Materiały wg tagu "obserwacje"

1 października 2009 o godz. 10:37

Równi i równiejsi

Od kilku dni dziennikarze mediów rozmaitych, od poważnych po brukowe, deliberują czy nasi kochani politycy z prezydentem, premierem i ministrem spraw zagranicznych na czele, powinni byli zabierać głos w obronie aresztowanego w Szwajcarii za gwałt sprzed ponad 30 lat, Romana Polańskiego. Argumenty padają głównie przeciwko politykom, bo jakoby każdy jest równy wobec prawa. To, że każdy jest równy wobec prawa (teoretycznie), nie oznacza jednak, że każdy ma taką samą wagę z punktu widzenia polityki, o czym akurat dziennikarze powinni doskonale wiedzieć, bo ich mediami rządzą te same reguły. Być może amerykański sąd potraktuje Polańskiego jak zwykłego obywatela (wątpię, choć tak właśnie powinien postąpić), ale nie zmienia to faktu, że Polański zwykłym obywatelem nie jest (choć równym wobec prawa, a może i wobec Boga też). Polański ma polskie nazwisko, polski paszport i zaczynał karierę filmową w Polsce. Jak mało kto przyczynił się do promocji naszego kraju. Jest pewnie najwybitniejszym polskim reżyserem, co sprawia, że z politycznego (a i medialnego) punktu widzenia nie można traktować go jak byle pani Kociubińskiej. Wyroki wydają sądy, a nie dziennikarze, a wyrok jak na razie nie zapadł; o tym także warto pamiętać. Nawet jednak jeśli zapadnie i Polański do końca życia siedzieć będzie w kazamatach San Quentin, to i tak polscy politycy będą mieli prawo ubiegać się o jego wcześniejsze wypuszczenie. I to niezależnie od winy i kary, po prostu na tym do cholery m.in. polega polityka. Nie przypadkowo prezydent (polityk a nie sędzia!) ma prawo łaski. A wybitny artysta ma inną rangę niż szarak, choćby dlatego, że w więzieniu trudno mu będzie tworzyć, a tak się składa, że jego filmy podobają się milionom kinomanów na świecie i pewnie zarówno oni, jak i być może polscy politycy, chcieliby żeby powstały kolejne. Gdyby pisał wiersze do szuflady, to nie mam wątpliwości, że pies z kulawą nogą by się nim nie zainteresował.

25 września 2009 o godz. 11:15

Pierdolenie o Szopenie

Odbywający się w Krakowie Kongres Kultury Polskiej zamiast przyszłości kultury poświęcony był biadoleniu o mizerii finansowej i krytyce polityki rządu. „Bo premiera nie interesuje kultura, tylko piłka nożna” – mogliśmy usłyszeć. Państwo daje mało pieniędzy na kulturę, więc ta obumiera, a społeczeństwo idiocieje. „Ekonomiści niech się postarają policzyć, ile wart jest dla nas Chopin” – mówił Waldemar Dąbrowski.Oczywiście Chopin jest dla nas (pamiętajmy, że także dla Francuzów) bezcenny. Ale jego geniusz nie pasł się na państwowym wikcie.

26 lipca 2009 o godz. 18:03

Harry PotterTM czyli sakwa bez dna

24 lipca do polskich kin weszła ekranizacja przedostatniej już części sagi o małym czarodzieju „Harry Potter i Książę Półkrwi”. Film nakręci spiralę sprzedaży – książek, gadżetów, gier komputerowych. Pozostanie jeszcze do zekranizowania „Harry Potter i Insygnia Śmierci”. Co dalej?Myślę, że dalej będzie jeszcze lepiej, bo „Harry Potter” to perpetuum mobile, sakwa bez dna. Jedna z najbogatszych kobiet świata, Joanne K. Rowling, stworzyła dzieło, które praktycznie może nie mieć końca, choć historia samego Harry’ego raczej definitywnie skończyła się na siódmym tomie, trudno bowiem wyobrazić sobie powrót do tej zamkniętej opowieści. Rowling wykreowała świat, który może nieprzerwanie czerpać z własnej mitologii, tu niemal każdy przedmiot magiczny, każda postać, pozornie drobny detal dla fanów mają ogromne znaczenie. Pisarka (być może dzięki podszeptom agentów lub ekspertów z Warner Bros, które dysponuje prawami do filmowego wizerunku Pottera?) doskonale odnalazła się w świecie masowej kultury, tego, co w języku angielskim określa się mianem enterteinment, a w polskim moglibyśmy określić jako masowa rozrywka. To świat zaludniony płodami nie tylko wyobraźni Rowling, lecz zbiorowej fantazji wszystkich czytelników. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem podobnym do „Władcy Pierścieni”, tyle, że Tolkien żył w innych czasach, ukończył dzieło już w podeszłym wieku, i nie miał szansy skorzystać z dobrodziejstw masowego produktu branży rozrywkowej jakim stała się jego trylogia, a w ślad za nią i wszystkie pozostałe ksiązki, a – jak się okazało później – także nieukończone rękopisy. Jestem przekonany, że Rowling będzie eksploatować swój świat, już to zresztą zaczęła robić wydając „Baśnie Barda Beedle’a” czy wcześniej: „Quidditch przez wieki” oraz „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” – książki-gadżety, występujące w poszczególnych tomach „Harry’ego Pottera” jako rekwizyty, ale przecież będące jak najbardziej realnym produktem uzupełniającym cykl. Rowling zasygnalizowała także prequel do historii o Harrym – opublikowane on-line opowiadanie, którego akcja dzieje się trzy lata przed narodzinami Harry’ego i przedstawia krótką przygodę Jamesa Pottera i Syriusza Blacka z mugolskimi policjantami. Ale przecież opowieść o rodzicach Pottera aż się prosi o osobną książkę. A biografia Albusa Dumbledore’a, historia jego relacji z Grindewaldem, nie mówiąc o jego alchemicznych dziełach napisanych wspólnie z Nicolasem Flamelem? A przecież wcześniej czy później Rowling będzie musiała również sięgnąć po cięższą fabułę, taką, która z powodzeniem nada się na kolejny film i rozbudzi wyobraźnię czytelników. Doskonale nadawać się do tego będzie historia młodego Toma Riddle’a, znanego później jako Lord Voldemort. Mroczna to będzie opowieść, ale przecież zawierająca nie jeden morał. A dalej? – może opowieść o nieszczęśliwej miłości Severusa Snape’a i Lily Evans, przyszłej matki Pottera? To tylko kilka możliwości, bo przecież ten świat roi się od niedokończonych opowieści, tajemniczych przedmiotów, nieznanych bliżej stworzeń, pourywanych historii.

6 lipca 2009 o godz. 21:53

Co czytają Polacy?

/wp-content/uploads/2009/07/wprost

W najnowszym numerze tygodnika "Wprost" jest moja i Kuby Frołowa analiza pt. "Co czytają Polacy?". Co czytają, to sobie możecie przeczytać we "Wprost", mnie natomiast zastanawia – a o tym nie piszemy w artykule – niebywała wiarność czytelników dla swoich ulubionych autorów. Popatrzmy na listy bestsellerów, od lat wciąż te same nazwiska. Swoistym fenomenem był dla mnie przez wiele lat Wharton, kolejne książki pisał coraz gorsze, a wciąż ludzie je kupowali i czytali! Zawsze bronię preferencji czytelniczych, nie ważne czy ktoś lubi harlequiny czy woli Llosę, uważam, że najważniejsze, że czyta książki a nie gapi się w TV (bo przynajmniej zachowuje się cicho i innym nie zawadza). Rozumiem zatem, że można chcieć czytać złą literaturę, ale skąd ta niezwykła wierność autorom w kraju, w kórym każdego roku wychodzi kilkanaście tysięcy nowych książek? Wynika chyba z braku elementarnej ciekawości czegoś innego. Pewnie z tego samego powodu ludzie spędzają 40 lat w jednym związku. I jeszcze jedna rzecz, o której we "Wprost" bym nie napisał, otóż moim zdaniem z tych kilkunastu tysięcy może ukazuje się rocznie kilkanaście naprawdę wartościowych pozycji, takich, kóre pozostają w człowieku na dłużej, skłaniają do refleksji. Sam czytam plus minus dwie książki tygodniowo, a w przypadku większości po trzech dniach nawet nie pamiętam tytułów (inna sprawa, że z moją pamięcią nie jest najlepiej). Pisarze oczywiście też idą na łatwiznę i większość z nich produkuje seriale. W ogóle mam wrażenie, że kultura, nie tylko literatura, zmierza do jakiejś absurdalnej taśmowej unifikacji, stała się dobrem konsumpcyjnym, a artysta sprawnym rzemieślnikiem – producentem rozrywki. W sumie smutne.

27 marca 2009 o godz. 10:13

Badania a rzeczywistość

/wp-content/uploads/2009/03/konferencja-o-czytelnictwie-041

Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej przeprowadził ostatnio badania, z których wynika, że czytelnictwo w Polsce spadło w ciągu dwóch lat o 12 proc., a w ciągu czterech – o 20 proc. Dla mnie to wierutna bzdura, o czym wczoraj mówiłem podczas zwołanej ad hoc konferencji w Instytucie Książki. Debata trwała dwie godziny. Poniżej mój komentarz do tych badań; niby to statystyczne niuanse i być może mało interesujące, ale w końcu stan czytelnictwa obchodzi nas wszystkich, czyż nie?

26 marca 2009 o godz. 10:49

Na sportowo

Zima to pora roku, w której przybywa mi kilogramów, bo śniegu nie lubię, wiatru tym bardziej, a rower rdzewieje pod ścianą. Nie mniej śledziłem każdego roku skoki, w tym roku trochę mniej chętnie, bo raz, że zepsuty telewizor porasta kurzem, dwa – przykro było patrzeć na naszych. Z tym większym zdumieniem przeczytałem wyniki jakiejś ankiety na Interii, w której większość pytanych uważa, że to był dla polskich skoczków jeśli nawet nie znakomity sezon, to w najgorszym razie świetna zapowiedź przyszłych olimpijskich sukcesów. Myślę sobie, że ludzi popierdoliło i to zdrowo. Jasne, bardzo bym się cieszył z kolejnych sukcesów Małysza, cieszą drugie miejsca w Planicy, ale po pierwsze sukces drużynowy wywalczony był – nie oszukujmy się – psim swędem, bo nasze miejsce jest daleko od podium, po drugie sukcesy Małysza były delikatnie mówiąc nieco spóźnione. Gdyby tak skakał na początek, nie na koniec, to sam byłbym pełen entuzjazmu. A tak, to musztarda po obiedzie. Nie mniej cieszy mnie postawa Małysza, niech będzie naszym polskim Goldbergerem, niech skacze, dokąd ma siły w nogach. Przynajmniej dobrze to znosi psychicznie, czego nie można było powiedzieć, o gwiazadch niedawnych sezonów: Hannawaldzie, Jandzie czy Benkowiciu i wielu innych, którym lęki – jak sądzę - przeszkodziły w dalszej karierze.Kolejny zaniedbany przeze mnie temat sportowy, to sukcesy Lecha w pucharze UEFA. Dawno już nie meliśmy tyle radości z występów polskiego klubu w europejskich pucharach (mi ostatnim razem podobnych emocji dostarczał śp. Groclin w meczu z Manchester City). Występy Lecha w pucharach nie były pokazem wirtuozerii, ale była w tym konsekwencja i charakter. I tu akurat nie zgadzam się z komentarzami, że Udinese pokazało Lechowi, gdzie jego miejsce. Gdzie to miejsce jest, to wszyscy, nie wyłączając kibiców Lecha, doskonale wiedzą, nie mniej mecz z Udinese wcale nie musiał zakończyć się odpadnięciem Poznaniaków z turnieju. Wiadomo, że daleko nam od ligi angielskiej, hiszpańskiej, portugalskiej, włoskiej czy niemieckiej, ale cieszy, że czasami potrafimy utrzeć bogatym nosa. Ponieważ bliskie memu sercu są postawy rodem z opowieści o Robinhoodzie, to i z przyjemnością oglądam jak Dawid pokonuje Goliata.I na koniec sprawa najważniejsza – najbliższe nasze mecze w eliminacjach do Mistrzostw Świata. Nie ma wątpliwości – musimy zdobyć 6 punktów i je zdobędziemy, bo gramy z amatorami (choć Irlandia Płn radzi sobie nadspodziewanie dobrze). Moim zdaniem czarnym koniem w naszej grupie jest Słowacja i wcale się nie zdziwię, jeśli to oni wyjdą z pierwszego miejsca. To młody, dynamiczny futbol, w dodatku z kraju spragnionego sukcesów i dysponującego coraz lepszym sportowym (a i finansowym) zapleczem.A ja doczekać się nie mogę wiosny….

1 marca 2009 o godz. 19:03

Zaległości

Oj, straszne mam zaległości. Dotąd nie napisałem Wam jak było na Punk & Disorderly w Berlinie, a szczerze mówiąc to nawet nie miałem czasu zgrać zdjęć. Relację z Berlina podzielę na dwie, a może nawet trzy części i zabiorę się za to już niebawem… Na razie wróciłem wykończony z Tczewa, gdzie było świetne spotkanie autorskie i koncert, w ogóle nie wiedziałem, że Tczew to takie ładne miasto z XIX wiecznym mostem na Wiśle, niegdyś najdłuższym mostem kolejowym w Europie (zdjęcia ze spotkania w Tczewie dodam niebawem do galerii).W marcu postaram się ze wszystkim nadgonić, przede wszystkim odpowiem na Wasze zaległe listy, obiecuję też, że zacznę czytać te wszystkie teksty, które mi w ostatnich tygodniach wysyłaliście, a ja nie miałem kiedy się za to zabrać. Z dobrych wiadomości natomiast, ukończyłem nową książkę o szerokopasmowej kulturze, która wyjdzie w maju.

1 lutego 2009 o godz. 14:41

Kobiety w literaturze

Temat kobiet-twórczyń często powraca w rozmaitych dyskusjach, także w Waszych pytaniach do mnie. Faktycznie, jest z tym pewien problem – jak weźmiemy jakikolwiek wybór najwybitnieszych dzieł prozatorskich, to właściwie książek pisanych przez kobiety w nim nie ma, to samo dotyczy zazwyczaj wyborów dzieł filozoficznych. Przyczyn takiego stanu jest zapewne wiele, począwszy od wielowiekowej tradycji związanej z rolą kobiety-matki przez trudniejszy często start edukacyjny, po wielość codziennych obowiązków. Czy należałoby tu także dodać inną wrażliwość? To sprawa oczywiście sporna, choć bezspornie kobiety piszą zazwyczaj inaczej, koncentrując się bardziej w obszarze uczuciowości, mniej na sprawach społecznych, a te – przynajmniej do połowy XX wieku – były domeną tego, co zwykło się uważać za "wielką prozę". Moim zdaniem zresztą niesłusznie, bo aspekty polityczne szybko ulegają przedawnieniu, uczucia zaś są ponadczasowe.Niemniej, gdy myślę o moich ulubionych książkach, o tych, które pozostawiły trwały ślad, bardzo w nich mało miejsca zajmują kobiety. To znaczy bardzo wiele, jako temat literatury, ale jednak temat z punktu widzenia mężczyzny – od "Anny Kareniny", przez "Lolitę", "Wybór Zofii", "Miłość w czasach zarazy", itd, itp, wszystko to dzieła pisane przez mężczyzn. Wielkie dzieła.Dwie najważniejsze dla mnie piszące kobiety wcale nie poruszały się w świecie literatury. Były to Hannah Arendt i Karen Horney. Tej pierwszej szczególnie ważną dla mnie książką jest "Wola", ta książka, jeśli dostatecznie głęboko wnikniemy w jej sens, daje bardzo dużo nadziei i wiary w ludzkie możliwości. Wszak, jak pisze Arendt, wola zawsze nakierowana jest na przyszłość. Z kolei Horney, autorka "Neurotycznej osobowości naszych czasów" czy "Nowych dróg w psychoanalizie" potrafiła lepiej niż ktokolwiek zdiagnozować nasze współczesne lęki i wynikające z nich obronne postawy, które są źródłem tylu konfliktów i niepowodzeń. Lektura jej książek pozwala z większym spokojem patrzeć na świat, lepiej rozumieć innych.Do tego grona piszących kobiet zaliczyłbym jeszcze może Barbarę Tuchamn, za jej rozumienie powikłanych losów człowieka, jak i Hannę Krall – ale to wszystko wciąż nie jest literatura. A co w powieści? Lubię Jeanette Winterson, za jej delikatność w wyrażaniu emocji a jednocześnie śmiałość w manifestowaniu inności, bardzo lubię Annie Proulx, za to jak potrafi przedstawić samotność i odrzucenie, a także życie na prowincji. I lubię Marię Nurowską za jej szczerość w obnażaniu kobiecych słabości, książki Nurowskiej mężczyznom pozwalają lepiej rozumieć "drugą płeć". Podoba mi się też bezpretensjonalność języka Masłowskiej. Gdy jednak patrzę na regały z moimi ulubionymi książkami, myślę, że jednak tej kobiecej prozy na nich bardzo, bardzo mało…A z kobiet przedstawionych w literaturze najbardziej lubię bohaterkę "Wyboru Zofii" Styrona. Tak, wiem, to dość zaskakujący wybór. Podobają mi się jednak kobiety, które ani na chwilę nie pozwalają o sobie zapomnieć – nawet jeśli uczuciowy kontakt z nimi ocierać się ma o obłęd. Oczywiście, podobają mi się takie kobiety w literaturze W realu wolę zachować bezpieczny dystans i obserwować.

2 listopada 2008 o godz. 18:21

Jesień

/wp-content/uploads/2008/11/kornik

Niezwykle barwną mamy tego roku jesień, zroszone liście wszelkimi kolorami mienią się w promieniach słońca. Jakże ciepłych o tej porze roku! Żałuję, że nie umiem robić dobrych zdjęć, bo chciałbym sfotografować dzisiejszą wieczorną mgłę, w której rozmazują się światła latarni na mojej ulicy. Mgłę, z której niczym duchy wyłaniają sie postacie ludzkie… niczym duchy, w końcu są zaduszki Nie chodzę na cmentarze, choć bardzo lubię ten zapach płonących zniczy. Nie chodzę, choć mam do kogo, wolę sobie wyobrażać, że zmarłe bliskie mi osoby wyłaniają się z wieczornej mgły.

21 września 2008 o godz. 17:58

Świecą medale, umrzemy w chwale…

… tak jakoś chyba leciał kawałek Deutera. Mój śp. wujek był wybitnym sportowcem, a poza tym wojskowym. Miał w domu masę medali, jako dziecko lubiłem je oglądać, a on opowiadał mi za co, który dostał. Miał nawet jakiś medal olimpijski, a może kilka takich medali… Wiedzę o nich zabrał ze sobą na zawsze.Przypomniał mi sie wujek, kiedy wręczano mi odznakę Zasłużony dla Kultury Polskiej. Miło jest być docenionym, choć wcale nie jestem pewien czy sobie na to zasłużyłem, ale też powiedzmy szczerze – medal ląduje gdzieś w szufladzie i porasta kurzem. Dostałem w życiu kilka medali i tak po prawdzie, to nawet nie wiem gdzie je mam, bo w szufladach jest potworny bałagan, a i przy kolejnych przeprowadzkach zawsze coś się zawieruszy, a dyplomy, medale, puchary i statuetki gubią się zwykle szybciej niż np. ulubione płyty czy książki. Poza tym myślę, że pomijając może osiągnięcia sportowe, to medale dostaje się z jakichś bliżej niewyjaśnionych powodów, nie koniecznie dlatego, że człowiek naprawdę na nie zasłużył. A zwłaszcza w dziedzinie kultury, gdzie ocena wartości czyjegoś dzieła jest sprawą względną. A twórca nie pracuje dla medali, lecz po pierwsze z własnej potrzeby, bo musi wyrazić SIEBIE, po drugie – dla odbiorcy. I najwyższym wyróżnieniem jest ciepłe przyjęcie jego dzieła właśnie przez odbiorców, w przypadku książek – zainteresowanie czytelników. A medal.. cóż, fajna rzecz, może w wolnej chwili pojadę pokazać go babci, na pewno będzie znów dumna z wnuczka

8 czerwca 2008 o godz. 18:34

Moje ulubione płyty

Myślałem ostatnio nad moimi ulubionymi płytami, czyli tymi, do których wracam najczęściej. Chyba trzeba by je podzielić na polskie i zagraniczne i po długim namyśle topka wyglądałaby tak jak poniżej. Oczywiście, jak zacząłem się zastanawiać nad moimi ulubionymi płytami, to co chwila coś skreślałem, dopisywałem, ostatecznie wiele płyt, które często słucham wypadło z zestawienia, a są to: „Hlaskover rock” Analogs, „Klaus Mitffoch” Klaus Mitffoch, „Styropian” Pidżama Porno, „Love Kills” Brudne Dzieci Sida, „Zdarza się” Profanacja, a z zagranicznych: „The Day The Country Died” Subhumans, „Through The Looking Glass” Siouxsie and The Banshees, „Die For Government” Anti Flag, „Punk’s not Dead” Exploited, „City Babys Revenge” G.B.H., „Lust For Life” Iggy Pop, „Album” PIL, „Never Mind The Bollocks” Sex Pistols, „Black and White” Dirt, „The Curse of Zounds” Zounds, „Pure-Mania” Vibrators, „999” 999, „Vitaj!” Ine Kafe… I pewnie jeszcze o wielu zapomniałem…

14 lutego 2008 o godz. 11:19

Miłosne historie

Miłość i towarzyszące jej uczucia, to bodaj najważniejszy wątek w literaturze. Z okazji Walentynek, życząc Wam moje Drogie Czytelniczki wielu szczęśliwych chwil w ramionach namiętnych kochanków, postanowiłem dokonać krótkiego, subiektywnego, przeglądu moich ulubionych książek o miłości. Ze smutkiem stwierdzam, że w większości przypadków opowiadają one o miłości nieszczęśliwej. Być może jednak miłość spełniona jest zbyt banalna, by mogła stać się tematem dojrzałego dzieła literackiego, a nie tylko szmirowatym romansem?Na pierwszym miejscu mojej listy jest „Wybór Zofii” Williama Styrona, opowieść o miłości obciążonej przeszłością, miłości tragicznej, pełnej lęków, brutalności i upokorzeń, zakończonej śmiercią kochanków. Dalej „Lolita” Nabokova, czyli historia miłości naznaczonej piętnem dewiacji. Proszę jednak zwrócić uwagę, ileż w „Lolicie” jest ukrytego ciepła, i jawnej fascynacji dziewczęcym pięknem! Kolejna książka to „Miłość w czasach zarazy” Marqueza, pozycja klasyczna, powieść o wytrwałości w uczuciach, choć ta wytrwałość naznaczona jest przecież jakże licznymi „błahostkami”, czyli dziennikiem erotycznych podbojów starzejącego się w miłości Florentino Arizy. Następna wielka, moim zdaniem powieść o miłości, to „Homo Faber” Maxa Frischa, jakże smutna historia o tym, jak można odnaleźć się po latach, by za chwilę siebie na zawsze stracić. To opowieść o miłości, która umiera, obok „Wyboru Zofii” najsmutniejsza książka jaką czytałem. Niewesoła jest też historia „Baltazara i Blimundy” z wielkiej powieści portugalskiego noblisty Jose Saramago. To także opowieść o rozłące, ale też o niespełnionych marzeniach, i o wierności uczuciom, nawet w sytuacjach które zagrażają życiu. Historia miłości wyidealizowanej. Dalej umieściłbym jedną z nowszych powieści, moim zdaniem najlepszą książkę w dorobku Philipa Rotha – „Konające zwierzę” – pełną namiętności opowieść o graniczącej z obłędem miłości starzejącego się profesora do jego studentki. Tu warto może powiedzieć, że wielkie literackie miłości zwykle graniczą z obłędem, wielka miłość jest bowiem uczuciem bliskim utracie zmysłów. I może dobrze, że w realnym życiu z reguły nasze zakochania bardziej przypominają romanse rodem z Harlequina, a nie z wymienionych dzieł. Z książek dla mnie ważnych, traktujących o uczuciach, dorzuciłbym jeszcze „Pogardę” Alberto Moravii, powieść ukazującą bardzo częsty w literaturze temat kobiecej niewierności, czy wręcz brutalnego odtrącenia ukochanego. Moravia doskonale połączył jednak oddalanie się kochanków wraz z narastającymi obsesjami bohatera. Z drugiej strony mamy kobiece rozterki, wyczekiwanie, wreszcie obłęd, we wspaniałej „Niecierpliwości serca” Stefana Zweiga. Mistrzem opisów erotycznych uniesień jest dla mnie współczesny prozaik hiszpański Antonio Munoz Molina (szczególnie polecam „Nieobecność Blanki”), choć lubię też łagodny seks malowany przez Jeanette Winterson, a jakby na drugim biegunie wspomnianego Rotha czy Henry’ego Millera. Kończąc na nazwisku tego ostatniego pisarza, do którego często powracam wieczorami, chciałbym zwrócić uwagę jak wiele ciepłych uczuć znaleźć można w jego słynnej trylogii „Różoukrzyżowanie”. Ciepła skrytego za ocierającą się o pornografię gwałtownością.

31 grudnia 2007 o godz. 15:16

Nowy Rok

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. To wspaniale że byliście ze mną przez cały 2007 rok. Dziękuję wam za wszystkie listy i uwagi. Do zobaczenia na koncertach i spotkaniach autorskich już w 2008 roku. Trzymajcie się ciepło.

3 września 2007 o godz. 17:37

Poranek żula

Wstałem dziś jakoś wcześnie rano, wcześnie jak na mnie, bo o ósmej rano. I poszedłem obserwować żuli rozpoczynających dzień pod moją klatką schodową. Usiadło dwóch, w trudnym do określenia wieku, bo codzienne picie z jednej strony ruinuje, z drugiej – konserwuje, więc można mieć lat 30 i wyglądać na 50 lub lat 50 i wyglądać na 50 Z reklamówki z napisem Lidl wyjęli butelkę po coca-coli, w trzech czwartych wypełnioną wodą z kranu oraz ćwiartkę starogardzkiej wódki. Trzęsą się ręce, ale wódka po mału wlewa się do większej butelki po coli. Potem kilka wstrząsów i już koktajl poranny gotowy. Z wyraźnym obrzydzeniem przełknęli pierwsze tego dnia procenty rozcieńczone w wodzie. Potem jeden wyjął dwa duże niedopałki. Zaciągali się z dużo większą przyjemnością niż pili. Obserwowałem ich dokąd nie poszli. Przez blisko pół godziny nie odezwali się ani razu do siebie. Pociągnęli jeszcze po łyku, jeden parsknął, podnieśli się i ruszyli szukać nowych niedopałków. A dzieci ruszyły do szkoły w białych koszulach, bo właśnie dochodziła godzina 9. Pierwszy dzień roku szkolnego. Ile z nich podzieli los moich porannych obiektów obserwacji?

3 czerwca 2007 o godz. 13:05

Mój szczęśliwy koń

Wczoraj Polska wygrała z Azerbejdżanem 3:1 i jesteśmy bliżej Mistrzostw Europy. A ja wygrałem na wyścigach… Jako ofiara lansu pt. „Polski Charles B.”, wybrałem się po długiej przerwie na Służewiec. Po aferze związanej z dokonaniami spółki „Służewiec Tory Wyścigów Konnych”, zakłady znów przyjmuje Totalizator. Wpadłem na kilka minut przed rozpoczęciem czwartej gonitwy, w której w roli faworytów stawiane były Zakus i Essential. Ja postawiłem na klacz Demeter, która wygrywała już w tym sezonie na służewieckim torze. Ledwie dobiegłem od kas do balkonu widokowego, a konie wystartowały. Moja Demeter od początku była na czele i utrzymała się przez cały dystans 2200 metrów. W kasie odebrałem nagrodę – siedmiokrotność postawionej stawki… Chyba zacznę częściej wpadać na Służewiec:) Gdy pogoda dopisuje atmosfera jest piknikowa – piwo, kiełbaski i sportowe emocje. W tym sezonie wstęp na wyścigi jest bezpłatny, początek – godz. 14.00, ostatnia gonitwa zaczyna się o 17.30, no może z drobnym opóźnieniem.

18 kwietnia 2007 o godz. 20:39

Koniec Elby

Z warszawskiej mapy znika kolejny skłot. Zaraz wkroczą buldożery i wyburzą dawną salę koncertową, potem pomieszczenia mieszkalne… Wcześniej ten sam los spotkał Fabrykę, jeszcze wcześniej Czarną Żabę… a jeszcze w tym roku zburzony ma być klub Aurora, jedno z ostatnich w Warszawie miejsc, gdzie systematycznie odbywają się punkowe koncerty. Pewnie imprezy przeniosą się do No Mercy albo do Punktu, być może do CDQ, ale przecież atmosfery jaka była na Elbie żaden klub nie zastąpi (nie mówiąc o cenach piwa czy kosztach biletów za wjazd). Może by tak spróbować dogadać się z władzami miasta i stworzyć w Warszawie jedno miejsce, takie jak poznański Rozbrat? Albo zebrać fundusze i wykupić kawałek gruntu…

25 marca 2007 o godz. 14:54

Kolory

Wiosna. Kobiety coraz piękniejsze. Zrzucają grube swetry, kurtki, szaliki i czapki. Wkładają sukienki i kuszą kobiecością. Zwiększa się liczba stłuczek na ulicach – kierowcy zamiast przed siebie gapią się na niewidziane od miesięcy piękne kobiece uda, kolana, łydki… Wiosna to niebezpieczna pora roku. Jest jakaś nowa moda na rajstopy w jaskrawych kolorach. Mój wzrok przyciągają te wszystkie pomarańcze i czerwienie. Nigdy nie lubiłem mocnych kolorów, więc z tym większym zdumieniem stwierdzam, że ten pomarańcz przykuwa mój wzrok. Właściwie to zawsze najbardziej lubiłem biel i czerń, ewentualnie kolory pastelowe lub mocno wyblakłe. I nie wiem czy to wiosna tak na mnie działa, czy gusta mi się zmieniają…? I nie wiem nawet czy rozstrzygnę to jednoznacznie, bo przecież zaraz kobiety zrzucą rajstopy by opalać nagie uda i świat przestanie się mienić kolorami.

23 marca 2007 o godz. 20:30

Dziewczyna z pociągu

Nie jest tajemnicą, że mam podły zwyczaj notowania za czyimiś plecami. Ostatnio jechałem pociągiem z Warszawy do Krakowa i do mojego przedziału wsiadła cudowna dziewczyna. Nie odzywała sie prawie, siedziała ze spuszczoną głową, czytając „Zderzenie cywilizacji” Samuela Huntingtona (nawet gdyby nie była piękna, zwróciłaby moją uwagę niezwykłym doborem lektury). Po pewnym czasie przysnęła. Siedziałem na przeciwko i zacząłem notować. Jak chcecie to poczytajcie – może wam też moja bezimienna współpasażerka się spodoba