5 lipca 2019 o godz. 17:53

Rynek książki to nisza dla pasjonatów

W numerze 500 dwutygodnika „Biblioteka Analiz” ukazała się obszerna rozmowa z Łukaszem Gołębiewskim, który wspomina lata swojej pracy na rynku książki. Rozmawia Ewa Tenderenda-Ożóg.

Zróbmy mały powrót do przeszłości. Pretekstem jest 500. numer dwutygodnika „Biblioteka Analiz”. Pamiętasz kiedy urodził Ci się w głowie pomysł na to czasopismo?
Oczywiście. To było w Krakowie, podczas Targów Książki, w 1999 roku. Rozmawiałem z kilkoma wydawcami podczas wieczornej imprezy integracyjnej, zrozumiałem, że jest w środowisku potrzeba na regularne branżowe informacje biznesowe. To były czasy, kiedy z internetem trzeba było łączyć się przez telefon, wiele firm nie miało swoich domen www, poczta elektroniczna raczkowała. Zapotrzebowanie na szybką informację było dużo większe niż obecnie, kiedy czasami nawet cierpimy na nadmiar źródeł i treści. Można powiedzieć, że to był idealny czas. Podzieliłem się tym pomysłem z kilkoma osobami wówczas aktywnie działającymi w branży i razem stworzyliśmy redakcję, nazwaną Radą Redakcyjną.

Gdy zaczynałeś, na rynku ukazywały się już branżowe periodyki: „Megaron”, „Notes Wydawniczy”, „Wydawca”. Czym dwutygodnik „Biblioteka Analiz” miał się od nich odróżniać?
Był także na rynku „Magazyn Literacki”, od maja 2001 roku jako „Magazyn Literacki KSIĄŻKI”. „Biblioteka Analiz” zaś miała być ośmiostronicowym biuletynem, bez ilustracji, bez reklam, bez kolorów, bez okładki. Atutami miała być częstotliwość, szybkość cyklu wydawniczego, a także nastawienie wyłącznie na informacje biznesowe, ekonomiczne, prawne. Bez publicystyki, która doszła później, waz z rozwojem pisma. Wcześniej taki biuletyn próbował w Polsce wydawać Holger Ehling, ale po angielsku i w ekstremalnie wysokiej cenie. Podobno znalazł dwóch subskrybentów, wydał też chyba tylko dwa numery…

Doświadczenie jako dziennikarz już miałeś. Zaczynałeś w redakcji pisma studenckiego „Enigma”, potem był dziennik „Nowa Europa”, „Życie Codzienne”. Wreszcie trafiłeś do „Rzeczpospolitej”. Czy miałeś wówczas kogoś, o kim powiedziałbyś, że był Twoim wzorem dziennikarza?
Jeśli chodzi o publicystykę o książkach, to moim mistrzem był Krzysztof Masłoń, świetne pióro, poczucie humoru, wielka erudycja. Krzysztof nie był wtedy jeszcze zaangażowany w tematy polityczne, po prostu kochał literaturę i potrafił o niej zajmująco pisać. Po latach nasze drogi zupełnie się rozeszły, gdyż ja zawsze trzymam się z daleka od polityki, traktując jako zło konieczne. Uważam, że nie można być dobrym dziennikarzem i jednocześnie zaangażowanym ideowo publicystą, bo ideologia przesłania prawdę, a rolą dziennikarza jest służyć prawdzie, nie partii czy idei. Dzisiaj, kiedy nie zajmuję się już zawodowo książkami, moim wzorem dziennikarza jest Dave Broom, którego cenię za innowacyjność, pomysłowość, nieszablonowe przedstawianie tematów, nawet pod prąd tradycji, a jednocześnie wielka kultura, pokora, wiedza o świecie i o temacie, który porusza. Dziennikarz nie powinien eksponować siebie, jego wielkie Ego nic nie obchodzi czytelnika, ważny jest temat i to, jak zostanie przedstawiony. To zresztą dotyczy akurat także literatury – najważniejsza jest narracja, trzeba wciągnąć czytelnika, a zatem dziennikarz musi być bezstronny i musi umieć opowiadać.

W „Rzepie” zajmowałeś się tematyką książkową i branżą wydawniczą, której chyba wcześniej nie znałeś? Zwłaszcza jeśli chodzi o ekonomiczne uwarunkowania procesu wydawania i sprzedaży książek. Jak się odnalazłeś w tym środowisku?
Znałem. Właściwie prawie od początku mojej pracy dziennikarskiej zająłem się rynkiem książki – wydawniczym i księgarskim. Przychodząc do „Rzeczpospolitej” miałem za sobą kilka lat pracy w warszawskich dziennikach, na koncie nagrodę za publicystykę o książce edukacyjnej, redagowałem już wtedy własny dodatek książkowy w „Życiu Codziennym”. Oczywiście, w „Rzeczpospolitej” nauczyłem się bardzo wiele, to była doskonała szkoła rzemiosła pod okiem wymagających kierowników, Jacka Lutomskiego i Elżbiety Sawickiej. Redaktorami naczelnymi byli najpierw Dariusz Fikus, potem nieodżałowany Maciej Łukasiewicz, również nieodżałowany Piotr Aleksandrowicz. Potem Grzegorz Gauden, odszedłem, kiedy gazeta zaczęła być już nieznośnie polityczna, a redaktorem naczelnym był Paweł Lisicki. Szmat czasu. Wracając jednak do pytania, zdecydowałem się zająć tematyką rynku książki z kilku powodów. Po pierwsze, kończyłem policealne studium księgarskie z profilem technik-księgarz i wtedy rozpoczynałem dopiero zaoczne studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Co nieco wiedziałem o tzw. ekonomice księgarstwa, jak to wówczas nazywano. Poza tym to był początek lat 90., eksplozja nowych wydawnictw, zniesienie cenzury, przydziałów na papier, w księgarniach pierwsze złocone okładki lub z tłoczonymi tytułami, upadłość Składnicy Księgarskiej i błyskawiczny rozwój wolnego handlu książką. To mnie fascynowało. Ale może najważniejsze było to, że ja byłem bardzo młody, miałem dwadzieścia lat. Recenzentami, publicystami byli dziennikarze znacznie starsi. Z jednej strony pokora, bo co ja miałem wtedy do powiedzenia o literaturze, sprawach społecznych, politycznych, ideowych? A to był przecież czas rozliczenia z komunizmem, uwolnienia wielu tematów, jak choćby zbrodnia katyńska. Nie miałem wiele do powiedzenia, ani argumentów żeby zająć miejsce bardziej doświadczonych i oczytanych kolegów. A rynek książki nikogo nie interesował, było wiele innych bardziej zajmujących spraw, więc znalazłem interesującą mnie niszę. Zresztą tak jest chyba do dzisiaj, rynek książki to malutka nisza dla pasjonatów.

W końcu postanowiłeś „pójść na swoje”. Firmę zarejestrowałeś w październiku 1999 roku. Dwadzieścia lat temu! To był dobry czas na zakładanie firmy?
Z punktu widzenia prowadzenia działalności gospodarczej – bardzo zły. Nie było wtedy żadnych ulg w składkach ZUS, okropna biurokracja, każdy dokument załatwiało się w innymi miejscu – gmina, urząd skarbowy, urząd statystyczny itd, na dodatek wszędzie kolejki, opłaty, buta urzędników… Natomiast z punktu widzenia biznesowego… każdy moment jest dobry, jeśli jest dobry pomysł, wiara w sukces, zaangażowanie. Od najwcześniejszych lat uważałem, że jeśli jesteś przekonany, że coś chcesz osiągnąć, to to osiągniesz. Wystarczą entuzjazm i ciężka praca, kapitał czy talent to już są tylko dodatkowe ułatwienia. Ja nie miałem żadnego kapitału i nic w początkowym okresie w firmę nie zainwestowałem. Sam robiłem redakcję, skład, wysyłkę. Drukowałem na małej cyfrowej maszynie w osiedlowej drukarni BEL Studio, siedząc przez cały czas, kiedy pracowała maszyna, żeby zabrać paczki i od razu je rozesłać.

W jakim otoczeniu wykluwała się Biblioteka Analiz? Pamiętasz jakieś przełomowe wydarzenia na rynku wydawniczym z tego okresu?
Ogromne perturbacje na rynku książki szkolnej, groźba upadłości Wkry, zmiany polityczne, reforma edukacji, polityczna walka o prywatyzację WSiP, upadłość kilku hurtowni i sieci księgarskich, jak MarKa czy Książka Szkolna. Był to bardzo trudny, ale ciekawy okres. Zapotrzebowanie na bieżące informacje, także takie zakulisowe, nieoficjalne, było bardzo duże.

Kto wymyślił nazwę firmy, która stała się jednocześnie nazwą dwutygodnika?
Nazwę wymyśliłem rok wcześniej, w 1998 roku, kiedy razem z Kamilem Witkowskim przygotowywaliśmy pierwsze wydanie „Rynku książki w Polsce”. Kamil dał logo, do dzisiaj będące symbolem firmy, ja nazwę, miał to być znak graficzny serii książek o rynku książki. Zanim założyłem własną firmę o tej nazwie wydaliśmy z Kamilem pod logo Biblioteki Analiz bodaj trzy tytuły.

Przypomnij początki dwutygodnika „Biblioteka Analiz”. Ile osób nad nim pracowało? Kim byli pierwsi odbiorcy? Prenumeratorzy?
Większość rzeczy robiłem sam, wspierała mnie Joanna Hetman, np. w robieniu korekty, w pisaniu tekstów. Chyba pierwszym prenumeratorem było wydawnictwo MakMed… Nie wiem, skąd się o nas dowiedzieli, bo przecież nie było żadnych mailingów, internetu… Wziąłem katalog Centrum Informacji o Książce i rozesłałem pocztą oraz faksem kilkaset druków zamówienia prenumeraty. Nie spodziewałem się dużego odzewu, tymczasem już pierwszy numer drukowałem w liczbie ponad stu egzemplarzy! Byłem zaszokowany, w pierwszym miesiącu działania zaksięgowałem 33 tys. zł przychodu, a nie miałem przecież nic. Komputer w pokoju i ośmiostronicowy biuletyn. Drugi numer miał już 12 stron.

Na początku „Biblioteka Analiz” nie miała redaktora naczelnego. Była natomiast Rada redakcyjna. Dlaczego właśnie tak? I kto był w radzie?
Pracowałem wtedy w „Rzeczpospolitej”. Miałem wiele rozmów zarówno z moim kierownikiem, jak i redaktorem naczelnym, bo potrzebowałem ich zgody na tego typu działalność, w jakimś sensie konkurencyjną do tego, co robiłem na etacie. Dostałem zgodę, ale z przykazaniem, żeby nie łączyć pracy dziennikarza z biznesem. Nie jest to możliwe, bo w przypadku jednoosobowej działalności gra się na kilku instrumentach, nie można uniknąć konfliktu interesów. Ostatecznie zrezygnowałem z etatu w dziale kultury „Rzeczpospolitej”, ale to było chyba jakieś dwa lata od uruchomienia „Biblioteki Analiz”, kiedy już wydawałem także „Magazyn Literacki KSIĄŻKI”. A zatem nie bardzo mogłem i nie bardzo chciałem być redaktorem naczelnym, stanowisko, wizytówka, pieczątka, to są sprawy trzeciorzędne, albo żadne. Miałem Radę Redakcyjną, byli w niej: Andrzej Chrzanowski, Tadeusz Żochowski i Piotr Dobrołęcki, potem dołączył do nas Andrzej Nowakowski. Spotykaliśmy się regularnie u Andrzeja Chrzanowskiego i rozmawialiśmy przez wiele godzin – bardziej o rynku, niż o kolejnych numerach, ale wszyscy mieliśmy poczucie, że robimy coś nowego, ważnego dla branży.

Jak na pomysł zareagowało środowisko? W końcu byłeś pionierem, który próbował zdefiniować polski rynek książki…
Pionierzy mają trudne życie, muszą zbudować drogę, przedrzeć się przez obcy teren, wytyczyć szlak, ale za to mają nagrodę – mogą zagospodarować dziewiczy teren. Środowisko reagowało różnie, bo to był trudny czas, zaczynały się tworzyć coraz silniejsze podziały ideowe, polityczne, wybuchła afera Rywina, dużo mówiło się na temat wolności mediów, roli dziennikarstwa… Byli tacy, którym przeszkadzało, że pracuję w „Rzeczpospolitej”, w tej grupie pierwsze skrzypce grał Rafał Grupiński. Dla mnie obsesyjny typ, wyrósł ze świata wydawniczego by potem własne gniazdo kalać, że przypomnę jego późniejsze działania związane z takimi projektami jak darmowy podręcznik czy brak wsparcia dla zerowej stawki podatku VAT na e-booki i preferencyjnej stawki VAT na książki itd. Oczywiście, miałem też bardzo wiele wsparcia. Ale najważniejsze, że pismo się rozwijało, w szczytowym momencie mieliśmy ponad 1,9 mln zł rocznego przychodu.

Moje zdanie na temat pozycji Biblioteki Analiz nie będzie obiektywne, przywołam natomiast fragment z książki Bogdana Klukowskiego i Marka Tobery „W tym niezwykłym czasie. Początki transformacji polskiego rynku książki (1989-1995): „Dorobek autorski i wydawniczy Biblioteki Analiz budzi uznanie. (…) Dla badaczy i praktyków te publikacje są bardzo istotne, zwłaszcza że nie ma innej placówki, której wysiłkiem i nakładem ukazywałoby się tyle cennych informacji traktujących o branży wydawniczej”. Warto pamiętać, że już wtedy działał Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej. Postawiłeś się więc państwowemu ośrodkowi badawczemu i oficjalnym statystykom. Co Cię skłoniło do tego, że podważałeś wiarygodność jego metod badawczych i narzędzi?
– Działało też Centrum Informacji o Książce, które w pewnym momencie się rozsypało i przejęliśmy część ich prac – np. tworzyliśmy bazy wydawnictw, księgarń, bibliotek, a nawet przez kilka lat bazę books-in-print książek szkolnych. To były znaczące projekty, bez żadnego dofinansowania przynosiły dochód, wartość sprzedaży tych baz w tamtym czasie przekroczyła 270 tys. zł. Co się zaś tyczy Biblioteki Narodowej, to zawsze budziła mój respekt. Rozbieżności wynikały z ówczesnej bardzo archaicznej metodologii pozyskiwania informacji o książkach dla potrzeb narodowej statystyki. Do statystyki trafiały tylko te tytuły, które fizycznie trafiły do Biblioteki Narodowej wraz z podaną informacją o ich nakładzie. Mimo, iż Ustawa o egzemplarzu obowiązkowym nakładała na wydawcy obowiązek wysłania wydrukowanej książki oraz podania informacji o jej nakładzie, to wielu zwyczajnie miało to gdzieś. Nie wysyłali, albo wysyłali raz na kilkanaście miesięcy całą produkcję, np. 300 tytułów. Z informacją o nakładach było jeszcze gorzej, bo chyba nikt rzetelnie nie zgłaszał dodruków. A ja miałem bieżące informacje spływające z ankiet i z badań rynku, więc widziałem, ile jest dziur w oficjalnej statystyce. Myślę, że moje ówczesne artykuły w żaden sposób nie szkodziły Bibliotece Narodowej, przeciwnie – przyczyniły się do tego, że dzisiaj system informacji o książce jest dużo bardziej szczelny i wiarygodny, choć wciąż są problemy z określeniem łącznych nakładów, bo część wydawców traktuje takie informacje jako tajemnicę handlową.

Wiele osób pamięta gorącą debatę w 2009 roku z Twoim udziałem i pracowników Biblioteki Narodowej na temat badań czytelnictwa. Po dziesięciu latach wciąż podnoszony jest ten temat, bo wiele osób nie wierzy w ciągle utrzymujący się niski stan czytelnictwa, kiedy liczby ze sprzedaży temu przeczą. Dlaczego Twoim zdaniem narodowa książnica idzie dalej w zaparte?
– Nie stawiałbym problemu w taki sposób. Biblioteka Narodowa w zakresie badań czytelnictwa korzysta ze wsparcia dedykowanych badaniom niezależnych ośrodków. Być może pytania kwestionariusza nie są dość otwarte, być może ośrodek badawczy nie potrafi sobie z tego typu ankietami poradzić? Nie wiem, ale badania Polskiej Izby Książki przyniosły wiele ciekawych i nowych informacji o zjawiskach, które Bibliotece Narodowej umykały. Myślę, że dla dobra wiedzy o książce wszyscy zainteresowani powinni ze sobą blisko współpracować, a nie obrażać się, że ten, czy tamten, zebrał inne opinie. Forma pytania bywa decydująca, ważniejsza od grupy docelowej. Zawsze chciałem żeby Biblioteka Analiz współpracowała z Biblioteką Narodową, Polską Izbą Książki i innymi organizacjami branżowymi. Sam też przez kilka lat starałem się wspierać PIK, będąc w różnych organach tej organizacji.

Wspomniani wcześniej Bogdan Klukowski i Marek Tobera piszą wręcz o Twoim monopolu: „Gołębiewski w ciągu kilku lat skupił w swojej spółce wszystkie liczące się tytuły papierowej branży książkowej”. Ich zadaniem to precedens w dziejach rodzimej prasy branżowej, że wydawcą periodyków (poza bibliotekarstwem) w dobie krystalizacji przemian jest firma prywatna. Ciekawe, że ani SKP, ani PIK nie posiadały swojego czasopisma, wzorem niemieckiego „Börsenblatt”, wydawanego przez związek Börsenverein…
SKP miało swój tytuł – „Wiadomości Księgarskie”. Biblioteka Analiz przejęła wydawanie tytułu, bo SKP nie było w stanie poradzić sobie z finansowaniem choćby jednego zeszytu rocznie. Natomiast w PIK za dużo było sprzecznych ambicji, poza tym były lata, kiedy w Radzie PIK zasiadali Cezary Kurowski i Grzegorz Majerowicz, a każdy z nich miał własne pismo o książkach. Nie było wzajemnego konsensusu, pomysłu na wspólne pismo, spiritus movens i pomysłu na finansowanie, choć warto przypomnieć, że raz – incydentalnie – ukazał się łączony numer „Megaronu” i „Notesu Wydawniczego”. „Megaron” upadł, a „Notes Wydawniczy” został przejęty przez Bibliotekę Analiz, tylko że to już było za późno, żeby uratować pismo, które nie miało ani redakcji, ani reklam, ani prenumeratorów. Krzysztof Jaśkiewicz, który redagował „Notes” właściwie porzucił i tytuł, i swój zespół.

Jesteś twórcą pierwszego rankingu największych wydawnictw. W komentarzu w „Rzeczpospolitej” z 27-28 stycznia 1996 roku wspominasz, że część wydawców odmówiła wówczas podania informacji o swoich wynikach sprzedaży. Z czasem udawało się zdobyć ich zaufanie, chociaż jednak nie wszystkich. Dziś nadal pojawia się problem z pozyskiwaniem danych bezpośrednio od wydawców na potrzeby analiz branży wydawniczo-księgarskiej. Z czego Twoim zdaniem wynika niechęć właścicieli firm wydawniczych czy dystrybucyjnych? Przecież w innych krajach, np. w Niemczech, wydawcy są bardziej skorzy do udzielania informacji, rozumieją potrzebę takich rankingów i takich badań nad rynkiem książki.
Kiedyś to była obawa przed konkurencją. Dzisiaj – wydaje mi się, że to jest już kwestia braku odpowiedzialności, może braku zainteresowania czymkolwiek poza własnym podwórkiem. Rynek książki jest strasznie zabałaganiony przez fatalną rabatową politykę handlową ostatnich lat. Nie dziwię się, że niektórym wydawcom już się nie chce być częścią środowiska – bo tak odbieram brak współtworzenia informacji o książce. Mi też się odechciało, dlatego po ponad 25 latach pracy porzuciłem temat rynku książki.

Jak zdobywałeś informacje, m.in. do rocznika o rynku książki w Polsce? Nie było przecież tak łatwo jak teraz, kiedy są e-maile, internet, łatwy dostęp do wyników finansowych.
Przez telefon i faks. Wbrew pozorom było łatwiej. Było znacznie mniej wydawnictw, mniejsze rozdrobnienie, nie było sprzedaży wysyłkowej, nie było systemów informacji prawnej i biznesowej, wszystko było prostsze, łatwiej było zdefiniować, kto jest wydawcą i co jest książką. Dopiero media elektroniczne, bazy w rodzaju „Lex Polonica” czy „Lex”, wydawnictwa wymiennokartkowe, e-booki i internet zaburzyły prosty obraz rynku. I choć później miałem teoretycznie prostsze, bardziej wydajne narzędzia komunikacji, to wcale nie było łatwiej. Zwłaszcza, że wciąż miałem problem metodologiczny – gdzie kończy się książka, a zaczyna inna forma przekazu? Czy wymienne kartki to książka czy prasa? Czy system informacji prawnej online to książka czy baza danych? Prosty sposób klasyfikacji przez numery ISBN nie na wiele się zdawał, bo większość nowych form publikacji posiadało numer ISBN, choć i tu brakowało konsekwencji, a może wiedzy… Trzeba było ciągle weryfikować informacje wstecz. Miałem taki arkusz, który nazywałem „supertabelą”, a w którym było ok. 7500 pól tylko z informacjami o przychodach wydawnictw w kolejnych latach. Miałem dziesiątki segregatorów, wydruki z „Monitora Polskiego B”, wreszcie osobno dane o tytułach, nakładach, liczbie pracowników, profilu, dystrybucji etc. Im dalej w las, tym więcej drzew. Około 2014 roku miałem już wszystkie dane w arkuszach z odpowiednimi regułami matematycznymi do zliczania danych, ale tych było tak dużo, że nie dawałem sobie rady z uzupełnianiem pól. Zwłaszcza, że poza danymi oficjalnymi, prowadziłem też zapisy danych nieoficjalnych, uzyskanych od dystrybutorów czy z innych źródeł informacji. Przykładowo Piotr Marciszuk z wydawnictwa Stentor nigdy nie podawał żadnych danych o swojej działalności, więc trzeba je było ściągać od dystrybutorów. O ile to było do zrobienia z tradycyjnym obrotem książką, to w przypadku sprzedaży wysyłkowej, a szczególnie abonamentowej, byłem skazany wyłącznie na dane ankietowe i „Monitor Polski B”.

Byłeś świadkiem narodzin gwiazd wydawniczych i upadków wielu firm z dużym potencjałem. Jakie wydarzenia zapadły Ci najmocniej?
Upadłość MarKi, bo rodzina Kaniorów to byli moi przyjaciele. Ania Kanior zmarła kilka lat temu, ale wciąż mam ją w pamięci. To byli ludzie pełni zapału, wiary, dobrych chęci… i nagle wszystko im się rozsypało, zostali bez majątku, z długami i otoczeni wrogością wierzycieli. Podczas mojej działalności biznesowej nie raz straciłem pieniądze tu, czy tam, bo ktoś nie płacił, potem ogłosił upadłość. I myślę, że zawsze w takich sytuacjach trzeba najpierw uruchomić empatię, a potem złość, że się straciło pieniądze. Pieniędzy nie można jeść, a ja nigdy nie zapomnę gościnności rodziny Kanior i wspaniałych dań, które wyczarowywała Marysia, a także serdeczności Staszka. Ludzie są ważniejsi niż stracone pieniądze. Upadłość MarKi kazała mi inaczej spojrzeć na wiele osób w branży, na brak pomocy wzajemnej, solidarności, czy zwykłej ludzkiej dobroci. Oczywiście, nie generalizuję, ale wilków, które chciały zagryźć porzucone owce nie brakowało. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy żałować każdego, kto źle poprowadził swój biznes. Matrasa nie żal mi ani trochę, dziwię się nie temu, że upadli, lecz, że tak długo trwali w nieuczciwości. Każdy przypadek firmy i jej drogi biznesowej jest inny, tak jak każdy człowiek jest inny.

W 2007 roku dałeś się poznać z innej strony – jako pisarz. Ukazała się wtedy powieść „Xenna moja miłość”. Łącznie masz już na koncie dziewięć powieści i wiem ze swoich źródeł, że szykujesz kolejną. Bardzo dobrze przyjęte zostały Twoje eseje: „Śmierć książki | No Future Book” (2008), „E-książka | book. Szerokopasmowa kultura” (2009) i „Gdzie jest czytelnik?” (2012). Ale od pewnego czasu w centrum Twojego zainteresowanie nie jest już książka…
Nie jest w kręgu moich zainteresowań rynek książki, bo z miłości do książki nigdy się nie wyrasta, najwyżej niektórym trudno dorosnąć. Zajmuję się teraz rynkiem alkoholi i recenzowaniem alkoholi. Wydaję czasopismo o mocnych alkoholach, prowadzę szkolenia, wykłady, degustacje, piszę książki o alkoholach, czasami wydaję jakieś książki, prowadzę serwis Spirits.com.pl. Ale do mojego nowego biznesu, który nazywa się Aqua Vitae, przeniosłem wszystkie dobre doświadczenia z lat pracy w „Rzeczpospolitej” i w Bibliotece Analiz. Z jednej strony to rzetelność dziennikarska, nie pisać na zamówienie, ani źle, ani dobrze. To jest bardzo ważne, bo autorytet w każdej branży oparty jest na wiarygodności. Po drugie, pisać ciekawie, informować jak najwięcej, jak najczęściej. Skopiowałem wiele pomysłów z Biblioteki Analiz. Mam codzienny newsletter, media społecznościowe, układ treści i metody dystrybucji mojego czasopisma o mocnych alkoholach przypomina wzorce z „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”, który był mi zawsze równie bliski jak dwutygodnik „Biblioteka Analiz”. Przyznajemy nagrody branżowe, organizujemy konkursy. Różnicą jest dodatkowo klub towarzyski, degustacyjny, Spirits Tasting Club, w ramach którego spotykam się z grupą około dwustu klubowiczów na spotkaniach degustacyjnych. Pewnie taki klub czytelniczy dzisiaj byłby nie do stworzenia, zwłaszcza, że za udział w każdej imprezie klubowej trzeba płacić. Ale czytanie ma wymiar prywatny, osobisty, a spożywanie alkoholu to element kultury biesiadowania, a więc wspólnotowej.

Zapewne na początku zakładania firmy Biblioteka Analiz był ogromny zapał, wiele marzeń, wiele wizji… Czy po tych dwudziestu latach działalności na różnych płaszczyznach, i trochę już z perspektywy spoza branży, możesz stwierdzić, że było warto?
Oczywiście. To były bardzo ważne lata mojego życia. Pewnie najlepsze lata w sensie aktywności fizycznej i intelektualnej. Każdy etap tego okresu, to była nauka różnych nowych rzeczy. Książki, pisarze, wydawcy, księgarze – wspaniali ludzie, mądrzy, potrafiący dzielić się wiedzą. Poznałem i rozmawiałem z moimi ulubionymi pisarzami – Günterem Grassem, Mario Vargasem Llosą, Carlosem Fuentesem, Jose Saramago, Gao Xingijanem, Stanisławem Lemem, Czesławem Miłoszem. Oczywiście, że było warto. Jako nastolatek marzyłem o tym, że będę zawodowo zajmował się książką i te marzenia się spełniły. A nawet rzeczywistość przerosła młodzieńcze wyobrażenia, bo dojrzewając w latach PRL miałem ograniczoną wyobraźnię, jak mawiał klasyk „byt określał świadomość”. Bardzo było warto!

Jak teraz patrzysz na te 30 lat wolnego rynku książki?
Z jednej strony wykorzystaliśmy potencjał, jakim jest tych 40 mln lub więcej osób mówiących w języku polskim. Mamy najmocniejszy rynek w tej części Europy. Mamy świetnych wydawców, redaktorów. Z drugiej, trafiliśmy w ostatnich latach na ogólnocywilizacyjne bariery wzrostu, z którymi słabo sobie radzimy. Najgłupszą możliwą walką o czytelnika były obniżki cen książek. Cyfryzacja wymusiła też znaczne cięcia kosztów po stronie redakcji, tłumaczeń, korekt – generalnie jakość książki drukowanej, podobnie jak prasy, pauperyzuje się. Jeszcze wydawcy profesjonalni są w stanie konkurować z amatorami, którym wpadły w ręce narzędzia do transmisji treści, ale już nie na każdym polu, a każdy utracony fragment rynku rodzi kolejne biznesowe problemy i nakręca spiralę oszczędności, przy i tak minimalnej marży. Myślę, że wiele inwestycji poszło w złym kierunku – w zakup praw, w druk zbyt wysokich nakładów. W rezultacie mamy duży problem nadpodaży. Może to jakieś odreagowanie po latach niedoborów w PRL, ale czas się otrząsnąć. Zamiast w nowe tytuły lepiej inwestować w czytelnika. W dotarcie z informacją o książce, w jakieś formy zachęty, programów lojalnościowych, aktywizujących. To się dzieje, ale wciąż jest to poniżej procenta budżetów wydawnictw. Za mało.

Wciąż czujesz się punkiem?
Nie bardzo. Czasami wpadnę na jakiś koncert, ale bardziej ze względów towarzyskich, niż z ciekawości muzyki. Zacząłem interesować się punk rockiem w 1983 roku. Nie marzyłem wtedy, że kiedyś zobaczę na scenie te wszystkie zespoły, których wtedy słuchałem – Sex Pistols, UK Subs, Stifflittle Fingers, Vice Squad, Cockney Rejects, Vibrators, itd., itp., ale wszystko to zobaczyłem. Napisałem kilka książek z punk rockiem w tle. Świetnie się bawiłem. Ale mam prawie 50 lat. Bunt mi się ustatecznił, brzuch urósł. Nadal wierzę w pewne zasady subkultury punk – pomoc wzajemną, nieufność do polityki, władzy, aparatu prawa i porządku. Wolność szanuję bardziej niż pieniądze. Ale z wiekiem bardziej cenię sobie wolne godziny spędzane w towarzystwie moich kotów, niż na punk rockowych festiwalach. Mam dużo kotów, a bardzo mało wolnego czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

13 lipca 2019 o godz. 13:19

Potopowa burza nad Warszawą

66851713_10156660502088152_4162044277301444608_o

Potworna ulewa, niebo się urwało, potop. Pogoda jest coraz mniej stabilna, prognozy na kolejne lata są bardzo złe, a myślę, że i tak rzeczywistość przerośnie prognozy i lodowce roztopią się dużo szybciej, a upały staną się nieznośne. Kto wie, może jeszcze tego dożyję…

9 lipca 2019 o godz. 23:39

Recenzja – Grappa

Przed autorem jakiejkolwiek publikacji na temat grappy stoi zawsze nie lada wyzwanie. Wiąże się to przede wszystkim z niesławnymi skojarzeniami jakie budzi sam trunek. Do tej pory na grappę patrzono w dwójnasób, choć w obu przypadkach negatywnie – z jednej strony kuriozum turystyczne przywiezione z wojaży, z drugiej tania berbelucha, po której musi boleć głowa. Z myśleniem tym stereotypowym, ale mającym w sobie ziarno prawdy – bo gros grapp przez długi czas, niestety, nie szło w parze z jakością – zrywa najnowsza książka Łukasza Gołębiewskiego, swoiste opus magnum, będące efektem trzyletnich badań. Śledzi ona zawiłą drogę, jaką grappa przebyła od ludowego, wręcz ludycznego bimbru, aż do wkroczenia na salony poprzez swoje bardziej wykwintne odmiany jak vecchia czy riserva. Autor podróżuje więc od rodziny do rodziny i dowiaduje się niuansów nie tylko produkcji, ale pasji, jaką w danej, wielopokoleniowej oczywiście familii zaszczepił pradziadek czy nawet prapradziadek. Mimo, że książka jest autorstwa Łukasza, często staje on z tyłu, z boku i pozwala mówić swoim rozmówcom, a Ci mają wiele do powiedzenia. Uważny czytelnik dowie się, w jakich porach zbierane są wytłoki, czy są mieszane czy nie, o specyfice drożdży, całe know-how jest na kartach tej książki, a każdy z rozmówców aż się wyrywa, żeby się pochwalić, że tylko u nich jest taka aparatura, tylko u nich wprowadzono i opatentowano technologię przechowywania wytłoków, czy wreszcie tylko oni macerują w grappie czarne oliwki. Żeby nie wspomnieć, że u nas fermentuje się dobrze, a gdzie indziej niekoniecznie. Jakże rodzinnie i włosko, nieprawdaż? Bo grappa to nie tylko lakierowaty bimber praprapradziadka, ale pasja i rodzina, czyli Włochy w pigułce, a raczej w kieliszku.

5 lipca 2019 o godz. 17:53

Rynek książki to nisza dla pasjonatów

W numerze 500 dwutygodnika „Biblioteka Analiz” ukazała się obszerna rozmowa z Łukaszem Gołębiewskim, który wspomina lata swojej pracy na rynku książki. Rozmawia Ewa Tenderenda-Ożóg.

5 lipca 2019 o godz. 17:44

500 x „Biblioteka Analiz”

BA500

Ukazał się numer 500 „Biblioteki Analiz”. Ile to lat? Dwadzieścia. O rany, ile się przez ten czas zmieniło, we mnie, wokół mnie, na świecie. Stało jeszcze World Trade Center. Żył jeszcze Joe Strummer. Nie miałem ani jednego kota. Byłem dziennikarzem w „Rzeczpospolitej”. Nie było sztywnych łącz internetowych, ani smartfonów. Nie było Facebooka, nikt nie znał Google, ani Wikipedii. Książki kupowało się w księgarni, nie na Allegro czy w Amazonie. Nie było masy rzeczy, bez których dzisiaj nie potrafimy żyć. A jednak wcale tak wiele się nie zmieniło. W „Bibliotece Analiz” nr 500 duży wywiad ze mną, a także wypowiedzi moich przyjaciół i współpracowników, którzy z sympatią wspominają jak dwadzieścia lat temu tworzyłem firmę i pismo. Nie pozostaje nic innego, jak podziękować za miłą laurkę. Jestem dziś niby daleko, ale wciąż blisko.

4 lipca 2019 o godz. 23:05

Rady dla pijaków

„Nie zadawaj się z abstynentami. Spójrz na budżet państwa, a zrozumiesz, że są to wywrotowcy. (…) Trzeźwość jest stanem przejściowym” ~Julian Tuwim

4 lipca 2019 o godz. 17:52

Superbohaterka

7887895.3

W kinach „Anna” Luca Bessona, dla mnie najlepszy jego film od czasu „Leona zawodowca”. Tytułowa bohaterka jest elitarną, choć młodą stażem, agentką KGB. Wyrwała się z nędzy, beznadziei, narkotyków. Ale ona chce czegoś innego niż krzyż zasługi Związku Radzieckiego, ona chce wolności. Świetnie poprowadzona narracja, retrospektywy, zatrzymane i powracające ujęcia. Piękne kobiety, akcja, mordobicie i strzelaniny, dużo krwi, dużo seksu i przemocy, a w tle rywalizacji między KGB i CIA niedorzeczny świat mody, jako metafora targowiska próżności. Bohaterka ma gdzieś nie tylko ordery, ale też blichtr i światła fleszów. Niby wszystko idzie jak po sznurku, ale Besson przygotował dla widza niespodziewane zwroty akcji i mocne zakończenie. Dziwią mnie słabe recenzje tego filmu, bo widz otrzymał pierwszej klasy kino akcji, dobrze zagrane, dobrze opowiedziane. A że przy okazji jest masa kiczu, scen nieprawdopodobnych rodem z komiksów Marvela, to akurat zupełnie nie przeszkadza i wpisuje się w styl narracji reżysera. Warto iść do kina.

3 lipca 2019 o godz. 12:29

Grappa (2019)

Grappa cover

Nakładem M&P ukazała się książką Łukasza Gołębiewskiego pt. „Grappa”. Przedstawiono w niej historie grappy, technologię produkcji, rodzaje grappy oraz wszystkich znaczących producentów.

3 lipca 2019 o godz. 12:21

Książka o grappie

Grappa cover

Nakładem M&P ukazała się książką Łukasza Gołębiewskiego pt. „Grappa”. Przedstawiono w niej historie grappy, technologię produkcji, rodzaje grappy oraz wszystkich znaczących producentów.

25 czerwca 2019 o godz. 17:03

Zadymiarze – rzecz o punku w Radomiu

zadymiarze

Nakładem wydawnictwa Jirafa Roja ukazała się właśnie najnowsza książka Grzegorza Bartosa „Zadymiarze. Republika i UK Subs w RZO Radoskór”. Koncert z lutego 1983 roku jest dla autora okazją do podróży w przeszłość, odwiedzenia starych załogantów, dawnych radomskich punków, którzy opowiadają o sobie, o swoim pokoleniu, o muzyce, marzeniach i twardej rzeczywistości.

20 czerwca 2019 o godz. 13:09

Straszna Euforia

euforia-nowy-kontrowersyjny-serial-hbo

Media trąbią o nowym serialu HBO, „Euforia”. Że bezecny, pornograficzny i szkodliwy dla równowagi psychicznej. To postanowiłem obejrzeć pierwszy odcinek. Nie takie rzeczy pokazywali i będą pokazywać. Popłuczyny po „Trainspotting”, które dla odmiany okrzyknięto arcydziełem. Jak pisał Ignacy Karpowicz, „Czy to ma znaczenie, co wzrusza? Arcydzieło czy szmira? Wzruszenie jest takie samo”.