Materiały wg tagu "obserwacje"

10 września 2013 o godz. 20:43

Nobel dla Murakamiego? Jestem za! Ale pamiętajcie o Kunderze

/wp-content/uploads/2013/09/Murakami_Haruki_2009

W czwartek dowiemy się, kto w tym roku dostanie literacką nagrodę Nobla. Media obstawiają, że będzie to Japończyk Haruki Murakami. Moim zdaniem byłby to bardzo dobry wybór. Niezwykła wyobraźnia, znajomość ludzkiej duszy, czy też może podświadomości, bogactwo stylistyczne, na koncie kilka naprawdę wielkich powieści (moje ulubione to: „Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland”, „Kronika ptaka nakręcacza”, „Norwegian Wood”, „Na południe od granicy, na zachód od słońca” oraz trzytomowe „1Q84”). Doskonale łączy świat nierzeczywisty, z marzeń sennych, z opowieściami o namiętnościach i mrokach ludzkiej duszy. A poza tym w każdej z jego książek w tle jest masa muzyki. Byłaby to druga z rzędu literacka nagroda Nobla dla Azjaty. Jako kandydatkę do Nobla wymienia się też Joyce Carol Oates, moim zdaniem jednak trochę na wyrost, choć to bardzo dobra proza, osobiście jednak gdybym miał nagradzać kobietę, to Jeanette Winterson lub Annie Proulx. Warto przypomnieć, że wciąż bez Nobla są: Milan Kundera, Thomas Pynchon, Salman Rushdie, Philip Roth. Nie wiem czy sztokholmskiemu komitetowi starczyłoby odwagi (i jaj) żeby nagrodzić jednego z dwóch ostatnich. Co do Kundery, to ma 84 lata i chyba nie ma na co czekać! Zmarły w ubiegłym roku Carlos Fuentes nie doczekał.

4 lipca 2013 o godz. 11:47

Dalej śmierdzi

/wp-content/uploads/2013/07/Kuba-Wojewodzki

Kuba Wojewódzki jest zapewne najdroższym dziennikarzem RP. Właśnie Sąd Najwyższy podtrzymał karę nałożoną na TVN w wysokości blisko pół miliona złotych, za to, że goście Wojewódzkiego, za jego namową, wpychali białoczerwone chorągiewki w imitację psiego gówna. Może gdyby dziennikarz odpowiadał solidarnie z TVN, jak to zwykle jest w takich sytuacjach, humor by mu się popsuł.Nie jestem fanem humoru Wojewódzkiego, wolałbym żeby wyznacznikiem poziomu polskiego dziennikarstwa był np. dobry reportaż, a nie program kabaretowy. Ale Wojewódzki ma swoich fanów, którym jego styl odpowiada. Ma też wrogów, jak widać ci drudzy są mocniejsi, choć to ci pierwsi głosują swoim udziałem przed ekranem. Zwykle jednak jest tak, że najbardziej oburzeni są ci, którzy nie uczestniczą. Gdyby to odnieść do reguł demokracji, to powinniśmy przyjąć, że nie biorąca udziału w wyborach większość decyduje o obsadzaniu polityków na ich stołkach. Wracając do psiego gówna. Ukarali Wojewódzkiego, a ono nadal śmierdzi. Dobrano się do narodowych świętości, zainteresowanie prokuratury, polityków i mediów zogniskowało się na bezczeszczonych chorągiewkach, a psie gówno jak leżało na chodnikach, tak leży. I to chyba jedyny morał całej tej sprawy, nie warto zwracać uwagi na to, że coś śmierdzi, bo jak śmierdzi, to znaczy, że tak ma być. Przewróciło się, niech leży. Jako obywatel czułbym się bardziej komfortowo, gdyby prokuratorzy zamiast karać prześmiewcę (choćby i pozbawionego smaku), zajęli się właścicielami srających psów. Gdyby zamiast chronić symbole, zajęli się syfem w miastach. Szczający pod parkanem szkoły menel więcej przynosi szkody niż wetknięta w gówno chorągiewka, choćby nawet jej kolor był białoczerwony. 

28 marca 2013 o godz. 20:26

Ślimak to ryba!

/wp-content/uploads/2013/03/Carrots

Trochę jestem zapóźniony w śledzeniu ważnych informacji i dopiero dziś się dowiedziałem, że ślimak to ryba, a marchewka to owoc! Ślimak został rybą na prośbę Francuzów, bo UE dotuje hodowlę ryb i dzięki przemianowaniu ślimaka z mięczaka na rybkę Francja dostaje dotacje. A marchewka stała się owocem na prośbę Portugalczyków. UE dotuje produkcję dżemów, ale tylko z owoców, a Portugalczycy uwielbiają dżem z marchwi, no to teraz mają dotację na swój przysmak, proste. Ja pierdolę! Świat staje na głowie. Niedługo plastikowe drzewka staną się oliwkami, bo Unia dotuje oliwki, a Grecy mają dużo plastikowych drzewek. Współczuję uczniom, autorom podręczników i haseł w encyklopediach. Nawet Wkipedia nie nadąża za fantazją europosłów.

19 lutego 2013 o godz. 13:34

Bankructwo Reader’s Digest – kto następny w kolejce?

/wp-content/uploads/2013/02/2000px-Readers_Digest

W połowie lutego świat obiegła wiadomość o bankructwie Reader’s Digest, firmy z tradycją 91 lat. Zadłużenie wydawcy sięga 465 mln USD. Upadłość Reader’s Digest była do przewidzenia, firma od dawna boryka się z problemami, jest nierentowna pomimo kolejnych prób odchudzania, reorganizacji, cięcia kosztów. Nie oszukujmy się, model w jakim przez blisko wiek działała wyczerpał się. Ludzie coraz rzadziej kupują cokolwiek z katalogów, ulotek, tradycyjna formuła pozyskiwania klienta na odległość nie sprawdza się. Porównywarki cen w internecie, serwisy aukcyjne, ogromna oferta taniej książki ilustrowanej – wszystko to sprawia, że Reader’s Digest ze swoimi bardzo luksusowymi i drogimi publikacjami przegrało walkę konkurencyjną. W Polsce Reader’s Digest sprzedaje albumy po 150 zł, podczas gdy może skromniejsze, ale jednak w jakiś sposób podobne publikacje, znaleźć można na stoiskach z tanią książką za 10 proc. tej ceny. Oczywiście, bankructwo w Ameryce nie przesądza wcale losu polskiej spółki, ale nie oszukujmy się – działa ona w tym samym nieefektywnym modelu i od lat notuje drastyczne spadki przychodów. A przecież Reader’s Digest jeszcze niedawno było drugim największym pod względem skali obrotu wydawcą książek w Polsce. Dziś, nękana karami nakładanymi przez Głównego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, firma ma niewielkie szanse na rozwój.Pod koniec 2012 roku świat obiegła inna zła wiadomość – amerykański tygodnik „Newsweek” zrezygnował z wydań papierowych. Jeszcze wcześniej Encyklopaedia Britannica ogłosiła, że zaprzestaje wydawania encyklopedii. Biznesy, które wydawały się być pewne jak wzorzec z Sèvres, walą się jeden po drugim (przecież zamknięty został też niemiecki Brockhaus). Biznesy, które miały wielką wartość, dziś nie mogą znaleźć nabywcy nawet za bezcen (zadłużony „Newsweek” wcześniej został sprzedany za symbolicznego dolara). Biznes wydawniczy przestał być filarem demokracji, zastępują go amatorskie treści z takich źródeł jak Google czy Facebook. Jak będzie jednak wyglądał świat pozbawiony profesjonalnie opracowanych treści? Moim zdaniem będzie chaotyczny i niechlujny, a przede wszystkim – niepewny. Bankructwo rynku wydawniczego oznacza bankructwo zweryfikowanych, dobrze zredagowanych treści. Otwarte społeczeństwo wiedzy, które śni się dziś wielu politykom, będzie społeczeństwem niepewności, społeczeństwem pozbawionym oparcia w rzetelnej wiedzy. Czyż nie jest to wizja niebezpieczna?Bez pomocy państwa rzetelna wiedza nie przetrwa. Nie będziemy płakać po Reader’s Digest, ale warto poświęcić minutę ciszy na refleksję – kto następny, i co będzie dalej? Skoro padają komercyjni giganci, to jak mają sobie radzić wydawcy książek naukowych? Jak ma rozwijać się rynek ambitnej literatury? Wszystko on-line? Na blogach? Na platformach cyfrowych? Wszystko bez redakcji, bez korekty, bez sprawdzenia źródeł? Jeżeli czytelnik nie będzie mógł ufać w wiarygodność treści, to komu będzie ufać? Czy aby otwarte społeczeństwo wiedzy nie będzie społeczeństwem powszechnej nieufności?

11 lutego 2013 o godz. 21:25

Bez papieża

/wp-content/uploads/2013/02/papa-bxvi

Papież Benedykt XVI abdykował, a niemiecka prasa nie pozostawia na nim suchej nitki. „Jeżeli istotą Kościoła jest stała odnowa, to widać, że już dawno temu zapomniał on o tym. Rzadko kiedy Kościół potrzebował reform tak bardzo, jak przy końcu pontyfikatu Benedykta XVI” – pisze „Sueddeutsche Zeitung”. Świat się wali, pomyślałem jak przeczytałem wiadomość, a Kościół wraz z nim. Dotąd w historii Kościoła abdykowało dwóch papieży – Celestyn V w 1294 roku oraz Grzegorz XII w 1415 roku. To było prawie sześć wieków temu! Media piszą, że chory, ale Jan Paweł II też był chory i dotrwał do końca. Trudno to komentować, ani trochę nie znam się na sprawach Kościoła, ale wiadomość jest wstrząsająca. Do kryzysu finansowego, do bliskiego bankructwa Unii Europejskiej, teraz dochodzi poważny kryzys w Watykanie. Europa na krawędzi? Chyba bardziej niż kiedykolwiek.

17 stycznia 2013 o godz. 22:15

Kretyńskie czasy

"Górniak zrobiła sobie usta, bo było jej smutno" – to jest czwarty z najczęściej dziś czytanych newsów w Interia.pl. Trzecie miejsce zajmuje informacja pt. "Mikołaj Krawczyk wróci do Anety Zając?!". Drugie: "Modelki z całej Polski zarabiały jako prostytutki". W tym gronie na czele stawki jest news dnia o śmierci matki Kaczyńskich. Ludzie czytają to, co im się pod nos podtyka. Dożyliśmy czasów, w których tak właśnie wyglądają serwisy informacyjne. Zaraz za czołówkę newsów dnia uplasowała się dziś fotorelacja pt. "Wow! Kto ma taką pupę?" o tym, że 24-letnia modelka Candice Swanepoel ma się czym pochwalić… Swanepoel pokazuje w internecie dupę, a Górniak sztuczne usta, to jest kultura! (w informacjach z działu "kultura" Interia nie opublikowała dziś niczego, zaś ostatnia infomacja poświęcona literaturze ukazała się 13 grudnia i nie dotyczyła bynajmniej godnej polecenia lektury, lecz odkrytej w Danii nieznanej dotąd baśni Andersena.

19 grudnia 2012 o godz. 22:44

Kartka z podróży – Muzeum Alfonsa Muchy

/wp-content/uploads/2012/12/mucha-muzeum

Są miejsca, do których lubimy wracać. Takim miejscem w Pradze jest muzeum Alfonsa Muchy. Wchodzących witają litografie z końca XIX wieku, tak klasyczne dla Muchy, delikatne, subtelne, kwiatowe, róż i zieleń w wielu odcieniach, z rzadka trochę czerwieni i niebieskiego. Zaokrąglone, ale piękne w tych okrągłościach kobiety w kobiercach kwiatów, w powojach pnączy, okrytych liśćmi. Tu też są najbardziej znane afisze teatralne, m.in. dla Theatre de la Renaissance, dla którego projektował także kostiumy i dekoracje. W kolejnej sali są rzadkie w twórczości Muchy płótna olejne, w tym niezwykła „Gwiazda” z 1923 roku, bardzo mroczna, wyrażająca samotność. W kolejnej sali są rysunki, ołówek i pastele, równie oszczędne kolorystycznie jak plakaty i litografie. Niemal wszystkie zebrane tu prace utrzymane są w klimacie belle epoce, który dziś kojarzy nam się z kabaretem, fordanserkami, absyntem, papierosami palonymi w długich fifkach, z cyganerią, z symbolizmem i secesją.Nie ma tu prac z okresu, w którym Mucha tworzył dzieła historyczne, o silnie narodowym zabarwieniu – te eksponowane są również w Pradze, w Galerii Narodowej, ale one nie robią takiego wrażenia jak subtelne damy z secesyjnych litografii.Alfons Mucha (1860-1939) był szanowany i podziwiany za życia, zaprojektował np. godło Czechosłowacji albo banknoty. Zmarł po przesłuchaniu na gestapo, wkrótce po tym jak hitlerowcy zajęli Pragę.

22 listopada 2012 o godz. 12:24

Polska się wyludnia

/wp-content/uploads/2012/11/prawo-ludnosci

Czytam prognozy demograficzne, z których wynika, że w 2040 roku będzie o 9 mln mniej Polaków niż obecnie. Jakoś mnie to nie martwi, mniejsze korki na ulicach, mniejsze zanieczyszczenie, krótsze kolejki. Mam nadzieję, że ubędzie dresiarzy, natomiast grupa ludzi czytających książki pozostanie na niezmienionym poziomie, ale to pobożne życzenie. Na przełomie XVIII i XIX wieku anglikański duchowny Robert Thomas Malthus sformułował głośne „Prawo ludności”, przestrzegając, że wkrótce ludzi na ziemi będzie tak dużo, że nie będziemy w stanie się wyżywić. Remedium na niekontrolowany wzrost populacji miała być wstrzemięźliwość płciowa – zwłaszcza w klasach niższych, wśród ludzi biednych, którzy nie są w stanie zapewnić dzieciom godziwego utrzymania i wykształcenia. Malthus ostro potępiał zarówno związki z nieprawego łoża, jak i brak odpowiedzialności przy zakładaniu rodziny w sytuacji braku odpowiednich po temu środków materialnych. Jednocześnie był przeciwnikiem antykoncepcji. Jego zdaniem liczba ludności podwaja się co 25 lat, ale też ilość pożywienia zwiększa się co ćwierć wieku o taką samą ilość. Na tej podstawie autor „Prawa ludności” utworzył dwa szeregi rozwojowe: pierwszy ukazujący wzrost ludności: 1,2,4,8,16,32… oraz drugi, prezentujący wzrost środków pożywienia: 1,2,3,4,5,6… Porównując te szeregi okazuje się, że po 75 latach liczba ludności przewyższy liczbę środków pożywienia. Malthus nie przewidział jednak jak dalece zwiększy się wydajność terenów uprawnych i jak wzrośnie pogłowie hodowli zwierząt. Naiwnie też wiązał przyrost naturalny wyłącznie z popędem płciowym. Koncepcja ta powróciła z całą mocą na początku lat 70. XX wieku, zwłaszcza po opublikowaniu raportu Klubu Rzymskiego „Granice wzrostu”. „Wzrost liczby ludności jest superwykładniczy” – zauważyli firmujący raport amerykańscy ekonomiści (wśród nich znakomity badacz procesów globalizacji, Dennis L. Meadows). Ich zdaniem efektem tego superwykładniczego wzrostu będzie gwałtowny wzrost umieralności (choroby, nędza, głód), ziemia nie jest bowiem w stanie rodzić plonów w takim tempie, w jakim będą one konsumowane (to samo dotyczy bogactw kopalnych). Jest to w gruncie rzeczy ten sam wniosek, do którego w pierwszej połowie XIX wieku doszedł Malthus, on też zwracał uwagę na wykładniczy wzrost populacji ludzkiej, podczas gdy liczba żywności wzrasta w sposób arytmetyczny. By zebrać plony, trzeba je najpierw zasiać, by zasiać, trzeba użyźnić glebę, urodzajnej gleby zaczyna jednak brakować. Gdyby teoria ta była bezwzględna (Malthus zakładał, że liczba ludności na ziemi podwaja się co 25 lat), dziś nie byłoby już ludzkości, okazało się jednak, że po pierwsze można zwiększyć urodzajność upraw, choćby poprzez ich sztuczne nawożenie, po drugie można syntetycznie produkować pożywienie, po trzecie – i najważniejsze – wraz z rozwojem cywilizacji (zwracali już na to uwagę autorzy raportu Klubu Rzymskiego) tempo demograficznego wzrostu ulega wyhamowaniu, a wręcz nawet wykazuje tendencję malejącą (inna sprawa, że wraz ze spadkiem dzietności, spada też wskaźnik umieralności). I choć coraz mniejszą powierzchnię naszej planety zajmują pastwiska i pola uprawne, a liczba ludności wzrosła z ok. 800 tys. w czasach Malthusa do 6,5 miliarda w chwili obecnej, to wciąż jesteśmy w stanie wyżywić taką populację, a problemy głodu wynikają bardziej ze złej redystrybucji dóbr niż z przeludnienia czy klęski nieurodzaju. Prognozy demograficzne przewidują, że za 50 lat będzie blisko 9 mld mieszkańców gatunku homo sapiens na ziemi. Gdyby prognozy te miały się sprawdzić, to można przypuszczać, że do tego czasu człowiek znajdzie sposób, by i taką populację wyżywić.Tymczasem jednak nie brak pożywienia, a brak gąb do wykarmienia dla Europy staje się problemem. Cóż, z punktu widzenia planety to problem co najwyżej regionalny. Migracje ludności wyrównają niedostatki siły roboczej na Północy globu, jednocześnie wzrośnie poziom życia i zmniejszy się śmiertelność dzieci na Południu. To z pewnością problem dla pasjonatów „czystej rasy”, trzeba się jednak pogodzić z tym, że do końca XXI wieku nasza planeta (o ile w ogóle przetrwa) będzie rasowo wyglądała tak jak współczesna Ameryka Łacińska. Globalna wymiana, zapoczątkowana w 1491 roku przez Kolumba, wreszcie się dokończy.

9 listopada 2012 o godz. 11:52

Prezydent za sześć miliardów

/wp-content/uploads/2012/11/obama

Wybory prezydenckie w USA wygrał Obama. W komentarzach pisze się, że to dobrze dla badań Kosmosu, że wyśle znów ludzi na Księżyc. Jestem za, wolę żeby Amerykanie podbijali Księżyc niż Irak, bo nawiązując do poezji Władysława Broniewskiego: „lepiej mieć na dupie czyrak niźli okupować Irak”. W komentarzach zainteresowało mnie jednak co innego niż Księżyc. Otóż obecna kampania prezydencka była najdroższą w historii USA. Obama wydał 6 miliardów żeby utrzymać posadę, jego konkurent był jeszcze bardziej rozrzutny – wydał drugie 6 miliardów dolarów, żeby roboty nie dostać. Oczywiście panowie szastali pieniędzmi wyciągniętymi od przemysłu, rafinerii, a i od podatników. Dla mnie to symbol całkowitego rozkładu polityki i kryzysu demokracji. To już nie liczy się w polityce oratorstwo, nie liczy się program, nie liczy się PRAWDA? Zwycięstwo polityczne to multimedialny show za ogromne pieniądze? To manipulacja za ogromne pieniądze? Przeraża mnie to. Nie mam nic przeciwko temu żeby Amerykanie wysyłali samych siebie na Księżyc, mogą tam nawet pozostać, ale dla naszej planety byłoby lepiej, gdyby prezydenci USA skromniej wygrywali wybory, a oszczędności przeznaczyli np. na walkę z AIDS w Afryce, lub na jakikolwiek inny szlachetny cel. Polityka przestała być jednak domeną ludzi szlachetnych. To przykre panie prezydencie Obama. 

9 listopada 2012 o godz. 11:28

Kartka z podróży (6) Rozmaitości

/wp-content/uploads/2012/11/09-Baltiysk-001

Na koniec kilka luźnych obrazków z Obwodu Kaliningradzkiego.Przede wszystkim wbrew naszej oficjalnej propagandzie ludzie są bardzo sympatyczni, życzliwi i cieszą się, że ktoś przyjechał z Polski, a nawet obdarowują. Oczywiście czytelnicy „Rzeczpospolitej” i elektorzy Kaczyńskiego powiedzą, że to głęboko zakamuflowana wrogość, że udają by tym skuteczniej wbić nóż w plecy. No to ja bym chciał, żeby moi współrodacy nauczyli się kamuflować swoje nacjonalistyczne poglądy.A nacjonalizm jest, tyle, ze niekoniecznie skierowany przeciwko nam. Nacjonalizm w Rosji to bardziej wewnętrzne polityczne przepychanki, resentymenty, często stalinowskie, czasem o ironio faszystowskie, ale w symbolice, nie ideologii. Nacjonalizm rosyjski to stare dziady śpiewające z wypiekami „Svyaschennaya voyna” i młode byczki w wojskowych kurtkach, wyciągający ku niebu pięści. Obserwowałem demonstrację młodych faszystów z Nacjonalno-Demokratycznej Partii pod hasłem „Marsz Rosjo”, ze sztandarami niemieckimi z czasów Königsberga. Więcej było przywódców wiecu niż uczestników, ale grupka była głośna, wykrzykiwali co chwila nacjonalistyczne hasła. Policjanci przyglądali się z kpiną.Co do wojska, którego jest pełno, to zwraca uwagę niebywała niechlujność, chodzą w rozpiętych kurtkach, wywalonych na spodnie, w krzywo naciągniętych uszatkach, w rozsznurowanych rozmemłanych butach. Wyglądają nie jak armia mocarstwa, ale jak niedobitki pobitego oddziału, pozbawionego dowódcy i rozkazów. Szwędają się znudzeni lub rozbawieni, z bronią przy pasku, który nie podtrzymuje spadających brudnych portek. Kobiety na ogół piękne, na ogół bardzo niegustownie ubrane. Obserwowałem je w restauracjach, muszą tu mieć niesamowitą przemianę materii, żrą ogromne ilości i pozostają super zgrabne, wręcz chude. Wbrew obiegowym opiniom, nie są wyzywające. Przeciwnie, kobieta w towarzystwie mężczyzn siedzi na ogół cichutko, mężczyźni wznoszą toasty. Gdy rozmawia z nieznajomym, spuszcza oczy. Ale dekolty bynajmniej nieskromne, spódniczki jak najbardziej kuse pomimo bardzo chłodnych wieczorów. Rosjanie na śniadanie jedzą obiad, nie żadne kanapki, ale pierogi, gorące babeczki z mięsem, zupy, kawałki pieczonego kurczaka. Do wszystkiego jajka. Do wszystkiego wódka, nie z kieliszków, ze szklanek. Bardzo dużo tej wódki piją. Dużo przystawek, suszone rybki, sałatki, grzybki, krojone plastry słoniny z papryką lub czosnkiem. Diabelnie ostra musztarda. Doskonałe dania jak płow, zupa solanka, pielmieni lub manty na wiele rodzajów. Wszystkie pomieszczenia są przegrzane, to szczyt sznytu żeby było gorąco jak w saunie, szyby koniecznie zaparowane bo to świadczy o poziomie lokalu.Na kaca najlepiej pić kwas. W Rosji człowiek cały czas jeździ na kwasie, bardzo wesoło W każdym mieście, miasteczku, wiosce, pomniki Lenina wielkie i wymyślne, albo pomniki bohaterów armii radzieckiej, także pomniki innych działaczy partyjnych. W wielu miejscach wciąż stoją popiersia Stalina. Główne ulice w miastach noszą imiona Lenina czy Dzierżyńskiego. Muzea to na ogół skanseny socjalizmu, prawie zawsze są jakieś ekspozycje poświęcone armii.Po ulicach pełnych dziur, często w ogóle pozbawionych asfaltu, jeżdżą żółte autobusy z napisem „Dieti”, obskurne tramwaje, stare samochody. W mniejszych miejscowościach nie ma latarń, więc trudno się poruszać po zmierzchu. Jest biednie, ale bez przesady. Jest zaniedbanie, bardzo zaniedbanie. Z estetyką niestety Rosjanie zawsze byli na bakier. To widać w wystrojach wnętrz, w ich strojach, w sposobie czesania się, w ich gadżetach, ale najbardziej dołują obdrapane, pozbawione tynku blokowiska, kilometry szarego betonu.Czy warto jechać? Oczywiście! Jest sporo zachodu z wizą, trzeba sobie załatwić zaproszenie lub potwierdzenie rezerwacji miejsca w hotelu na specjalnym blankiecie, innych formularzy ambasada nie uznaje. Jest to skomplikowane, irytujące, czasochłonne. Wiza jest tylko na zadeklarowany czas pobytu. To jednak jedyny problem, na miejscu możemy liczyć na pomoc i życzliwość Rosjan, jedzenie jest smaczne, warunki noclegowe bardzo dobre zwłaszcza w relacji do ceny.

30 października 2012 o godz. 20:37

ZA-Mieszkanie

/wp-content/uploads/2012/10/za-mieszkanie

W 1912 roku w Krakowie zorganizowano „Wystawę architektury i wnętrz w otoczeniu ogrodowem”. Obecnie, w sto lat później, w Muzeum Narodowym w Krakowie można oglądać wystawę ZA-Mieszkanie, która pokazuje jak współcześnie mieszkamy. Czasami to wizje tego jak wielu chciałoby mieszkać – w otoczeniu zieleni, kwiatów, łącząc nowoczesność z tradycją. Są też pokazane dawne domy i dawne wnętrza, ich czarnobiałe fotografie prezentują się smutno przy kolorach dzisiejszych, choć przecież w swoich czasach też miały własne barwy, zapachy i radości. Są też kontrastujące z pogodną ideą wystawy ponure zdjęcia z współczesności – „Osiedle zamknięte”, „Teren prywatny, obcym wstęp wzbroniony” czy „Mieszkanie socjalne”, obrazują inną stronę naszego życia czy nawet ludzkiej natury. „Miasto-ogród czy miasto-ogrodzeń?” – intrygująco pytają organizatorzy wystawy. Tablice statystyczne pokazują jak zmieniała się rzeczywistość wokół Kowalskiego, liczbę bezdomnych w Polsce, rozwarstwienie społeczne, stopień zamożności Polaków w przeliczeniu na sprzęty domowe (pierwsze miejsce niezmiennie zajmuje pralka automatyczna) czy zmieniająca się liczba samochodów na przestrzeni lat – 40 tys. za Bieruta, ponad 17 mln za Kaczyńskiego. A przed gmachem Muzeum Narodowego ustawiono wesołą wystawę „Ogród przydomowy”, niestety teraz zasypaną śniegiem.

29 października 2012 o godz. 10:55

Wojciech Fangor: Przestrzeń jako gra

/wp-content/uploads/2012/10/Fangor7

Fangor w Muzeum Narodowym w Krakowie wciąga widza we wszechświat kulistych lub opływowych, bezkrawędziowych form barwnych, malowanych od początku lat 60. XX wieku, symbolizują nie tylko przestrzeń, ale również nasze postrzeganie – tęczówkę oka. Są też pokazane projekty malarstwa na ścianach zatorowych jakie warszawiacy zobaczą na każdej z siedmiu stacji II linii metra, w oryginale każda ma mieć wymiary 4×120 m, z kierunkiem pisma i kursywą liter zgodnymi z kierunkiem ruchu pociągu. Niezwykle ciekawy jest zbiór portretów czy raczej karykatur 36 polskich królów, namalowanych w 1990 roku. Nieco zbliżony stylistycznie jest cykl Wodzowie Indian z 1992 roku, tu portrety utrzymane są jednak w konwencji plakatu. Z wczesnych prac przemawiają abstrakcyjne formy jak „Krzyk” (1954) czy „Proces” (1948), niemal realistyczny, wstrząsający obraz „Matka Koreanka” (1951) czy pastisz socrealistycznego malarstwa, obrazujący czerwonoarmistów „Czołg” (1050). W tym zestawie wybija się płótno z 1950 roku „Postaci”, przedstawiające przodowników pracy a przy nich kobietę w wielkich plażowych okularach przeciwsłonecznych, ładną i wypoczętą, wyraźnie przynależącą do innego – lepszego – świata.. Kontrastują z resztą wystawy wczesne impresje, „Drzewo” (1945), „Krowy” (1944), czy najstarszy z prezentowanych „Portret młodej kobiety” z 1936 roku, malarz miał wówczas zaledwie 14 lat. Późne prace starają się uchwycić na płótnie wielomedialność współczesnej kultury, takie obrazy jak: „Viva”, „Quaker oats” czy „Magda i TV” (wszystkie z 1990 roku), „Akt i TV” (1995) lub „Interview III” czy cykl „Supermarket Commercial” i wiele innych, w których obraz zakłócają szumy przekaźnika, wszystkie z lat 80. i 90. XX wieku. Zupełnie innym cyklem, o kubistycznych kształtach, jest „Siedem Magdalen” z 1993 roku. Ekspozycję zamykają portrety, doskonale dopełniające całość, utrzymane w stylistyce popartu, każdy z nich mógłby być znaczkiem pocztowym. Wystawa pokazuje wielką wszechstronność i wyobraźnią Fangora, doskonałe opanowanie warsztatu, bogactwo odniesień do kulturowej spuścizny ale i do teraźniejszości.Wystawa, stanowiąca podsumowanie 75 lat pracy twórczej Wojciecha Fangora, trwa do 6 stycznia 2013 roku.

28 października 2012 o godz. 20:18

Targi Książki w Krakowie

Za mną szesnasta edycja krakowskich targów książki. Byłem na wszystkich, śledziłem ich skromne początki i gwałtowny rozwój. Przyszłość podobno a być jeszcze lepsza – za dwa lata, w 2014 roku targi odbędą się w nowych halach (są w budowie), z podobno dwukrotnie większą powierzchnią. Przyda się, bo zwłaszcza w sobotę panował ścisk – tak dużo ludzi przyszło kupić książki, zdobyć autograf ulubionego pisarza czy wziąć udział w konferencji. Widok ludzi dźwigających wielokilogramowe torby z książkami był budujący, jakby wbrew opinii o kryzysie czytelnictwa, o zmierzchu książki papierowej. Ale też warto pamiętać, że krakowska publiczność jest specyficzna – to miasto wciąż czyta, nie tylko dlatego, że może poszczycić się jednym z najstarszych w Europie uniwersytetem. Tu wciąż jest snobizm na książki, widać to w kawiarniach (ileż spotkań literackich, nie tylko przy okazji targów), widać to w księgarniach. W Krakowie mieszkali nasi najwybitniejsi w ostatnich dekadach pisarze (Miłosz, Szymborska, Lem, Mrożek) i miasto wciąż o nich pamięta i hołubi. Wracając do targów, pamiętajmy też, że na większości stoisk oferowano książki w cenach promocyjnych, nawet za 1 czy 2 zł, a w większości przypadków z rabatami 25, 30 czy 50 procent. To też jeden z powodów tak zdawałoby się wielkich zakupów. Wielkich ilościowo, nie koniecznie kwotowo.Choć i pod tym drugim względem nie było źle, przynajmniej na stoisku Biblioteki Analiz, choć znacznie mniej kupowali w tym roku bibliotekarze. Dla mnie targi w Krakowie to okres promocji corocznego wydania „Rynku książki w Polsce”. Jak co roku sala podczas promocji była wypełniona do ostatniego siedzącego miejsca, a wiele osób stało. Przy okazji promocji zorganizowaliśmy dyskusję, wzięli w niej udział: Andrzej Kosiński (Empik), Włodzimierz Albin (Wolters Kluwer Polska, prezes Polskiej Izby Książki), Robert Rybski (Virtualo) i ja, autor (choć książka ma więcej autorów). Mówiliśmy o kryzysie na rynku książki i o przyszłości – dość optymistycznie, zbudowani widokiem ludzi odwiedzających targi. Dziękuję wszystkim, którzy przychodzili na stoisko porozmawiać, kupić książkę, poprosić o dedykację, dziękuję słuchaczom Programu 2 Polskiego Radia, którzy dzwonili podczas audycji realizowanej w Studio Kraków. Do zobaczenia za rok.

22 października 2012 o godz. 21:36

e-„Newsweek”: Pożegnanie z papierem

/wp-content/uploads/2012/10/News-Week_Feb_17_1933_vol1_issue1

Ostatni papierowy egzemplarz amerykańskiego „Newsweeka” ukaże się z datą 31 grudnia 2012 roku. To pierwszy tak prestiżowy tytuł, który zdecydował się na całkowitą rezygnację z druku.„Newsweek” był jednym z symboli amerykańskiej demokracji, zachodniego stylu życia i transatlantyckiej polityki. Założony w 1933 roku przez byłego redaktora „Time’a”, Thomasa J.C. Martyna. Pierwszy numer tygodnika ukazał się pod nazwą „News-Week” 17 lutego 1933 roku. Redaktorami i komentatorami „Newsweeka” byli najwybitniejsi amerykański dziennikarze, niezwykle mocnym elementem były też fotoreportaże. Pismo zabierało głos w ważnych dla kraju sprawach, a jego dziennikarze wyśledzili wiele afer (z ostatnich lat choćby ujawnienie romansu Billa Clintona z Moniką Lewinsky przez reportera Michaela Isikoffa). Tytuł kilkakrotnie zmieniał właściciela. W 1961 roku został kupiony przez Washington Post Company, który wydawał pismo przez blisko pół wieku. Ostatnie lata były jednak chude, nakład spadał, spadały przychody z reklam, zwiększał się deficyt i zadłużenie. W latach 2007-2009 nakład spadł o ponad 1/3. Latem 2010 roku „Newsweek” został sprzedany przez koncern Washington Post za 1 dolara (wraz z długami sięgającymi 47 mln USD). Nabywcą-filantropem był Sidney Harman, miliarder, który miał 91 lat (zmarł rok później, w kwietniu 2011 roku). Nie traktował inwestycji jako lokaty kapitału, kupił tytuł ze względów sentymentalnych, by ratować go przed bankructwem.W listopadzie 2010 roku Newsweek połączył się z portalem informacyjno-publicystycznym The Daily Beast, zatrudniając na stanowisku redaktora naczelnego jego dotychczasową szefową, Tinę Brown, która kieruje nim do dziś.W 2003 roku łączny nakład wynosił 4 mln egz., z czego 3,1 mln w USA. W 2009 roku amerykański nakład wynosił już tylko 2,32 mln egz., a rok później – 1,58 mln. Obecnie średni nakład drukowanego wydania wynosi 1,53 mln egz. Z punktu widzenia polskich mediów, to wciąż niewyobrażalnie dużo (średni nakład „Newsweek Polska” to ok. 170 tys. egz.), ale rynek języka angielskiego to zupełnie inna skala wielkości.Pismo ma dwanaście edycji narodowych, „Newseek Polska” wydawany jest przez koncern Rinigier Axel Springer Polska. – Decyzja amerykańskiego wydawcy o rezygnacji z wersji drukowanej nie ma absolutnie żadnego wpływu na tygodnik „Newsweek Polska”. Tytuł, wydawany w Polsce od ponad 11 lat, ma bardzo mocną pozycję na rynku, cieszy się uznaniem czytelników i zainteresowaniem reklamodawców – powiedziała „Rzeczpospolitej” 19 października Anna Gancarz-Luboń, rzeczniczka wydawcy.Obecnie z cyfrowego wydania „Newsweeka” korzysta 378 tys. abonentów. Jest on udostępniany m.in. na: Kindle, Apple, Androida, Zinio czy Nooka. Teoretycznie rynek odbiorców jest dostatecznie duży, już 70 mln Amerykanów korzysta z urządzeń mobilnych, które umożliwiają komfortową lekturę prasy. Czy to jednak wystarczy by przynoszący straty tytuł przetrwał? Czy stać ich będzie na zatrudnianie fachowych redaktorów, korektorów, reporterów, korespondentów, komentatorów? Czy cyfrowy „Newsweek” nie obniży poziomu drukowanych tekstów, a co za tym idzie straci kolejnych czytelników? Niestety, ten wariant wydaje się bardzo prawdopodobny, choć z drugiej strony, jako pionier wśród tygodników opinii w e-biznesie być może wykorzysta konkurencyjną przewagę. Wcześniej czy później (raczej wcześniej) w ślad za „Newsweekiem” pójdą inni, chyba że projekt zakończy się szybkim fiaskiem… Nowa edycja od stycznia 2013 roku będzie nosić tytuł „Newsweek Global”. Jeżeli zdoła się zbilansować i utrzyma krąg odbiorców, to będzie oznaczało koniec drukowanej prasy. W ślad za „Newsweekiem” pójdą kolejni wydawcy. Nikt jednak nie będzie się cieszył jeśli eksperyment się nie powiedzie, będzie to bowiem oznaczało, że dla profesjonalnych mediów i profesjonalnego dziennikarstwa nie ma żadnego dobrego modelu biznesowego. Być może zamiast gazet za kilka lat pozostanie nam jedynie Google, które od lat zbiera śmietankę z rynku reklamowego. To by było fatalne nie tylko dla mediów, także dla demokracji, gdyż brak fachowej obsługi dziennikarskiej zamyka przestrzeń dla politycznej debaty na poziomie innym niż plotki, komentarze i krótkie komunikaty.

29 września 2012 o godz. 14:51

Pręgowane i puchate

/wp-content/uploads/2012/09/wystawa-kocia-22

Byłem dziś na pokazie kotów rasowych. Wspaniała wystawa, koty z całego świata, międzynarodowe jury. Wszystkie piękne, wszystkie powinny dostać nagrody. Mi najbardziej podobały się: niebieski rosyjski, bengalski, który wygląda jak mały leopard, no i niezwykły Devon. drobny, o bardzo krótkiej sierści. No i munchkin też jest słodki, popielaty, o futerku jak puszek i wydłużonym pyszczku. Słodko bawią się małe puchate kociaki norweskie z uszami jak u rysia. Małe pokraczne nubelungi też są urocze. Fascynujący jest kot sfinks, nie ma futra, jego skóra jest taka dziwna w dotyku, te długie łapy jak u kangura. Zaskoczyło mnie jakie te koty są spokojne, tyle odgłosów, tyle zapachów, a one spokojnie się wylegują, widać przyzwyczajone do takich atrakcji. Jurorzy oglądają, zabawiają, a koty cierpliwie pozwalają się oceniać. Można kupić małe kociaki, są stoiska z karmą i zabawkami. Wystawa czynna jeszcze jutro, w Warszawie przy ul. Conrada 6.

25 września 2012 o godz. 23:38

Niech wypiją sami

/wp-content/uploads/2012/09/Moravska-svestka-AB

15 tys. litrów, podobno tyle metanolu wmieszanego w alkohol wprowadziło na rynek dwóch czeskich zbrodniarzy. Zabili 25 osób we własnym kraju plus kilku w krajach ościennych. Najlepiej skazać ich na wypicie własnych produktów. Kiedy będzie można jechać bezpiecznie do Czech? No i skąd się biorą tacy popierdoleńcy?

21 września 2012 o godz. 00:18

Jeszcze o wódce

/wp-content/uploads/2012/09/kieliszek2

Już 23 Czechów zmarło od wódy. Plaga. Aktualny trop wskazuje jednak na Ukrainę… dlaczego mnie to nie dziwi? Ale nie o tym. Otóż przy okazji afery metanolowej w mediach zaroiło się od artykułów na temat branży spirytusowej i wreszcie została podjęta sprawa marży polskich gorzelni, które zwyczajnie nie zarabiają na produkcji wódki, bo z jednej strony jest zabójcza akcyza, z drugiej – nie mniej zabójcza konkurencja, która powoduje, że największe firmy konkurują ceną i walczą o najniższą półkę, czyli oferują najtańszą, najgorszą wódę, na której zarabiają po kilkanaście groszy na butelce. Paranoja, ale niestety to rzeczywistość dobrze znana polskiej branży spirytusowej. To, co można kupić za kilkanaście złotych w hipermarkecie wprawdzie nie jest trujące, ale jest paskudne. Nie oszukujmy się, dobra wódka nie może kosztować mniej niż 50-70 zł. Konkurencja i akcyza powodują, że kolejne firmy z wielką tradycją (i z doskonałymi wódkami w ofercie) bankrutują. Pierwszy bodaj był Polmos Warszawa, czyli Wytwórnia Wódek Koneser, ale przecież ostatnie kilkanaście miesięcy to m.in. upadłość Polmosu Szczecin (z jego doskonała Starką) czy Polmosu Józefów (z również znakomitą Kasztelańską). Z rynku znikają kolejne dobre wódki, natomiast pojawiają się paskudne tanie marki. Czy naprawdę polski konsument jest tak niewybredny? Czy będziemy skazani na picie paskudnych wódek przez idiotyczna politykę fiskalną polskiego rządu?

19 września 2012 o godz. 12:10

We śnie

/wp-content/uploads/2012/09/ze-snu

Sny są znacznie ciekawsze niż życie. Cóż zatem złego w przesypianiu życia? To najbardziej zdrowa używka, najbezpieczniejszy nałóg. I najbardziej egzotyczna podróż.

18 września 2012 o godz. 19:35

Nauczyciel pracuje mało, zarabia dużo

/wp-content/uploads/2012/09/nauczyciel-zarabia-w-chuj

Pisałem niedawno, za „Rzeczpospolitą”, że polski nauczyciel pracuje najmniej w Europie, niespełna trzy godziny dziennie. Utarło się przekonanie, że nauczyciel mało robi bo mu mało płacą. Tymczasem okazuje się, że to bzdura, że czy się stoi czy się leży, nauczycielowi zawsze się należy i to więcej niż innym. Dziś nauczyciel zarabia blisko o 50% więcej niż średnia krajowa, blisko 5000 zł miesięcznie. Za trzy godziny dziennie! Wygląda na to, że zawód nauczyciela z ponad trzema miesiącami wakacji to najlepsza możliwa fucha. Powinien swoich uczniów po rękach całować, problem w tym, że zadufani w sobie przekonani są, że to za ich wkład pedagogiczny społeczeństwo winno im wdzięczność. Podobne przekonanie żywili pracownicy budowlani w PRL, którzy wprowadzi budowali najmniej mieszkań w Europie, ale przecież jak ktoś już dostał wyczekane mieszkanie, to winien był dozgonną wdzięczność.Czytam oto w kolejnym wydaniu „Rzeczpospolitej” bardzo ciekawy tekst o zarobkach nauczycieli, wygląda na to, że prawicowa „Rzepa” uwzięła się na reprezentowanych przez potężny związek zawodowy belfrów. „W I kwartale 2012 roku średnia pensja wynosiła 3473,9 zł. Jak na tym tle wyglądają nauczyciele? Ich pensje zależą od tzw. stopnia awansu zawodowego. Są cztery: nauczyciel stażysta, kontraktowy, mianowany, dyplomowany. Obecnie zarabiają oni odpowiednio: 2717 zł, 3016 zł, 3913 zł oraz 5000 zł. W tym miejscu należy podkreślić, że odsetek nauczycieli posiadających najwyższy stopień awansu zawodowego wynosi już 49 proc., a mianowanych kolejne 27 proc. Zdecydowana większość pedagogów (prawie 80 proc.) otrzymuje więc co miesiąc blisko 4 tys. lub 5 tys. zł”.I dalej: „Za co płacimy nauczycielom? To określa Karta nauczyciela. Zgodnie z nią ich tygodniowy czas pracy nie może przekroczyć 40 godzin zegarowych. Z tym że ich pensum, a więc wymiar obowiązkowych zajęć dydaktycznych, wynosi 18 godzin lekcyjnych. Dodatkowo nauczyciele w zależności od rodzaju szkoły muszą jedną lub dwie godziny pozostawać do dyspozycji dyrektora”. Biorąc pod uwagę wakacje, urlopy i inne dni wolne, przy najniższym w Europie pensum, polski nauczyciel ma ekstra bonus w postaci prawie 80 dni wolnych w roku. Żyć nie umierać. „Zgodnie z danymi OECD w Polsce nauczyciel szkoły podstawowej z 15-letnim stażem pracy zarobił w 2010 roku równowartość 15168 dolarów. To lepsze wynagrodzenie niż nauczyciela słowackiego i węgierskiego, ale gorsze niż w Czechach, a nawet w Meksyku. Średnio nauczyciele tego typu szkół z podobnym stażem zarabiali w UE równowartość 38280 dolarów”. Jest jednak pewne ALE! Otóż zupełnie inaczej wyglądają te statystyki, kiedy pokazują wynagrodzenie za czas pracy w klasie. „Wynika z nich, że polski nauczyciel dostaje za godzinę pracy równowartość 30 dolarów. To więcej niż czeski, słowacki czy węgierski. Porównywalnie z zarobkami pedagogów izraelskich. Francuski nauczyciel szkoły podstawowej dostaje za godzinę pracy dydaktycznej równowartość 36 dolarów, a amerykański 41”.„Rzepa” donosi nam dalej: „Rewelacyjne zarobki godzinowe pedagogów potwierdzają też dane GUS. Przeciętne wynagrodzenie za godzinę pracy wyniosło na koniec października (ostatnie dostępne dane) blisko 22 zł. Ale nauczyciele szkół podstawowych dostają 184 proc. tej kwoty, nauczyciele gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych blisko 200 proc. To więcej niż lekarze, specjaliści ds. finansowych czy inżynierowie i porównywalnie z tym, ile zarabiają, jak to określa GUS, specjaliści z dziedzin prawa”.A zatem nauczyciele powinni być najbardziej zadowoloną grupą zawodową. Jak wasze dzieci wrócą ze szkoły i powiedzą, że ich nauczyciel ciężko pracuje i mało zarabia, jak usłyszycie to kiedyś na wywiadówce w szkole, odeślijcie takiego zuchwałego belfra w trzy diabły, przedstawcie mu statystyki. A jak za ciężko, jak się nie podoba, to nikt rozpaczać nie będzie, na pewno chętnych na osiemdziesięciodniowe wakacje nie brakuje w kolejce. Lobbujmy w szkole hasło: „tłusty nauczyciel to zadowolony nauczyciel”.

17 września 2012 o godz. 22:58

Polska wóda jednak nie truje

/wp-content/uploads/2012/09/albanska-borovicka2

Czeski rząd zaprzeczył jakoby to polska wóda truła, jednocześnie opublikowano etykietki alkoholi, które mogą być skażone metanolem (Etikety lahví, ve kterých byl nalezen závadný alkohol – možné padělky, przyznam, że dwa z tych destylatów piłem latem tego roku, są ogólnie dostępne i to nie na bazarach, ale w sklepach i barach). Niektóre to chyba jakieś rzadkie rarytasy, jeżdżę często do Czech i na oczy nie widziałem nigdy czegoś, co się nazywa Albánská borovička, a trochę się tym interesuję, no…). Polska wóda niby nie truje, ale mimo to Rosja ostrzega przed naszą gorzałką. Mają lepszą. Moim zdaniem wszystkiemu winna ukraińska mafia, nigdy nie miałem cięższych kaców niż po wódkach z Ukrainy, więc w moim prywatnym rankingu trucicieli mają pierwsze miejsce. Na drugim jest Białoruś.