Materiały wg tagu "film"

4 lipca 2019 o godz. 17:52

Superbohaterka

7887895.3

W kinach „Anna” Luca Bessona, dla mnie najlepszy jego film od czasu „Leona zawodowca”. Tytułowa bohaterka jest elitarną, choć młodą stażem, agentką KGB. Wyrwała się z nędzy, beznadziei, narkotyków. Ale ona chce czegoś innego niż krzyż zasługi Związku Radzieckiego, ona chce wolności. Świetnie poprowadzona narracja, retrospektywy, zatrzymane i powracające ujęcia. Piękne kobiety, akcja, mordobicie i strzelaniny, dużo krwi, dużo seksu i przemocy, a w tle rywalizacji między KGB i CIA niedorzeczny świat mody, jako metafora targowiska próżności. Bohaterka ma gdzieś nie tylko ordery, ale też blichtr i światła fleszów. Niby wszystko idzie jak po sznurku, ale Besson przygotował dla widza niespodziewane zwroty akcji i mocne zakończenie. Dziwią mnie słabe recenzje tego filmu, bo widz otrzymał pierwszej klasy kino akcji, dobrze zagrane, dobrze opowiedziane. A że przy okazji jest masa kiczu, scen nieprawdopodobnych rodem z komiksów Marvela, to akurat zupełnie nie przeszkadza i wpisuje się w styl narracji reżysera. Warto iść do kina.

20 czerwca 2019 o godz. 13:09

Straszna Euforia

euforia-nowy-kontrowersyjny-serial-hbo

Media trąbią o nowym serialu HBO, „Euforia”. Że bezecny, pornograficzny i szkodliwy dla równowagi psychicznej. To postanowiłem obejrzeć pierwszy odcinek. Nie takie rzeczy pokazywali i będą pokazywać. Popłuczyny po „Trainspotting”, które dla odmiany okrzyknięto arcydziełem. Jak pisał Ignacy Karpowicz, „Czy to ma znaczenie, co wzrusza? Arcydzieło czy szmira? Wzruszenie jest takie samo”.

22 maja 2019 o godz. 23:44

THX 1138 – zakurzona utopia

Portada-1497642684-726x388

Próbowałem dzisiaj obejrzeć debiutancki film George’a Lucasa „THX 1138”, ale mnie zmęczył i wyłączyłem. Wizje dehumanizacji przyszłości, jakie snuli fantaści lat 50. i 60. dzisiaj są zwyczajnie nie do oglądania. Nic się z tego nie sprawdziło. Zamiast zmechanizowanego świata sterowanych debili, mamy świat wysoko wyspecjalizowanych ekspertów i ludzi, którzy po prostu żyją, ciesząc się pokojem, względnie zdrowiem, rodziną, jako takim dobrobytem. Pomijam biedne kraje świata, ale kraje bogate, które miały być awangardą dehumanizacji, są po prostu krajami jeszcze bogatszymi niż były te 60-70 lat temu i tyle. Nic się nie wydarzyło, końca świata nie było. A nas dzisiaj dużo bardziej martwią zmiany pogody i ekologia, niż widmo cyborgów, robotów i dyktatorów mechanicznego świata. Bo i nie ma świata mechanicznego. Jest świat cyfrowy. Nie masowy, a głęboko zindywidualizowany. Na statkach kosmicznych Lema astronauci mieli biblioteki pełne wydrukowanych książek. A w debiucie Lucasa są pompy, guziki, zegary, masa hydrauliki i mechaniki, natomiast nie ma elektroniki, lub jest analogowo archaiczna. Utopie i lęki z połowy XX wieku nie sprawdziły się i raczej nie sprawdzą. Nie będzie komunizmu, nie będzie rządzących masą maszyn, ani też żadnych dyktatorów maszyn. Prędzej wykończy nas komputerowy wirus niż cyborg-despota. Wydrukowanych książek na Marsa też nikt nie będzie zabierał. Zresztą i samego marsa coraz mniej jesteśmy ciekawi. Zamiast utonąć w masie współczesny człowiek podąża zupełnie przeciwną drogą – chowa się za awatarem indywidualizmu i egoizmu.

29 kwietnia 2019 o godz. 23:33

Spóźniony pisarz

George_R._R._Martin_SDCC_2014

29 kwietnia stacja HBO wyemitowała trzeci odcinek ostatniego sezonu „Gry o tron”. Ponad godzina bitwy ludzi z umarlakami, wcześniej długo anonsowana jako największa scena bitewna w historii kinematografii. Na pewno najdłuższa, wielkość wszak nie tylko długością się mierzy.

27 maja 2018 o godz. 18:13

Han Solo

CB5BDF0E-DD1E-0D5C-85DB12C30041CAFC

W kinach film „Han Solo. Gwiezdne Wojny. Historie”. Ulubiony bohater i jego młode lata. W roli Hana Solo nieopierzony Alden Ehrenreich. Szczerze mówiąc młodzian miał przed sobą zadanie niewykonalne, w żaden sposób nie mógł dorównać doświadczonemu Harrisonowi Fordowi. Można było znaleźć nieco przystojniejszego i bardziej podobnego do Forda aktora, zwłaszcza, że akcja tej historii nie aż tak bardzo jest odległa w czasie od „Nowej Nadziei”. Solo, czyli Harrison Ford, w filmie z 1977 roku to dojrzały, pełen uroku mężczyzna, a tu mamy spragnionego przygód i miłości młokosa. Obsada głównej roli to jednak jedyny mankament tego filmu. Dobry scenariusz, świetne kino akcji, a przede wszystkim liczne nawiązania do głównej sagi „Star Wars” sprawiają, że ten film ogląda się z wielką przyjemnością.

15 grudnia 2017 o godz. 20:30

Ostatni Jedi

small_432811621

Po tragifarsie, jaką było „Przebudzenie Mocy”, spodziewałem się najgorszego, więc nie mogłem się rozczarować. Film jest lepszy niż poprzednia część, nie tak straszliwie wtórny i nie ma tak wielu okropnych scen z zupełnie innego gatunku kina, czyli jakichś głupich komediowych zachowań Finna, najbardziej groteskowej z postaci wprowadzonych w sadze nr VII. Film można podzielić na trzy części fabularne. Flota Najwyższego Porządku próbuje zniszczyć resztki oddziałów Rebeliantów. Mamy walki gwiezdne, popisy pilotów myśliwców i kino science-fiction w najlepszym wydaniu. Drugi wiodący wątek, to nauka młodej Rey w samotni Luke’a Skywalkera. Nudy, a Mark Hamill wygląda, niestety, jak spasiony pijak, nie jak rycerz Jedi. Na dokładkę okazuje się, że jest człowiekiem, co się kulom nie kłaniał. Na szczęście dla Rebelii, Rey jest tak zdolna, że wystarczą jej dwie lekcje pod okiem zmęczonego życiem skacowanego starca i już zostaje mistrzem Jedi. Jest też trzeci wątek tego filmu – rozterki wewnętrzne Bena Solo vel Kylo Rena i jego duchowe relacje z Rey. Poza tym są sceny magiczne jak z „Harry’ego Pottera”, przykro na to patrzeć. W pierwszym filmie J.J. Abrams uśmiercił najciekawszą postać w nowej sadze, czyli Hana Solo. Miałem nadzieję, że jednak pojawi się w kolejnej odsłonie „Gwiezdnych Wojen” w jakichś reminiscencjach, ale gdzie tam – nie ma czasu na reminiscencje, gdy mamy jedną kosmiczna batalię za drugą a do tego pojedynki na świetlny oręż. W tej części uśmierceni zostają kolejni ważni bohaterowie, Luke Skywalker i kreatura zwana Snoke. Nie żal mi ich, ale wolałbym wśród ofiar widzieć durnego Finna. Nie doczekanie moje, znów clown zostaje bohaterem, takich to „Gwiezdnych Wojen” doczekałem. Już po nakręceniu „Ostatniego Jedi” zmarła Carrie Fisher i podobno jej spadkobiercy nie zgodzili się by w kolejnym epizodzie „Star Wars” pojawił się jej komputerowy awatar, więc twórcy filmu zostali pozbawieni kolejnej kluczowej postaci. Z dawnego cyklu pozostali tylko Chewbacca i androidy. Słabo. Z przykrością wyznam, że Epizodu IX nie oczekuję z niecierpliwością. W kinie się wynudziłem.

26 lipca 2017 o godz. 23:54

Sekretne życie kotów

7797816.6

To nie tylko piękna opowieść o kotach, ale też o mieszkańcach Stambułu, którzy z sercem i zapałem wspierają bezdomne zwierzęta. Film o kotach i ludziach, o wzajemnym zrozumieniu, miłości, ale też o kociej niezależności. Koty stołują się w domach, na bazarach, w sklepach i restauracjach, ale żyją na ulicach. Zdają się być szczęśliwe, choć nieraz brudne, z oberwanym uchem, przetrąconą łapką. Ale kto wie, czy nie bardziej szczęśliwi są ludzie, których koty obdarzyły swoim zaufaniem. Bo kot wnosi radość, nadaje życiu blasku. Uroczy film o szczęśliwych ludziach żyjących wśród kotów i sprytnych kotach, które świetnie sobie radzą w wielkim Stambule. Bohaterów tego filmu nie da się nie lubić, a cała historia – opowiadana z kociej perspektywy – została mistrzowsko zrealizowana przez kamerzystę, który towarzyszył kocim wybrykom.

20 grudnia 2016 o godz. 00:38

„Łotr 1” – dlaczego dopiero teraz?

_gwiezdne_wojny_spinoff_trailer_filmu_lotr_jeden_gwiezdne_wojny_h

„Łotr 1” to kolejny film ze świata „Star Wars”. Dlaczego taki film nie powstał zaraz po sukcesie „Nowej Nadziei”, albo gdzieś w latach 80.? Wtedy oglądałbym go z wypiekami. Dlaczego George Lucas nie chciał zarobić jeszcze więcej milionów dolarów i na bieżąco kręcić takie sequele, prequele, spin-offy, zwischenrufy? Byśmy to łykali z pasją neofitów. A teraz człowiek jest i starszy, i bardziej wybredny, i kino zmieniło się wraz z cyfryzacją zupełnie. Taki film już nie wbija w fotel, nawet nie skłania żeby pójść zobaczyć po raz drugi, a przecież pierwszą trylogię „Star Wars” oglądało się i po dwadzieścia razy. A to jest film i ukłon w kierunku miłośników właśnie pierwszej trylogii.

13 stycznia 2016 o godz. 09:18

James Bond – Cyngiel śmierci

bond007-001

Kolejna filmowa odsłona przygód Agenta 007, czyli „James Bond Spectre” zbiera raczej słabe recenzje, tymczasem do księgarń trafiła inna kontynuacja, napisana przez znanego autora thrillerów i kryminałów, Anthony’ego Horowitza. Horowitz wykorzystał pozostawione przez Iana Fleminga notatki, które najpierw miały być scenariuszem do serialu, który nie powstał, potem opowiadaniem, w rezultacie do wykorzystania były pojedyncze dialogi i pomysł wyścigów samochodowych, gdyż Bond w tej części okazuje się być nie tylko uwodzicielskim szpiegiem, ale też sprawnym kierowcą rajdowym.

24 grudnia 2015 o godz. 00:59

Przebudzenie Mocy

star wars7

Kilka dni minęło od premiery „Star Wars. Przebudzenie Mocy”, to można już spiłować i recenzować. Oglądałem (niestety) z dubbingiem i w 3D. Film wyczekiwany od lat, przecież „Gwiezdne Wojny” to było arcydzieło lat mojej młodości, zapładniało wyobraźnię przez lata. Oglądane dziesiątki razy wszystkie części, no może te trzy później nakręcone nie dziesiątki, ale też kilka razy. „Przebudzenie Mocy” też obejrzę jeszcze raz, ale nie wyszedłem z kina z uczuciem Wow! Były rzeczy, które mi się podobały, ale minusów było co najmniej drugie tyle. Podobało mi się, że ten nowy film jest tak mocno osadzony w klimacie pierwszej trylogii. Technologicznie przez to może nawet trąci myszką, ale w tym też urok „Star Wars” to nie technologia, tu ludzie i Moc są ważne. Zupełnie mi się nie spodobał dobór nowych głównych bohaterów męskich, czarnoskóry John Boyega, jedna z centralnych postaci filmu (Finn), szturmowiec, którego ruszyło sumienie, ma sposób mówienia i mimikę clowna, a nie bohatera eposu. Życzyłem mu śmierci, niestety, zdaje się, że przeżył. Adam Driver jako następca Lorda Vadera… no nie, absolutnie, definitywnie nie. To nawet nie problem aktora, który bardziej pasuje do akademii Hogwartu, niż do świata „Gwiezdnych Wojen”, ale samej koncepcji postaci. Mazgajowaty mięczak. Anakin był rozdarty, ale to było dramatyczne i wzniosłe, a tu jest płaksa, bez charakteru, bez realnej władzy. Na dokładkę zabił mojego ulubionego bohatera, więc tym bardziej go nie lubię. Główna bohaterka kobieca – jak cię mogę, straszna anorektyczka (Daisy Ridley), o buzi nieco podobnej do młodej księżniczki Lei. Do tej roli wolałbym jednak kogoś klasy Angeliny Joli czy Milli Jojovich. Ta dziewczynka jest za grzeczna, ale ma potencjał, może jeszcze z niej będzie rycerz Jedi, w końcu Luke na początku też był chłopcem do bicia.

3 grudnia 2015 o godz. 10:25

Melodramat z Kosogłosem

kosoglos

Ostatnia część powieściowej trylogii „Igrzyska śmierci” podzielona na dwa osobne filmy, przypomnijmy, że tytułowy Kosogłos to symbol walecznej łuczniczki Katniss, bohaterki rebelii przeciwko futurologicznej tyranii podzielonego na trzynaście dystryktów Panem. Film zdecydowanie akcji, poza końcówką najbardziej dynamiczny ze wszystkich czterech zrobionych na podstawie cyklu Collins, trzymający w napięciu, a jednocześnie w stosunku do książki z innym, optymistycznym, zakończeniem. Nie pozostawia widza z poczuciem przygnębienia, świadomością bezsensowności działań bohaterów, jak to jest w przypadku powieści. Katniss i jej partnerzy są tu bardziej dorośli niż w książce, ona jest już dojrzałą kobietą, nie nastolatką z łukiem. Niestety, w stosunku do książki film posługuje się banałem, niepotrzebnymi melodramatycznymi i romansowymi wstawkami, scenami patetycznymi, podczas gdy w powieści Susan Collins są: desperacja, zwątpienie, poczucie beznadziejności i klęski. Nie można powiedzieć, że ten film jest marny, podobał mi się, ale to tylko jeszcze jeden film akcji, reżyser pozbawił go apokaliptycznej mroczności, na rzecz efekciarstwa. Co do gry aktorskiej, nie ma żadnych zaskoczeń, Jennifer Lawrence nieco zbrzydła, Josh Hutcherson nieco podtatusiał, ale mamy dokładnie to samo, co w poprzednich częściach – akrobatykę i melodramatyczne łzy od czas do czasu. Najlepszy jest Donald Sutherland w roli cynicznego prezydenta Snowa, szkoda, że go tak mało w filmie. Podsumowując – iść do kina warto, zachwytu nie ma. Jeśli zaś chodzi o efekty 3D, to szkoda oczu, bardziej przeszkadzają niż wnoszą wartość dodaną.

9 lutego 2015 o godz. 10:44

Hobbit: Bitwa pięciu armii

hobbit bitwa

Trzecia, ostatnia część, niewiele ma wspólnego z książką Tolkiena, za to zgrabnie wprowadza w świat „Władcy pierścieni”. Wrażenie robi atak smoka Smauga na miasto, które po kilku przelotach rozwścieczonej bestii wygląda gorzej niż Drezno po nalocie dywanowym Amerykanów w lutym 1945 roku. Piękne scenografie, mistrzowsko pokazane cztery armie w bitwie, a poza tym dłużyzny, kicz, zupełnie niepotrzebne sceny sielankowe, elfie łzy, krasnoludzki obłęd – wszystko to jak z opery mydlanej. Sceny pojedynków też nie przekonują, za dużo komputerowej animacji, za mało realizmu. Nieco ratuje sytuację świetny Bilbo Baggins, no i Gandalf pykający ziele z miną tak uśmiechniętą, jakby wsad do fajeczki kupił w Amsterdamie. Oglądałem z rosnącym znudzeniem, całość ratuję jednak kostiumy, architektura miast, sceneria walk, stąd trudno o jednoznacznie negatywną ocenę. Mam jednak wrażenie, że reżyser Peter Jackson może nakręcić jeszcze dziesięć filmów osadzonych w świecie Tolkiena, podług całkowicie własnej fabuły.

27 grudnia 2014 o godz. 12:56

Dwie godziny w garderobie Katniss

7656998.3

„Kosogłos” to najsłabsza część ponurej trylogii Suzanne Collins – fabuła powieści jest zagmatwana i najmniej filmowa, pozostawia czytelnika z poczuciem przygnębiającej dehumanizacji. Film łagodzi to uczucie, Katniss jest bardziej ludzka, bardziej wrażliwa, ale też podzielony niepotrzebnie na dwie części obraz jest zwyczajnie przez znaczną część nudny. Tak jakby pokazywano nam kulisy tego, jak powstawał film. czy twórcy kina wierzą w tak silne przywiązanie widza, jego identyfikację z bohaterami, że gotowy jest poświęcić dodatkowe godziny? Na pewno są zagorzali fani, dla nich jednak do niedawna były specjalne kolekcjonerskie wydania na DVD, a nie produkcje kinowe. Tymczasem coraz częściej mamy do czynienia z rozwlekaniem narracji poza granice jakimi operowało kino – z natury swej zwięzłe i dynamiczne. Kuriozalnym przykładem jest filmowy „Hobbit” (nie widziałem jeszcze trzeciej części), ale być może „Kosogłos” jest jak dotąd przykładem najbardziej nieudanym. To, co pokazano w części pierwszej jest materiałem na 20 minut pełnokrwistej fabuły. Reszta to didaskalia, dekoracje, garderoba, backstage, to wszystko co ciekawi wyłącznie fanów. Ale to też przykład z jednej strony na to, jak ważna dla kina jest dziś dobra literatura oraz… jak ubogie jest współczesne kino w kreowaniu własnych wydarzeń, żerujące nie tylko na literaturze, bo w równym stopniu na grach komputerowych oraz pożerające własne stare pomysły w niezliczonych sequelach. Owszem, chętnie pójdę do kina na ostatnia część historii Katniss, ale mam też poczucie, że reżyser i scenarzysta skradli mi dwie godziny pokazując sceny, które normalnie nie weszłyby do pełnego metrażu.

29 marca 2014 o godz. 10:19

Shirley – wizje rzeczywistości

schirley-wizje

Film niezwykły pod względem formy, bardzo plastyczny, pierwszy raz widziałem coś podobnego – udaną próbę przeniesienia medium jakim jest statyczny plastyczny obraz do ruchomego świata kina. Oczywiście, jest wiele przykładów przeniesienie komiksów do świata kina, ze wspaniałym „Sin City” na czele, ale jednak komiks to rysunek plus akcja, obraz w galerii to zupełnie co innego. Reżyser rozpisał fabularnie trzynaście obrazów Edwarda Hoppera, przy czym od razu trzeba powiedzieć, że scenariusz jest przeciętny, pojawiające się jako komentarze do obrazów teksty banalne, mimo iż umiejscowiono je na tle konkretnych historycznych zdarzeń, monotonnie wypowiadanych przez spikera przed każdym kolejnym obrazem, a są to zdarzenia ważne dla XX wieku. Bohaterka filmu jest jednak niemalże niema i niemal nieruchoma, zastygła na tle scenografii obrazów, scenografii zachwycającej, niezwykle plastycznej, obrazy Hoppera rzeczywiście ożywają wraz z kolejnymi filmowymi klatkami, a jednocześnie nie tracą nic ze swojej statyczności. Niezwykłe jest, że jeżyk kina przemawia obcym sobie (czy na pewno?) językiem plastyki. Tytułowa Schirley jest teatralną aktorką, stroniącą od Hollywood i światka gwiazd, outsiderką z wyboru. W tle pojawia się co jakiś czas jej partner, wyglądający jak sam Edward Hopper, a grająca Schirley aktorka, Stephanie Cumming, przypomina żonę i modelkę malarza, Josephine Nivison. Znakomitą scenografie dopełnia praca operatora, zwłaszcza głębia obrazu, jaka operuje malarstwo, nie film. Trzeci plan (widoki za oknem) jest zupełnie statyczny, namalowany, ale także ustawione przedmioty są jedynie plastycznymi rekwizytami, tracą swoją wymiarowość przestrzenną. Wrażenie jest kapitalne. Ale jednocześnie film jest fatalnie przegadany, niepotrzebne pauzy, scenariusz, który ma być komentarzem obrazu, ale często jest obok niego, w ogóle zbędny. Mam wrażenie, że reżyser na siłę chciał zrobić pełnowymiarowy film z czegoś, co by było wspaniałą etiudą. Gdyby całość skondensować, gdyby film trwał 45 a nie ponad 90 minut, wrażenie byłoby większe, a tak widz w pewnym momencie zaczyna się nudzić. To tak jakby chodzić po galerii sztuki z nudnym przewodnikiem, który w dodatku nie zawsze mówi na temat. Obrazy nadal są piękne, ale faceta mamy po jakimś czasie serdecznie dość, wolimy uciec i przyjść innym razem, by kontemplować sztukę w samotności. Dlatego trudno o jednoznaczną cenę „Shirley”. Zachwyca by ostatecznie zmęczyć i zamiast pozostawić niedosyt, odsyła z uczuciem przesytu czy znudzenia. Reżyser i scenarzysta, Austriak Gustav Deutsch, nie wykorzystał pomysłu na naprawdę świetny film.

12 lutego 2014 o godz. 18:28

Filozofia suchej cipy

nimfo2

Takim tytułem najkrócej można zrecenzować film „Nimfomanka II”. Śmieszy liryczno-oniryczna aura i filozoficzne zadęcie do filmu erotycznego, który w dodatku nie miałby szans z „Emanuelle” czy „Historią O”. Nie widziałem pierwszej części, dałem się zwabić na drugą, recenzjami, że dużo śmiałej erotyki i piękna kobieta. To pierwsze prawdziwe, ale to erotyka spod znaku BDSM, świetnie wkomponowuje się w modę zapoczątkowaną przez markiza de Sade, a doprowadzoną do wrzenia przez E.L. James (to, co było szokujące, stało się żenujące, ale to znak czasów), ale jakoś zupełnie nie trafia w moje gusta, więc się zawiodłem. Bohaterka filmu, Joe, nie potrafi się jednak inaczej podniecić, jak sama twierdzi, cierpi na syndrom suchej cipy, robi się mokra, dopiero jak dostanie porządnie po tyłku.

5 lutego 2014 o godz. 17:26

Pijacki klasyk

pod mocnym

„Pod Mocnym Aniołem” to film wstrząsający, oglądałem z drżeniem rąk. Myślę, że nie jeden wyjdzie z kina z postanowieniem: przez tydzień nie piję, a może nawet przez dwa… To jeden z najlepszych filmów o alkoholizmie nie tylko w historii polskiego, ale światowego kina, stawiam go obok „Pętli” czy takich dzieł jak „Stracony weekend” i „Zostawić Las Vegas”. Lubię powieść „Pod Mocnym Aniołem”, ale do arcydzieł literatury pijackiej jej nie zaliczam, wymowa filmu jest dużo mocniejsza. Może dlatego, że film niemal pozbawiony jest sarkazmu Pilcha. Choć jednocześnie filmowy Jerzy ma wiele z Jerzego pisarza, czy też z dawnej autokreacji pisarza. role świetnie zagrane, cytaty z powieści świetnie dobrane. Do tej historii pasuje język nie tylko literackiej narracji, ale też stylistyka filmu – mała głębia ostrości, szara, zimowa scenografia, liczne portrety twarzy, doskonale zresztą dobranych. Operator zasłużył na Oscara. Mniej postarała się osoba odpowiedzialna za rekwizyty, pojawiającej się dwukrotnie wódki Maximus nie pito w Polsce pod koniec lat 90. To samo z markami przejeżdżających samochodów… Oczywiście, „Pod Mocnym Aniołem” ma wymiar uniwersalny, to opowieść ponadczasowa jak samo picie, ale skoro zadbano by okładki pokazywanych w mieszkaniu Jerzego książek wyraźnie wskazywały na czas akcji, to i wódkę należało dobrać staranniej.

22 stycznia 2014 o godz. 21:13

Elfio-krasnoludzkie love story

KINÓWKI.pl

„Pustkowie Smauga”, czyli druga część rozpisanego na trylogię filmowego „Hobbita”, pozostawia fana prozy Tolkiena z mieszanymi uczuciami. Dzieło to monumentalne, rozmachem wykraczające poza zamysł i styl oryginału, ale jednocześnie nie do końca zgodne nawet z szeroko widzianą wizją Tolkiena, która pozwala traktować „Hobbita” jako fragment większej całości wraz z „Władcą pierścieni”, „Silmarillionem” i niedokończonymi opowieściami. Niektóre wplecione przez reżysera wątki nie tylko nie znajdują żadnego źródła w tolkienowskich zapiskach, ale wręcz są sprzeczne z jego pojmowaniem świata – tak jest chociażby z elfio-krasnoludzkim wątkiem romansowym, o którym za moment.

29 listopada 2013 o godz. 19:49

W pierścieniu ognia

/wp-content/uploads/2013/11/Igrzyska-Smierci-W-Pierscieniu-Ognia-Plakat

W kinach druga część „Igrzysk śmierci” – „W pierścieniu ognia” – ani nie zachwyca, ani nie rozczarowuje, spodziewałem się mniej więcej tego. Katniss grana przez Jennifer Lawrance nabrała ciała i zbrzydła, wygląda nie jak wiotka łuczniczka lecz jak zawodowa pływaczka, przyciągają uwagę tylko te intrygująco niebieskie oczy. Peeta wygląda nie lepiej, gra go kurduplowaty osiłek, Josh Hutcherson. Nic dziwnego, że serduszko Katniss nie chce mocniej zabić do tego skądinąd sympatycznego syna piekarza. Liam Hemsworth, aktor grający drugiego adoratora Katniss, to przy nim prawdziwy przystojniak. Druga część trylogii „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins podobał mi się najmniej. Pisałem już o tym przy okazji recenzowania książki, ten tom sprawia wrażenie jakby autorka w ogóle nie miała pomysłu, co dalej z fabuła, więc postanowiła zafundować czytelnikom jeszcze raz to samo, tylko w innych dekoracjach. Dramaturgii w tym jednak brak, finał jest przewidywalny, melodramat też kuleje bo za dobrze już znamy bohaterkę, która ładnie umie oszukiwać i całkiem nieźle się buntuje, ale lepiej czuje się trzymając łuk niż dłoń ukochanego. Skoro autorka niczym nie zaskoczyła, reżyser miał tym trudniejsze zadanie… i film jest taki sobie. Efekty specjalne na poziomie, kostiumy znakomite, scenografia przerosła wyobraźnię pani Suzanne Collins, natomiast dramaturgia i fabuła bardzo kulawe. Kto czytał książkę, tego nie zaskoczy otwarte zakończenie, niewątpliwie najmocniejszy punkt tej odsłony „Igrzysk śmierci”. Mimo wszystko niecierpliwie będę czekał na ekranizację ostatniego tomu, o wiele lepszego niż „W pierścieniu ognia”, ale też o wiele chyba trudniejszego do pokazania na ekranie. Bo to będzie bardzo mroczna i postindustrialna opowieść. 

18 stycznia 2013 o godz. 19:24

Django

W kinach nowy film Quentina Tarantino „Django”. Krew leje się obficie, trup ściele się gęsto, jak to u Tarantino, stosunek do życia i śmierci powiedziałbym prekolumbijski. Tarantino opowiada historię łowcy głów, a jednocześnie wraca do wątków niewolnictwa, stawia ważne pytanie: dlaczego mając tak ogromna przewagę liczebną Czarni nie przeciwstawili się swoim oprawcom, dlaczego zgodzili się na rolę niewolników, a wręcz sami wspierali system niewolnictwa. Uosobieniem tej postawy w filmie jest stary sługa Stephen na farmie u psychotycznego Candie (w firmie świetna rola Leonardo DiCaprio, który jako żywo przypomina postaci z książek Josepha Conrada). Wyzwolony Murzyn Django to buntownik w wielkim stylu (Jarmie Foxx w roli Django jest rewelacyjny), godny klasyki westernu. Jego partnerem jest niemiecki łowca głów dr King Schultz (w filmie Christoph Waltz), który jeździ absurdalnym zaprzęgiem dentystycznym. Waltz i Django to typowe dla kina Tarantino postaci – pozbawieni skrupułów, mściwi, a jednocześnie sentymentalni czy nawet romantyczni – jak na bohaterów gatunku przystało. Poza wątkiem „wolnościowym” jest tu też romans, tak kiczowaty że aż piękny, ona jest czarną niewolnicą, a Django pragnie ją odzyskać dla siebie. Kino Tarantino od lat pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie, zarówno estetycznie, jak i patrząc na zastosowane środki. Już nie zaskakuje widza, stało się przewidywalne, ale też rozpoznawalne. Tarantino ma swój język i jest mu wierny. Nie nadużywa tych koszmarnych stop-klatek, tak typowych dla kina akcji po „Matriksie”. Uwielbia surrealizm, pastisz, makabrę. „Django” podobało mi się bardziej niż „Bękarty wojny”, świetna muzyka, doskonałe plenery, duże, dużo krwi, ale też uważam, że nic nie przebije „Pulp Fiction”.

8 stycznia 2013 o godz. 19:37

Hobbit według Jacksona

Peter Jackson podzielił „Hobbita” na trzy części, choć to cienka książeczka do poczytania na dobranoc, on chciał z tego jednak zrobić „Władcę pierścieni” bis. Czy mu się udało? Jeśli chodzi o efekty – na pewno. Jeśli chodzi o fabułę – można mieć wątpliwości. Przede wszystkim postanowił podkręcić do maksimum „przygodę” Bilbo Bagginsa, w rezultacie mamy prawie non stop kino akcji, przypominające bardziej grę komputerową niż cokolwiek, co miałoby związek ze światem rzeczywistym (choćby i baśniowym). Jak w grze „Diablo” bohaterowie potrafią rozprawić się z tysiącami przeciwników, im więcej ich, tym lepiej. Nie mogą zginąć, bo muszą wypełnić misję. Jackson zatracił wszelkie proporcje. U Tolkiena bohaterowie czują lęk, ból, cierpią, stają do walki w proporcjach odpowiadających ich możliwościom. Owszem, kompania Thorina ma w składzie czarodzieja Gandalfa, ale Gandalf nie jest cudotwórcą, nie jest też wszechpotężny. Przeciwnie, jest bardzo ludzki, choć prastary i nieśmiertelny. Tego „ludzkiego” elementu filmowej wersji bardzo brakuje. Są piękne scenografie, mistrzowskie animacje (zwłaszcza szarże Wargów robią wrażenie, ale i scena walki z Goblinami, mniej udały się tylko te z udziałem Orłów), ciekawe kostiumy, ale nie ma realizmu, a ten nawet w fantasy jest pożądany by wciągnąć widza w świat wyobraźni. I kino tu nie różni się od literatury, kino nie jest grą komputerową, bohaterowie muszą być wiarygodni. Tymczasem już same fryzury i stroje Krasnoludów rodem z komiksów o Asteriksie wprowadzają wymiar bajkowy. Kolejna kwestia to zmiany fabularne. Jackson w wywiadach tłumaczy, że uzupełnił „Hobbita” o dodatkowe motywy z notatek Tolkiena. Nie jestem tolkienistą, ale czytałem zarówno „Niedokończone Opowieści” jak i „Silmarillion” oraz kilka leksykonów tolkienowskich i nie przypominam sobie aby Tolkien rozwijał opowieść o Radagaście, który podobnie jak Gandalf i Saruman jest jednym z Istarich. Tymczasem nie dość, że w filmie Radagast ma całkiem pokaźną rolę, to jeszcze na dokładkę wygląda jak naćpany Święty Mikołaj (swoją drogą genialna scena jak z Gandalfem buchają zioło z faji). Nie wydaje mi się, by wizja Radagasta była zgodna z wyobrażeniami samego Tolkiena, nie bardzo też rozumiem, po co te fragmenty – wyraźnie groteskowe – w filmie, który ma mieć znacznie bardziej epicki charakter niż literacki pierwowzór? Tym bardziej mnie to dziwi, że w filmowej wersji „Władcy pierścieni” Jackson wyrzucił cały wątek o Tomie Bombadilu, który jest taką ludyczną postacią jak teraz w filmowym „Hobbicie” Radagast. Inne dodatki do fabuły „Hobbita” łatwiej wytłumaczyć, po pierwsze podnoszą atrakcyjność narracji, po drugie spajają „Hobbita” z „Władcą pierścieni”. Nie mniej nie bardzo broni się pomysł na dziewięciogodzinny trzyczęściowy obraz, bo z powodzeniem można było zrezygnować z kilku niepotrzebnych walk, nie mówiąc już o dłużyznach z krasnoludzkimi pieśniami. Narzekam, ale jednak nie nudziłem się (poza tymi nieszczęsnymi wstawkami wokalnymi), film robi wrażenie, utrzymuje napięcie, a scenografie zachwycają. Z przyjemnością obejrzę dalsze części, mało tego, myślę, że Jackson z powodzeniem będzie mógł też nakręcić „Silmarillion” – zapewne także w konwencji gry komputerowej. A potem „Przygody Toma Bombadila” – w formie śpiewno-muzycznej Film obejrzałem w wersji 2D, bo 3D męczy mi oczy. Niestety z dubbingiem, a ten jest kiepski.

  • 1
  • 2