Materiały wg tagu "film"

20 grudnia 2016 o godz. 00:38

„Łotr 1” – dlaczego dopiero teraz?

_gwiezdne_wojny_spinoff_trailer_filmu_lotr_jeden_gwiezdne_wojny_h

„Łotr 1” to kolejny film ze świata „Star Wars”. Dlaczego taki film nie powstał zaraz po sukcesie „Nowej Nadziei”, albo gdzieś w latach 80.? Wtedy oglądałbym go z wypiekami. Dlaczego George Lucas nie chciał zarobić jeszcze więcej milionów dolarów i na bieżąco kręcić takie sequele, prequele, spin-offy, zwischenrufy? Byśmy to łykali z pasją neofitów. A teraz człowiek jest i starszy, i bardziej wybredny, i kino zmieniło się wraz z cyfryzacją zupełnie. Taki film już nie wbija w fotel, nawet nie skłania żeby pójść zobaczyć po raz drugi, a przecież pierwszą trylogię „Star Wars” oglądało się i po dwadzieścia razy. A to jest film i ukłon w kierunku miłośników właśnie pierwszej trylogii.

13 stycznia 2016 o godz. 09:18

James Bond – Cyngiel śmierci

bond007-001

Kolejna filmowa odsłona przygód Agenta 007, czyli „James Bond Spectre” zbiera raczej słabe recenzje, tymczasem do księgarń trafiła inna kontynuacja, napisana przez znanego autora thrillerów i kryminałów, Anthony’ego Horowitza. Horowitz wykorzystał pozostawione przez Iana Fleminga notatki, które najpierw miały być scenariuszem do serialu, który nie powstał, potem opowiadaniem, w rezultacie do wykorzystania były pojedyncze dialogi i pomysł wyścigów samochodowych, gdyż Bond w tej części okazuje się być nie tylko uwodzicielskim szpiegiem, ale też sprawnym kierowcą rajdowym.

24 grudnia 2015 o godz. 00:59

Przebudzenie Mocy

star wars7

Kilka dni minęło od premiery „Star Wars. Przebudzenie Mocy”, to można już spiłować i recenzować. Oglądałem (niestety) z dubbingiem i w 3D. Film wyczekiwany od lat, przecież „Gwiezdne Wojny” to było arcydzieło lat mojej młodości, zapładniało wyobraźnię przez lata. Oglądane dziesiątki razy wszystkie części, no może te trzy później nakręcone nie dziesiątki, ale też kilka razy. „Przebudzenie Mocy” też obejrzę jeszcze raz, ale nie wyszedłem z kina z uczuciem Wow! Były rzeczy, które mi się podobały, ale minusów było co najmniej drugie tyle. Podobało mi się, że ten nowy film jest tak mocno osadzony w klimacie pierwszej trylogii. Technologicznie przez to może nawet trąci myszką, ale w tym też urok „Star Wars” to nie technologia, tu ludzie i Moc są ważne. Zupełnie mi się nie spodobał dobór nowych głównych bohaterów męskich, czarnoskóry John Boyega, jedna z centralnych postaci filmu (Finn), szturmowiec, którego ruszyło sumienie, ma sposób mówienia i mimikę clowna, a nie bohatera eposu. Życzyłem mu śmierci, niestety, zdaje się, że przeżył. Adam Driver jako następca Lorda Vadera… no nie, absolutnie, definitywnie nie. To nawet nie problem aktora, który bardziej pasuje do akademii Hogwartu, niż do świata „Gwiezdnych Wojen”, ale samej koncepcji postaci. Mazgajowaty mięczak. Anakin był rozdarty, ale to było dramatyczne i wzniosłe, a tu jest płaksa, bez charakteru, bez realnej władzy. Na dokładkę zabił mojego ulubionego bohatera, więc tym bardziej go nie lubię. Główna bohaterka kobieca – jak cię mogę, straszna anorektyczka (Daisy Ridley), o buzi nieco podobnej do młodej księżniczki Lei. Do tej roli wolałbym jednak kogoś klasy Angeliny Joli czy Milli Jojovich. Ta dziewczynka jest za grzeczna, ale ma potencjał, może jeszcze z niej będzie rycerz Jedi, w końcu Luke na początku też był chłopcem do bicia.

3 grudnia 2015 o godz. 10:25

Melodramat z Kosogłosem

kosoglos

Ostatnia część powieściowej trylogii „Igrzyska śmierci” podzielona na dwa osobne filmy, przypomnijmy, że tytułowy Kosogłos to symbol walecznej łuczniczki Katniss, bohaterki rebelii przeciwko futurologicznej tyranii podzielonego na trzynaście dystryktów Panem. Film zdecydowanie akcji, poza końcówką najbardziej dynamiczny ze wszystkich czterech zrobionych na podstawie cyklu Collins, trzymający w napięciu, a jednocześnie w stosunku do książki z innym, optymistycznym, zakończeniem. Nie pozostawia widza z poczuciem przygnębienia, świadomością bezsensowności działań bohaterów, jak to jest w przypadku powieści. Katniss i jej partnerzy są tu bardziej dorośli niż w książce, ona jest już dojrzałą kobietą, nie nastolatką z łukiem. Niestety, w stosunku do książki film posługuje się banałem, niepotrzebnymi melodramatycznymi i romansowymi wstawkami, scenami patetycznymi, podczas gdy w powieści Susan Collins są: desperacja, zwątpienie, poczucie beznadziejności i klęski. Nie można powiedzieć, że ten film jest marny, podobał mi się, ale to tylko jeszcze jeden film akcji, reżyser pozbawił go apokaliptycznej mroczności, na rzecz efekciarstwa. Co do gry aktorskiej, nie ma żadnych zaskoczeń, Jennifer Lawrence nieco zbrzydła, Josh Hutcherson nieco podtatusiał, ale mamy dokładnie to samo, co w poprzednich częściach – akrobatykę i melodramatyczne łzy od czas do czasu. Najlepszy jest Donald Sutherland w roli cynicznego prezydenta Snowa, szkoda, że go tak mało w filmie. Podsumowując – iść do kina warto, zachwytu nie ma. Jeśli zaś chodzi o efekty 3D, to szkoda oczu, bardziej przeszkadzają niż wnoszą wartość dodaną.

9 lutego 2015 o godz. 10:44

Hobbit: Bitwa pięciu armii

hobbit bitwa

Trzecia, ostatnia część, niewiele ma wspólnego z książką Tolkiena, za to zgrabnie wprowadza w świat „Władcy pierścieni”. Wrażenie robi atak smoka Smauga na miasto, które po kilku przelotach rozwścieczonej bestii wygląda gorzej niż Drezno po nalocie dywanowym Amerykanów w lutym 1945 roku. Piękne scenografie, mistrzowsko pokazane cztery armie w bitwie, a poza tym dłużyzny, kicz, zupełnie niepotrzebne sceny sielankowe, elfie łzy, krasnoludzki obłęd – wszystko to jak z opery mydlanej. Sceny pojedynków też nie przekonują, za dużo komputerowej animacji, za mało realizmu. Nieco ratuje sytuację świetny Bilbo Baggins, no i Gandalf pykający ziele z miną tak uśmiechniętą, jakby wsad do fajeczki kupił w Amsterdamie. Oglądałem z rosnącym znudzeniem, całość ratuję jednak kostiumy, architektura miast, sceneria walk, stąd trudno o jednoznacznie negatywną ocenę. Mam jednak wrażenie, że reżyser Peter Jackson może nakręcić jeszcze dziesięć filmów osadzonych w świecie Tolkiena, podług całkowicie własnej fabuły.

27 grudnia 2014 o godz. 12:56

Dwie godziny w garderobie Katniss

7656998.3

„Kosogłos” to najsłabsza część ponurej trylogii Suzanne Collins – fabuła powieści jest zagmatwana i najmniej filmowa, pozostawia czytelnika z poczuciem przygnębiającej dehumanizacji. Film łagodzi to uczucie, Katniss jest bardziej ludzka, bardziej wrażliwa, ale też podzielony niepotrzebnie na dwie części obraz jest zwyczajnie przez znaczną część nudny. Tak jakby pokazywano nam kulisy tego, jak powstawał film. czy twórcy kina wierzą w tak silne przywiązanie widza, jego identyfikację z bohaterami, że gotowy jest poświęcić dodatkowe godziny? Na pewno są zagorzali fani, dla nich jednak do niedawna były specjalne kolekcjonerskie wydania na DVD, a nie produkcje kinowe. Tymczasem coraz częściej mamy do czynienia z rozwlekaniem narracji poza granice jakimi operowało kino – z natury swej zwięzłe i dynamiczne. Kuriozalnym przykładem jest filmowy „Hobbit” (nie widziałem jeszcze trzeciej części), ale być może „Kosogłos” jest jak dotąd przykładem najbardziej nieudanym. To, co pokazano w części pierwszej jest materiałem na 20 minut pełnokrwistej fabuły. Reszta to didaskalia, dekoracje, garderoba, backstage, to wszystko co ciekawi wyłącznie fanów. Ale to też przykład z jednej strony na to, jak ważna dla kina jest dziś dobra literatura oraz… jak ubogie jest współczesne kino w kreowaniu własnych wydarzeń, żerujące nie tylko na literaturze, bo w równym stopniu na grach komputerowych oraz pożerające własne stare pomysły w niezliczonych sequelach. Owszem, chętnie pójdę do kina na ostatnia część historii Katniss, ale mam też poczucie, że reżyser i scenarzysta skradli mi dwie godziny pokazując sceny, które normalnie nie weszłyby do pełnego metrażu.

29 marca 2014 o godz. 10:19

Shirley – wizje rzeczywistości

schirley-wizje

Film niezwykły pod względem formy, bardzo plastyczny, pierwszy raz widziałem coś podobnego – udaną próbę przeniesienia medium jakim jest statyczny plastyczny obraz do ruchomego świata kina. Oczywiście, jest wiele przykładów przeniesienie komiksów do świata kina, ze wspaniałym „Sin City” na czele, ale jednak komiks to rysunek plus akcja, obraz w galerii to zupełnie co innego. Reżyser rozpisał fabularnie trzynaście obrazów Edwarda Hoppera, przy czym od razu trzeba powiedzieć, że scenariusz jest przeciętny, pojawiające się jako komentarze do obrazów teksty banalne, mimo iż umiejscowiono je na tle konkretnych historycznych zdarzeń, monotonnie wypowiadanych przez spikera przed każdym kolejnym obrazem, a są to zdarzenia ważne dla XX wieku. Bohaterka filmu jest jednak niemalże niema i niemal nieruchoma, zastygła na tle scenografii obrazów, scenografii zachwycającej, niezwykle plastycznej, obrazy Hoppera rzeczywiście ożywają wraz z kolejnymi filmowymi klatkami, a jednocześnie nie tracą nic ze swojej statyczności. Niezwykłe jest, że jeżyk kina przemawia obcym sobie (czy na pewno?) językiem plastyki. Tytułowa Schirley jest teatralną aktorką, stroniącą od Hollywood i światka gwiazd, outsiderką z wyboru. W tle pojawia się co jakiś czas jej partner, wyglądający jak sam Edward Hopper, a grająca Schirley aktorka, Stephanie Cumming, przypomina żonę i modelkę malarza, Josephine Nivison. Znakomitą scenografie dopełnia praca operatora, zwłaszcza głębia obrazu, jaka operuje malarstwo, nie film. Trzeci plan (widoki za oknem) jest zupełnie statyczny, namalowany, ale także ustawione przedmioty są jedynie plastycznymi rekwizytami, tracą swoją wymiarowość przestrzenną. Wrażenie jest kapitalne. Ale jednocześnie film jest fatalnie przegadany, niepotrzebne pauzy, scenariusz, który ma być komentarzem obrazu, ale często jest obok niego, w ogóle zbędny. Mam wrażenie, że reżyser na siłę chciał zrobić pełnowymiarowy film z czegoś, co by było wspaniałą etiudą. Gdyby całość skondensować, gdyby film trwał 45 a nie ponad 90 minut, wrażenie byłoby większe, a tak widz w pewnym momencie zaczyna się nudzić. To tak jakby chodzić po galerii sztuki z nudnym przewodnikiem, który w dodatku nie zawsze mówi na temat. Obrazy nadal są piękne, ale faceta mamy po jakimś czasie serdecznie dość, wolimy uciec i przyjść innym razem, by kontemplować sztukę w samotności. Dlatego trudno o jednoznaczną cenę „Shirley”. Zachwyca by ostatecznie zmęczyć i zamiast pozostawić niedosyt, odsyła z uczuciem przesytu czy znudzenia. Reżyser i scenarzysta, Austriak Gustav Deutsch, nie wykorzystał pomysłu na naprawdę świetny film.

12 lutego 2014 o godz. 18:28

Filozofia suchej cipy

nimfo2

Takim tytułem najkrócej można zrecenzować film „Nimfomanka II”. Śmieszy liryczno-oniryczna aura i filozoficzne zadęcie do filmu erotycznego, który w dodatku nie miałby szans z „Emanuelle” czy „Historią O”. Nie widziałem pierwszej części, dałem się zwabić na drugą, recenzjami, że dużo śmiałej erotyki i piękna kobieta. To pierwsze prawdziwe, ale to erotyka spod znaku BDSM, świetnie wkomponowuje się w modę zapoczątkowaną przez markiza de Sade, a doprowadzoną do wrzenia przez E.L. James (to, co było szokujące, stało się żenujące, ale to znak czasów), ale jakoś zupełnie nie trafia w moje gusta, więc się zawiodłem. Bohaterka filmu, Joe, nie potrafi się jednak inaczej podniecić, jak sama twierdzi, cierpi na syndrom suchej cipy, robi się mokra, dopiero jak dostanie porządnie po tyłku.

5 lutego 2014 o godz. 17:26

Pijacki klasyk

pod mocnym

„Pod Mocnym Aniołem” to film wstrząsający, oglądałem z drżeniem rąk. Myślę, że nie jeden wyjdzie z kina z postanowieniem: przez tydzień nie piję, a może nawet przez dwa… To jeden z najlepszych filmów o alkoholizmie nie tylko w historii polskiego, ale światowego kina, stawiam go obok „Pętli” czy takich dzieł jak „Stracony weekend” i „Zostawić Las Vegas”. Lubię powieść „Pod Mocnym Aniołem”, ale do arcydzieł literatury pijackiej jej nie zaliczam, wymowa filmu jest dużo mocniejsza. Może dlatego, że film niemal pozbawiony jest sarkazmu Pilcha. Choć jednocześnie filmowy Jerzy ma wiele z Jerzego pisarza, czy też z dawnej autokreacji pisarza. role świetnie zagrane, cytaty z powieści świetnie dobrane. Do tej historii pasuje język nie tylko literackiej narracji, ale też stylistyka filmu – mała głębia ostrości, szara, zimowa scenografia, liczne portrety twarzy, doskonale zresztą dobranych. Operator zasłużył na Oscara. Mniej postarała się osoba odpowiedzialna za rekwizyty, pojawiającej się dwukrotnie wódki Maximus nie pito w Polsce pod koniec lat 90. To samo z markami przejeżdżających samochodów… Oczywiście, „Pod Mocnym Aniołem” ma wymiar uniwersalny, to opowieść ponadczasowa jak samo picie, ale skoro zadbano by okładki pokazywanych w mieszkaniu Jerzego książek wyraźnie wskazywały na czas akcji, to i wódkę należało dobrać staranniej.

22 stycznia 2014 o godz. 21:13

Elfio-krasnoludzkie love story

KINÓWKI.pl

„Pustkowie Smauga”, czyli druga część rozpisanego na trylogię filmowego „Hobbita”, pozostawia fana prozy Tolkiena z mieszanymi uczuciami. Dzieło to monumentalne, rozmachem wykraczające poza zamysł i styl oryginału, ale jednocześnie nie do końca zgodne nawet z szeroko widzianą wizją Tolkiena, która pozwala traktować „Hobbita” jako fragment większej całości wraz z „Władcą pierścieni”, „Silmarillionem” i niedokończonymi opowieściami. Niektóre wplecione przez reżysera wątki nie tylko nie znajdują żadnego źródła w tolkienowskich zapiskach, ale wręcz są sprzeczne z jego pojmowaniem świata – tak jest chociażby z elfio-krasnoludzkim wątkiem romansowym, o którym za moment.

29 listopada 2013 o godz. 19:49

W pierścieniu ognia

/wp-content/uploads/2013/11/Igrzyska-Smierci-W-Pierscieniu-Ognia-Plakat

W kinach druga część „Igrzysk śmierci” – „W pierścieniu ognia” – ani nie zachwyca, ani nie rozczarowuje, spodziewałem się mniej więcej tego. Katniss grana przez Jennifer Lawrance nabrała ciała i zbrzydła, wygląda nie jak wiotka łuczniczka lecz jak zawodowa pływaczka, przyciągają uwagę tylko te intrygująco niebieskie oczy. Peeta wygląda nie lepiej, gra go kurduplowaty osiłek, Josh Hutcherson. Nic dziwnego, że serduszko Katniss nie chce mocniej zabić do tego skądinąd sympatycznego syna piekarza. Liam Hemsworth, aktor grający drugiego adoratora Katniss, to przy nim prawdziwy przystojniak. Druga część trylogii „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins podobał mi się najmniej. Pisałem już o tym przy okazji recenzowania książki, ten tom sprawia wrażenie jakby autorka w ogóle nie miała pomysłu, co dalej z fabuła, więc postanowiła zafundować czytelnikom jeszcze raz to samo, tylko w innych dekoracjach. Dramaturgii w tym jednak brak, finał jest przewidywalny, melodramat też kuleje bo za dobrze już znamy bohaterkę, która ładnie umie oszukiwać i całkiem nieźle się buntuje, ale lepiej czuje się trzymając łuk niż dłoń ukochanego. Skoro autorka niczym nie zaskoczyła, reżyser miał tym trudniejsze zadanie… i film jest taki sobie. Efekty specjalne na poziomie, kostiumy znakomite, scenografia przerosła wyobraźnię pani Suzanne Collins, natomiast dramaturgia i fabuła bardzo kulawe. Kto czytał książkę, tego nie zaskoczy otwarte zakończenie, niewątpliwie najmocniejszy punkt tej odsłony „Igrzysk śmierci”. Mimo wszystko niecierpliwie będę czekał na ekranizację ostatniego tomu, o wiele lepszego niż „W pierścieniu ognia”, ale też o wiele chyba trudniejszego do pokazania na ekranie. Bo to będzie bardzo mroczna i postindustrialna opowieść. 

18 stycznia 2013 o godz. 19:24

Django

W kinach nowy film Quentina Tarantino „Django”. Krew leje się obficie, trup ściele się gęsto, jak to u Tarantino, stosunek do życia i śmierci powiedziałbym prekolumbijski. Tarantino opowiada historię łowcy głów, a jednocześnie wraca do wątków niewolnictwa, stawia ważne pytanie: dlaczego mając tak ogromna przewagę liczebną Czarni nie przeciwstawili się swoim oprawcom, dlaczego zgodzili się na rolę niewolników, a wręcz sami wspierali system niewolnictwa. Uosobieniem tej postawy w filmie jest stary sługa Stephen na farmie u psychotycznego Candie (w firmie świetna rola Leonardo DiCaprio, który jako żywo przypomina postaci z książek Josepha Conrada). Wyzwolony Murzyn Django to buntownik w wielkim stylu (Jarmie Foxx w roli Django jest rewelacyjny), godny klasyki westernu. Jego partnerem jest niemiecki łowca głów dr King Schultz (w filmie Christoph Waltz), który jeździ absurdalnym zaprzęgiem dentystycznym. Waltz i Django to typowe dla kina Tarantino postaci – pozbawieni skrupułów, mściwi, a jednocześnie sentymentalni czy nawet romantyczni – jak na bohaterów gatunku przystało. Poza wątkiem „wolnościowym” jest tu też romans, tak kiczowaty że aż piękny, ona jest czarną niewolnicą, a Django pragnie ją odzyskać dla siebie. Kino Tarantino od lat pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie, zarówno estetycznie, jak i patrząc na zastosowane środki. Już nie zaskakuje widza, stało się przewidywalne, ale też rozpoznawalne. Tarantino ma swój język i jest mu wierny. Nie nadużywa tych koszmarnych stop-klatek, tak typowych dla kina akcji po „Matriksie”. Uwielbia surrealizm, pastisz, makabrę. „Django” podobało mi się bardziej niż „Bękarty wojny”, świetna muzyka, doskonałe plenery, duże, dużo krwi, ale też uważam, że nic nie przebije „Pulp Fiction”.

8 stycznia 2013 o godz. 19:37

Hobbit według Jacksona

Peter Jackson podzielił „Hobbita” na trzy części, choć to cienka książeczka do poczytania na dobranoc, on chciał z tego jednak zrobić „Władcę pierścieni” bis. Czy mu się udało? Jeśli chodzi o efekty – na pewno. Jeśli chodzi o fabułę – można mieć wątpliwości. Przede wszystkim postanowił podkręcić do maksimum „przygodę” Bilbo Bagginsa, w rezultacie mamy prawie non stop kino akcji, przypominające bardziej grę komputerową niż cokolwiek, co miałoby związek ze światem rzeczywistym (choćby i baśniowym). Jak w grze „Diablo” bohaterowie potrafią rozprawić się z tysiącami przeciwników, im więcej ich, tym lepiej. Nie mogą zginąć, bo muszą wypełnić misję. Jackson zatracił wszelkie proporcje. U Tolkiena bohaterowie czują lęk, ból, cierpią, stają do walki w proporcjach odpowiadających ich możliwościom. Owszem, kompania Thorina ma w składzie czarodzieja Gandalfa, ale Gandalf nie jest cudotwórcą, nie jest też wszechpotężny. Przeciwnie, jest bardzo ludzki, choć prastary i nieśmiertelny. Tego „ludzkiego” elementu filmowej wersji bardzo brakuje. Są piękne scenografie, mistrzowskie animacje (zwłaszcza szarże Wargów robią wrażenie, ale i scena walki z Goblinami, mniej udały się tylko te z udziałem Orłów), ciekawe kostiumy, ale nie ma realizmu, a ten nawet w fantasy jest pożądany by wciągnąć widza w świat wyobraźni. I kino tu nie różni się od literatury, kino nie jest grą komputerową, bohaterowie muszą być wiarygodni. Tymczasem już same fryzury i stroje Krasnoludów rodem z komiksów o Asteriksie wprowadzają wymiar bajkowy. Kolejna kwestia to zmiany fabularne. Jackson w wywiadach tłumaczy, że uzupełnił „Hobbita” o dodatkowe motywy z notatek Tolkiena. Nie jestem tolkienistą, ale czytałem zarówno „Niedokończone Opowieści” jak i „Silmarillion” oraz kilka leksykonów tolkienowskich i nie przypominam sobie aby Tolkien rozwijał opowieść o Radagaście, który podobnie jak Gandalf i Saruman jest jednym z Istarich. Tymczasem nie dość, że w filmie Radagast ma całkiem pokaźną rolę, to jeszcze na dokładkę wygląda jak naćpany Święty Mikołaj (swoją drogą genialna scena jak z Gandalfem buchają zioło z faji). Nie wydaje mi się, by wizja Radagasta była zgodna z wyobrażeniami samego Tolkiena, nie bardzo też rozumiem, po co te fragmenty – wyraźnie groteskowe – w filmie, który ma mieć znacznie bardziej epicki charakter niż literacki pierwowzór? Tym bardziej mnie to dziwi, że w filmowej wersji „Władcy pierścieni” Jackson wyrzucił cały wątek o Tomie Bombadilu, który jest taką ludyczną postacią jak teraz w filmowym „Hobbicie” Radagast. Inne dodatki do fabuły „Hobbita” łatwiej wytłumaczyć, po pierwsze podnoszą atrakcyjność narracji, po drugie spajają „Hobbita” z „Władcą pierścieni”. Nie mniej nie bardzo broni się pomysł na dziewięciogodzinny trzyczęściowy obraz, bo z powodzeniem można było zrezygnować z kilku niepotrzebnych walk, nie mówiąc już o dłużyznach z krasnoludzkimi pieśniami. Narzekam, ale jednak nie nudziłem się (poza tymi nieszczęsnymi wstawkami wokalnymi), film robi wrażenie, utrzymuje napięcie, a scenografie zachwycają. Z przyjemnością obejrzę dalsze części, mało tego, myślę, że Jackson z powodzeniem będzie mógł też nakręcić „Silmarillion” – zapewne także w konwencji gry komputerowej. A potem „Przygody Toma Bombadila” – w formie śpiewno-muzycznej Film obejrzałem w wersji 2D, bo 3D męczy mi oczy. Niestety z dubbingiem, a ten jest kiepski.

27 listopada 2012 o godz. 19:56

Anna Karenina

Anna Karenina to dla mnie najbardziej pełnokrwista kobieca postać w literaturze do czasu Lisbeth Salander. Być może trudno porównywać rangę obydwu dzieł, ale sukces sprzedażowy jak najbardziej – i nie przypadkiem, czytelnicy chcą fascynujących i pięknych bohaterek. Film jednak mnie mocno rozczarował. Nie podoba mi się teatralna konwencja, to wprowadza sztuczność, która jest dobra na scenie, gdy a priori forma przekazu jest jednocześnie umową z widzem, że świat przedstawiony będzie miał sceniczny charakter, a więc złożony ze scenografii i rekwizytów oraz akcentowany przez grę aktorów. Scena wymaga symboliki i skrótów, ale odwołuje się do innego rodzaju widowni. Dlatego teatr jest elitarny, kino nie. Kino ma jak najwierniej odwzorowywać rzeczywistość, dawać złudzenie uczestnictwa, zwłaszcza kino współczesne. Dlatego konwencja teatralna w filmie moim zdaniem zupełnie się nie sprawdza, jest swego rodzaju oszustwem. Z drugiej strony, doceniam inwencję reżysera, Joe Wrighta, który nie dość, że musiał zmierzyć się z arcydziełem literatury, to jeszcze nakręcić kolejny film na podstawie prozy Tołstoja. Jak nie powielać poprzedników? Poszedł na skróty, ale oryginalnie to wymyślił. Jako widz byłem znudzony, jako pisarz – zaintrygowany. Jeśli mówić o sukcesie, to zwłaszcza autora scenariusza Toma Stopparda (to pseudonim scenarzysty rodem z Czech, pisał m.in. scenariusz do „Imperium Słońca”). Scenarzyście udało się kilka rzeczy, po pierwsze oddać dramat uczuć bohaterów (nie tylko Anny i hrabiego Wrońskiego, ale też Aleksieja Karenina oraz Lewina i Kitty), po drugie – najważniejsze – udało się zachować najważniejsze dla książki fragmenty tekstu – w dialogach czy monologach, co nadaje filmowi bardzo literacki charakter, ale to dobrze, wszak ekranizowana jest wielka literatura a nie romans Danielle Steel. Bohaterowie mówią językiem Tołstoja, owszem w nieco hollywoodzkim wydaniu, ale jednak niektóre partie scenariusza przypominają nam o wielkości oryginału. O odpowiedzialności za słowa, o oskarżeniu jakie Tołstoj skrywa za melodramatem równie nieszczęśliwych, co nieodpowiedzialnych kochanków, także o oskarżeniu pod adresem skrzywdzonego Aleksieja Karenina. W filmie męża Anny gra Jude Law, przez charakteryzację i kostiumy bardzo kostyczny i nieco demoniczny. W prozie Lwa Tołstoja to postać niemal święta, ale przecież przez tą swoją dobrotliwość tym bardziej dla Anny nie do zniesienia; jest jej wyrzutem sumienia, jest kontrapunktem dla jej niemoralnego romansu, ale nie przeciwieństwem (jak w filmie), lecz w jakimś sensie współwinnym. Gra aktora dla mnie zupełnie nieprzekonywująca. Nie podobali mi się też – nadto egzotyczna Keira Knightley jako Anna Karenina i zbyt chłopięcy Aaron Taylor-Johnson jako Wroński. Właściwie jedyna rola aktorska na miarę prozy, to Matthew Macfadyen jako rubaszny i poczciwy Stiwa. Domhnall Gleeson jako Lewin nie przekonuje, ale jego rolę całkowicie ratuje scenarzysta, wprowadzając go właściwie tylko w najważniejszych dla fabuły momentach. Innym postaciom z książki przypadły w filmie role marginalne, ale Alicia Vikander w roli Kitty wzbudza więcej sympatii niż jej literacki pierwowzór. Scenografia w filmie jest bardzo teatralna, natomiast trzeba docenić wkład pracy kostiumografa, zwłaszcza kreacje Anny są piękne. I choreografia, która zachowuje pewną sztuczność typową dla teatru, ale jednocześnie wprowadza rozmach jak z baletu. Mamy tu zatem niezłe gatunków pomieszanie. Ładne, ale dość nudne widowisko. Dla mnie największe rozczarowanie to postać Anny. Keira Knightley ma miły uśmiech, ładne oczy i zapewne lepszą niż literacki pierwowzór figurę, ale nie podbija serc. Anna Karenina nie tylko była piękną kochanką, była gotowa do poświęceń, potrafiła walczyć, rozsadzała ją namiętność, ale targały nią również wyrzuty sumienia, była kobietą fatalną, doprowadzającą mężczyzn do zguby, ale też kobietą tragiczną, która samą siebie zgubiła. Anna Karenina, to niezwykle silny ładunek emocji, sprzeczności, to wybitna postać literacka przez swoją niejednoznaczność, a jednocześnie magnetyzującą osobowość, to też literackie wyobrażenie kobiecej namiętności, które pomimo upływu 135 lat i wszystkich towarzyszących temu zmian obyczajowych, wciąż pozostaje idealne, nie traci nic, przeciwnie – wydaje się, że zyskuje.

15 listopada 2012 o godz. 18:51

Whisky dla aniołów

Pozycja obowiązkowa dla miłośników „wody życia”. Bohaterami jest czwórka wrażliwych i sympatycznych wykolejeńców, a upragnionym łupem rzadka whisky, której beczułka zostaje sprzedana na aukcji za 1,15 mln funtów. Młody łobuziak Robbie chce odmienić życie, właśnie został ojcem, i właśnie wywinął się od wieloletniego wyroku, zamiast którego dostał 400 godzin prac społecznych. Robbie ma niebywałego nosa, niemal bezbłędnie rozpoznaje aromaty whisky, mógłby być blend masterem, gdyby nie był dzieckiem ulicy. Jego kamraci również muszą pracować społecznie. Są to: poczciwy głupek Albert, wesołek Rhino i kleptomanka Mo. Całkiem sympatyczna zgraja. Ale głównym bohaterem tego filmu jest whisky, sporą część akcji zajmują degustacje, wizyty w gorzelni, rozmowy o whisky, o bogactwie jej aromatów. Znakomity film, który pokazuje, że alkohol można pić dla jego niepowtarzalnego smaku, nie dla samych procentów. Film zakręcony, momentami śmieszny, niemal undergroundowy.

26 września 2012 o godz. 18:45

Jesteś bogiem

Film wzruszający, poruszający, sentymentalny. Pokazuje taki obraz Paktofoniki i życia Magika, jaki chyba zespół chciał po sobie pozostawić, pokazuje legendę. Magik zginął śmiercią samobójczą 26 grudnia 2000 roku, Wosiem dni po ukazaniu się jednej z najważniejszych płyt w historii polskiego hip-hopu, „Kinematografia”. Zginął młodziutki chłopak (22 lata), niezwykle twórczy, jak na swój wiek mający już spore osiągnięcia (wcześniej z zespołem Kaliber’44 zdobył m.in. złotą płytę), właściwie już będący legendą. W filmie jest chłopakiem nadwrażliwym, pogubionym, osamotnionym, nie rozumianym. Ale też w dużym stopniu z własnej winy, alienuje się, zamyka w sobie, zdradza żonę, kłóci się z przyjaciółmi. Nie pasuje do świata, neguje, ale nie walczy, załamuje się, ucieka. Jego wewnętrzny świat to piosenki, perfekcjonista, całkowicie pochłonięty swoim rapem. Takim chcieli nam go pokazać scenarzysta, autor świetnej książki o Paktofonice, Maciej Pisuk oraz reżyser Leszek Dawid. Film jest swego rodzaju hołdem złożonym grupie i samemu Magikowi. Czy pokazuje prawdę? Pewnie wybiórczo, ale czy to ważne? Sztuka przecież nie potrzebuje prawdy by przemawiać. A film przemawia, tak jak przemawiały teksty Paktofoniki. Świetne ujęcia blokowisk, brudnej Polski B, bardzo dobre dialogi, no i muzyka. Debiutujący aktor Marcin Kowalczyk w roli Magika jest znakomity. Wszystkie role zresztą pasują. Bardzo dobry film.

29 sierpnia 2012 o godz. 18:55

Merida wspaniała

Byłem dzisiaj w kinie na filmie „Merida Waleczna”, pewnie jako jedyny na sali bez dziecka, ale ja się bawię jak dziecko na takich filmach, jakoś nie wyrosłem z animacji. Film zbiera nie najlepsze recenzje, najzupełniej nie słusznie, moim zdaniem to jedna z najlepszych produkcji Pixara. Owszem, nie jest tak nowatorski jak „Toy Story”, to raczej fabularny baśniowy klasyk, ale czy wszystko musi być oryginalne? I czy jeszcze wiele oryginalnych rzeczy można do świata animacji wprowadzić zachowując jednocześnie format filmu a nie quasi gry komputerowej? Właśnie ten tradycyjny fabularny przekaz „Meridy” mnie urzekł. Ale i sama bohaterka! Zbuntowana, waleczna, odważna, a jednocześnie wzruszająco wrażliwa, czuła, kochająca. Z burzą rudych włosów i z wielkimi oczami. Ta frywolna, trzpiotliwa, ale jak się okazuje też bardzo odpowiedzialna dziewczynka to niewątpliwie największy atut filmu, ale nie jedyny. Podobał mi się szkocki klimat – kłótliwe klany, celtyckie mity, magia, piękne krajobrazy, kobziarze. Bardzo sympatyczna postać ojca małej Meridy, trochę drażniąca czereda dokazującej dzieciarni (pewnie ukłon w stronę najmłodszych na sali widzów), przesympatyczny koń, trochę mniej udane niedźwiedzie. Świetne animacje i trzymająca w napięciu fabuła, Pixar kolejny raz potwierdza, że jest najlepszą inwestycją Disneya. Jedyne, co mi się zupełnie nie podobało to polska wersja piosenki (śpiewana bodaj przez Anitę Lipnicką) w wersji folku spod Tatr a nie z Gór Monadhliath.

27 marca 2012 o godz. 19:30

„Igrzyska śmierci” w kinach

/wp-content/uploads/2012/03/igrzyska-smierci

Weszły do kin „Igrzyska śmierci” na podstawie powieści Suzanne Collins o tym samym tytule, która dość mi się podobała (tu recenzja książki). Powieść podobnie jak film pozbawiona jest wyraźnej puenty – przyjdzie na nią czas w trzecim tomie, bo to trylogia. Szczerze mówiąc książka bardziej trzymała mnie w napięciu, ale może dlatego, że teraz znałem już fabułę (a ta wcale przewidywalna nie jest). Jennifer Lawrence w roli Katniss Everdeen wygląda jak Amazonka, choć inaczej sobie bohaterkę wyobrażałem, to ta rola mi odpowiada. Josh Hutcherson jako Peeta Mellark też jest ok., choć myślałem, że powinien mieć dłonie jak bochny chleba, a tu sympatyczny uśmiechnięty chłopaczek. Woody Harrelson jako Haymitch jednak jest zbyt trzeźwy, oczekiwałem menela z gatunku takich, co to pod sklepem przy mojej ulicy od szóstej rano otwierają pierwszego jabola. O tu prawie intelektualista. No i film zagubił gdzieś przesłanie pierwszego tomu trylogii Collins, o tym, że wszystko jest na pokaz, wszystko można udawać, nawet uczucia, zwłaszcza gdy ceną jest życie. Książka jest melodramatyczna, aż za bardzo, film jest filmem akcji, też za bardzo. Ale na następną część czekam niecierpliwie.

22 marca 2012 o godz. 11:20

Wszystkie odloty Cheyenne’a

Powiem krótko – rewelacja! Jeden z najlepszych filmów jakie widziałem. Perfekcyjna tytułowa rola Seana Penna, który gra starego, zniechęconego rockmana, który żyje z żoną w wielkim domu w poczuciu winy, nudy i bezsilności. Cheyenne to stare dziecko, mężczyzna, który mógłby być dziadkiem, gdyby nie to, że „gwiazdy rocka nie powinny mieć dzieci” – jak sam wyznaje, ale tak naprawdę jest wciąż chłopcem, który nie umie pogodzić się z odtrąceniem przez ojca. Ojciec jednak umiera, a Cheyenne wyrusza w podróż, która pozwala mu się pojednać z ojcem, odnaleźć cel i wreszcie dorosnąć. I w sumie szkoda, bo dorosły Cheyenne (finałowa scena) jest wprawdzie przystojnym mężczyzną, ale nijakim. Natomiast ta jego kreacja na gotyckiego gwiazdora, który zgarbiony ciągnie za sobą wózek na zakupy, wszystkiemu się dziwi, nie potrafi skrywać emocji – to jest świetne. Sam jestem niedorośnięty, więc utożsamiałem się bez trudu z Cheyennem. Znakomita muzyka, m.in. Talking Heads (David Byrne występuje w epizodzie) i Iggy Pop z nieśmiertelnym „Passengerem”. Film poruszający, rozśmieszający, intrygujący, taki, który na zawsze zapada w pamięci.

20 marca 2012 o godz. 19:12

Wstyd

"Wstyd" to film o trudnościach w nawiązywaniu bliskości, o ucieczce w seks, o poszukiwaniu uznania w oczach drugiej osoby. Bardzo nastrojowy, bliskie kadry, zwolnione tempo, ostre sceny erotyczne, znakomita scena z sekretarką z pracy, Marianne, z którą randka kończy się porażką (wstydem), bo oznaczałaby zgodę na bliskość. Trochę tu klimatu jakby z Philipa Rotha, trochę obsceny, ale bez epatowania. Świetne role głównych bohaterów – rodzeństwa Brandona (Michaela Fassbendera) i Sissy (Carey Mulligan). Obydwoje atrakcyjni, obydwoje zagubieni, obydwoje nieszczęśliwi, obydwoje bezsilni. Zakończenie nie pozostawia nadziei. Smutny film i zapadający w pamięci, ale pozostawiający niedosyt, bo pytanie – dlaczego oni tacy są? pozostaje otwarte. Nie znamy ich dzieciństwa, nie wiemy o nich nic, prócz tego, że on chorobliwie łaknie ciepła, on chorobliwie je odrzuca. Ciekawy, ale nie pełny portret psychologiczny. Może jednak o to scenarzyście chodziło, bysmy wychodząc z kina mieli w głowie więcej znaków zapytania, niż pewników; bo i co jest dzisiaj pewne, prócz śmierci.

  • 1
  • 2