10 grudnia 2013 o godz. 19:44

„Przyszłość książki” z posłowiem Umberto Eco.

/wp-content/uploads/2013/12/Future-of-the-books-small

Czy książka ma przyszłość? Trwają gorące dyskusje na ten temat. Wielu nie ma wątpliwości, że drukowane książki, linearna narracja, biblioteki, księgarnie, wreszcie tradycyjni wydawcy zostaną zastąpieni przez elektroniczne dokumenty i instytucje. Eseje zebrane w tym tomie zdecydowanie wskazują inaczej.  Autorzy zastanawiają się nad przyszłością książki w kontekście wszechobecnej digitalizacji treści.
Głośna „Przyszłość książki” (The Future of the Book) pod redakcją Geoffreya Nunberga teraz ukazuje się po polsku nakładem Biblioteki Analiz. Posłowie napisał Umberto Eco, wprowadzenie do polskiego wydania: Łukasz Gołębiewski. Polskie wydanie w przekładzie Joanny Rzepy i Alicji Szatkowskiej zostało dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Poniżej pełen tekst wstępu do polskiego wydania

Najlepszy towarzysz w schronie atomowym

Dyskusja, która złożyła się na tę książkę, odbyła się w czasach, kiedy nie było jeszcze smartphonów, tabletów, e-czytników i elektronicznego papieru. Trudno w to uwierzyć, ale nie było nawet Google i Wikipedii, Web 2.0 i mediów społecznościowych. Internet i multimedia cyfrowe były w powijakach. A mimo to, zebrane tu głosy zachowują w pełni aktualność, stawiane diagnozy dotyczące przyszłości książki okazały się być zaskakująco trafne, okazuje się bowiem, że przyszłość książki wcale nie jest tak bardzo zdeterminowana nośnikiem (papierem) i technologią (drukiem) jak zwykliśmy sądzić. We współczesnych dyskusjach nad przyszłością książki być może zbyt mocno utożsamiamy ją z jedną tylko z jej form. Choć od publikowanej tu debaty nad przyszłością książki minęła ponad dekada, my wciąż jesteśmy mocno związani z wyobrażeniem książki jako zadrukowanymi stronicami zebranymi w kodeks.

Zebrane tu głosy naukowców, bibliotekarzy, lingwistów, historyków i literaturoznawców, są wyrazem troski o przyszłość książki. Nie wieszczą jej rychłego odejścia. Przeciwnie, dają nadzieję na to, że pomimo zmian technologicznych i cywilizacyjnych – książka przetrwa. Nie zastąpi jej hipertekst, spełniający inne role. Książka przetrwa jako ważny element kulturowej i twórczej wymiany, jako niepowtarzalna forma kontaktu między twórcą a odbiorcą, czytelnikiem. „Książka umacnia dialog społeczny”, dowodzi Patrick Bazin. A Umberto Eco zauważa, że: „Książki pozostaną nieodzowne nie tylko w przypadku literatury, lecz w każdym przypadku, który wymaga uważnej lektury oraz przemyśleń i refleksji na jej temat, a nie tylko dotarcia do informacji”. To wciąż jest aktualne, choć cyfrowy papier, e-ink, zmienił nasze wyobrażenie przynajmniej w zakresie czytania na ekranie.

Użytkowy charakter tekstu

O przyszłości książki zadecyduje jej użytkowy charakter, a także nasze – czytelników – potrzeby i upodobania. Słusznie zauważa Jay David Bolter, gdy pisze o tym że: „Niektóre grupy – niektórzy z naukowców, szczególnie w dziedzinie nauk ścisłych i społecznych, jak również biznesmeni i urzędnicy – przenoszą swoją lojalność w stosunku do drukowanych stronic na ekran komputera. Traktują komputer jak podstawowe narzędzie komunikacji werbalnej, a druk jako narzędzie drugorzędne bądź specjalistyczne. Jeżeli nasza kultura podąży za ich przykładem, zacznie kojarzyć z tekstem własności komputera (elastyczność, interaktywność, szybkość przesyłu danych), a nie książki drukowanej (stabilność i autorytet). Książki drukowane mogą nadal być obecne w dużych lub wręcz ogromnych ilościach, tak jak obecnie, lecz mimo to utracić swój status symbolu definiującego komunikację”. To ostatnie wydaje się być najważniejszym kryterium przy ocenie książki jako współczesnego medium. Na ile jeszcze jest elementem komunikacji – żywej wymiany myśli, a na ile staje się bibliotecznym reliktem, repozytorium wiedzy, symbolem dawnej kultury druku, ale i komunikacji?

Czy użytkowy charakter umiejętności czytania pozbawi nas przyjemności z obcowania z fabułą? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, gdyż jednak wciąż żyjemy w czasach fabularnych, a hipertekst funkcjonuje na obrzeżach kultury i komunikacji (może poza Wikipedią). A jednak technologia nieuchronnie prowadzi do zmniejszania się rangi informacji, a także działa literackiego czy naukowego. Łatwość publikowania jest dobrodziejstwem tylko dla grafomanów. Eco ma rację, gdy pisze, że książek jest za dużo, że nie ma co ich żałować, lepiej selekcjonować. Aby jednak mieć wybór, trzeba umieć rozróżniać. Czy naprawdę możemy się w pełni zdać na wyszukiwarkę Google, która wyręczy nas w dokonywaniu wyborów? „W obecnym momencie, kiedy nowe techniki pamięci mogą w nas budzić obawy przed niepokojącym nadmiarem śladów – prawdziwą zmianą skali w zbiorowym nagromadzeniu archiwów, jednocześnie pisemnych, dźwiękowych, wizualnych, jak i audiowizualnych – te same techniki w coraz większym stopniu zmniejszają ich ciężar, niemalże w tym samym tempie, ułatwiając zindywidualizowane wyszukiwanie” – przestrzega w swoim eseju Regis Debray.

Trudne prognozowanie

Zebrane w książce głosy prezentują różne stanowiska, ale swego rodzaju klamrą jest dla nich cytat z „Katedry Marii Panny w Paryżu” Wiktora Hugo, zdanie które wypowiada archidiakon Klaudiusza Frollo: „Ceci tuera cela” (to zabije tamto; książka uśmierci katedrę, alfabet uśmierci obraz). „Wiemy wystarczająco dużo o cela (książce), lecz nie do końca wiadomo, jak rozumieć ceci (komputer)” – pisze Umberto Eco i zaraz stawia pytania dotyczące tego rozumienia: „Jako narzędzie, które w coraz większym stopniu będzie pozwalać na komunikację przy pomocy ikon? Jako narzędzie, które umożliwia pisanie i czytanie bez użycia papieru? Jako medium, dzięki któremu można przeżyć niesamowite doświadczenia hipertekstowe?”. Pomimo upływu dekady odpowiedź na te pytania wciąż nie jest jasna, a dochodzą nowe, związane już nie tylko z hipertekstem czy czytelnictwem, ale z uczestnictwem społecznym poprzez takie narzędzia jak Facebook, Google+ czy fora Web 2.0, a także związane z konsekwencjami łatwości wyszukiwania treści i mnogością internetowych zasobów, wielkim śmietniskiem jakim stał się internet, po którym przewodnikiem jest algorytm wyszukiwarki Google. Mam wrażenie, że gdy mówi się o „inteligentnym internecie”, to pod znakiem zapytania stawia się inteligencję jego użytkownika.

Problemy z prognozowaniem pojawiły się już na samym początku epoki cyfryzacji książki. Jay David Bolter pisze: „Niemądrze byłoby podejmować próby przewidzenia zmian technicznych o więcej niż kilka lat naprzód. Wiele z argumentów wysuwanych przeciwko rozpowszechnianiu komputera jako techniki odczytu, dotyczy fizycznego rozmiaru ekranu komputera i jakości obrazu, który się na nim pojawia. Jednak nie wiemy, jak będą wyglądały komputery przyszłości: nie wiemy, jakiej będą wielkości, na ile będą przenośne, jak wygodne w użyciu i w jakim stopniu nadające się do pełnienia roli czytników. Jeszcze trudniej jest przewidzieć wpływ przemian technicznych na rzeczywistość społeczną i kulturową. Nie wiemy, czy czytelnicy w roku 2050 będą woleli komputery od książek drukowanych. Wybory dyktowane kulturą z pewnością utrzymują wysoki status książek i innych materiałów drukowanych w chwili obecnej. W przypadku większości krajów uprzemysłowionych druk można by dzisiaj z powodzeniem wyeliminować, jeśli autorzy i czytelnicy by się na to wspólnie zdecydowali. Większość czytelników nie jest dzisiaj przygotowana na zastąpienie swych książek komputerami, ale w przyszłości mogą zmienić zdanie. W historii piśmiennictwa niektóre techniki i technologie zostały niemal całkowicie wyparte z użycia. W starożytności forma kodeksu praktycznie wyeliminowała formę zwoju. Pergamin zastąpił papirus w Europie wieków średnich. Najczęściej chyba dochodzi do sytuacji, w której nowa technika przejmuje jedną z funkcji istniejącej już techniki, pozostawiając jej funkcje pozostałe. Druk wyparł pismo ręczne w rozpowszechnianiu większości typów tekstów, lecz nie doprowadził do całkowitego wyeliminowania pisma. Technologia elektroniczna już przejęła niektóre z funkcji należących do tej pory do druku lub pisma ręcznego (komunikacja biznesowa, księgowość, archiwizacja, i tak dalej) i wydaje się prawdopodobne, że przejmie kolejne. Nie można jednak przewidzieć, czy istnieją funkcje, które na zawsze pozostaną w domenie książki drukowanej”. Amazon i Kindle w XXI wieku dowiedli, że w domenie książki drukowanej pozostała już tylko wartość materialna. Ta ma jednak wymiar kolekcjonerski, być może prestiżowy, ale straciła swoją utylitarną pozycję.

Przyszłość bibliotek

Swój bardzo interesujący wykład Patrick Bazin poświęca najbliższej sobie problematyce – przyszłości bibliotek. „Bibliotekarze sami będę musieli dokonać własnej rewolucji kopernikańskiej, zamiast trzymać się kurczowo technik, które przemysł multimedialny i tak stopniowo im odbiera. Będą musieli zostać, a raczej ponownie stać się, pośrednikami wiedzy” – pisze. Biblioteka przyszłości, to miejsce, które ułatwia poruszanie się w nadmiarze informacji. „Zarządzanie biblioteką, które tradycyjnie polegało na sztuce klasyfikacji, staje się sztuką tworzenia przejść”. Jest też „trzecią przestrzenią”, miejscem, w którym można się spotykać w wolnym czasie – nie koniecznie po to, by czytać. „Wbrew temu, co głoszą utarte komunały, biblioteka jest nie tylko miejscem odpowiednim do medytacji, przygnębiającą skamieliną pamięci czy też reakcyjną, liniową kolumnadą wiedzy. Biblioteka nigdy nie przestała być środowiskiem dynamicznym, a dowodem na to jest nieustanna reorganizacja przestrzeni i katalogów, jak również nieustanne przemiany zachodzące w strukturze użytkowników i ich potrzeb”. I dalej Patrick Bazin pisze: „Biblioteki będą w rezultacie nadal odgrywać ważną rolę, zdecydowanie wykraczającą poza zwykłe przechowywanie dziedzictwa. Będą musiały stać się miejscami nauczania i kształcenia, aby zapobiec pogłębianiu się przepaści pomiędzy tymi, którzy opanowali udoskonalone metody metaczytania a resztą społeczeństwa. Być może najważniejszym jest, że biblioteki pozwolą wszystkim obywatelom wspólnie ustanawiać – we względnym i wirtualnym kontekście – publiczną przestrzeń wiedzy, bez której wiedza przyswojona nie stanowi kultury”.

Trochę inaczej widzi sprawę Geoffrey Nunberg, który przestrzega przed zbarbaryzowaniem biblioteki zaśmieconej nadmiarem treści „Gdy tylko pojęcie zbioru nie jest dłużej ograniczone materialnie, zazwyczaj w naturalny sposób poszerza się w nieskończoność. Oczywiście zawiera wiele z tego, co większość czytelników uznałaby za trywialne i efemeryczne. Kiedy burzy się mury biblioteki, nie powinno się dziwić, że czytelnia zapełnia się ludźmi z ulicy”. 

Do miejsca biblioteki jako wielkiego repozytorium i katalogu powraca Umberto Eco, niezwykle przywiązany do idei katalogowania. „Przekonaliśmy się już, że nadzieja iż komputery, w szczególności edytory tekstu, pomogą ocalić drzewa była przypadkiem myślenia życzeniowego. Komputery wspomogły produkcję materiałów drukowanych. Możemy wyobrazić sobie kulturę, w której nie będzie książek, a jednak ludzie będę funkcjonować wśród ton luźnych arkuszy papieru. Będzie to raczej nieporęczne i stworzy nowe wyzwanie dla bibliotek” – pisze w posłowiu Eco.

Przyjemność czytania

Wielu autorów zebranych tu esejów zwraca uwagę na komfort lektury, na różnicę między czytaniem na ekranie i na papierze. Nie bez znaczenia jest też umiejętność skupienia się na tekście, jakiej media elektroniczne nie są w stanie zapewnić. Dziś, w czasach tabletów, zdajemy sobie z tego sprawę zapewne lepiej niż przed dekadą. Lekturę na płaskim ekranie przerywają komunikaty o przychodzącej poczcie, nowych wpisach na Facebooku itp. Tymczasem, jak zauważa Carla Hesse: „Książka stanowi niespieszną formę wymiany. Jest trybem czasowości, w którym komunikacja społeczna nie jest pojmowana jako działanie, ale raczej jako refleksja nad działaniem. W rzeczy samej forma książki służy odroczeniu działania, poszerzeniu odstępu czasowego pomiędzy myślą a czynem, tworzeniu przestrzeni dla refleksji i debaty”. „Czytanie na ekranie komputera nie jest tym samym, co czytanie książki”, lakonicznie stwierdza Umberto Eco.

Geoffrey Numberg idzie jednak dalej w radykalnym potraktowaniu nowego medium, twierdząc że „komputer kładzie kres epoce informacji”. Kontrowersyjna to teza i być może jest właśnie na odwrót, warto jednak mieć ją w pamięci gdy traktujemy Google jako podstawowe narzędzie w poszukiwaniu wiedzy. Racjonalnie brzmi tu głos Jamesa J. O’Donnella, który zastanawia się nad rolą wydawcy, analizując zmieniającą się rolę księgi na przestrzeni wieków. „Wydawcy mają nadzieję, że w przyszłości nadal będę chętnie płacił za specjalne informacje, ale zastanawiam się, czy nie są zbyt optymistyczni, czy zbytnio nie przypominają Tritemiusza desperacko trzymającego się przestarzałej struktury społecznej. Jestem pewien, że gdy fale oceanu danych będą uderzać o moje drzwi, z chęcią zapłacę za pomoc w znalezieniu w tej powodzi informacji tych, których potrzebuję. Obecnie, spośród uczestników procesów produkcji, rozprowadzania i konsumpcji wiedzy, to właśnie bibliotekarze uczynili tę umiejętność swoją specjalnością” – pisze O’Donnell.

Na drugim biegunie jest prezentowane w książce stanowisko Paula Duguida – szlachetne, lecz naiwne – w którym zawiera się wiara w materialną magię zadrukowanych i oprawionych stronic. „Ołówek oraz zawiasy przetrwały techniczną czystkę dzięki rozwiniętej zaradności społecznej. Z tego też powodu możemy zakładać, że prosta, oprawiona książka okaże się równie wytrwała. Zamykana okładka, przewracane strony, złamany grzbiet, wydawana w seriach, niezmienny tekst, masywny, charakterystyczny format, poręczny rozmiar i tak dalej mają do zaoferowania swoje własne, głęboko zakorzenione i żywotne połączenie techniki i procesu społecznego, a także nie ustają w dostarczaniu niezrównanej, znaczącej materii” – przekonuje Duguid.

O przyjemności czytania można jednak przekonywać jedynie przekonanych, czyli tych, którzy czytają. Jest to grupa mała i coraz mniejsza, niczym ostatni obrońcy dawnej cywilizacji. A może jednak nie? Może należy sobie jasno powiedzieć, że wcale nie wszyscy muszą czytać, przeciwnie – że nasza historia i kultura wcale nas do tego nie predestynują, że czytanie było i będzie przywilejem elit. Jak zauważa Umberto Eco: „Możemy narzekać, że wielu ludzi spędza dnie na oglądaniu telewizji i nigdy nie czyta książek ani gazet, i z pewnością jest to problem społeczny i edukacyjny, lecz często zapominamy, że ci sami ludzie kilka stuleci temu oglądali co najwyżej kilka standardowych obrazów i byli całkowicie niepiśmienni”. Być może jest to bolesna prawda, że alfabetyzacja została nam sztucznie wpojona, ale w głębi świadomości wciąż pozostajemy analfabetami. Być może dlatego z taką łatwością dajemy się wyręczać maszynom, tym inteligentnym wyszukiwarkom, które zwalniają nas z trudnego obowiązku samodzielnego myślenia, szukania, analizowania, wyciągania wniosków, a jednocześnie zaspokajają jedną z podstawowych potrzeb – dzielenia się. Cóż w tym dziwnego, że dzielenia się paplaniną? Czy publikowanie postów na Facebooku tak bardzo różni się od wygłaszania jedynie słusznych racji przy kuflu rozgazowanego piwa?

Kultura bez książki

Przyszłość kultury bez książki niemal wszystkim wydaje się być barbarzyństwem. Wizja naszego dziedzictwa bez bibliotek, bez czytelników, bez ciągłości związanej z przekazem tekstowym przypomina manifest futurystyczny Filippo Tommaso Marinetti’ego, który wzywał: „Niechże więc nadejdą radośni podpalacze o zwęglonych palcach. Oto oni! Nuże! Kładźcie ogień pod szafy biblioteczne! Zmieńcie bieg kanałów, aby zatopić muzea! Co za radość widzieć pływające po wodzie, zdane na łaską fal, podarte i wypłowiałe dawne wspaniałe płótna. Chwytajcie za kilofy, za siekiery, za młoty i burzcie bez litości szacowne miasta!”. A jednak przynajmniej w części ciągłość zostaje naruszona – chodzi o ciągłość fabuły. Złożony z leksji hipertekst nie jest już zamkniętą opowieścią, nad którą autor sprawuje kontrolę. „Hipertekstualizacja nie tworzy elektronicznej książki, lecz elektroniczną bibliotekę” – zauważa – nie bez racji – George P. Landow. I dalej: „Hiperłącze elektroniczne, będące kluczowym elementem tej nowej techniki informacyjnej, umożliwia wieloliniowe lub wielosekwencyjne – nie nieliniowe – odczytania. Pozwalając czytelnikom na wybranie własnych ścieżek pomiędzy poszczególnymi zestawieniami leksji, hipertekst zasadniczo przenosi niektóre z przywilejów autora na czytelnika. Hipertekst, który domaga się nowych form czytania i pisania, może radykalnie zmienić nasze wyobrażenia na temat tekstu, autora, własności intelektualnej oraz wielu innych pojęć, począwszy od osobowości aż po edukację”.

A jednak, jak uważa ten sam autor: „Nie sądzę, by czytanie i pisanie powieści w tym nowym środowisku w jakikolwiek sposób zapowiadało śmierć fikcji literackiej. Podobnie jak kino i telewizja, które do pewnego stopnia zastąpiwszy narrację opartą o druk, nadal z niej czerpią, jak również na nią wpływają, e-powieść, szczególnie powieść hipertekstowa, jak można oczekiwać również będzie pozostawać we wzbogacającym związku z powieścią stworzoną dla świata druku”. Przynajmniej na razie tak jest. Nawet jeśli preferujemy czytanie na ekranie, to w sposób ciągły, fabularny. Wciąż nie wyobrażamy sobie żeby hipertekstowa powieść miała być czymś więcej niż peryferyjnym eksperymentem. Jak dotąd żaden autor narracji hipertekstowej nie tylko nie dostał literackiej nagrody Nobla, ale na dobrą sprawę żaden nie został nawet zauważony przez krytyków.

Pozostaje też pytanie o przyszłość dyskursu, zdominowanego przez media cyfrowe. Paul Duguid tylko częściowo ma rację gdy pisze, że: „nowe techniki są w stanie produkować wiadomości, ale obecnie przede wszystkim je reprodukują, zdając się w tym procesie na starsze, bardziej okrzepłe formy publiczne”. Te nowe techniki roszczą sobie pretensję do zajęcia równoprawnej pozycji w świecie mediów, nawet jeśli wyzbyte są „sita” w postaci: redaktora, korektora, wydawcy, jednym słowem, gdy są radosną twórczością, w dodatku często – przyznajmy to – reprodukcją, czy wręcz plagiatem. Nie jest też niestety prawdziwa obserwacja Geoffrey Nunberg, który pisze, że „podczas gdy absolutna liczba pisarzy i dokumentów miarowo wzrasta, współczynnik pisarzy do czytelników pozostaje relatywnie stały lub może nawet zmalał przez stulecia, podobnie jak czas, przez który przeciętny, opublikowany dokument pozostaje w obiegu”. Przeciwnie, w czasach Web 2.0 proporcje te uległy niebezpiecznemu zachwianiu, żart o byłym prezydencie Lechu Wałęsie, który – jak mówiono „jedną książkę przeczytał, dwie książki napisał”, odnosi się dziś do szerokich rzesz „autorów”, którzy publikują, nie czytając. Często nawet nie czytają odpowiedzi do własnych wyzewnętrznień. Pod względem pisarskim internet w czasach Web 2.0 stał się ekshibicjonistycznym dziennikiem, do którego wrzuca się zarówno tekst, jak i zdjęcia, filmy czy współrzędne GPS, wszystko traktując jako równorzędną informację zasługującą na uwagę. Miernikiem tej uwagi stały się „polubienia” na Facebooku. Uwaga to niestety sekundowa, bo tyle zajmuje kliknięcie na ikonę „like”. Oddając  Nunbergowi sprawiedliwość, trzeba przyznać, że zwracał uwagę na niską jakość publikowanych w sieci informacji (wytłuszczenie moje): „Niemalże nie istnieją bariery dla zamieszczania dokumentu w internecie, nawet minimalne wymagania, którym trzeba by było sprostać przed opublikowaniem „swoich doświadczeń, swego zażalenia, reportażu” za pośrednictwem tego czy innego organu wydawniczego. To prawda, wiele internetowych grup dyskusyjnych ma moderatorów, ale ich obowiązki zazwyczaj ograniczają się do kasowania przejawów naszych jawnych nieuprzejmości. W internecie nie ma silnego bodźca materialnego bądź ekonomicznego, który pomógłby wykluczyć pustosłowie lub odsiać zbyteczne wpisy, a zasięg i otwartość dyskusji oraz zainteresowań niespodziewanie stają na przeszkodzie monitorowaniu treści pod względem poprawności”. I dalej: „Nie ma już istotnych, materialnych limitów objętości dokumentów – możemy zmieścić w gazecie tyle treści, ile chcemy – lecz również o to, że jednocześnie zanikają granice wiadomości. Nie istnieje wydarzenie na tyle trywialne lub specyficzne, aby ktoś nie mógł go uznać za przydatne, nic nie musi zostać pominięte ze względu na brak miejsca”. I na koniec konstatuje: „Sieć jest wciąż elektronicznym odpowiednikiem zamkniętej społeczności przedmiejskiej i nie powinno dziwić, że zawiera mnóstwo przedmiejskiej paplaniny”.

Pytanie czy książka przetrwa wciąż zachowuje aktualność. I wciąż nie brakuje zarówno entuzjastów nowych technologii, którzy jak James J. O’Donnell gotowi są ogłosić: „Pomimo mojej pasji i miłości do książek, nie interesuje mnie troska o przyszłość książki. Książki są jedynie drugorzędnymi nośnikami kultury”, jak i tradycjonalistów pokroju Regisa Debray, który pisze, że „instytucja pisania bez książki odpowiada rolnictwu bez ziemi, ekonomii bez materialności, wymianie pieniężnej bez walut”. Dziś pewnie bardziej niż dekadę temu jesteśmy w stanie wyobrazić sobie świat bez książek. Ponieważ jednak wychowałem się w kulturze druku, spytam „Ale co to będzie za świat?”. Umberto Eco nieco złośliwie zauważa, że „książki są nadal najlepszymi towarzyszami na wypadek rozbicia statku lub wojny atomowej”. Obyśmy dożyli starości czytając w bujanym fotelu, nie w atomowym bunkrze. 

Łukasz Gołębiewski 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

18 maja 2018 o godz. 21:29

Kolejny odcinek w Koktajle.tv

Zapraszamy na drugi odcinek z serii Akademia Brandy Pliska z Koktajl.TV. Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu o alkoholach „Aqua Vitae” opowie jak powinno się pić i podawać koniak, dlaczego w takim kieliszku oraz czy powinno się go podgrzewać. Zapraszamy!

18 maja 2018 o godz. 13:04

Przyjaciel książki

frend2-001

Jak ktoś w dzieciństwie zaprzyjaźni się z książką, to mu tak na resztę życia zostaje.

15 maja 2018 o godz. 12:46

Mocne alkohole w Polsce 2018

OkladkaRMA

Książka „Mocne alkohole w Polsce 2018” to pozycja pionierska, bo choć mieliśmy na rynku różne publikacje w podobnym tonie, czy to własne wydawnictwa ówczesnych Polmosów czy „Almanach wódek polskich”, wszystkie one były kroplą w morzu potrzeb. Co więcej, ograniczały się do swojego „poletka”.

15 maja 2018 o godz. 08:15

Kartka z podróży – Spacerem po Treviso

_DSC6498

Z Włoch wracałem z lotniska Treviso, a że miałem jeszcze kilka godzin do odlotu, więc postanowiłem zrobić spacer po mieście. Przecina je rzeka Sile, wzdłuż jej lewego brzegu ciągną się fragmenty murów starego miasta, w które wbija się systemem fos i kanałów. Tu gdzieś zostawiłem samochód (znalezienie wolnego miejsca do parkowania zajmuje sporo czasu) i ruszyłem w labirynt uliczek.

14 maja 2018 o godz. 08:43

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Castagner

Castagner-010

W małej wiosce Vazzola, u podnóża gór Conegliano, w samym sercu win prosecco, kilkanaście kilometrów od Treviso, swoją ogromną, nowoczesną destylarnię ma rodzina Castagner. Roberto Castagner założył firmę w 1996 roku i bardzo szybko stał się jednym z największych producentów (6 mln l rocznie, ok. 12% udziału w rynku grappy). – Być może dlatego, że nie miałem w rodzinie poprzedników związanych z wytwarzaniem grappy, podszedłem do jej produkcji w sposób innowacyjny. Nie wstydzę się tego, że produkujemy grappę na skalę przemysłową, że nie jesteśmy firmą rzemieślniczą, bo wiem, że nie mielibyśmy tak mocnej pozycji na rynku, gdyby nie przemawiała za nami jakość produktów – mówi Roberto Castagner.

13 maja 2018 o godz. 08:03

Kartka z podróży – Valdobiaddene

_DSC6441

Valdobiaddene, stolica prosecco, miasteczko otoczone wzgórzami i winnicami (ponad 6500 ha upraw w regionie), na każdym wzgórzu kościół, w dole winiarnie, wśród nich m.in. Mionetto, producent najbardziej popularnego w Polsce wina musującego, ale też Altaneve, Masottina i innych – jest tu ponad 3000 winiarzy, którzy rocznie dostarczają na światowe rynki ok. 600 tys. hektolitrów wina. Szlak prosecco ciągnie się przez miasteczko, przez wzgórza, przez winnice. Jak na stolicę wina z bąbelkami miasteczko jest zaskakująco senne, przy rynku jest dobrze zaopatrzony sklep z winem, jest kilka restauracji, wine-bar, ale życie towarzyskie nie koncentruje się w mieście, lecz na otaczających je pagórkach, na winnicach, do których autokary każdego dnia przywożą setki turystów z całego świata. Większość winnic ma parcele, które pozwalają na posługiwanie się oznaczeniem DOCG Prosecco di Conegliano Valdobbiadene lub po prostu DOCG Valdobbiadene Prosecco. Nie wszystkie są winami musującymi, bo w Valdobbiadene z tych samych winogron glera robi się też wina spokojne, w dodatku także z nazwą Prosecco na butelce (z dopiskiem tranquillo). Tańsze butelki robione są w zbiornikach ciśnieniowych, czyli metodą Charmata, droższe metoda tradycyjną, z fermentacją w butelkach. Właściwie każdy liczący się producent stosuje tu obydwie metody. Ze względu na ciśnienie w butelce wina dzielone są na spumante (minimum 3 bary) i frizzante (1-2,5 bara i to jest zdecydowana większość produkcji), a także wspomniane spokojne wina tranquillo. Drugi podział charakteryzuje poziom cukru, od najbardziej wytrawnych brut, przez extra dry, dry i demi sec. Robione zawsze z białych winogron (lub prawie wyłącznie, bo apelacja dopuszcza niewielki udział winogron pinot noir), ale coraz częściej spotykamy różowe prosecco, które nie jest czystym winem, lecz zawiera dodatek soków owocowych.

12 maja 2018 o godz. 08:17

Kartka z podróży – Bassano del Grappa

_DSC6217

Otoczone górami Grappa miasto Bassano jest kolebką włoskiej grappy, tu działa m.in. najstarsza wciąż czynna destylarnia – Blo. Nardini z 1779 roku, jest tu piękne muzeum grappy zorganizowane przez Jacopo Poli, w promieniu kilku kilometrów są jeszcze dwie destylarnie – Poli i Capovilla. Nie od regionalnego trunku, lecz od gór pochodzi drugi człon nazwy miasta, dodany zresztą dopiero w 1928 roku. Krystalicznie czyste źródła spływające ze wzgórz, a także porastające je winnice, niewątpliwie przyczyniły się do tego, że to tu właśnie grappa jest alkoholem absolutnie wyjątkowym.

11 maja 2018 o godz. 08:21

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Poli

Poli-098

Firmę założył w 1898 roku Giobatta Poli, wciąż jest ona w rodzinnych rękach, zarządzana już przez czwarte pokolenie. Firma mieści się w wiosce Schiavon, tuż obok kolebki grappy – miasteczka Bassano del Grappa. Rodzina Poli żyje w tym regoionie od XIV wieku, kiedyś prowadzili tawernę w wiosce Gomarolo, potem przenieśli się do Schiavon, zajmowali się handlem winem i otworzyli mała destylarnię. Na początku XX wieku Giovanni Poli był pierwszym w okolicy właścicielem samochodu i telefonu. Obecnie destylarnia mieści się w tym samym miejscu, w którym powstała, z charakterystycznym kominem z czasów, kiedy alembiki były ogrzewane węglem. Firmą zarządzają Jacopo, Andrea i Barbara Poli. Destylarnia jest otwarta dla zwiedzających, działa też przy niej wspaniale urządzone muzeum grappy. Drugie muzeum grappy rodzina Poli ma w Bassano del Grappa – w XV-wiecznym pałacu (Poli Museo Della Grappa). W obu prezentowane są stare maszyny, książki, butelki, jest to część wielkiej kolekcji Jacopo Poli, który ma także wielką bibliotekę książek o alkoholach, a i sam jest autorem książki o grappie. Wizyty są bezpłatne, a Jacopo Poli często sam oprowadza swoich gości po zakładzie w Schiavon.

10 maja 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Capovilla

Capovilla-013

Vittorio Capovilla założył destylarnię w 1986 roku, na przedmieściach Bassano del Grappa. Wcześniej pracował w branży winiarskiej. Swój pierwszy alembik samodzielnie skonstruował w 1975 roku z części, które przewoził z Austrii. Pozwalał na destylację 300 l. Obecnie Capovilla robi 40-50 tys. butelek rocznie, mają też małą destylarnię Marie-Galante na Gwadelupie, gdzie robią rum typu agricole (m.in. marka Rhum Rhum). Mają też 4 ha własnych sadów, poza grappą i brandy w ofercie jest szeroki wybór wysokiej jakości destylatów owocowych, a nawet destylaty z piwa.

9 maja 2018 o godz. 17:03

Koktajle TV o koniaku