30 marca 2012 o godz. 13:03

O szczerości

/wp-content/uploads/2012/03/Oscar_Wilde

"Odrobina szczerości bywa niebezpieczna. Większa jej dawka – absolutnie śmiertelna". ~Oscar Wilde.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Zobacz ostatnie wpisy

1 lutego 2015 o godz. 10:17

Kartka z Chittorgarh

SONY DSC

Twierdza Chittorgarh rozpościera się na obszarze wielu kilometrów ponad korytem rzeki Berach. To zespół świątyń, pałaców i wież, w tym piękna wieża zwycięstwa, Vijay Stambha, wzniesiona przez maharanę Kumbhę w XV wieku. Druga, mniejsza wieża stoi przed świątynią dżinijską. Twierdzę zaczęto budować już w VII wieku, a ostatni pałac powstał na początku XX wieku. Była jedną ze stolic królestwa Mewar, rządzonego przez potężną dynastię Sisodia. Trzykrotnie była zdobywana, ale po raz pierwszy dopiero sześćset lat po wybudowaniu warownych murów. Jest to tak rozległy teren, że zwiedza się jeżdżąc Ryszkami lub motorykszami od świątyni do pałacu itd. Jest to największa fortyfikacja w Indiach. Wiąże się z nią wiele hinduskich opowieści o bohaterach, czasem autentycznych, czasem legendarnych, uczestników walk z Mogołami. Był to też ważny ośrodek religijny, np. świątynia Kalika Mata powstała w VIII wieku ku czci pradawnego boga Słońca, dopiero w XIV wieku została przekształcona w świątynię hinduskiej bogini Kali. Do dziś ściąga ona pielgrzymów z całego kraju. Duże wrażenie robią ruiny niegdyś bogatych, obronnych pałaców Rana Kumbhy i Rani Padmini, ten drugi położony na wodzie. W dole pod twierdzą Chittorgarh jest miasto, chaotyczne, brudne, głośne, z masą bazarów.

31 stycznia 2015 o godz. 09:29

Kartka z Udaipur

SONY DSC

Udaipur został założony w XVI wieku przez Udai Singha. Była to czwarta stolica dynastii Sisodia, której początki jakoby sięgają czasów Ramy, 1500 lat p.n.e. Rządzą od VII wieku do dziś, uważani są za najważniejszych pośród maharadżów, czyli maharanich. Dziś miasto ma ponad pół miliona mieszkańców i własne lotnisko. To ważny ośrodek edukacji, działa tu dziewięć uniwersytetów. Ma pięć jezior, zwany jest Wenecją Indii, zbiorniki zasilane są przez wodę spływającą ze wzgórz, w czasie suszy wysychają. Miasto otacza 20 km murów obronnych z flankami i wieżami, zbudowanych w XVIII wieku. Po jeziorach suną łodzie. Najpiękniejsze jest jezioro Pichola, nad którym zaczęło powstawać miasto, a dziś wznosi się nad nim imponujący pałac maharadżów. Na samym jeziorze są liczne wsypy z pałacami i świątyniami. Ogromny pałac to w sporej części muzeum ze zbiorami typowymi dla Radżastanu – oręż, lektyki, miniatury, zbiory srebra, portrety rodziny maharany Udajpuru itd. Jest ogromny, właściwie to cztery połączone ze sobą pałace z różnych wieków, wspaniale zdobione, pięknie rzeźbione kolumny, balkony, dziedzińce, strome i ciasne klatki schodowe i bajecznie zdobione komnaty, wysadzane lusterkami, srebrem, kolorowymi kaflami. Ciekawostką jest kopia w skali 1:1 bohaterskiego konia, który raniony w nogę wywiózł maharadżę z pola bitwy. Konie ozdabiano przyczepionymi trąbami, gdyż jeźdźcy walczyli przeciwko armii na słoniach, podobno sztuczna trąba miała wprowadzać bojowe słonie w osłupienie. Z pałacu stroma droga w dół wiedzie ku miastu. Stoi tu wielka i piękna świątynia dedykowana Wisznu, z zewnątrz bogato zdobiona rzeźbami słoni, demonów i scenami z mitologii oraz kamasutry, wewnątrz wyjątkowo okazały ołtarz. Mimo wielu turystów Udaipur jest miastem zaskakująco czystym, spokojnym, można powiedzieć, z kameralnym. Z tą Wenecją to gruba przesada, ale według mnie obok równie kameralnego Jaisalmer, to najsympatyczniejsze miasto w Radżastanie. Typowe dla Indii kontrasty nie rzucają się tak w oczy, bieda jest jakby wstydliwie schowana, a może po prostu miasto jest lepiej zarządzane, bogatsze, nie ma tu tylu dysproporcji.

30 stycznia 2015 o godz. 01:32

Kartka z Ranakpur

SONY DSC

W Ranakpur jest ufundowana przez władcę Rana Khumbę wielka świątynia dżinijska z marmuru, z XVI wieku. To podobno jedna z piękniejszych świątyń dżinistów w Indiach, ufundowana przez maharadżę Udaipuru. Ma cztery jednakowe wejścia na cztery strony świata, by dżinizm rozszedł się po całym świecie. Wieże świątyni symbolizują szczyty Himalajów, które wedle wierzeń są domem bogów. Niezwykle bogata wewnątrz, z figurami słoni, z 1144 rzeźbionymi kolumnami, każda inna. Wspaniała. Cały kompleks to siedem świątyń z tego samego okresu. Najbardziej niesamowite wrażenie robi liczba bogów i demonów w hinduizmie, jest i ich 32 mln. Niemożliwe jest zebranie ich w jednej księdze, choćby poświęcając każdemu kilka linijek. Trudno sobie wyobrazić by mogła się wszystkimi zająć nawet cała katedra uniwersytecka. Nie można tego ogarnąć, równie dobrze mogła by ich być nieskończoność. A jednak ci bogowie i demony mają przypisane sobie role, wizerunki i emblematy. Za Ranakpur zaczynają się góry Arawari, które przecinają Radżastan w poprzek. To podobno najstarsze góry świata, są tu diamenty i inne szlachetne kamienie. Szczyty sięgają 2000 m, to głównie marmur i piaskowiec. Tu jest 60% światowych pokładów zielonego marmuru, poza tym kopalnie srebra, cynku i ołowiu. Serpentyny stromej drogi obsiadają małpy, które potrafią przez otwartą szybę wskoczyć do autobusu. Poza małpami są tu m.in. lamparty, orły, jastrzębie. Za górami jest już Udaipur.

29 stycznia 2015 o godz. 01:07

Dromadery

SONY DSC

Jest ich w Indiach mnóstwo, chodzą dostojnie po ulicach miast z pięknie zdobionymi siodłami. Pracują w polu, są popularnym środkiem transportu, wykorzystuje się wełnę, skórę i kości, a mięso oddawane jest zwierzętom bo w Indiach wielbłądziego mięsa się nie je (praktycznie prawie w ogóle nie je się mięsa). Jest też cennym źródłem mleka. Dla nomadów wielbłąd to cały kapitał. Na granicy z Pakistanem stacjonują wojskowe patrole na wielbłądach. Dromader żyje 30 lat, kosztuje ok. 700 euro gdy jest młody. W Pushkarze są najsłynniejsze targi wielbłądzie w Indiach. Odbywa się tu w listopadzie długi festiwal wielbłądzi, wybory najpiękniejszego wielbłąda, tańce wielbłądzie, rozmaite zawody. Ciężko jest wejść na założone na garbie wysokie siodło, wielbłąd przyklęka najpierw zginając przednie nogi, potem tylnie, wskakuje się na siodło gdy leży. Jedzie się z nogą w strzemionach, trzymając wielbłąda za uzdę. Jest zwykle spokojny, majestatyczny, łatwo się nim kieruje, zwłaszcza gdy idzie w karawanie. Trudniej utrzymać się w kłusie, zwłaszcza gdy zbiega z wydm na pustyni, lepiej wówczas jedną ręką mocno trzymać uzdę, drugą trzymać się uchwytu z przodu siodła. Jazda na galopującym wielbłądzie to już wielka sztuka, ale wygląda to niezwykle widowiskowe gdy tak wielkie zwierzę biegnie. Organizowane są wyścigi wielbłądów. Dużo częstszym widokiem, niż galopujący wielbłąd, są dromadery zaciągnięte do niewielkich powozów. Podobno, choć tego nie widziałem, bywają też zaprzęgane do pługa. Wielbłąd jest zwierzęciem złośliwym. Potrafi opluć lub ugryźć wielkimi żółtymi zębami. Zmęczony wystawia wielki język, ślina mu się pieni, w gardle bulgocze. Poirytowane wydają gardłowy ryk. Futro jest bardzo miękkie, gęste, wełniste, skóra ma charakterystyczny przepocony zapach, jest miękka i jednocześnie trwała. Z wielbłądziej wełny robi się piękne, miękkie, niemal jedwabiste, tkaniny.

28 stycznia 2015 o godz. 01:49

Indyjskie miniatury

SONY DSC

Są zachwycające. Sztuka malowania miniatur jest znana w Indiach od XIV wieku. Obecnie w Indiach są 22 różne szkoły malarstwa miniaturowego. Malują farbami, które sami przygotowują, pędzelkami zrobionymi z brwi wielbłąda i ogonów wiewiórek, na kości wielbłądziej, jedwabiu, papierze ryżowym; obecnie zakazane jest malowanie na kości słoniowej. Ceny zależą od tego, kto malował, jest podział na mistrzów i uczniów, ale też od wykorzystywanych materiałów, w tym złota, srebra i kosztownych kamieni, a także od wielkości obrazka i precyzji. Najpiękniejsze kosztują po kilkanaście tysięcy dolarów, są wspaniałe. Najbardziej szczegółowe detale malowane są ściętymi paznokciami, miniaturzyści mają każdy paznokieć inaczej zaostrzony, wymaga to wielkiej precyzji. Najpierw powstaje szkic ołówkiem, potem malowane są tła, następnie wypełniane są farbą większe przestrzenie, na koniec nanoszone są delikatne detale i zdobienia. Umiejętności przekazywane są z pokolenia na pokolenie, często w zakładzie miniatur można kupić obrazki mające sto i więcej lat – malowane przez dziadków czy pradziadków obecnego artysty. A mistrzowie mają swoich uczniów, którzy terminują, i których prace sprzedawane są nawet po sto rupii. Łatwo jednak rozpoznać te mistrzowskie, mimo iż powtarzają się te same motywy. Pozornie identyczne obrazki różnią się detalami i delikatnością kreski.

27 stycznia 2015 o godz. 01:30

Kartka z Jodhpuru

SONY DSC

Dzisiejszy Jodhpur ma 3 mln mieszkańców. Miasto zaczęło powstawać w XIV wieku. Przez pewien czas było stolicą regionu. Zwane Błękitnym Miastem od fasad bogatych domów braminów, dziś w części z nich są bary i hotele. Latem słońce świeci tu przez 14 godzin, temperatury dzienne wynoszą 49 stopni. Nad miastem, na skałach, jest potężna twierdza z zewnątrz przypominająca zamki katarskie. Poniżej jest ładnie położony nad małym zbiornikiem wodnym dziewiętnastowieczny pałac grobowy maharadży z białego marmuru, w stylu przypominającym nasze rokoko ze stożkową kopułą w stylu wschodnim, do tego mauretańskie wieżyczki, kiczowaty. Wokół ładny park. Na wodzie pelikany. Fort jest ogromny, Ablais przy tym to miniaturka, choć mury równie potężne, zwłaszcza półokrągłe baszty robią wrażenie i niemal pionowy wysoki mur. Twierdza Meherangarh wygląda jak budowla z planu filmowego, twierdza Mordoru. Za murami – wchodzi się przez okazałą bramę – jest m.in. dziedziniec koronacyjny, a także wielkie muzeum, a w nim m.in.: siodła na słonie, lektyki, wspaniałe meble, przykłady dawnego oręża, wspaniała kolekcja malarskich miniatur. Wnętrza są pięknie zdobione: freski, ściany wyłożone lusterkami, złocenia, draperie, ażurowe okienka, malowidła przedstawiające sceny religijne i mityczne, ale też z życia lokalnej dynastii Singhów, której symbolem jest lew. Liczne balkony i tarasy widokowe pozwalają oglądać dziedzińce, to co dzieje się w obrębie murów oraz dają szeroką perspektywę na okolicę. Aż trudno uwierzyć, że ta masywna twierdza została kiedyś zdobyta, ale podobno tak było. Z twierdzy bardzo stromą kamienną drogą w dół schodzi się ku błękitnym bogatym domom i placowi z wieżą zegarową. Tu są bazary, garkuchnie, ale też bardziej eleganckie sklepy z tkaninami, przykry zapach moczu miesza się z pysznymi aromatami ziół i słodkimi zapachami olejków oraz perfum. Poza centrum znajdują się ogrody Umajda. Jest tu przedziwne ZOO, w nim sześć osobnych miniogrodów z klatkami, podzielone tematycznie: ptaki, małpy, kajmany, lwy, rogacizna, wilki. Wszystkie biedne zwierzęta zamknięte w ciasnych odrutowanych klatkach, ohyda. Zdumiewające, że w kraju, w którym tyle niezwykłych zwierząt biega na wolności, a wręcz po miastach, w ogóle funkcjonuje takie ZOO, w dodatku pełno w nim ludzi, którzy przez siatki robią zdjęcia. Bilet dla miejscowych kosztuje 10 rupii (ok. 60 groszy), dla cudzoziemców 70. Na przedmieściach Jodhpuru, na wzgórzu, jest gigantyczny pałac Umajd Bhawan, podobno największy pałac świata. Zbudowany w 1944 roku, ma blisko 350 pokoi. Teraz jedną trzecią zajmuje maharadża z rodziną, a reszta to bardzo ekskluzywny hotel, równie ekskluzywne bar i restauracja (za samo wejście płaci się 2000 rupii od osoby) i muzeum, a w nim przede wszystkim pamiątki związane z pałacem i rodziną Singhów. Z zewnątrz pałac wygląda jak gmach parlamentu. Przy jego wykańczaniu pracował Stefan Norblin, którego wojenna zawierucha rzuciła do Radżastanu. Są tu jego zdjęcia – jak pracuje oraz portret z żona i córką. Obok pałacu jest wielki garaż dla samochodów z początku XX wieku, stoją tu takie marki jak rolls-royce, bentley, mercedes, moris i inne ekskluzywne marki, głównie ogromne limuzyny, jakimi jeździł Umajd Singh i jego rodzina.

26 stycznia 2015 o godz. 01:18

Kartka z Mandoru

SONY DSC

Mandor do XIV wieku był stolicą królestwa Pratiharów i Rathorów. Dziś to nieduże miasto, znane głównie jako miejsce niezwykłych świątyń pogrzebowych, cenofatów. Ich budowę zaczęto w VI wieku. Były tu ustawione na kamiennych platformach stosy pogrzebowe. Kobiety wchodziły za zmarłym mężem, ta straszliwa ceremonia nazywa się sati i – choć potajemnie – do dziś bywa praktykowana. Domy pogrzebowe są bogato zdobione w stylu przypominającym nieco świątynie Khmerów, platformy, na nich wsparte na bogato zdobionych kolumnadach dachy o stożkowych kształtach, na wprost wejścia małe ołtarze. Platformy były jednocześnie królewskimi grobowcami. Rekordzista – Adżit Singha – w 1724 roku został tu spalony, a za jego zwłokami w ogień poszły aż 84 kobiety – sześć żon, konkubiny, nałożnice, służące i ulubione kobiety. Wchodziły żywe w ogień, odurzone wcześniej narkotykami. Makabra. Ale miejsce piękne, świątynie zatopione w parku pełnym małp, lemurów z czarnymi twarzami i długimi ogonami. Są nieco złośliwe i namolne, przyzwyczaiły się, że ludzie przychodzą je karmić, składając w ten sposób ofiarę dla boga-małpy Hanumana. W wielkim parku pasą się byki i bawoły, biegają szare wiewiórki, w koronach drzew kryją się zielone papugi Aleksandretty. Kompleks cenofatów   Małpiarnia

25 stycznia 2015 o godz. 01:34

Kartka z Jaisalmer

SONY DSC

Jaisalmer to miasto ze wspaniałym fortem i pałacami maharadżów, a także z zespołem niezwykłych świątyń dżinijskich. Ponad obecnym miastem wznosi się wzgórze z fortecą, a w obrębie murów jest stare miasto. Cudowne miejsce, przypominające baśniowe miasta, a przynajmniej mogłoby przypominać, gdyby nie wszechobecny syf – porozrzucane śmieci, ściekający ulicami mocz, wszędzie odchody zwierząt, tabuny wychudzonych bezpańskich psów, brudne kuchnie restauracji, cuchnące szalety. O odchodach, o braku toalet i łazienek, o tragicznym poziomie higieny w swoim reportażu z Indii wiele pisała Paulina Wilk. „Indie są wielką latryną”. „Bombaj jest pęczniejącą beczką fekaliów”. „Ofiarami fekaliów są w Indiach miliony ludzi, także lepiej urodzonych. Odchody zakażają wodę, wracają jak złe duchy, potęgując czerwonkę, tyfus, malarię, cholerę, polio” – pisała Paulina. Ale jest też przecież piękna, bogata aż do granic przepychu i wspaniałości kamieniarskiego rzemiosła, część miasta. To domy maharadży, jego rodziny i lokalnych bogaczy. Całe wzgórze i twierdza należały do maharadży, podobnie jak leżąca w dole pałace, w tym Mandir Palace, którego część nadal zajmuje z rodziną, a resztę udostępnił jako luksusowy hotel i muzeum. Pokoje z masywnymi drzwiami zamykanymi na kłódki, wieżyczki, płaskorzeźby, blichtr, choć jak wszędzie kiczowaty. Jaisalmer powstał w XII wieku, leży właściwie na pustyni. Twierdza wzniesiona z piaskowca to masywne mury z obronnymi okrągłymi basztami. Wewnątrz jest m.in. siedem świątyń dżinijskich. Niestety zbudowana na piasku i glinie twierdza rozpada się, zwłaszcza, że wewnątrz żyje ponad 3000 osób i działa ok. 20 hoteli. Poniżej miasto kipi, zgiełk, wszędzie stragany. A wzdłuż ulic bogate hawele oraz bajkowy pałac maharadżów. Wąskie uliczki, niestety cuchną moczem, choć wiele tu pięknych zaułków. Jest tu kilka muzeów, m.in. fortu, pałacu maharadży oraz muzeum pustyni i muzeum folkloru, przy którym działa opisywany już teatr kukiełkowy N.K. Sharma. Działa wiele restauracji i fast foodów, w tym liczne restauracje z kuchnią tybetańską. Są bary i miejsca, gdzie można spędzać czas w oparach marihuany. Jest kolorowo, gwarnie i wesoło, jest też naprawdę dużo turystów, ale też nie brakuje infrastruktury dla nich. Chyba najwspanialszym zabytkiem architektonicznym są świątynie dżinijskie, w każdej uśmiechnięty dżin, jest ich 24, rozpoznawane są po ich emblematach. Rzeźby erotyczne z kamasutry przeplecione z religijnymi i bohaterami eposów. Jest tu siedem świątyń przylegających do siebie. Wnętrza są podobne, figury dżinów niemal identyczne, białe uśmiechnięte postaci. Sprawia wrażenie bardzo pogodnego boga. Wbrew pozorom, ta ascetyczna religia nie ma nic wspólnego z dżinem w butelce czy dżinem z tonikiem. Dżiniści nie jedzą nie tylko mięsa, ale też niczego, co rośnie pod ziemią, nie jeżdżą pojazdami, chodzą boso, żyją z datków i wierzą, że mają w sobie boski pierwiastek. Jest ich ok. 10 milionów. Dżinizm wywodzi się z VI wieku przed naszą erą. Świątynie w Jaisalmer są z XIV wieku. Sam fort zaczęto wznosić już w XII wieku, w przylegających do siebie dwóch ogromnych pałacach jest muzeum. Zwiedzać też można niektóre stare bogate hawele, są w nich warsztaty rysowników i miniaturzystów, sklepy z pamiątkami i z tkaninami oraz prywatne galerie i hotele. Maharadża rozdał je mieszkańcom, gdy przeprowadzał się do nowego pałacu w dole miasta. Stara część Jaisalmer jest naprawdę piękna, to taka egzotyczna wersja Carcassonne, jest tu ponad 200 starych domów, w basztach obronnych są restauracje. Całość niestety się rozsypuje, a kanalizacja jest taka, że mocz cieknie po chodnikach. Jazda w dół stromymi wąskimi uliczkami tuktukiem to makabra. Poza miastem jest ładne jezioro Gadi Sagar, wychodzi się na nie z handlowej ładnej ulicy przez wielką bramę z piaskowca, wzniesioną jakoby przez nierządnicę. Jest tu też stara świątynia. Jaisalmer to też dobre miejsce do wypadów na pustynię, organizowane są stąd karawany wielbłądów, ale o dromaderach osobno napiszę.

24 stycznia 2015 o godz. 01:59

Konopia indyjska

SONY DSC

Konopia indyjska jest legalna w Indiach, jakże by inaczej miało być, marihuana jest tu uważana za święte ziele i konsumowana na wiele sposobów, od palenia przez picie po zjadanie. Palarnie marihuany nazywają się Bhang Shop lub Lassi Shop i są legalne, choć kontrolowane przez państwo. W takim miejscu dostaje się menu, a w nim kilka stron – różne mleczno-owocowe koktajle (lassi) z dodatkiem wywaru z marihuany, lub tego typu gorące napary, marihuanowe ciastka, czekolady i, oczywiście, liście do palenia oraz bogate oprzyrządowanie, największe wrażenie robią rozkręcane ośmiofunkcyjne fajki, ustrojstwo skręcane na śruby pozwala palić na wiele sposobów, pod różnym kątem, z cybuchem lub bez. Wedle wierzeń hinduskich, bóg Sziwa, który jest bogiem nieobliczalnym i nieco szalonym, sam palił marihuanę i dał ją swoim wyznawcom, więc państwo nie może zakazać używki. Opium czy nawet haszysz są zabronione, ale marihuanę można uprawiać, sprzedawać i konsumować bez umiaru. W sklepie Bhang są miejsca do palenia na siedząco, do palenia na leżąco, do konsumowania wywarów i lassi, no i można tu dokonać zakupów. Nie jest to tania używka. Gram marihuany kosztuje 250 rupii, to jest ok. 16 zł, taniej niż w Polsce, ale tu są zupełnie inne ceny, za tyle można jeść obiady przez tydzień. Wszystko oferowane jest w kilku poziomach mocy – od poziomu dla początkujących, po extra strong, ale ogólnie indyjska marihuana nie jest tak mocna jak te z Ameryki Południowej czy z Bałkanów, które trafiają na europejskie rynki. Lassi czy herbatka kosztują 120-140 rupii. Kupiłem bez przekonania, raczej jako ciekawostkę, przekonany, że parująca zielono-bura breja w szklance nie może w żaden sposób działać, no i okazało się, że jednak działa. Tyle, że z około godzinnym opóźnieniem, czyli zupełnie inaczej niż przy paleniu. Ale działanie podobne, zależne od nastroju, towarzystwa i predyspozycji, zawsze jednak mocno zaburzające koordynację ruchów i mowę. Ciastka w wersji strong czy extra strong to już sprawa bardziej poważna. Znów byłem zdumiony, bo ciastka z nasionami marihuany sprzedawane dość powszechnie w Czechach nie działają w ogóle. Tu jednak ciastko ma smak i konsystencję plasteliny, przypominają kostkę haszyszu, no i podobnie działają. Pół ciastka zapewnia błogostan na dłuższy czas, całego ciastka nie próbowałem. Sprzedawca w Jaisalmer zachęcił mnie do ciastka reklamując: „Jak ktoś ci gada nad głową bzdury i masz już dość słuchania go, to zjedz pół ciastka, zaraz przestanie ci przeszkadzać”. Wyjątkowo nie kłamał. Ciastka są niezłe. Plantacje marihuany są na północy kraju. Trawa do palenia jest niespecjalnie mocna i mniej aromatyczna niż znana u nas, jednocześnie chyba bardziej oleista. Ciasteczka robi się poprzez zmieszanie z masłem i mąką wyciągu z liści, ziarenek w ogóle się nie używa do czego innego niż do sadzenia krzaków. W sklepach Bhang nie brakuje osób, przeciwnie, jest ciasno, co ciekawe – przychodzą w większej liczbie kobiety! Atmosfera wewnątrz niesłychanie sympatyczna, żeby nie powiedzieć familiarna. Ze ściany uśmiecha się upalony bóg Sziwa. Miał on różne oblicza – Sziwy łagodnego, Sziwy szalonego, ale też Sziwy tańczącego z wieloma rękami. Jak najbardziej pasuje do tego miejsca.

23 stycznia 2015 o godz. 17:49

Recenzja „Krzyku Kwezala”

Serwis miejski Kruszwicy – MojaKruszwica.pl – publikuje recenzje Bartłomieja Grabowskiego, który pisze o powieści „Krzyk Kwezala”. Krzyk Kwezala autorstwa Łukasza Gołębiewskiego to piękna opowieść o miłości i wojnie osadzona w pierwszej połowie XVI wieku. Gatunek należy do jednego z moich ulubionych dlatego z wielką ciekawością śledziłem losy bohaterów. Utworowi towarzyszy trzecioosobowy narrator, książka podzielona jest jakby na dwa oddzielne opowiadania. Z jednej strony przyglądamy się losom hiszpańskich konkwistadorów, a z drugiej codziennemu życiu Azteków. „Wojny są po to, by nakarmić bogów, to odwieczny porządek rzeczy…”. Bohaterów powieści jest wielu, jednak do najważniejszych należą Hernan Cortez, hiszpański kapitan i konkwistador Karola V, oraz Cuauhtemoc wódz Azteków, następca zamordowanego Montezumy II. Cortez i jego armia złożona zarówno z Hiszpanów jak i sojuszników z kilku plemion ameryki południowej oblegają Tenochtitlan najbogatsze i największe miasto prawdopodobnie na całym ówczesnym świecie. Celem ekspedycji jest zdobycie bogactw tej pięknej metropolii. Kapitan jest przedstawiony jako typowy żołnierz, który zna się na swoim fachu, wprowadza surową dyscyplinę i wpaja żołnierzom reguły, dzięki którym zachodzą tak daleko, bo pod samą stolicę Azteckiego Imperium. Jak każdy człowiek także i on ma pewne słabości. Jedną z nich jest młoda Indianka, w której się zakochuje i która jest jakby jego odskocznią od fanatycznej i bardzo krwawej wojny. Owładnięci żądzą zdobycia wielkiego bogactwa, a także zemstą na krzywdach jakich wielu z byłych sojuszników ucierpiało z rąk Azteków, przekraczają granice stolicy i niszczą dom po domu, świątynie po świątyni, zabijając oraz paląc, jednym zdaniem mówiąc niszczą wszystko co staje Im na drodze. Cuauhtemoc jest młodym wojownikiem ale wie, że aby przetrwać Aztekowie muszą walczyć, a on sam wspierany przez rady kapłanów oraz samego Sowę Kwezala, doskonałego „inżyniera”, wojownika oraz znawcę wojennej sztuki, nie będą łatwą zdobyczą dla najeźdźców, których wielu ma za bogów. On również jest zakochany w pięknej kobiecie i podobnie jak Cortez u niej szuka odpoczynku i wsparcia od codziennej walki. „Pozwól mi iść, pozwól mi zginąć Moje serce jest drogocennym, zielonym kamieniem Moje serce odpocznie Wódz się zahartował, pan wojny się narodził.” Wojna ciągnie się tygodniami. Codziennie giną setki wojowników. Nie tylko w czasie walki ale również na ołtarzach ofiarnych, gdzie Aztekowie składają ich w ofierze bogom licząc na Ich przychylność. Hiszpanom natomiast przed walką towarzyszą codzienne msze święte. Gdy już duch walki osłabł w drużynie kapitana Corteza i niemalże nie ma żołnierza, który by nie odniósł rany podczas codziennych atakach, błyskotliwa strategia dowódcy oraz jego upór wreszcie przełamują ciężką obronę i w końcu wdzierają się do upragnionego miasta. Utwór jest pełny dramatyzmu, który towarzyszy obu stronom walczących, wiele w nim bólu, a sceny codziennych potyczek, poucinane kończyny, wydłubane oczy, obdzierane ciała ze skóry i temu podobne opisy sprawiają, że jest raczej dla czytelników o mocnych nerwach. Oczywiście przeplatają się gdzie nie gdzie wątki miłosne, czy raczej erotyczne ale prawdę mówiąc nieco wybijają z rytmu i miejscami można się było pogubić. Przepięknie opowiedziana historia, wprowadza nas w Ten niesamowity świat pełnej magii i mitologicznych stworów żyjących wśród innych stworzeń fauny południowo amerykańskiej ziemi. Przykładem jest Chupacabra, stworzenie, które ma miejsce i dziś w niektórych bajkach mieszkańców Meksyku i nie tylko. Kapłani często wprowadzali się stan „czilałtu”, opis tej fazy również znajdziemy w książce, niestety te wątki strasznie mnie irytowały, sprawiały że trochę się gubiłem w akcji. Rozumiem jednak, że jest to część wierzeń Azteckich i celem autora było przedstawienie nam i tego typu zachowań. Największe plusy powieści to bardzo solidnie nakreślony świat, architektura, ogrody, sposób walki, rodzaj zastosowanej broni, religia. Te wszystkie czynniki sprawiają, że nie sposób się oderwać od książki – żona prawie kijem mnie od niej odciągała. Wraz z upadkiem Tenochtitlanu straciliśmy część naszego dobytku kulturalnego, była to nie tylko klęska Azteków ale również całej ludzkości. Biblioteki pełne poezji, nauki o astronomii, powieści i mitologii przepadły, a wiedza zgłębiana od pokoleń zginęła bezpowrotnie. Książkę tę polecam każdemu kto interesuje się schyłkiem średniowiecznej historii, losami Indian, kolonizacją ale także fanom gatunku. Nie jest to jednak lektura dla każdego ze względu na bardzo krwawo opowiedzianą historię. http://mojakruszwica.pl/index.php/literatura/212-krzyk-kwezala