Materiały wg tagu "nauka"

17 stycznia 2017 o godz. 21:28

Wciąż się uczę

WSET0001

Nie było łatwo, ale egzamin zdany z wyróżnieniem.

10 maja 2015 o godz. 12:43

Historia kulturowa wina francuskiego w Polsce od połowy XVII do początku XIX wieku

Dorota Dias-Lewandowska

Praca pionierska, Dorota Dias-Lewandowska porusza się po dziewiczym gruncie, bazując w równym stopniu na nielicznych dokumentach francuskich dotyczących eksportu win do Polski, jak i tych zachowanych w naszych dworach, faktoriach czy bibliotekach. Temat pozornie tylko jest wąski, gdyż autorka traktuje szeroko historię konsumpcji alkoholi w dawnej Polsce, a więc pisze nie tylko o winach francuskich. Analizuje jak to się stało, że wina z Francji, które były uważane za poślednie, kwaśne, dla gołoty, w XVIII wieku wyparły tak prestiżowe i cenione węgrzyny. Oczywiście powodów było wiele, ale zaczęło się od kupców Holenderskich i Angielskich, którzy na francuskich producentach zaczęli wymuszać wyższą jakość win. A zatem do Polski zaczęły trafiać lepsze wina z Burgundii i Szampanii, poza tym przyszła moda na kulturę i obyczaje francuskie, zmieniały się gusta i smaki, zaczął też wyrabiać się snobizm w zakresie doboru win i potraw. W XVIII wieku już nie pije się na polskich dworach z jednego kielicha, mówi się o „dobrym smaku” – bon goût, zaczyna się rozróżniać nie tylko kolor i słodycz wina, ale też region, a nawet producenta.

5 stycznia 2015 o godz. 10:31

Leszek Kołakowski: Jezus ośmieszony

kolakowski

Tekst pisany po francusku, w latach 80., nigdy nie ukończony, wygrzebany przez panią Tamarę Kołakowską w archiwum rękopisów zmarłego w 2009 roku filozofa. Ile jeszcze skarbów kryją te archiwa? Pewnie w najbliższych latach się dowiemy. Esej choć nie ukończony, ma jasną i konsekwentą tezę – bez uznania sacrum i boskiej natury Jezusa poprzez wiarę, nie racjonalne myślenie, chrześcijaństwo nie przetrwa. Wiara dla jego żywotności ma o wiele większe znaczenie niż wszelkie dowody na istnienie Jezusa czy filozoficzne spekulacje. Jednocześnie dla Kołakowskiego nie podlega dyskusji, że chrześcijaństwo jest cywilizacji potrzebne, że nie można od tak odrzucić wiary i zasad jakie niesie. „Nie mamy żadnej znajomości dobra i zła, jeśli nie odczuwamy ich w sobie. (…) Jeśli nie umiemy czuć się winni, nie jesteśmy zdolni do odróżniania dobra i zła”. A jednym z filarów chrześcijaństwa, poza wiarą w nieśmiertelność duszy i sąd ostateczny, jest uznanie winy człowieka, jego pierworodnego grzechu, a tym samym uznanie obecności Boga w jego chrześcijańskiej tradycji. Odrzucając istnienie Chrystusa stajemy przed następującym dylematem: „Bóg nie istnieje, zbawienia nie ma, nie ma odkupienia, nie ma przebaczenia, nie ma grzechu pierworodnego, nie ma życia wiecznego, nie ma miłości?”. Twierdząca odpowiedź na tak postawiony dylemat także dla ateistów wydaje się być nie do przyjęcia. Ale czy można pytać inaczej? Wielu filozofów tak robiło, sprowadzając religię do obszaru idei, ale Kołakowski jest temu zdecydowanie przeciwny. „Spekulacja teologiczna czy filozoficzna nie ma dla religii żadnej wartości, jeśli brakuje wiary” – konkluduje autor.

3 listopada 2014 o godz. 10:52

Nie ma Boga oprócz Allacha

Nie-ma-Boga-oprocz-Allaha_Reza-Aslan

Znakomita książka, wprowadzająca czytelnika w bogaty świat islamu – historii, kultury, obrzędowości, etyki i w mniejszym stopniu polityki. Po wydarzeniach z 11 września 2001 roku cywilizacja zachodnia nie tylko patrzy na islam nieprzychylnie, lecz często zwyczajnie z lękiem. Kojarzymy go z terroryzmem, nietolerancją, fanatyzmem. Fanatyczne organizacje terrorystyczne stały się jak najgorszą wizytówką islamu, który przecież przez wieki nie tylko funkcjonował obok chrześcijaństwa, lecz także z pożytkiem przenikał w świat kultury zachodu. Wieloznaczność koranicznych prawd, poetyka tego tekstu, sprawiają, że dla fanatyków otwiera się pole dla zbrodniczych krucjat przeciw niewiernym, sam Mahomet wszak pisał do niewiernych: „Bójcie się ognia – a paliwem jego będą ludzie i kamienie”. Ale ideologia walki, to tylko jedno z oblicz islamu, które na dodatek nie jest zakorzenione w historii i tradycji tej wielkiej religii. Jest efektem – jak pisze Reza Aslan – wyobcowania islamu w świecie zachodnim w XX wieku. Badacz zresztą nie tłumaczy zła, świadom jak wielką krzywdę wyrządza ono wyznawcom i samej kulturze islamu. Obok zła jest jednak niezwykle bogata, wciąż żywa tradycja. „Dużo czasu zajmie oczyszczenie islamu z jego nowych fałszywych bożków – bigoterii i fanatyzmu – czczonych przez tych, którzy zastąpili oryginalną Mahometową wizję tolerancji i jedności swoimi wielkimi ideałami nienawiści i niezgody. Ale to oczyszczenie jest nieuniknione, a fala reform nie do powstrzymania” – pisze Reza Aslan w kontekście przyszłości islamu. Oby miał rację.

20 lutego 2014 o godz. 12:43

Jeszcze o darmowym podręczniku

SONY DSC

Sytuacja wokół pomysłu darmowego podręcznika zaczyna już przypominać front pod Ypres, obydwie strony okopały się, całe szczęście, że mamy Konwencję o broni chemicznej, bo któraś ze stron gotowa by użyć gazów bojowych. Premier zawiesił marchewkę i przed wyborami zwinąć ją byłoby głupio. Minister edukacji uwikłała się tak bardzo w demagogię, że rozwiązać ten węzeł gordyjski mogłaby tylko dymisja, czego środowisko książki zapewne serdecznie jej życzy. Ton rozmów praktycznie wyklucza zawieszenie broni, mimo tego, że kompromisu, a nie wymachiwania szabelką, potrzebuje polska szkoła.

19 lutego 2014 o godz. 13:44

Dziękuję, zapłacę

Darmowy podręcznik
school wiki

21 stycznia rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty, zapowiadając jednocześnie rozpoczęcie prac nad programem nazywanym „Darmowym podręcznikiem dla pierwszaka”. Warto przyjrzeć się, ile to „darmowe” będzie kosztowało? Nie rząd, ale rynek wydawniczo-księgarski, obawiam się bowiem, że taką analizą nikt z polityków nie zaprzątał sobie głowy. Przy okazji warto też spytać o innego rodzaju koszt tej wątpliwej „reformy”? Co jeden „darmowy” podręcznik dla pierwszaka (a potem drugo-, trzecioklasisty, a może i z czasem dla studenta, dlaczego nie?) będzie oznaczał dla edukacji?

4 lutego 2014 o godz. 14:05

Darmowy podręcznik z mojej emerytury!

Wiadomo już, z czego rząd zamierza finansować kiełbasę wyborczą, jaka w ekspresowym terminie ma trafić na nasze stoły. Ekspresowa kiełbasa może być surowa i niedoprawiona, ale darmowa. Otóż rozdając kiełbasę, rząd jednocześnie zabiera przyszłość, iście diabelski to chwyt, tyle, że Faust podpisywał cyrograf świadomie i z korzyścią bardziej wymierną niż darmowy podręcznik, choć w tamtych czasach pewnie byłby to sporo wart inkunabuł na pergaminie, oprawiony w skórę, złocony i zdobiony kosztownymi kamieniami. Czasy jednak się zmieniły, a kiesa rządowa pusta, więc i nagroda skromna, dobrze że choć papierowa, za rok, może dwa, będzie już tylko wirtualna. Jakże rozdawanie wirtualnych kiełbas wzbogaci przyszłą politykę! A tak całkiem serio, to rząd zagarnął ponad 150 miliardów złotych naszych oszczędności emerytalnych, które wpłacaliśmy od 14 lat do OFE. Potrzebował, na łatanie dziur w budżecie i obietnice w rodzaju darmowych podręczników, więc zabrał – czytam w „Rzeczpospolitej”, że z funduszu emerytalnego każdego obywatela zniknęło 18273 zł. Toż za to mógłbym kupić podręczniki do wszystkich przedmiotów, dla wszystkich kolegów mojego syna i jeszcze by mi zostało w kieszeni na szklaneczkę dobrej whisky. Przepraszam, ale tak rozdawać to każdy chce! Mateusz Pawlak w „Rzeczpospolitej” zwraca uwagę na zachwianie zaufania do instytucji państwowych, ale i finansowych, bo taki będzie efekt ograbienia obywateli z połowy ich funduszy emerytalnych. W cywilizowanym świecie rzecz niepojęta, ale też w cywilizowanym świecie nikt nie myśli, ze uszczęśliwi masy jednym, państwowym podręcznikiem. Niemal nigdy nie zgadzam się z publicystycznymi ocenami „Rzeczpospolitej”, której autorzy widzą Polskę w barwach czarno-czarnych, ale w tym przypadku trudno nie przyznać racji, gdy czytamy: „ponad 150 miliardów złotych naszych oszczędności zdeponowanych w stworzonym i firmowanym przez państwo systemie emerytalnym zostanie w karygodny sposób przez to samo państwo zagrabione”. Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego władza pokazuje, że bliżej jej niestety do standardów azjatyckich. W Chinach dzieci też uczą się z darmowych, państwowych podręczników. Za pieniądze podatników, rzecz jasna. Nie chcę kiełbas wyborczych. Chcę płacić za przyszłość swoją i kolejnych pokoleń, chce mieć pewność, że jeśli wykupię obligacje państwowe, to dostanę to, co mi państwo gwarantuje. Teraz tej pewności nie mam, a za darmowy podręcznik bardzo dziękuję.

31 stycznia 2014 o godz. 19:47

Poza krawędź świata

Laurence Bergreen

„W poniedziałek, 10 sierpnia 1519 roku, flotylla złożona z pięciu okrętów zaopatrzonych we wszelkie niezbędne rzeczy, z załogą liczącą dwustu trzydziestu siedmiu ludzi różnej narodowości, stała na redzie sewilskiego portu Las Mueles gotowa do odpłynięcia. Wystrzelono ze wszystkich dział, po czym rozwinąwszy jedynie foksztaksle, ruszyliśmy w dół rzeki” – pisał kronikarz i członek wyprawy Magellana, Antonio Pigafetta. Jego zapiski dokładnie dokumentują pierwszą w dziejach podróż dookoła świata, ale nie był jedynym kronikarzem. Amerykański biograf, Laurence Bergreen, nie miał trudnego zadania by odtworzyć losy tej niezwykłej wyprawy, ale udało mu się także stworzyć niezwykle ciekawe tło kulturowo-polityczno-obyczajowe Europy z początku XVI wieku. Epoka wielkich odkryć całkowicie odmieniła widzenie świata, ale autor stara się opisać ludzi i ich wyobrażenia podług ówczesnej wiedzy, wyrastającej z jednej strony z mistycyzmu średniowiecza, z drugiej – odkrywającej nie tylko kontynenty, ale na nowo mądrość antyku.

23 grudnia 2013 o godz. 07:38

Wszyscy do walki z pijaństwem

/wp-content/uploads/2013/12/W-Rybakowski

W zbiorach książek dotyczących historii alkoholu mam niewielka książeczkę Władysława Rybakowskiego „Wszyscy do walki z pijaństwem”. Wydana nakładem autora, w Warszawie, w 1931 roku, w nakładzie 10 tys. egz. Sprzedawana była w cenie 60 gr. Wydrukowana w Zakładzie Graficznym R. Kucharski (Warszawa, ul. Nowy Zjazd 1).W miejscu drukarni jest dziś Mazowieckie Centrum Stomatologii. Po autorze pracy, zagorzałym działaczu na rzecz wprowadzenia w Polsce prohibicji, ślad zaginął, trudno znaleźć  nim jakiekolwiek informacje. Z wydrukowanego nakładu 10 tys. egz., pozostały pojedyncze sztuki, osiągające na aukcjach internetowych ceny ok. 90 zł. Mój egzemplarz był wcześniej własnością Towarzystwa „Trzeźwość”, którego pieczątka widnieje na okładce. Sam autor mieszkał w Warszawie przy ul. Dobrej 77, m. 54, w domu, który nie przetrwał wojny. Na portalu miłośników przedwojennej Warszawy można znaleźć zdjęcie kamienicy przy Dobrej 77, ale nie ma na jej temat żadnych dodatkowych informacji, zginęła wojennej zawierusza wraz z informacjami o dlasyzch losach Władysława Rybakowskiego.„Wszyscy do walki z pijaństwem” to utrzymana w młodopolskiej stylistyce skłonnej do przesady agitacyjna publikacja wzywająca do prohibicji i wychowania w trzeźwości. Autor pisze: „Są naiwni, krótkowzroczni mędrcy wołający wielkodusznie: – Popieram monopol państwowy! Każdy grosz przepity wpływa do kasy naszego – polskiego skarbu! – I piją na umór – rzekomo bogacąc skarb w imieniu własnem, żony, swych dzieci, nieraz obcych ludzi oszukanych lub okradzionych, później tłuka szyby – bogacąc szklarzy…”, i tak dalej w tym duchu. „A co by też było, gdyby ten jeden strumyczek niklu i miedzi płynący do skarbu – zmienił swe koryto. Gdybyśmy pieniądze obracane na produkcję ‘czystej’ i ‘wyborowej’ obrócili w innym kierunku?” – zastania się autor i ma odpowiedź prostą, że wówczas każdy robotnik miałby własny samochód, a dzieci godziwe wykształcenie. A do czego prowadzi wódka? „Alkoholiczne otępienie, utrata pamięci, drżenie rąk, słabość, krótki wzrok, bezwola, granicząca z lenistwem i oczywiście nieuczciwością. (…) Znów wódka! I choćby na nią – pieniędzy potrzeba. Skąd? Ukraść trzeba – oszukać – wyżebrać. Ze zdrowego kółka w społecznym mechanizmie – zostaje zapora, przeszkoda, kamień niszczący sprawnie funkcjonującą maszynę. Żebrak, złodziej, bandyta. Z dzieci – przyszłych obywateli – zgnojone przedwczesnym występkiem kupy łachmanów, gnijące mroźną nocą w ciemnych załomach muru. (…) Żona żebrze. Albo struła się esencją octową. Może dogorywa w jakimś szpitalu na koszt społeczeństwa…”. „Obok nędzy, głodu, utraty ludzkiego szacunku – staje cuchnący, beznadziejny syfilis, oplatające pokolenie za pokoleniem cieknące rany gruźlicy i – upiór obłędu”. Trzeba przyznać, że sugestywna to narracja, a wzmacniają obraz nędzy i rozpaczy rysunki pijackich praktyk autorstwa W. Lipińskiego.

2 września 2013 o godz. 19:03

Świat 2040

/wp-content/uploads/2013/09/andrzej-lubowski-swiat-2040-czy-zachod-musi-przegrac-cover-okladka

„W 2040 roku będziemy mieli solidna infrastrukturę: dobrze utrzymane autostrady i drogi, po których nie strach jeździć. Trasa z Krakowa do Zakopanego zajmie niespełna godzinę. Nasze koleje dorównają standardem kolejom niemieckim. (…) Dobre pieniądze będziemy zarabiać na produkcji czystej żywności. (…) Zaczniemy się liczyć na europejskim rynku turystyki. (…) Wróci na stałe Teatr Telewizji” – taką optymistyczną wizję Polski w 2040 roku kreśli Andrzej Lubowski w książce „Świat 2040”, dodając jednak warunki jakie muszą być spełnione by ona mogła się sprawdzić. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby tak właśnie było, dołożyłbym do tego jeszcze pobożne życzenie, by wskaźnik czytelnictwa wzrósł do ponad 90 proc. populacji, nie będą jedynie czytać małe dzieci, oraz by średnie wydatki na książki i czasopisma literackie przekroczyły wydatki na używki. Dużo mroczniejszą wizję 2040 roku autor kreśli dla Rosji, która „nie stanie się szybko demokracją ani państwem prawa, ale może się powtórzyć scenariusz ukraiński – to znaczy korupcja, przywileje państwa i władzy, ale jednocześnie pluralizm w życiu publicznym. To wydaje się najlepszym realistycznym wariantem dla Rosji. A scenariusz najgorszy to rozpad kraju, i to być może z przemocą na gigantyczną skalę, rozlewem krwi, wojną domową”. Czy przy tym scenariuszu naprawdę zaczniemy liczyć się na europejskim rynku turystyki? Czy zło z Rosji nie przeniknie choć w części do nas? Granice nie są tak szczelne jakbyśmy chcieli, przynajmniej nie dla mafii, przemytników i złodziei. W podtytule książki autor zadaje pytanie „Czy Zachód musi przegrać?”, ale na to pytanie nie ma jasnej odpowiedzi. Stany Zjednoczone przestaną być samodzielnym hegemonem, do głosu jeszcze bardziej dojdą Chiny i inne kraje azjatyckie, ale też zmieniać się będzie pozycja alienującego się dzisiaj islamu. Czy nam się to podoba, czy nie, przyjdzie żyć w nowych realiach geopolitycznych, patrząc na rozwój Chin, trudno się z autorem prognoz nie zgodzić. „Świat 2040” nie jest jednak tylko książką futurologiczną. Autor nie tylko snuje prognozy, ale też stawia diagnozy dla dzisiejszych problemów świata, które wymagają szybkiego rozwiązania i bynajmniej nie stawia na pierwszym miejscu terroryzmu, lecz niebezpieczne dysproporcje pomiędzy Północą a Południem. Pytanie, czy Afryka musi być biedna?, stanie się jednym z wyzwań przyszłego świata, na równi z wynalazczością i poszukiwaniem źródeł czystej energii. Świat 2040 roku może być dużo bardziej przyjazny człowiekowi. Może go jednak też w ogóle nie być. Dystans czasowy nie jest odległy, znaczna część ludzi dziś żyjących ma szansę doczekać tego czasu, od nich też będzie zależeć czy do ramówki telewizyjnej w Polsce wróci na stałe Teatr Telewizji. Osobiście raczej prognozowałbym, że w 2040 roku w ogóle nie będzie telewizji. Teatr przetrwa z pewnością.

24 kwietnia 2013 o godz. 21:44

Skandal w kulturze

/wp-content/uploads/2013/04/skandal-w-kulturze-dig

Ukazała się właśnie książka naukowa „Skandal w kulturze europejskiej i amerykańskiej”, stanowiąca zbiór kilkudziesięciu studiów poświęconych kulturze. Autorzy ― przedstawiciele takich dyscyplin naukowych, jak filologia, historia, kulturo-znawstwo, antropologia, religioznawstwo, socjologia czy filozofia ― rozpatrują zjawisko skandalu z odmiennych perspektyw metodologicznych i w rozmaitych kontekstach: religii, polityki, folkloru, cielesności, kultury literackiej, retoryki, edukacji czy szczegółów biograficznych. Znalazł się tu m.in. esej Łukasza Gołębiewskiego zatytułowany „Skandaliczne nieczytanie i skandaliczne e-czytanie”. Książka kosztuje 60 zł, zamawiać ją można m.in. u wydawcy – Wydawnictwo DiG.

20 lutego 2013 o godz. 14:57

Piekło kobiet

/wp-content/uploads/2013/02/pieklo-kobiet

Nakładem wydawnictwa Jirafa Roja, w serii „Biblioteka Myśli Społecznej”, ukazała się książka  Tadeusza Boya Żeleńskiego „Piekło kobiet”. „Życie zawsze było silniejsze od ustaw i od sankcji karnych” – pisał w 1929 roku Boy w swoim błyskotliwym eseju, w którym przeciwstawia się karaniu kobiet za przerywanie ciąży. Karanie kobiet, to „zbrodnia prawa karnego”. Pisze też o obłudzie tych, którzy głosząc „prawo do życia płodu” grożą kobiecie więzieniem, nie troszcząc się jednocześnie o jej i przyszłego dziecka warunki bytowe. „Piekło kobiet” to książka radykalna, odważna i bezwzględnie rozprawiająca się z obłudą. Książka wciąż aktualna, dotykająca problemu społecznie wciąż bolesnego, bo prawo do życia wciąż nie daje żadnych gwarancji życia godnego.Zamawiać można u wydawcy. Cena 19,90 zł.

28 grudnia 2012 o godz. 10:32

Najbardziej inspirujące książki roku

/wp-content/uploads/2012/12/charles-c-mann-1493-swiat-po-kolumbie-cover-okladka

Postanowiłem zrobić listę dziesięciu najbardziej inspirujących książek, jakie przeczytałem w 2012 roku. Po wielu latach lektur człowiek mniej zwraca uwagę na to, czy książka jest dobrze czy źle napisana, a bardzie na to, na ile poczuł się lekturą wzbogacony.1. Charles C. Mann „1493”, Rebis.2. Jeanette Winterson „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?”, Rebis3. Ioan Grillo „El Narco”, Remi4. Zygmunt Bauman „Kultura jako praxis”, PWN5. Janusz Głowacki „Sonia, która za dużo chciała”, Świat Książki6. Michał Witkowski „Drwal”, Świat Książki7. Igor Primoratz „Filozofia seksu”, PWN8. Erving Goffman „Relacje w przestrzeni publicznej”, PWN9. Buddy Levy „Rzeka ciemności”, Rebis10. Krzysztof Varga „Trociny”, CzarneW mojej dziesiątce są tylko dwie napisane ostatnio powieści (Witkowski, Varga), odgrzewane kotlety (opowiadania Głowackiego), dwie książki, które ukazały się jako wznowienia po latach (Bauman, Goffman), dwie książki historyczne (Mann, Levy), publicystyka (Grillo) i filozofia (Primoratz) oraz autobiografia literacka (Winterson). Gdybym miał podejść do top 10 na zasadzie „co mi się najbardziej podobało”, to autobiografię Winterson dałbym na pierwszym miejscu. Na dziesięć tytułów tylko trzy zostały napisane w języku polskim. A może aż trzy.

11 listopada 2012 o godz. 14:19

1493

/wp-content/uploads/2012/11/charles-c-mann-1493-swiat-po-kolumbie-cover-okladka

Kolejna znakomita książka Charlesa C. Manna, kontynuacja wcześniejszej – „1491” – ale obejmująca znacznie szersze spektrum zarówno geograficzne jak i historyczne. Tym razem amerykański publicysta zajmuje się mało znanym aspektem w historii, tzw. wymianą kolumbiańską, czyli wpływem XV wiecznego spotkania się cywilizacji na późniejszy ekosystem całej planety. Efekty tej wymiany obserwujemy do dziś, zarówno w wymiarze pozytywnym jak i niebezpiecznym czy destrukcyjnym.

23 października 2012 o godz. 20:57

Trzecia rewolucja przemysłowa

/wp-content/uploads/2012/10/dlaczego-politycy-klamia_171879

Kiedy w 1980 roku Alvin Toffler pisał „Trzecia falę”, mógł jedynie przewidywać zmiany w organizacji społecznej i ekonomii, jakie wywoła rewolucja technologiczna i komunikacyjna, byliśmy jednak w przededniu rewolucji informatycznej, przed pojawieniem się domowych komputerów, a internet był elementem fantastyki naukowej. Mimo to Toffler już wówczas zapowiadał pojawienie się prosumenta, konsumenta, który jest jednocześnie producentem, odbiorcy, który jest jednocześnie nadawcą. Jeremy Rifkin, ekonomista, autor m.in. rewelacyjnej książki „Koniec pracy”, nie odwołuje się wprost do Tofflera, ale bez wątpienia jest jego godnym kontynuatorem, a tytuł „Trzecia rewolucja przemysłowa” nawiązuje do „Trzeciej fali”. Jaka będzie ta rewolucja? Informatyczna rzecz jasna, oparta na odnawialnych źródłach energii, coraz bardziej kolektywna. Rifkin zapowiada rozproszony kapitał, ekonomię opartą na innowacji i na działaniu małych przedsiębiorstw o charakterze lokalnym, lecz dzięki technologiom telekomunikacyjnym włączonych w globalną sieć. „Punkt ciężkości w kwestii kontroli nad produkcją energii zaczyna się przesuwać od ogromnych koncernów zajmujących się eksploatacją paliw kopalnych w stronę milionów drobnych producentów, generujących we własnych domach elektryczność ze źródeł odnawialnych i sprzedających nadwyżki na wspólnym rynku informatyczno-energetycznym. Nowa epoka przyniesie ze sobą reorganizację stosunków energetycznych na każdym poziomie społeczeństwa. »Demokratyzacja energii« odbije się wyraźnie na tym, w jaki sposób będziemy organizować wszystkie aspekty ludzkiego życia w nadchodzącym stuleciu. Wkraczamy oto w wiek »rozproszonego kapitalizmu«” – pisze Jeremy Rifkin. Jest w tym bez wątpienia idealistyczna wiara w humanistyczny wymiar ekonomii. Krytycy takiej wizji wskażą na niebywałą koncentrację wiedzy i kapitału w postaci takich globalnych korporacji informatycznych jak: Google, Microsoft, Apple czy Amazon. Współczesny biznes wcale nie jest mniej drapieżny niż w czasach drugiej rewolucji przemysłowej. Rifkin przedstawia nam wizję lepszego świata, wizję optymistyczną i nie koniecznie nie możliwą. Warto by politycy choć w części potraktowali ją jako własny program.

23 września 2012 o godz. 16:25

Ekonomika kultury

/wp-content/uploads/2012/09/Ekonomika-kultury_Dorota-Ilczukimages_big19978-83-0117-047-9

Książka, jakich na polskich półkach brakowało, zwłaszcza w rodzimym opracowaniu, bo jest przekład „Ekonomii i kultury” Davida Throsby’ego, pracy fundamentalnej w tym zakresie. Publikacja Doroty Ilczuk ważna jest z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, pokazuje decydentom (o ile oni w ogóle czytają książki) wagę kultury w systemie społeczno-ekonomicznym państwa. Po drugie, pokazuje ludziom bezpośrednio zaangażowanym w kulturę pewne drogowskazy – jak ten „przemysł” funkcjonuje, skąd biorą się źródła finansowania, jaką wagę ma dobro publiczne, jaką działalność non profit, jakiego typu dobrem jest kultura w społecznym obiegu, ale też w biznesie. Jest jeszcze trzeci wymiar tej książki – dydaktyczny – dla studentów, którzy mają cokolwiek wspólnego z ekonomiką kultury będzie to lektura nie tylko przydatna, ale chyba obowiązkowa. A napisana w przejrzysty sposób, choć nie podręcznikowy, bo jednak ambicje autorki raczej wykraczały poza krąg studentów. Mam jednak swoje żale do tej książki. Ekonomika kultury w sektorze prywatnym, nazwijmy go biznesowym, została potraktowana jednak marginalnie biorąc pod uwagę jej współczesne znaczenie. Właściwie prawie nie ma mowy o prawnych ograniczeniach funkcjonowania kultury (zakres obowiązywania autorskich praw majątkowych, pola eksploatacji itd.) i ich konsekwencji, co nabiera coraz większego znaczenia w dobie kultury cyfrowej. I wreszcie, z racji na moje własne zainteresowania, rozczarowało mnie znikome zainteresowanie autorki książkami w ich rynkowym obiegu, dużo więcej uwagi poświęca sztuce czy muzyce. No i jeszcze uwaga edytorska, do wydawcy – co to za pomysł, żeby na przedniej i tylniej stronie okładki książki o kulturze przedstawiać pisuar? Intryguje? Tak. Ale kojarzy się jednak mało kulturalnie.

13 września 2012 o godz. 12:16

Nauczyciel tyra jak wół, albo jak dwa woły

/wp-content/uploads/2012/09/nauczyciel-nie-pracuje

„2 godziny i 42 minuty – tyle średnio dziennie pracuje polski nauczyciel przy tablicy. Statystycznie spędza w szkole jeszcze 12 minutKolejna edycja badań OECD potwierdza fakt, że polscy pedagodzy mają najmniej zajęć dydaktycznych na świecie. Poza lekcjami spędzają także najmniej czasu w szkołach, zaledwie połowę tego, co ich koledzy po fachu z innych państw UE” – czytam we wczorajszej „Rzeczpospolitej”.Dalej są tabelki i statystyki. W Polsce nauczyciel pracuje 540 godzin rocznie, dla przykładu w Hiszpanii, gdzie ciepło, sjesta i powszechne rozleniwienie – 1140 godzin, czyli ponad dwa razy tyle, co nasz biedny pracuś, który tyra jak wół albo dwa woły i jeszcze gardłuje do zdarcia strun, że zarabia mało, a stresu to ma, że ho-ho bo dzieci niegrzeczne i niemądre. W USA, gdzie wyzysk i niewolnictwo, nauczyciel w kieracie jest 1381 godzin. Na Islandii pracuje 1650 godzin, ale wiadomo, tam zimno, trzeba pracować żeby nie zamarznąć. W Chile – 1804 godziny, ale tam dyktatura i zamordyzm. Nigdzie nie pracuje tak krótko jak w Polsce. Nigdzie też nie jest tak bardzo niezadowolony jak w Polsce.Wiadomo jednak, że lenistwo, brak zajęć, prowadzą do frustracji, socjologowie zaobserwowali to już w XIX wieku, u progu rewolucji przemysłowej. Polski nauczyciel swoją frustrację wyładowuje na dzieciach, ucznia traktując jak wroga. Oczywiście, to zapewne dla wielu pedagogów niesprawiedliwe generalizowanie, ale w każdej szkole, w każdej klasie trafia się kilku nauczycieli-frustratów, którzy zamiast cieszyć się, że pracują niespełna 3 godziny dziennie, wyładowują na uczniach swoje niezadowolenie. Zasada powinna być taka – jesteś niezadowolony, to tracisz angaż. Szkoła powinna zatrudniać wyłącznie tych, którzy lubią pracę z dziećmi czy młodzieżą. Jak uważasz, że masz jeszcze za mało wakacji, albo, że za mało ci płacą za 3 godziny nadludzkiego wysiłku z rozwrzeszczaną hałastrą, to idź pracować w bibliotece, tam cisza i spokój, a i czasu na frustrację nie ma bo pracuje się osiem godzin i nie nudzi się trzy miesiące na wakacjach, feriach i innych dniach dla szkoły wolnych, bo szukanie okazji by zrobić dzień wolny to dla nauczyciela wręcz sprawa honoru.Zdumiewa mnie, skąd lobby nauczycielskie ma w Polsce tak wielką moc? Jak to możliwe, że nauczyciel w Polsce nie pracuje, a wciąż wyciąga rękę po więcej i więcej? Rozumiem, silne związki zawodowe, ale co z tego? Strajkują? I cóż z tego? Przecież i tak pracują niespełna trzy godziny, więc jak nie będą nic pracowali, to nie będzie wielkiej różnicy, dzieci odpoczną, a gminy zaoszczędzą nie wypłacając strajkującym pensji.Ogłoszony w „Rzeczpospolitej” raport to dobry moment dla wprowadzenia zmian. Narzekasz, tracisz kontrakt, nie lubisz swojej pracy, to szukaj innej. Wystarczy dwukrotnie zwiększyć pensum godzin i zabraknie miejsca dla frustratów, pozostaną pedagogowie z powołaniem. To najprostsza reforma oświaty jaką można przeprowadzić.Tylko mówienie, że nauczyciel za mało pracuje jest politycznie niepoprawne, nie wypada, to w złym guście, wywrotowe i niemalże grozi zamachem stanu. Dlatego na reformę przyjdzie długo poczekać, wszak politycy uwielbiają uchodzić za dżentelmenów, a na salonach źle mówić o nauczycielach nie uchodzi. Ktoś mógłby pomyśleć, że polityk sam niedouczony.

27 czerwca 2012 o godz. 18:09

Kultura jako praxis

/wp-content/uploads/2012/06/kultura-jako-praxis_161921

Wznowioną po trzech dekadach głośną pracę „Kultura jako praxis” Zygmunt Bauman poprzedził rozbudowanym wstępem, który stanowi trzecią część obecnej całości. Wstęp ten zarówno aktualizuje treść, poszerza o nowe głosy i polemiki, ale i broni głównej tezy – że nie ma jednego znaczenia terminu „kultura”, że „kultura (…) jest w równym stopniu sprawczym podmiotem nieporządku, jak i narzędziem porządku; czynnikiem napędzającym proces starzenia się oraz zanikania, jak i gwarantem niezmienności”. Kultura to z jednej strony wzorzec, tradycja, ciągłość, z drugiej – twórczy bunt, potrzeba zmian, eksperymentowania, gotowość do modyfikacji. „Kultura z konieczności generuje ciągła zmianę, choć może to czynić wyłącznie przez tworzenie nowych porządków”. Dialektyczna istota kultury stanowi o jej sile, trwałości i świeżości. Ale też, co rozwija Bauman w przedmowie, wielość wartości „wprowadza dziś w życie człowieka niepewność i utrudnia dokonywanie wyborów”. W tym spojrzeniu po latach na własny tekst jest znacznie mniej optymizmu niż w oryginale, gdy Bauman pisał: „Kultura jest zjawiskiem przynależnym wyłącznie człowiekowi w tym sensie, że ze wszystkich żywych istot tylko człowiek posiada zdolność do kwestionowania swojej rzeczywistości i żądania znaczenia, sprawiedliwości, wolności i dobra – jednostkowego lub zbiorowego”. Człowiek „ponowoczesny” jest pogubiony i szuka dróg na skróty, co być może stanowi największe zagrożenie dla kultury, zwłaszcza w ujęciu praxis, czyli m.in. jej kultywowania.

26 czerwca 2012 o godz. 12:20

Rzeka ciemności

/wp-content/uploads/2012/06/buddy-levy-rzeka-ciemnosci-cover-okladka

Z pasją opowiedziana historia niezwykłej wyprawy, jaką w latach 1541-1542 odbył hiszpański konkwistador Francisco Orellana. Ów jednooki śmiałek zbudował dwie rzeczne brygantyny i z niewielką grupką ludzi przepłynął tysiące kilometrów przez nieznany kontynent, przez środek tropiku po największej rzece świata nazwanej przez krótki czas jego imieniem, a dziś znanej jako Amazonka. Przepłynął, dostarczył niezwykłą spisaną relację, a potem zorganizował drugą wyprawę, tyle że ta już zakończyła się dla niego tragicznie. Do Europy przyniósł wieści o niezwykłych ludach zamieszkujących brzegi gigantycznej rzeki, o bogatych miastach, o Złotym Człowieku El Dorado, o walecznych Amazonkach, o bajecznej roślinności, egzotycznych zwierzętach, gryzoniach wielkości koni i słodkowodnych rybach wielkości wielorybów. Rozpalił wyobraźnię podróżników, łowców przygód, poszukiwaczy złota, ale i władców, którzy po podboju cywilizacji Azteków, a potem Inków mieli apetyt na kolejne skarby. Niestety, wielka rzeka pochłaniała kolejne ekspedycje, a El Dorado okazało się być mitem. Europejscy przybysze przywlekli ze sobą choroby, które zdziesiątkowały mieszkających wzdłuż brzegów Amazonki Indian, a wybujała roślinność dokończyła dzieła zniszczenia. Po bogatych miastach nie pozostało nic, do dziś archeologowie nie są pewni czy one na pewno istniały, być może jednak skarby ciąż kryją się gdzieś w tropiku lub w kolejnych warstwach rzecznego mułu. W świetle ostatnich badań tereny te zamieszkiwało około pięć milionów ludzi. Orellana był pierwszym, a zarazem ostatnim Europejczykiem, który nawiązał z nimi bliższy kontakt. Znakomita książka, kolejna po „Konkwistadorze” jaką Buddy Levy poświęcił XVI-wiecznej Ameryce, nie tylko opisując zdarzenia, ale także przedstawiając ich cywilizacyjne reperkusje.

2 maja 2012 o godz. 12:00

Relacje w przestrzeni publicznej

/wp-content/uploads/2012/05/relacje-w-przestrzeni-publicznej-oprawa-miekka_108024

Ta książka powstała na początku lat 70. XX wieku, z dużym opóźnieniem ukazuje się po polsku, a jednak intryguje – choć pisana była w czasach poprzedzających internet, który przestrzeń publiczną przenicował i przekształcił zupełnie. Ervinga Goffmana interesują tu głównie relacje międzyludzkie wymagające bezpośredniej relacji, nie wyłączając relacji w rodzinie. Interesują go relacje skrywane, a często bardzo toksyczne. Interesują go zachowania człowieka – wobec samego siebie, drugiego człowieka, grupy, społeczności, wobec zakazów i nakazów, wobec rytuałów i symboli, ale przede wszystkim interesuje go komunikacja. Jedno z fundamentalnych praw jednostki nazywa „rezerwatem konwersacyjnym”, jest to: „Prawo jednostki do sprawowania pełnej kontroli nad tym, kto może nawiązać z nią rozmowę i kiedy może to nastąpić, oraz prawo zespołu jednostek zaangażowanych w rozmowę do ochrony swojego kręgu przed innymi, którzy chcieliby doń dołączyć lub podsłuchać rozmowę”. Wydaje się, że w czasach, gdy ziemię otaczają satelity, gdy wszystkie rozmowy przez telefony komórkowe są rejestrowane, w czasach Facebooka, Google i komunikatorów typu Gadu-Gadu, że w naszych czasach to prawo już nie obowiązuje. Jedna z ważnych przestrzeni osobistych, o których pisze Goffman została zdaje się trwale naruszona i zaraz runie bezpowrotnie. Warto przeczytać książkę, by zrozumieć, czym grozi naruszanie tego typu „egocentrycznych terytoriów Ja”, jak je definiuje zmarły w 1982 roku amerykański socjolog.