Wydana pod nieco filmowym tytułem mikropowieść "Franz i Aleksander 2: Ostatni lot" to już trzecia książka w dorobku dzisiaj 25-letniego Łukasza Gołębiewskiego, dziennikarza "Rzeczpospolitej". Gołębiewski zadebiutował w roku 1990, opublikowanym na łamach prasy literackiej, opowiadaniem "W drodze do celu". W tym samym roku ukazał się zbiór jego opowiadań "Naprzód. symbole, kolory i rytmy", natomiast w 1993 roku mikropowieść "Franz i Aleksander".
"Franz i Aleksander 2: Ostatni lot" tylko z pozoru wydaje się przynależeć do tego gatunku piśmiennictwa, który określamy mianem beletrystyki. W rzeczywistości utwór Gołębiewskiego jest czymś pośrednim między tekstem science fiction a esejem filozoficznym czy nawet historiozoficznym. Sprowadzona do minimum fabuła rozgrywa się w futurologicznej scenerii, od akcji ważniejszy jest jednak dyskurs, który wiodą ze sobą sceptyk i materialista Franz oraz optymista i idealista Aleksander. Forma dialogu sprawia, że czytelnik źródeł inspiracji Gołębiewskiego może doszukiwać się w dialogach Platona czy dysputach, jakie na kartach "Czarodziejskiej góry" Tomasza Manna toczą Naphta z Settembrinim. Nie jest to jednak jedyny trop interpretacyjny. Tekst Gołębiewskiego da się jeszcze lepiej powiązać z dziełami Oswalda Spenglera, Ortegi y Gasseta czy Mariana Zdziechowskiego, w których została przedstawiona katastroficzna wizja cywilizacji i kultury.
Gołębiewski próbuje dociec, jakie jest urządzenie współczesnego świata. Jego wnioski są pesymistyczne. Ludzkość wydaje się być na wieki skłócona: z jednej strony są ci, którzy rządzą, z drugiej - ci, rządzeni; z jednej ci, którzy mają, z drugiej - ci, którzy nie mają. Inaczej jeszcze mówiąc: z jednej strony biedni, z drugiej bogaci. Dla Gołębiewskiego oczywisty jest krach wszelkich utopii, ale zastanawia się on nad tym, czy społeczeństwo przyszłości kierować się będzie kolejnymi utopiami. I czy te nowe wizje skazane są z góry na niepowodzenie.
W swym profetycznym tekście Gołębiewski sugeruje, że przed społeczeństwem przyszłości staną nowe problemy, których namiastkę, i to nie byle jaką, mamy już dzisiaj. "Gwałtowny przyrost naturalny, skażone środowisko - to wyzwania, którym stary Marks nawet nie próbował stawić czoła" - pisze Gołębiewski nie bez ironii. Ale też właśnie te dwa zagadnienia będą najważniejszymi, jakie trzeba będzie rozwiązać. Grozi nam głód, brud, przeludnienie. W tym kontekście postęp okazuje się, paradoksalnie, świadomym aktem zbiorowego samounicestwienia.
Rozważania Gołębiewskiego z zakresu polityki, socjologii i ekonomii prowadzą do dość defetystycznych wniosków. Wizja społeczeństwa doskonałego, której apologetą jest Aleksander - stojący na czele fikcyjnej Światowej Rady ds. Zaprowadzenia Wolności, Równości i Braterstwa - okazuje się mrzonką, bo też niczym więcej okazać się nie miała szansy. Ale też końcowa scena, gdy Aleksander za namową Franza opuszcza Ziemię i wyrusza z nim w kosmos w poszukiwaniu tej jednej jedynej Arkadii, nie wydaje się być żadnym happy endem. Jest sarkastyczna, podobnie jak sarkastyczne są zamieszczone na końcu książki "Wiersze w maskach przeciwgazowych", w którym czytamy m.in. "Zamiast wierszy chętnie czytam kolumny cyfr/ bardziej pobudzają fantazję".
|