Materiały wg tagu "film"

22 marca 2012 o godz. 11:20

Wszystkie odloty Cheyenne’a

Powiem krótko – rewelacja! Jeden z najlepszych filmów jakie widziałem. Perfekcyjna tytułowa rola Seana Penna, który gra starego, zniechęconego rockmana, który żyje z żoną w wielkim domu w poczuciu winy, nudy i bezsilności. Cheyenne to stare dziecko, mężczyzna, który mógłby być dziadkiem, gdyby nie to, że „gwiazdy rocka nie powinny mieć dzieci” – jak sam wyznaje, ale tak naprawdę jest wciąż chłopcem, który nie umie pogodzić się z odtrąceniem przez ojca. Ojciec jednak umiera, a Cheyenne wyrusza w podróż, która pozwala mu się pojednać z ojcem, odnaleźć cel i wreszcie dorosnąć. I w sumie szkoda, bo dorosły Cheyenne (finałowa scena) jest wprawdzie przystojnym mężczyzną, ale nijakim. Natomiast ta jego kreacja na gotyckiego gwiazdora, który zgarbiony ciągnie za sobą wózek na zakupy, wszystkiemu się dziwi, nie potrafi skrywać emocji – to jest świetne. Sam jestem niedorośnięty, więc utożsamiałem się bez trudu z Cheyennem. Znakomita muzyka, m.in. Talking Heads (David Byrne występuje w epizodzie) i Iggy Pop z nieśmiertelnym „Passengerem”. Film poruszający, rozśmieszający, intrygujący, taki, który na zawsze zapada w pamięci.

20 marca 2012 o godz. 19:12

Wstyd

"Wstyd" to film o trudnościach w nawiązywaniu bliskości, o ucieczce w seks, o poszukiwaniu uznania w oczach drugiej osoby. Bardzo nastrojowy, bliskie kadry, zwolnione tempo, ostre sceny erotyczne, znakomita scena z sekretarką z pracy, Marianne, z którą randka kończy się porażką (wstydem), bo oznaczałaby zgodę na bliskość. Trochę tu klimatu jakby z Philipa Rotha, trochę obsceny, ale bez epatowania. Świetne role głównych bohaterów – rodzeństwa Brandona (Michaela Fassbendera) i Sissy (Carey Mulligan). Obydwoje atrakcyjni, obydwoje zagubieni, obydwoje nieszczęśliwi, obydwoje bezsilni. Zakończenie nie pozostawia nadziei. Smutny film i zapadający w pamięci, ale pozostawiający niedosyt, bo pytanie – dlaczego oni tacy są? pozostaje otwarte. Nie znamy ich dzieciństwa, nie wiemy o nich nic, prócz tego, że on chorobliwie łaknie ciepła, on chorobliwie je odrzuca. Ciekawy, ale nie pełny portret psychologiczny. Może jednak o to scenarzyście chodziło, bysmy wychodząc z kina mieli w głowie więcej znaków zapytania, niż pewników; bo i co jest dzisiaj pewne, prócz śmierci.

13 lutego 2012 o godz. 21:28

Dziewczyna z tatuażem

/wp-content/uploads/2012/02/Dziewczyna_tatuazem_5588043

W kinach mamy kolejną ekranizację powieści "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Larssona (poprzednia z 2009 roku w reżyserii Nielsa Ardena Opleva, był też serial "Millennium"). Świetnie zagrała Rooney Mara w roli Lisbeth Salander, drapieżna, niebezpieczna i piękna, może w scenariuszu trochę za bardzo sentymentalna. Podoba mi się bardziej niż Noomi Rapace, która grała w poprzednich ekranizacjach trylogii i w serialu, choć tamta też była świetnie do roli dobrana. Daniel Craig w roli Mikaela Blomkvista początkowo nie przekonuje, ale szybko zaczynamy go akceptować – kiedy trafia do posiadłości Vangerów i przestaje się golić traci ten pierwotny wizerunek starzejącego się dandysa. Tylko Robin Wright jako Erika Berger całkowicie rozczarowuje – zarówno fizycznie (zupełnie inaczej opisuje ją Larsson), jak i jako postać, w filmie nijaka, w książce jednak dynamiczna dziennikarka a zarazem sprawna menedżerka (bizneswoman). Zmiany w scenariuszu w stosunku do książki nie są duże (głównie pod koniec), wszystkie ważniejsze sceny zachowano, można było nawet jeszcze bardziej skrócić (np. usuwając wątek z córką Larssona) – film trwa 2,5 godziny, ale ja się nie nudziłem, oczywiście dlatego, że Salander to 100% mój typ kobiety idealnej, bo bez niej zarówno książka jak i film byłyby co najwyżej przeciętne, a już na pewno przegadane. Miłośnicy Lisbeth jednak nie będą rozczarowani, jest doskonała.

29 stycznia 2012 o godz. 15:06

Bóg mordu / Rzeź

Niecodzienna to sytuacja, że kameralna sztuka teatralna, nie znanej szerzej autorki, ukazuje się w wydaniu książkowym, w dodatku ze wsparciem promocyjnym, ale też sytuacja jest szczególna, bo po tekst Yasminy Rezy sięgnął Roman Polański. Polskie wydanie ukazało się z filmową okładką, tylko zamiast „Rzeź” na okładce jest tytuł sztuki „Bóg mordu”. I dobrze się stało, że Polański sięgnął po sztukę francuskiej dramatopisarski, bo to są znakomite dialogi. Bardzo kameralna sztuka dla czterech aktorów, w krzywym zwierciadle przedstawiająca „zachodnie wartości”, obnaża agresję skrywaną pod pozorem dobrego wychowania, obojętność pod maską zaangażowania, egoizm przybierający kostium poświęcenia, a wielkie słowa na koniec toną w alkoholowym bełkocie. W kinie popis gry aktorskiej, znakomity zwłaszcza cyniczny Christopher Waltz, ale bez tych dialogów (nieco przerobionych dla potrzeb scenariusza) reżyser „Dziecka Rosemary” nigdy by nie stworzył takiego komizmu postaci.

29 marca 2010 o godz. 19:42

Zew wolności

/wp-content/uploads/2010/03/zew-woln

Po obejrzeniu filmu "Beats of Freedom" uczucia mam mieszane. Temat kombatanctwa polskiego rocka wyeksploatowany jest do bólu zębów i słuchanie po raz kolejny niemal tych samych wypowiedzi Marka Niedźwieckiego, Jurka Owsiaka, Grzegorza Markowskiego, Waltera Chełstowskiego, Kory Jackowskiej czy nawet Tomka Lipińskiego (który akurat ma do powiedzenia więcej i ciekawiej niż wielu innych w filmie) jakoś nie specjalnie mnie pociągało. Urywki starych kronik pamiętam z dawnych czasów, ale trzeba przyznać, że znakomicie zmontowano je tu z materiałami archiwalnymi z koncertów (jaki młody ten Brylewski!, no i jak wiele osób już nie żyje…).Wychodząc z kina (absolutnie nie nudziłem się i nie żałuję wydanych pieniędzy na bilet) pomyślałem jednak, że to film nie dla mnie, że ja to znam, słyszałem, widziałem, że już mnie to nudzi, ale przecież dla wielu będzie to nowość i inicjacja w kontakcie z polskim rockiem lat 70./90. Przede wszystkim dla widzów za granicą. To dobrze, że oprowadzającym po kombatanckiej historii polskiego rocka jest angielski dziennikarz muzyczny Chris Salewicz (autor m.in. biografii Joe Strummera), że film powstał po angielsku i do pewnego stopnia z myślą o widowni niepolskiej. Mam nadzieję, że obejrzą go ludzie w Londynie, Berlinie, Paryżu, Bukareszcie i Budapeszcie i będzie to dla nich ważne przeżycie, jak dla mnie był np. film "The Filth and the Fury", że może także odkryją polskiego rocka, bo ten się pomimo opływu lat absolutnie broni. Dobór utworów jest zresztą znakomity, a mamy tu przegląd od Niemena ("Dziwny jest ten świat") po Dezertera ("Nie ma nas", "Pałac") – pokazuje on zarówno ogromny potencjał wokalny i muzyczny, ale i siłę przekazu, buntu, który był artykułowany w każdym niemal słowie i to pomimo cenzury! Myślę także, że ten film może być ważnym dokumentem dla młodszego o dwie dekady ode mnie pokolenia, które słucha często innej muzyki, a niektórzy także odkrywają rocka lat 80. i ze zdziwieniem odnajdują przyjemność z obcowania z tą "poszarpaną" muzyką. To, co dla mnie było tak oczywiste, że aż banalne, dla młodszych widzów może być odkryciem innego świata, w którym wolność znaczyła więcej, bo samo słowo "wolność" trąciło działalnością wywrotową. Przy tym, a o tym film nie mówi i w tym sensie jest nieprawdziwy, wielu z nas w tamtych czasach nie buntowało się przeciwko systemowi, system mało nas obchodził – chcieliśmy wolności artykulacji, krzyku naszego pokolenia, a ten krzyk póbowano wygłuszyć. Kiedy milicja spisywała mnie "podejrzany, w czerwonych spodniach", to nie czułem, że walczę z systemem, miałem poczucie, że walczę o swobodę ekspresji, manifestowania swoich estetycznych wyborów – choćby w tak prozaicznej formie jaką był ubiór. To poczucie wolności dawał też Jarocin, nie ważne czy był sterowany przez milicję, SB czy kogo tam jeszcze w czarnych okularach, ważne, że byliśmy razem, my, którzy chcieliśmy wtedy tylko "być inni". A może po prostu chcieliśmy "być" i w ten sposób wykrzyczeć siebie… "Mam szeptać, chcę krzyczeć, po ludzku żyć", śpiewał Piekarczyk z TSA (także na filmie). Dokładnie trafia to w sedno. Chcieliśmy krzyczeć, ale polityka była domeną innych osób. I to nie przypadek, że to nie muzycy rockowi, ani nie jarocińska publiczność, zajmuje dziś miejsca w rządzie i parlamencie. W nas niczym nieuleczalny wirus pozostał z lat 80. bunt.

21 marca 2010 o godz. 21:57

Alicja po drugiej stronie lustra

/wp-content/uploads/2010/03/kapelusznik-alice

Tytuł filmu Tima Burtona "Alicja w Krainie Czarów" wprowadza nieco w błąd, gdyż nie jest to historia znana z pierwszej powieści Lewisa Carrolla, na marginesie jednej z moich ulubionych książek, którą w przekładzie Antoniego Marianowicza znam niemal na pamięć (przekład dialogów filmowych bazuje na nazewnictwie wprowadzonym przez Macieja Słomczyńskiego, mamy zatem np. Marcowego Zająca a nie Szaraka bez Piątej Klepki, a swoją drogą tłumaczeń na polski pierszej "Alicji" było siedem, z czego pierwsze, z 1910 roku, przepadło bez śladu – nie zachował się ani jeden egzemplarz). Film w większym stopniu nawiązuje do kontynuacji przygód Alicji – "Po drugiej stronie lustra" (w Warszawie na ul. Ząbkowskiej jest knajpa o takiej nazwie, w której ulokowałem zakończenie przedostatniego rozdziału mojej powieści "Złam prawo", kończy go zresztą cytat z "Alicji" w przekładzie Marianowicza; zaś nowy polski przekład "Po drugiej stronie lustra" ukazał się w tym roku w tłumaczeniu Bogumiły Kaniewskiej, nakładem oficyny Vesper). Kontekstów odnoszących się do "Alicji" znajdziemy w kulturze mnóstwo, tu chwalę się własną książką, bo to w końcu mój blog, ale też przy okazji dodam, że jedna z moich ulubionych płyt Siouxsie & The Banschees została zainspirowana drugą częścią "Alicji", nosi zresztą tytuł "Through the Looking-Glass". Wracając jednak do filmu, bo wciąż zmieniam wątki, i pomijając jego wprowadzający fanów "Alicji" w błąd tytuł – jest rewelacyjny. Wspaniałe scenografie, animacje komputerowe, pięknie wyobrażony świat marzeń sennych, urocza Alicja, jeszcze bardzie uroczy Kot Dziwak (który w filmie nie nazywa się Dziwakiem), pląsający Kapelusznik, niezwykłe animacje zwierząt. Całość zrobiona z wyobraźnią i rozmachem, obok "Opowieści z Narnii" to chyba najlepsza ekranizacja prozy dziecięcej (czy "Alicja" jest dla dzieci?, szczególnie zaś "Po drugiej stronie lustra"… mam wątpliwości). Mi się zresztą podobało bardziej od "Opowieści z Narnii", ale to też bardziej kameralna opowieść, więc reżyser dysponował innymi środkami.Film obejrzałem w 3D – efekty przemyślane, bez efekciarstwa tak typowego dla wielu produkcji Disneya, perspektywa buduje tu plan, tło zresztą najczęściej rozmywa się jak we śnie, jest nieostre jak w fotografii, w której ustawiono ostrość na pierwszy plan, tylko w nielicznych przypadkach 3D wykorzystano do efektów specjalnych (ten kończący film, z motylem, jest zresztą rewelacyjny). Oglądałem wersję z dubbingiem bo strasznie męczą mi się oczy gdy czytam napisy w 3D. Na ogół nie lubię dubbingu, ale tu został dobrze dobrany do postaci – znakomita Figura jako Czerwona Królowa oraz Pazura jako Kapelusznik. Powtarzający się w filmie cytat, który pozostaje jako myśl przewodnia: "Powiem ci coś w sekrecie, tylko wariaci są coś warci", oczywiście oddaje atmosferę tego zwariowanego filmu, choć nie do końca precyzyjnie zaplanowanej prozy Carrolla, dla którego nie wariactwo lecz wyobraźnia była istotą dzieciństwa.Kto odpowie na pytanie: jaka jest różnica między gawronem a sekretarzykiem?A między krukiem a piórnikiem?Idźcie do kina na "Alicję", a na powyższe pytania spróbujcie znaleźć odpowiedź we własnym zakresie. Ja głowię się nad tym od dziecka… i wciąż nie jestem pewien… Dlatego milczę w tej sprawie.

5 lutego 2010 o godz. 15:04

WC(K)

Obejrzałem film "Wszystko co kocham", zwabiony do kina zapowiedzią, że to o WC, punkowym zespole, który był częścią mojej szczenięcej  muzycznej edukacji. "Młodość, miłość, wolność, bunt i muzyka" – reklamują dystrybutorzy. Niestety, jak dla mnie to w tym filmie tyle jest buntu, co w piosenkach WC, fakt że w znakomitych aranżacjach (surowe jakbym słyszał WC A.D. 1982 a nie współczesne). Bunt jest jeszcze w scenie rozwalenia auta milicjanta, ale przez całość fabuły przebija szczenięcy sentymentalizm. Bohater spuszcza oczy w podłogę gdy trzeba podjąć dyskusję z ojcem, w szkole grzecznie, z dziewczyną nieśmiało… A w tel wozy bojowe ZOMO bo zaczął się stan wojenny.W tym filmie dobra jest tylko muzyka, nie tylko WC, bo także słychać Dezertera (dwukrotnie) i Deutera, ale tej muzyki jest za mało. Z pewnością nie jest to też historia zespołu WC (w filmie zespół bohatera Janka nazywa się WCK), tu akurat nic się prawie nie zgadza i raczej Jaromir z kolegami nie mają powodów do zachwytu nad dziełem filmowym Jacka Borcucha (choć na swojej stronie internetowej zapowiadają dość ciepło). Może za dużo oczekiwałem, bo film nie jest zły, ale z kina wyszedłem rozczarowany – liczyłem na więcej punka niż ckliwości.

14 czerwca 2009 o godz. 11:08

Wojna polsko-ruska

Rzadko chodzę do kina, ale na "Wojnę polsko-ruską" było warto. Choć scenariusz filmu rozbija chronologię narracji w powieści, to zachowuje nie tylko wszystkie najważniejsze jej elementy (sposób wyrażania siebie bohaterów, mówiąc najogólniej i z hiphopowym patosem), ale i wątki, a jednocześnie wprowadza pewną hiperrealność rodem z języka kina, obrazów jak z filmów Quentina Tarantino, "Trainspotting" czy "Requiem dla snu". To konwencja nawiązująca do kreskówek, w kórych niemożliwe staje się prawdziwe, z której reżyser Xawery Żóławski z powodzeniem skorzystał, choć oczywiście można się przyczepić, że takie rzeczy to nie po amfie, którą wciągają bez umiaru Silny i jego otoczenie, lecz po psychodelikach, kiedy to zmieniają się kolory a ściany zaczynają oddychać. Ani Masłowska, ani tym bardziej Żuławski nie próbują nam jednak zaserwować dzieła o ambicjach wiarygodności zdarzeń, przeciwnie, im bardziej fabuła odkleja się od rzeczywistości, tym lepiej. Doskonała rola Borysa Szyca jako sentymentalnego drania – Silnego. Czytałem recenzje w prasie, jakieś pierdoły, zastanawianie się czy Silny to współczesny bohater narodowy, Masłowska musi mieć ubaw po pachy z takich roztrząsań. Szyc obnaża zresztą genialnie wszystkie słabości Silnego, a że w tym całym swoim umysłowym zbydlęceniu nie jest odrażający… cóż, nie taki miał być przecież, przynajmniej nie w książce Masłowskiej, której krytycy filmowi zdaje się, że nie przeczytali, a mogli, bo długa nie jest. Jak dla mnie role kobiece to także bomba (chociaż, kiedy czytałem inne miałem ich wyobrażenie), sama Masłowska w filmie kapitalna, i jako głos z tła i jako postać, bardziej wyeksponowana tu niż w powieści. Zostanę fanem Marii Strzeleckiej w roli Andżeli.Krytycy bardzo poważnie podeszli do filmu Żuławskiego, nie dostrzegając, że nie jest to karykatura rzeczywistości, a tym bardziej nie jest to rzeczywistość, lecz prześmiewczy obraz marzeń i pragnień, którego artykulację znajdziemy nie tylko w tekstach piosenek diskopolowych, ale też w setkach blogów pisanych przez nastoletnie satanistki, a także w tysiącach komentarzy do relacji z meczów piłkarskich itd itp. Siłą książki Masłowskiej, a w znacznym stopniu także filmu, jest zwrócenie uwagi na warstwę językową środowiska frustratów wysiadujących pod trzepakiem (obojga płci), na ich myśli, pragnienia, uczucia, a szczególnie wyrażanie uczuć, nie zaś na faktyczne zachowania. To dlatego przemoc w filmie Żuławskiego pokazana jest jak w komiksie. "Wojna polsko-ruska" nie straszy, tym bardziej nie moralizuje, ta książka i film skłaniają do tego by pójść, poznać, posłuchać i zachować dystans, tak jak dystans – niemal reporterski przecież – zachowała sama pisarka, co moim zdaniem jest największym atutem jej powieści.

2 października 2008 o godz. 10:43

Melodramatyczna Elegia

Obejrzałem wreszcie film "Elegia", zrealizowany na podstawie jednej z moich ulubionych powieści, "Konającego zwierza" Philipa Rotha. Obejrzałem z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony film bez wątpienia oddaje treść książki, z drugiej – moim zdaniem nie oddaje klimatu. "Konające zwierzę" w boleśnie szczery sposób pokazuje rozterki starzejącego się mężczyzny, który "załapał" się nie tylko na erotyczną przygodę ze studentką, ale – jak się okazuje wbrew jego pragnieniom i woli – na wielką, beznadziejną miłość. Lęk przed porzuceniem miesza się z pożądaniem, lęk przed śmiesznością – z samozadowoleniem samca, to jednak lęki biorą górę nad namiętnością, a obłęd nad cynizmem. O tym wszystkim książka. Film tylko po części. Bo film nie ma dynamiki! Poczynając od doboru aktorów do głównych ról (łysy Ben Kingsley ze smutnymi oczami zbitego psa wybitnie nie pasuje do roli bohatera, Penelope Cruz… cóż, pomijając, że nie podoba mi się ta aktorka – w czym pewnie przynależę do męskiej mniejszości – to ona zupełnie pozbawiona jest w filmie pazurków, ot zapatrzona w sławnego krytyka cizia), przez bardzo stonowaną muzykę, po niemiłosiernie melodramatyczne sceny miłosne, momentami jako żywo przywołujące "Love Story" – wszystko to może piękne, ale do Rotha nie pasuje. Wściekły i obłąkany Kepesh powinien z furią walić w klawisze fortepianu, a nie spokojnie wygrywać suity, zabrakło namiętnego seksu, zabrakło dramatu – nawet zakończenie jest obrzydliwie ckliwe.W tle tego filmu jest jednak bardzo widoczna wielka literatura, bo przecież rozmowy bohatera z przyjacielem, poetą, Goeorgem O’Hearnem to prawdziwa kopalnia cytatów obnażających męskie słabości. Są też znakomite zdjęcia, świetna gra światłem, co buduje nastrój może nie koniecznie dla scenariusza na podstawie powieści Rotha (pisarz nie był scenarzystą, swoją drogą ciekawe jak przyjął rolę Kingsleya, wszak bohater to po części alter ego samego Rotha – w wolnej chwili poszperam za wywiadami w Necie), ale wracając do zdjęć – zasługują na uznanie. W jakimś stopniu jest to jednak film wierny prozie, i film bardzo literacki. Mam z nim ten sam problem, co z "Faktotum" zrobionym na podstawie prozy Bukowskiego, bo w obu przypadkach w bliski mi świat wrzucono postaci "z innej bajki". Nie mniej "Elegię" polecam.

25 września 2008 o godz. 15:02

Xenna na ekranie

Łukasz Gołębiewski podpisał umowę licencyną z firmą Federico Film na zrealizowanie filmu na podstawie powieści "Xenna moja miłość". Od podpisania umowy do filmu droga jeszcze daleka – jak mówi producentka, Marta Plucińska, najpierw trzeba pozyskać środki, znaleźć scenarzystę i reżysera, a potem jeszcze długa, długa praca. O szczegółach będziemy na bieżąco informować.

  • 1
  • 2