć w dół, jakby się miało runąć w przepaść.

1 stycznia 2015 o godz. 14:19

Kartka z Norwegii 3

SONY DSC

Sylwester w Oslofjordzie. Mimo wielkich nakładów miasta na fajewerki w straszliwej mgle rozpościerającej się nocą nad Oslo prawie nic nie było na niebie widać. Za to huk straszliwy i wiwatujące tłumy. Norwegia jest najbogatszym krajem w Europie, więc wcale nie rzadko widziało się osobników witających na ulicy Nowy Rok rozlewając szampana Don Perignon.