23 sierpnia 2009 o godz. 12:54

Postrzegam pisarstwo jako wspaniałą przygodę

Na stronie alternatywnej radiostacji Ulicznik.net możecie przeczytać rozmowę z Łukaszem Gołębiewskim, którą przeprowadziła Kamila "Kami" Gackowska.

– Spotkalam się z opinią, że Twoja „Brudna Trylogia” to punkowe harlequiny. 😉 Zgadzasz się z czymś takim? Jak byś opisał krótko swoje książki?
– Myślę, że jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, szczególnie w przypadku pierwszej z moich powieści, najbardziej popularnej, czyli „Xenny”. Punkowe klimaty są w niej głównie czymś w rodzaju scenografii dla romansu, po prostu zamiast bawić się na dyskotekach Ibizy oni bawią się na koncertach i skłotach. Pozostałe dwie powieści są inne. „Melanże z Żyletką” to brutalna opowieść o degradacji młodej dziewczyny, o tym jak szybko kończą się dziewczęce marzenia, z kolei „Disorder i ja” to trochę frywolna opowiastka o młodych żulikach, którym w kapitalistycznej rzeczywistości nic się nie udaje, sępią drobne na wino pod hipermarketami i wegetują. Ale w każdej z tych książek są jakieś wątki miłosne, no i spora dawka erotyki.

– Skąd pomysł na książki, których akcja rozgrywa się w punkowym środowisku?
– Łatwo mi pisać o klimatach, które dobrze znam, dorastałem w tym środowisku i nigdy się nie oddaliłem od punka. Myślę, że jako nastolatek nasiąknąłem buntem i dotąd z niego nie wyrosłem. I wcale mi z tego powodu nie jest przykro.

– Uważasz że tego typu książki, pokazujące określone subkultury, pewne środowiska, są potrzebne? Świat pokazywany w Twoich książkach, świat bohaterów „Xenny”, „Melanży” czy „Disordera” dla osobom nie mających kontaktu z klimatami punk może stanowić potwierdzenie pewnych powszechnie panujących stereotypów – że punki tylko piją, ćpają, poszukują łatwego seksu itp.
– Ludzie, którzy myślą stereotypami bardzo niechętnie rezygnują ze swoich słusznych poglądów na wszystko, więc pewnie ich moja książka utwierdzi w przekonaniach, ale nie sądzę by należało się tym martwić, bo to nie są ludzie, na których opinii mi zależy. Ważniejsze wydaje mi się pytanie, czy rzeczywiście moje książki lansują takie postawy? Nie sądzę. Pokazuję brudną rzeczywistość, ale przecież jej nie gloryfikuję. Zresztą w ogóle jestem daleki od oceniania ludzkich postaw czy od moralizowania, a tym bardziej lansowania jakiegoś stylu życia. Pozostawiam to specjalistom od sprzedaży, reklamy, PR, a także socjologom i pedagogom. Opisuję świat, który mnie szczególnie interesuje, piszę o muzyce, która jest mi bliska, piszę o dziewczynach, które mi się podobają… Zgoda, jest też w tych książkach alkohol, a nawet bardzo dużo alkoholu, są narkotyki, jest sporo erotyki, a dość mało prawdziwych emocji, tak jakby świat potrzeb człowieka był zredukowany do zaspokajania hedonistycznych przyjemności; i to się może nie podobać moralistom. Ale przecież doskonale wiemy, że istnieje nie tylko „romantyczna” strona międzyludzkich relacji, że często najbardziej pospolita potrzeba przyjemności bierze górę, nawet w obliczu ewentualnej zdrady, kłamstwa, mówiąc górnolotnie – grzechu.

– Pytanie, które pewnie już nie raz padło. Opisy w Twoich książkach – pewnych zachowań, rozmów są bardzo realistyczne, prawdziwe. Na ile główny bezimienny bohater Twoich książek jest do Ciebie podobny? Czyżby jakieś własne burzliwe wspomnienia z przeszłości? :)
– Jest do mnie podobny, mówi moim językiem, ma moje gusta, ma częściowo moje doświadczenia, a niektórzy z bohaterów są mniej lub bardziej złośliwymi karykaturami rzeczywistych postaci. Jest też masa fikcji, oczywiście. Pisanie książki to fascynująca, długa wyprawa. Bierzemy ze sobą mapę, kompas, przewodniki – to wszystko, czym są nasze dotychczasowe doświadczenia, czym sami jesteśmy, ale po drodze napotykamy zupełnie nieznanych ludzi, mamy niezaplanowane przygody. Tak postrzegam pisarstwo, jako wspaniałą przygodę. Chyba Józef Hen, pisząc o Boyu-Żeleńskim, powiedział, że życie pisarza jest komentarzem do jego twórczości, a twórczość – komentarzem do życia. I to jest na ogół prawda, nie sposób całkowicie oderwać się od doświadczeń, które ukształtowały naszą wrażliwość. W moim przypadku tą wrażliwość w znacznym stopniu kształtowała muzyka punk, ale też: książki, podróże, a przecież również i alkohol, również i kobiety, z którymi byłem blisko.

– Jesteś bardzo chętnym do komunikacji z czytelnikami autorem, na swojej stronie xenna.com.pl „rozmawiasz” z nimi, odpowiadasz na ich komentarze, zamieszczasz fragmenty książek… Kierujesz się sugestiami swoich czytelników?
– Przede wszystkim szanuję swoich czytelników, no i cieszę się, że ich mam, bo największa porażka to pisać wyłączne dla samego siebie. Rzadko kieruję się sugestiami, ale czasami – poprawiając tekst – usuwam fragmenty, które mogły by pewnym osobom sprawiać przykrość (nie chodzi mi o konkretne osoby, a raczej o bardziej uniwersalne sprawy dotyczące estetyki). Poza tym zawsze testowo wysyłam maszynopis do kilku bliskich mi osób z prośbą o sugestie i uwagi, które pozwalają mi nanosić poprawki zanim wydam nową książkę. Są to osoby w bardzo różnym wieku, o różnych profesjach i o różnym doświadczeniu czytelniczym. Ich uwagi zawsze są pomocne, zwłaszcza że bardzo chcę by czytelnik dostawał książkę możliwie w najlepszej formie na jaką mnie stać.

– W 2008 roku została podpisana umowa licencyjna z firmą Federico Film na stworzenie filmu opartego o powieść „Xenna moja miłość”. Uważasz, że jest to książka którą można dobrze zekranizować? Oddać ten specyficzny klimat, nie psując i przerabiając fabuły, co niestety jest często spotykane przy polskich ekranizacjach. Do tego „Xenna” jest dość śmiałą obyczajowo książką…
– Z tego co wiem, to producentka myśli o wyeksponowaniu romansu. Gdym miał jakikolwiek wpływ na scenariusz, to bym raczej próbował robić film środowiskowy, mocno osadzony w scenografii punkowej. Ale wpływu na scenariusz nie mam. Sceny śmiałe obyczajowo akurat mogły by być wabikiem dla bywalców kin. Osobiście uważam, że dużo bardziej do ekranizacji nadają się „Melanże”, no ale „Melanże” nie uderzają w melodramatyczne struny, więc raczej nie mogą liczyć na duży krąg odbiorców. Poza tym w ogóle nie jestem miłośnikiem kina, więc szczerze mówiąc nie mam w tej sprawie wyrobionej opinii. Jeśli film powstanie, to będę się cieszył jeśli ludziom się będzie podobał, nie koniecznie musi być wierny książce.

– Uważasz za słuszne przyrównywanie Twoich książek do twórczości Bukowskiego? Dodam, że mnie prywatnie kojarzyło się raczej z Rothem (podobne podejście bohatera do kobiet), Nabokovem czy „Cząstkami elementarnymi” Houellebecqa.
– Houellebecqa z jego narcyzmem nie trawię. Nabokov jest dla mnie niedoścignionym mistrzem, zwłaszcza w opisach delikatnych kobiecych powabów (tu bym jeszcze dodał mniej znanego hiszpańskiego pisarza Antonio Munoza Molinę, który potrafi pisać o seksie w sposób niemal nierzeczywisty). Lubię brudną rzeczywistość Bukowskiego i jego poczucie humoru, ale drażni mnie jego egocentryzm. Co do Rotha, to oczywiście jest to pisarz wybitny, ale tylko jego ostatnie utwory, jak choćby „Konające zwierzę” czy „Oszustwo” są bliskie moje wrażliwości. Do tego grona pisarzy duchowo mi bliskich dodałbym jeszcze Henry’ego Millera.

– I jak już jesteśmy w tym temacie, Twoje ulubione książki? :)
– „Blaszany bębenek” Guntera Grassa za poezję języka, „Auto da fe” Eliasa Canettiego za obsesyjną miłość autora do książek, „Rozmowa w Katedrze” Mario Vargassa Llosy za niebywałą, nieliniową, narrację i ładunek emocjonalny, „Wybór Zofii” Williama Styrona bo mnie wzrusza ta książka, no i „Lolita” Nabokova za to, o czym pisałem, za sentymentalne uchwycenie dziewczęcego piękna.

– Jak godzisz „bycie” analitykiem rynku z „byciem” autorem książek z punk rockiem w tle? Czy wydawanie tego typu książek nie umniejsza Twojej fachowości w oczach potencjalnych współpracowników itp.?
– Godzę bez większych problemów, nie mam garnituru ani krawata, ale nikomu to nie przeszkadza, myślę, że ludzie przyzwyczaili się do tego, że jestem jaki jestem. Pewnie niektórzy za plecami rzucą jakiś złośliwy komentarz, ale nie sprawia mi to zbytniej przykrości. Myślę, że jeżeli jest się w czymś naprawdę kompetentnym, a ja jestem kompetentny w dziedzinie analiz rynku książki, to wygląd czy poglądy są sprawą marginalną.

– Specjalista od rynków wydawniczych ma na pewno w głowie jakiś przepis na dobrą książkę, ma rozeznanie w potrzebach czytelników… Kierowałeś się swoją zawodową wiedzą wydając „Brudną Trylogię”?
– Na pewno tak, zarówno pisząc książkę, jak i promując ją. Przez kilkanaście lat byłem dziennikarzem i analitykiem rynku wydawniczego, procentuje i wiedza, i kontakty w środowisku, a i nie bez znaczenia jest pewne doświadczenie czytelnicze, czytam około 100 książek rocznie, jest to jakiś kontekst, do którego można się odnieść.

– Pytanie bardziej do analityka: Co myślisz o kondycji polskiego czytelnictwa? Ostatnio da się zauważyć modę na romanse jak choćby wampirza saga dla nastolatek, na którą zapanował istny szał, czy książki pani Kalicińskiej, ukochane przez rodzime gospodynie domowe.
– Bestsellery kreują mody czytelnicze, była moda na „Harry’ego Pottera”, teraz nastolatki zaczytują się romansami wampirów i to nie dotyczy tylko Polski, bo te same książki czyta cały świat. Zawsze jest też potrzeba zarówno na romanse (tę w znacznym stopniu zaspokajają dziś telenowele) jak i na nostalgiczne powroty do lat młodości i tu mamy sukces Kalicińskiej (ale i np. ogromny sukces portalu społecznościowego Nasza-Klasa). Ja myślę o czytelnikach jak najlepiej, nie ważne, co lubią, ważne że chcą czytać książki a nie gapić się w TV. Ktoś, kto dziś czyta Harlequina (nie koniecznie dla punków) jutro może sięgnąć po „Annę Kareninę” i wcale to nie będzie daleki krok, choć literacko będzie to jak lot balonem nad Atlantykiem. Nie zgadzam się też z tezą, że Polacy mało czytają. Statystycznie czytamy mniej więcej tyle, co bogaci Belgowie, nie jesteśmy społeczeństwem źle wykształconym czy pozbawionym kulturowej ogłady. Natomiast niewątpliwie książka przegrywa w rywalizacji z innymi formami rozrywki, szczególnie z mediami elektronicznymi. W 2008 roku wydałem esej pt. „Śmierć książki. No Future Book”, w którym piszę o niebezpieczeństwach dla świata Gutenberga. Książkę niemal w całości można sobie przeczytać w Internecie na stronie www.nofuturebook.pl.

– Ostatnie pytanie. Co Łukasz Gołębiewski ma w swoich planach wydawniczych? Czy czytelnicy mogą spodziewać się kolejnej książki związanej z punkiem?
– Tak, kolejna powieść będzie w styczniu 2010. Tytuł „Złam prawo”. Opisałem w niej m.in. moje młodzieńcze przeżycia, w tym wrażenia z Jarocina 1984. Sporo w niej punka, sporo seksu, jest też mroczny wątek kryminalny i trochę brutalności. To opowieść o magnetyzmie zła, które nie zostaje ukarane, o konsekwencjach wchodzenia na tereny zakazane, ale też książka o dojrzewaniu. Poza tym wciąż mam w planach książkę podróżniczą o wschodniej Ukrainie, którą w 2008 roku przejechałem autostopem. Aktualnie jednak pracuję nad kolejną edycją śmiertelnie nudnego kompendium pt. „Rynek książki w Polsce”, które wyjdzie w październiku. To ogromne opracowanie, w tym roku prawdopodobnie wyjdzie w pięciu tomach. Nie lubię tego pisać, ale… z czegoś trzeba brać pieniądze na punk rocka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

23 września 2018 o godz. 08:57

Kartka ze Speyside – Heilan coo

SONY DSC

Szkoci mówią na nie Heilan coo, cudzoziemcy Hippie cow. Mają długą grzywkę i leniwe miny. Nie dają zbyt dobrego mleka. Hoduje się je na mięso. Szkoda, bo miło wyglądają jak są żywe. Potem już mniej miło. Przywędrowały z Hebrydów. Wzmianki o nich pochodzą już z VI wieku. W czarnej wersji nazywają się w Szkocji Kyloe i jedna taka czarna krowa z grzywką znajdzie się na okładce najbliższego numeru „Aqua Vitae”.

22 września 2018 o godz. 09:42

Kartka ze Speyside – Dunnottar Castle

Dunnottar Castle (37)

Kiedy spytać Szkota, dlaczego nie czuje pokrewieństwa z Irlandczykami, choć to podobna kultura, podobny język i podobne zamiłowanie do spokojnego wiejskiego życia ze szklaneczką whisky, odpowie, że z Irlandczykiem w ogóle nic go nie łączy, bo oni są celtami, a Szkoci to piktowie. Dla mnie tyle samo w tym sensu, co w stwierdzeniu, że nic mnie nie łączy z ludźmi z południa Polski, bo oni to Wiślanie, a my to Polanie. Ale tak całkiem serio, kulturowa tożsamość w Szkocji i Irlandii jest bardzo wysoka, a nawiązania do kultury piktów i celtów są jej częścią.

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.