18 listopada 2008 o godz. 19:10

Śmierć książki

Przedruk obszernej rozmowy jaką zamieścił magazyn o literaturze i nowych mediach "Techsty".

TECHSTY: Robert Coover, opublikował w 1993 roku przełomowy esej, który ukazał się na pierwszej stronie New York Times Book Review. Prowokacyjne tytułowe pytanie „The End of Books?" stało się punktem odniesienia wielu badaczy literatury. W swojej książce „Śmierć książki. No future book” idzie Pan krok dalej – w tytule nie ma już znaku zapytania. Czy czas dzielący te dwa teksty wystarczył, by pozbyć się wątpliwości i stwierdzić, iż książka w dotychczasowej, drukowanej postaci zostanie wyparta przez swoje elektroniczne wcielenie?

Łukasz Gołębiewski: Tytuł jest swego rodzaju prowokacją, jak wiadomo mocny tytuł zwraca uwagę odbiorcy, a ja swoją książką chciałem przestraszyć przede wszystkim środowisko książki, zwrócić uwagę wydawców, księgarzy, drukarzy, że kończą się czasy, w których będzie można zarabiać pieniądze na masowej produkcji książek. Uważam, że polska branża wydawnicza, może poza nielicznymi wyjątkami, jest całkowicie nieprzygotowana na zmiany, jakie niesie digitalizacja słowa. Zmiany nie tylko kulturowe, również biznesowe! Sam jednak również jestem „człowiekiem liter”, głęboko tkwię w technologii Gutenberga, moje mieszkanie wypełniają grzbiety zadrukowanych książek, także wizja, jaką przedstawiłem, wcale nie jest mi emocjonalnie bliska. Nie lubię czytać na monitorze komputera. Ale też technologie e-papieru sprawiają, że znika ta najważniejsza przeszkoda w obcowaniu z e-książką, staje się ona coraz bardziej „przyjazna” czytelnikowi. E-book ma też oczywiste przewagi nad książką drukowaną – przede wszystkim możliwość wewnątrztekstowego wyszukiwania słów i fraz, ale także: tworzenia notatek, zakładek, a wreszcie – kopiowania i kompilowania fragmentów cudzych tekstów z własnymi. A przecież współczesna kultura w coraz większym stopniu polega na kompilacji i miksowaniu.

Pana książka publikowana jest właśnie w Internecie. Gratulujemy pomysłu! Przy okazji może nasunąć się tu kilka refleksji. Pierwsza: czy to nie strzał do własnej bramki? Druga: a może jednak ścieżka wyznaczona przez Stephena Kinga i jej potencjalne odnogi być może jest najlepsza? Trzecia – czy autor i wydawnictwo są w stanie na siebie zarobić publikując on-line, a jeśli tak, czy nie jest to czasem dużo bardziej intratne przedsięwzięcie? (są przecież sponsorzy, także działający komercyjnie on-line). Jak to zatem wygląda w przypadku Śmierci książki?

Można podać wiele przykładów z ostatnich lat, które dowodziłyby, że publikacja w Internecie nie szkodzi medium papierowemu. Ale ja wcale takiej pewności nie mam, o czym świadczyć może spadająca sprzedaż papierowych wydań prasy. Na pewno w przypadku pewnego rodzaju dzieł – a nie dotyczy to tylko książek – bezpłatne udostępnienie w Internecie może być elementem umiejętnie prowadzonej kampanii promocyjnej; może też przyczynić się do wypromowania nieznanego wcześniej autora. Są to jednak przykłady jednostkowe i na ich podstawie trudno o jednoznaczną odpowiedź, warto czy też nie warto udostępniać tekst w Internecie. Uważam jednak, że w przypadku tej publikacji nie było innej możliwości, wszak książka popularyzuje wolny dostęp do kultury. Oczywiście jest to wolność obwarowana prawami autora, także prawami do jego wynagrodzenia, a te – jak słusznie zauważacie – nie muszą pochodzić ze sprzedaży egzemplarzowej, równie dobrze mogą być pokryte reklamami, wpłatami sponsorów itp. W przypadku „No Future Book” to poszło dwutorowo, przy czym jednak główny nacisk promocyjny skierowano nie na Internet, lecz – o ironio – na sprzedaż tradycyjną, choćby dzięki współpracy promocyjnej z siecią Empik (równolegle prowadzona była promocja w księgarni internetowej Merlin, ale wydania papierowego!). Promocja w księgarniach dała jednak krótkotrwały efekt sprzedażowy, oraz zagwarantowała duże zainteresowanie mediów, dziennikarzy, a taki był cel tej promocji. Strona internetowa, na której książka z czasem w całości będzie bezpłatnie dostępna, w dodatku wzbogacona o przypisy i varia, pozwoli jednak tym treściom żyć znacznie dłużej, wszak strona będzie „żywa” długo jeszcze po tym, jak książka papierowa zniknie z księgarskich regałów. Strona internetowa daje też kontakt z czytelnikiem. A to ma ogromne znaczenie, o czym przekonałem się po opublikowaniu powieści „Xenna moja miłość”, która od stycznia 2007 roku ma w Internecie swoją stronę, każdego miesiąca odwiedzaną przez ponad 10 tysięcy czytelników (ponad 100 tys. wywołań miesięcznie). Ta strona nie tylko dała mi kontakt z czytelnikami (wielu z nich poznałem dzięki temu osobiście), ale też doskonale przyczyniła się do promocji samej powieści. Wszystko, co tu powiedziałem, nie oznacza jednak, że wierzę, by e-book już dziś mógł zastąpić wydanie papierowe. Pomysł Stephena Kinga jak dotąd pozostał odosobnionym happeningiem, a kolejne próby wypromowania e-booka na dużą skalę okazywały się porażką. Myślę, że jeszcze przez jakiś czas e-book będzie funkcjonował równolegle z wydaniem papierowym.

Warto też przytoczyć niedawny ( i nieudany) eksperyment, wspomniany nie bez nutki schadenfreude przez sprzedające elektroniczną epikę Eastgate Systems. Pewien autor umieszcza swoją powieść w Internecie na zasadzie donationware. Każdy może ściągnąć książkę i jednocześnie wesprzeć autora dowolnie wyznaczoną przez siebie sumą. Po trzech miesiącach elektroniczną wersję ściągnęło ponad 30 tysięcy osób. Ośmioro czytelników zdecydowało się wesprzeć pisarza, sześcioro zapłaciło po jednym cencie (sic!).

Ale są też przykłady bardziej budujące, fakt że pochodzą one z rynku muzycznego, gdzie zwykle fani są bardziej oddani swoim idolom. Na idei prywatnych donacji opiera się m.in. pomysł biznesowy przedstawiony przez Kevina Kelly’ego, w świetnym skądinąd eseju „Better than Free”, pomysł, który do mnie nie specjalnie przemawia. Być może w ten sposób mógłby pozyskiwać środki Sapkowski, pewnie także Grochola, Musierowicz czy Chmielewska, ale na pewno nie jest to rozwiązanie dla twórców jako ogółu. Uważam, że zyskają na tym tylko osoby mające status „gwiazdy”. Innych czeka przykre rozczarowanie.

Jakie są zatem sposoby zagwarantowania stabilności finansowania kultury w okresie przejściowym, w którym wydawcy przyzwyczajeni są jeszcze do dużych zysków, a odbiorcy do – bądź co bądź niezgodnego z prawem – darmowego korzystania z dóbr kultury udostępnianych w sieciach p2p?

Ja w swojej książce proponuję system opłat abonamentowych, przypominający opłaty, jakie np. wnoszą na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania producenci i dystrybutorzy kserokopiarek czy twardych dysków. Skoro kulturę można bezpłatnie pobrać z wykorzystaniem sieci p2p (nie istotne czy legalnie, czy też nie, ważne, że tak się realnie dzieje na wielką skalę), to należałoby nałożyć swego rodzaju podatek na dostawców Internetu – głównie operatorów telefonicznych i telewizje kablowe. I te środki powinny być dzielone pomiędzy twórców. Oczywiście, problemem jest jak dzielić? Na to pytanie najtrudniej odpowiedzieć, bo każdy biurokratyczny system rodzi niesprawiedliwości przy redystrybucji środków (wszak musi pożywić się biurokracja oraz krewni i znajomi Królika). Niemniej technologie ułatwiają tego typu rozliczenia, gdyż łatwo jest mierzyć rzeczywiste zainteresowanie utworem poprzez liczbę pobrań. Myślę, że organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi zamiast skupiać wysiłek na tym, jak ludziom utrudniać dostęp do treści, powinny raczej szukać sposobów takiego rozliczania „pobrań” dzieł opatrzonych copyrightem, aby twórcom zagwarantować wynagrodzenie stosowne do zainteresowania ich dziełem (czy też do tzw. rangi dzieła w przypadku np. prac naukowych). Nie mam wątpliwości, że technologicznie będzie to możliwe, najpierw jednak musi dotrzeć do wydawców i producentów, że nowy odbiorca chce nieograniczonego dostępu do dóbr kultury. Chce tego, bo taką możliwość daje digitalizacja. To, że prawo autorskie jest dziś na masową skalę naruszane wynika z tego, że przepisy nie przystają do rzeczywistości.

Pisze Pan o odbiorcy egzystującym w nowej kulturze, kulturze cytatu, w której nie ma miejsca na linearną i dogłębną lekturę. Wydaje się, że w takim świecie, niezależnie od tego, jakie medium będzie wykorzystywała książka – drukowane czy elektroniczne – będzie ona skazana na wyrywkowe, kontekstowe czytanie. Czy zatem rola zdigitalizowanych bibliotek ograniczy się jedynie do archiwizowania i indeksowania zawartych w książkach treści?

Może, choć nie musi tak się stać. Proszę zauważyć, że to bibliotekarze jako pierwsi uznali wagę digitalizacji zasobów kultury, mało tego – przekonali politycznych decydentów (bo to oni przecież decydują o subwencjach dla narodowych książnic), że kulturą digitalizować nie tylko warto, ale trzeba. W ślad za bibliotekami poszły jednak przedsięwzięcia komercyjne, że tylko wspomnę o projekcie cyfrowej biblioteki Google. Obawiam się jednak, że łatwość dostępu do „wnętrza dzieła”, chodzi mi tu o wewnątrztekstowe wyszukiwanie cytatów i kontekstów, rodzić będzie skłonność do wyrywkowego korzystania z dzieł. Ogromną rolę ma do odegrania system edukacji, czemu poświęcam osobny rozdział mojej książki.

Wizja czytelnika przyszłości, którą wyłowić można z pańskich analiz, jest fascynująca i niepokojąca zarazem, a sprzeczności w nich tyle, co w zachowaniach dzisiejszego Internauty: ekshibicjonistycznego i zarazem anonimowego, aktywnego, ale jednak także biernego. Z jednej strony każdą informację chciałby mieć natychmiast i ją ma. Lepszy dostęp do wiedzy nie idzie chyba w parze z wiedzą dogłębną. Jeśli już bowiem informację czytelnik posiada, skanuje jej zawartość, czyta wyrywkowo, bierze co najlepsze, rzuci komentarzem, później być może skopiuje i wklei, przetworzy, uzna za swoją.

Niestety, też tak to widzę. Zachowania typowe dla przetwarzania kultury można przedstawić za pomocą symboli CTRL+C i CTRL+V, czyli kopiuj i wklej. Oczywiście wyszukiwanie, kompilowanie, samplowanie, tworzenie swego rodzaju kolaży może być zajęciem bardzo twórczym, ale nie może zastępować dzieł całkowicie oryginalnych, tak jak sprawne wyszukiwanie informacji nie zastąpi samodzielnego myślenia. Mniej zresztą martwię się o przyszłość sztuki, gdyż jest ona domeną wrażliwości, mniej podatnej na rozmaite ułatwienia i skróty oferowane nam przez technologię. Bardziej niepokojący jest sposób korzystania z wiedzy, nielinearność internetowego przekazu powoduje, że z wiedzy zaczynamy korzystać w sposób wyrywkowy, a często też przypadkowy, przemieszczając się od leksji do leksji. To trochę tak, jakbyśmy chcieli wiedzę o świecie czerpać z kartkowanej na chybił trafił encyklopedii… w dodatku nie wolnej od błędów i nie koniecznie dobrze zredagowanej.

Czy te sprzeczności, Pana zdaniem, kiedykolwiek się spolaryzują? Jakie są szanse, że czytelnik przyszłości, dzięki postępowi technologicznemu, będzie lepszym czytelnikiem niż jego rodzice i dziadkowie?

Szanse są wcale nie małe, bo współczesny młody człowiek ma nad swoimi rodzicami pewna przewagę – on cały czas obcuje z przekazem tekstowym, począwszy od gier komputerowych, na komunikatorach kończąc. Przecież to dzięki nowym formom komunikacji internetowej odżyła epistolografia. Ludzie piszą i czytają to, co piszą inni. Tylko ten natłok informacji deprecjonuje tekst, który wymknął się spod rygorów norm językowych. Myślę, że tej zmianie nie jesteśmy w stanie zaradzić, być może jesteśmy ostatnim pokoleniem, które w ogóle zaprząta sobie głowę takimi „drobiazgami” jak składnie, ortografia czy interpunkcja. Nie jestem językowym purystą, i nie umiem nawet sam sobie uczciwie odpowiedzieć, dobrze to, czy źle. Z jednej strony mamy do czynienia z wielkim bogactwem inwencji twórczej, z drugiej – ze zwykłym niechlujstwem i ignorancją. Obawiam się, i to jest najbardziej przykre, że przyjdzie nam obcować z jednym i drugim na równych prawach. Jak to wpłynie na kulturę? Nie mam pojęcia.

W książce wprowadza Pan termin GEN-ISBN, określający nowe pokolenie czytelników. W kultywowaniu tradycji czytania, w pewnego rodzaju dziedziczności widzi Pan szansę na płynne i w miarę bezbolesne przejście treści w inny, cyfrowy stan skupienia. Czy jednak nie jest tak, że to, jak będzie wyglądała przyszłość książki w większym stopniu zależy od jej wydawców niż odbiorców?

I tak, i nie. Wydawca udostępnia treści, ale musi się przecież liczyć z oczekiwaniami odbiorcy. Może być w stosunku do tych oczekiwań spóźniony, bo coś przegapił, nie wyczuł na czas nowego trendu, ale wcześniej czy później odbiorca dostanie taki produkt, jakiego oczekuje.

Czy cyfrowe medium, nieustannie ewoluujące, nie jest środowiskiem niebezpiecznym dla utrwalania treści? Znane są przypadki, gdy pisany na jakąś platformę tekst znika bezpowrotnie wraz z zastąpieniem jej przez inny format.

Hm, nie jestem w tej dziedzinie specjalistą, ale wydaje mi się, że tego typu przypadki wynikają głównie z niechlujstwa twórcy, który nie archiwizuje w odpowiedni sposób zasobów swojego dysku. Konwersja na inny, nowszy format, zawsze jest możliwa (fakt, że czasami kosztowna). Oczywiście, zdarza się zapewne niejednokrotnie, że ktoś utraci dajmy na to pracę doktorską z powodu komputerowego wirusa czy usterki dysku, ale czy z tego należy wysnuwać wniosek, że technologia jest zła? Jak każda technologia, jest zawodna, trzeba mieć tego świadomość. Łatwiej jednak wielokrotnie skopiować utwór w formacie cyfrowym niż chronić (przed zalaniem czy spaleniem) spisane w brulionie wspomnienia. Wiem coś o tym, bo mam zwyczaj nie rozstawać się z notatnikiem, i kilka razy zdarzyło mi się już go stracić – głównie przez nieuwagę.

Dziękujemy za rozmowę

Komentarz dla “Śmierć książki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

23 września 2018 o godz. 08:57

Kartka ze Speyside – Heilan coo

SONY DSC

Szkoci mówią na nie Heilan coo, cudzoziemcy Hippie cow. Mają długą grzywkę i leniwe miny. Nie dają zbyt dobrego mleka. Hoduje się je na mięso. Szkoda, bo miło wyglądają jak są żywe. Potem już mniej miło. Przywędrowały z Hebrydów. Wzmianki o nich pochodzą już z VI wieku. W czarnej wersji nazywają się w Szkocji Kyloe i jedna taka czarna krowa z grzywką znajdzie się na okładce najbliższego numeru „Aqua Vitae”.

22 września 2018 o godz. 09:42

Kartka ze Speyside – Dunnottar Castle

Dunnottar Castle (37)

Kiedy spytać Szkota, dlaczego nie czuje pokrewieństwa z Irlandczykami, choć to podobna kultura, podobny język i podobne zamiłowanie do spokojnego wiejskiego życia ze szklaneczką whisky, odpowie, że z Irlandczykiem w ogóle nic go nie łączy, bo oni są celtami, a Szkoci to piktowie. Dla mnie tyle samo w tym sensu, co w stwierdzeniu, że nic mnie nie łączy z ludźmi z południa Polski, bo oni to Wiślanie, a my to Polanie. Ale tak całkiem serio, kulturowa tożsamość w Szkocji i Irlandii jest bardzo wysoka, a nawiązania do kultury piktów i celtów są jej częścią.

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.