12 czerwca 2014 o godz. 10:47

Sremski Karlovci, Bermet i rakija, czyli z wizytą u Mario Beniška i Mirko Veselinovića

SONY DSC
Sremski Karlovci to jedno z najładniejszych miasteczek Wojwodiny, a i całej Serbii. Kilkanaście kilometrów od Nowego Sadu i twierdzy Petrovaradin, w samym sercu parku narodowego Fruška Gora, znanego z XVI wiecznych cerkwi (przetrwało do dzisiaj 17 z 35 zbudowanych), a także z winnic, których w regionie działa ponad 40. Samo miasteczko leży nad Dunajem. Odegrało ważną rolę w historii regionu, zarówno religijną, jako siedziba metropolity, jak i polityczną, jako miejsce pokoju z Turkami z 1699 roku. Przy ładnym rynku stoi duża cerkiew, kawałek dalej katedra, pałac metropolity, najstarsze w Serbii gimnazjum. Pełno tu starych domów, piwnic, i oczywiście winnic, które pną się po wzgórzach wokół miasta.


Zdecydowanie warto zatrzymać się tu na noc i poświęcić następny dzień na wycieczkę po monastarach, szczególnie warte uwagi są Krušedol, Grgeteg i zwłaszcza nieco oddalony Kovilj, ufundowany przez św. Sawę. W każdym zwracają uwagę wspaniałe polichromie, wszystkie wciąż służą mnichom. Nie trzeba dodawać, że w każdym wytwarza się rakiję.
Byłem w tym regionie już wcześniej, tym razem przyjechałem żeby odwiedzić Mario Beniška i jego przyjaciela Mirko Vesilenovića. Mario jest znany w Sremskim Karlovci jako pierwszy, który po II wojnie światowej zaczął ponownie butelkować markowy Bermet. Z jakichś powodów komuniści nie produkowali go, choć przez wszystkie lata był robiony w domach. Receptura ma ponad 200 lat. Jest to mocne likierowe wino, z piołunem, skórkami pomarańczy, goździkami, cynamonem i masą innych składników (łącznie 22 przyprawy). Ma elegancki, orzeźwiający, nieco gorzki smak, cytrusowy aromat i moc 18%. Teraz jest wiele Bermetów, ale ten Maria jest najbardziej znany. Każdy, kto odwiedza Sremski Karlovci koniecznie powinien tego spróbować. Nie jest tani, butelka kosztuje ok. 30 zł, ale wart o wiele więcej. Mario wygląda jak punk rockowiec z żółtymi włosami. Jego firma zaczynała w 1997 roku od produkcji wina, ale ojciec Mario destylował rakiję. On sam zaczął robić rakije w 2010 roku, wówczas założył spółkę z Mirko Veselinovićem, dziś jest to Podrujm Vina i Rakije Benišek & Veselinović. Destylują: pigwę, morelę, winogrona i gruszki. Rakija gruszkowa ma bardzo nietypowy smak – jest mało słodka i mało aromatyczna. – Destylujemy rzadką w gorzelnictwie odmianę gruszki Kaluđerka – mówi Mario Benišek. – To mała, twarda gruszka, zbierana na przełomie sierpnia i września. Nie nadaje się do jedzenia, ale mi odpowiada jej nieco cierpki smak do robienia rakiji. W niewielkiej piwniczce, w centrum Sremski Karlovci, dojrzewają w beczkach wina i winiak, bo firma oferuje też pięcioletni Cognac Speciale, jak nazywają swoją brandy. – Leżakuje w serbskim dębie, jest to mieszanka destylatów z winogron: riesling, vranec, merlot i cabernet sauvignon – mówi Mario Benišek. Przy piwniczce odbywają się spotkania degustacyjne.
Destylarnia Benišek & Veselinović jest poza miastem, na wzgórzu porośniętym uprawami winorośli, w starej szopie zwanej „Domem samotnych mężczyzn”, gdyż czterej pracujący tu panowie są rozwiedzeni. Mają tu dwa kotły opalane drewnem na 250 i 350 litrów. – Do opału używamy też pestek po morelach, są bardzo energetyczne, dają dużo ciepła, długo się żarzą, a nie mieliśmy co z nimi robić. Teoretycznie są przydatne w przemyśle farmaceutycznym, tyle że w Serbii mamy nadmiar pestek po morelach – śmieje się Mirko Veselinović, równie wesoły jak jego partner. Mirko zanim poznał Maria destylował rakije – jak mówi – hobbystycznie. Dziś razem robią 6-7 tys. l rakiji, wszystko ręcznie, w starych kotłach, w sezonie zbioru owoców zatrudniają kilku znajomych do pomocy. Kotły są ręcznie montowane, mało wydajne, w przypadku winogron pierwsza destylacja trwa 3,5 godziny, druga – 2,5 godziny. Pigwa, morela czy gruszka destylowane są dłużej.
Pytam Maria, jak to możliwe, że w Serbii każdy pędzi w domu rakije, a mimo to oni są w stanie sprzedać rocznie 7000 litrów. Mario wskazuje mi swoją babcię, przekroczyła już dziewięćdziesiątkę. – Babcia zaczyna dzień od łyżki miodu i szklaneczki rakiji, na oczyszczenie organizmu. U nas rakiję pije się codziennie, jak we Francji wino, do śniadania, do obiadu, do kolacji, na smutki i na radości, przy pogrzebie i weselu. Umierający dziadek w ostatnim życzeniu poprosił o szklankę rakiji. Bez rakiji życie jest smutne – przekonuje Mario, a ja przyznaję mu rację, zwłaszcza że jego rakija z pigwy jest naprawdę wyśmienita.

Sremski Karlovci i cerkwie w parku narodowym Fruška Gora

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Benišek & Veselinović – piwnice w mieście i destylarnia w górach

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

3 komentarzy dla “Sremski Karlovci, Bermet i rakija, czyli z wizytą u Mario Beniška i Mirko Veselinovića

  1. Ech te ich piwniczki! :-) Widzę, że nawet w Vrdniku byłeś, bo zdjęcie klasztoru jest. Siostrzyczki pędzą tam niezłą śliwowicę, którą zresztą, kiedyś Ci podesłałem. Mam nadzieję, że i teraz udało Ci się tam co nieco zdegustować? A Sremski Karlovci, naprawdę ładne i w każdej knajpce świetna rakija.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

24 marca 2019 o godz. 22:56

Wymęczone zwycięstwo

68017

Mecz Polska-Łotwa w Warszawie zaczął się od ataków Łotyszy. Już w drugiej minucie Szczęsny musiał interweniować. Po kilkunastu minutach gra się wyrównała, potem Polska zaczęła przeważać, ale przeciwnik grał bez kompleksów, a my bez pomysłów. W 36. minucie Lewandowski trafił w słupek, poza tym Polska groźnych sytuacji w pierwszej połowie nie stworzyła. Na domiar nieszczęścia nasi obrońcy sprawiali wrażenie, jakby nie nadążali. W drugiej połowie gra się poprawiła, choć przez długi czas brakowało skuteczności, mieliśmy też sporo szczęścia, że nie straciliśmy gola po akcji sam na sam Karasausksa, ach te nazwiska. Gra zaczęła się jakby lepiej układać po wejściu Błaszczykowskiego. W 77. minucie Lewandowski głową strzelił bramkę po bardzo dobrym podaniu Recy. W 85. minucie strzelił Glik, po tym jak bił z rzutu rożnego Błaszczykowski. Wygraliśmy 2:0, ale męczyliśmy się strasznie. To nie jest ta sama drużyna, która tak dobrze sobie radziła na poprzednich Mistrzostwach Europy. Jest jakaś niemoc, jakaś ślamazarność. Obrona grała słabo, na szczęście przeciwnik nie potrafił egzekwować swoich szans. Jakie wnioski z tego meczu? Na pewno więcej wnosi w ataku Piątek od Milika. Klich jest słabym punktem w pomocy, z obrońców dobrze grał tylko Glik. Wygraliśmy, ale tak naprawdę przeciwnik był mało wymagający. Zresztą podobnie jak i wcześniej Austria.

23 marca 2019 o godz. 14:50

Recenzja książki „Gin”

W numerze 2/2019 „Magazynu Literackiego Książki” ukazała się recenzja książki „Gin”, napisana przez redaktora naczelnego miesięcznika, Piotra Dobrołęckiego. Przedrukowujemy ją w całości.

21 marca 2019 o godz. 22:58

Nie ta strona główki

68017

Mecz Polska-Austria w Wiedniu rozpoczął zmagania o Euro 2020. Jakoś źle widzę nasze szanse, mimo stosunkowo łatwej grupy eliminacyjnej. Zaczęło się od ładnych, dobrze zorganizowanych ataków Austriaków, groźnie strzelał Alaba, Sabvitzer, walczył Arnautović, ale Szczęsny dobrze bronił. Potem Austriacy jakby stracili werwę. U nas próbowali ciągnąć do przodu grę Grosicki i Zieliński, ale po pierwsze skrzydłowi byli za bardzo rozciągnięci, po drugie brakowało drugiego napastnika, bo Milik zachowywał się tak, jakby go nie było. Kilka ładnych akcji zainicjował bokiem Grosicki, miał dobre podania, ale stuprocentowej sytuacji nie mieliśmy. Najlepiej wyglądał strzał samego Grosickiego w 27. minucie, obroniony przez Austriaka. W sumie dość wyrównana pierwsza połowa, niby Polska była trochę lepsza, ale groźniejsze sytuacja stwarzali Austriacy.

15 marca 2019 o godz. 17:51

Adolf Dygasiński: Gorzałka

3d3956854f7c9c696ea7b2543fe3

500 stron trącącej już myszką prozy, powieść powstała w 1893 roku. Dygasiński przedstawił ciekawy opis funkcjonowania przemysłu spirytusowego w Polsce pod koniec XIX wieku. Czas modernizacji gorzelnictwa. Nie tylko wprowadzenie destylacji ciągłej w oparciu o aparat Pistoriusa, ale też szerokie zastosowanie odkryć chemii i biologii, zmiany w sposobach fermentacji, świadome wykorzystanie drożdży, doświadczenia z wykorzystaniem surowców do destylacji pod kątem zawartości cukrów czy skrobi. Gorzelnie działają przy folwarkach i mnożą się, pączkują, ale to już nie tylko wiejska manufaktura, produkująca spirytus na okowitę i wywar jako paszę dla zwierząt. Już pojawiają się chłodnie, nawet laboratoria w gorzelni. Okowita jest coraz lepsza i przynosi coraz większe zyski. Powstaje ziemiańskie konsorcjum, Towarzystwo Spirytusowe, które nadzoruje obrót okowitą, w szczególności do wyszynków. Bo karczma wciąż jest tym miejscem, gdzie jest największa sprzedaż, butelki z okowitą to wciąż rzadkość, raczej sprzedaje się ją w beczkach doi szynków. W Warszawie bary oferują szeroki wybór trunków, w modzie jest piwo kuflowe, na prowincji chłopi piją jednak niemal wyłącznie okowitę. Właściciele folwarków dostarczają alkohol do szynków. Polscy karczmarze konkurują z żydowskimi i jest tu tradycyjnie dużo niechęci. Poza tym w kościołach rozwija się ruch wstrzemięźliwości, księża nawołują do abstynencji, ale bez większego sukcesu. Naród okowitę kupuje, folwarki się rozwijają. „Suma zadowolenia, jaką ludzkość czerpie z używania alkoholu, stanowi wyłącznie o jego rozpowszechnieniu”, konkluduje postępowy ziemianin, August Strumski, którego ojciec i dziadek również prowadzili gorzelnię. „Krajowy gorzelnik ma przed sobą jeszcze rozległe pole działania, apostołowie wstrzemięźliwości niepotrzebnie robią tak wiele hałasu. Faktem jest, że narody pijące są krzepkie, energiczne i wytrzymałe w ekonomicznej walce o byt. Ciężki jest zarobek na chleb, a jednak człowiek do tego wielkiego brzemienia pracy dorzuca jeszcze ciężarek nowy, aby mieć przyjemność wychylenia czarki alkoholu” – pisze Adolf Dygasiński. W tle tej bardzo interesującej opowieści o gorzelnictwie, są też perypetie miłosne bohaterów, spory pokoleniowe, zawiści i intrygi, jest oczywiście pijaństwo, złodziejstwo, bandytyzm, ale wszystko to na drugim planie i o wiele mniej zajmujące, niż historia gorzałczanego biznesu.

3 marca 2019 o godz. 21:53

Urynkowić pracę nauczycieli

school-1782427_960_720

Z zainteresowaniem czytam artykuł przygotowany przez Warsaw Enterprise Institute pt. „Urynkowić pracę nauczycieli”. Kilkakrotnie pisałem już o tym, że nauczyciel w Polsce mało pracuje, ale rękę po pieniądze chętnie wyciąga. Jak nie do podatnika, to do rodzica, co na jedno wychodzi. Wymaga od każdego, tylko nie od siebie. Oczywiście uogólniam, ale niestety leniwy belfler tworzy smutny wizerunek tego środowiska i kładzie się cieniem na tych, którzy mają misję, zapał, powołanie, którym się chce. Mam poczucie, że to głównie leniwy belfer woła teraz – „Strajkujmy”!

23 lutego 2019 o godz. 02:47

Nowe święto narodowe

14 kwietnia, nowe święto. Hurra. Z górki na pazurki. Z uwagi na niepewne źródła data jak to się mówi umowna. Niedziela w tym roku, więc przydałby się wolny poniedziałek. Po święcie należy się wypoczyn.

21 lutego 2019 o godz. 22:11

Angelic Upstarts w Warszawie

45561973_1997404863675270_9099271392083312640_o

24 lutego w klubie Pogłos w Warszawie (ul. Burakowska 12) wystąpi legenda punk rocka, Angelic Upstarts. Weteranom towarzyszyć będą Arrested Denial i Lazy Class. Start godz. 19.30, bilety – 70-80 zł.

20 lutego 2019 o godz. 23:44

Bieguni

„Przetrwa tylko to, co inne” ~Olga Tokarczuk

19 lutego 2019 o godz. 12:16

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover 25-001

Ukazał się nowy numer (1/2019) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

17 lutego 2019 o godz. 17:58

Kartka ze Lwowa (12) Restauracja Baczewskich

Restauracja Baczewski we Lwowie (8)

W centrum Lwowa, przy ulicy Szewskiej 8, powstała w 2015 roku restauracja Baczewskich – Ресторація Бачевських. Wchodzi się przez sklepik z oryginalnymi wódkami J.A. Baczewski z Austrii, a także z własnymi nalewkami w butelkach noszących logo restauracji, są tu też: książki, widokówki, kieliszki, gadżety. Zaprezentowano też stare materiały reklamowe oraz oryginalne stare butelki po wódkach Baczewskiego. Przy wejściu do restauracji jest recepcja, a sama sala restauracyjna prezentuje się niezwykle elegancko. Na dole zaś jest koktajl-bar oraz wybór kilkudziesięciu smaków nalewek, które dojrzewają w szklanych zbiornikach od kilku miesięcy do nawet trzech lat. Część smaków dostępnych jest wyłącznie w barze, ale ponad 30 można kupić w firmowych butelkach i w miniaturkach.