7 października 2010 o godz. 20:36

Nobel dla Mario Vargasa Llosy

Werdyktem członków Akademii Szwedzkiej laureatem literackiej Nagrody Nobla w 2010 roku został Mario Vargas Llosa, peruwiański pisarz - jeden z czołowych twórców literatury iberoamerykańskiej.
Wśród jego najlepszych powieści znajdują się: "Rozmowa w Katedrze”, "Ciotka Julia i skryba", "Kto zabił Palomina Molero?", "Święto kozła", "Pantaleon i wizytantki", "Zielony dom". Niewykluczone, że w przyszłym roku Noblista odwiedzi Polskę. Mario Vargas Llosa przyjął bowiem zaproszenie z krakowskiej oficyny. Na jesieni przyszłego roku ukaże się po polsku powieść „El sueño del celta”.
Poniżej zamieszczam moje pierwsze wrażenia, które spisałem dziś na prośbę redakcji "Rzeczpospolitej", a także dawny zapis rozmowy z Mario Vargasem Llosą, jaką w 1998 roku przeprowadziliśmy wspólnie z Krzysztofem Masłoniem dla "Rzeczpospolitej".

Bogactwo formy i tematów
Z Peru do British Library

Nareszcie, to pierwsze słowo, które przyszło mi do głowy po ogłoszeniu, że tegorocznym laureatem literackiej nagrody Nobla jest Peruwiańczyk Mario Vargas Llosa. Autor „Rozmowy w »Katedrze«” zasłużył na nią jak mało kto, a jednak wydawało się, że podobnie jak wielu innych wybitnych nagrody nie dostanie.
Za literackie osiągnięcia Nobla mógł dostać już na początku lat 70. XX wieku. Po znakomicie przyjętej przez krytyków i czytelników „Rozmowie w »Katedrze«” (a miał już przecież wówczas na koncie równie wielkie dzieło „Miasto i psy”) nikt by się nie dziwił takiej decyzji Akademii Szwedzkiej. A jednak, mijały kolejne lata, Llosa tworzył następne wybitne powieści, a Nobel wydawał się od niego oddalać, zamiast przybliżać. Powodem, zaangażowanie polityczne pisarza, w szczególności zaś zupełnie niepotrzebny – zakończony wyborczą klęską – start w wyborach prezydenckich w Peru w 1990 roku. Dodajmy, że klęskę przyjął bardzo źle, odsuwając się na wiele lat na emigrację, z oddali bezwzględnie krytykując rządy Alberto Fujimoriego, z którym przegrał.
– Represje, które reżim Fujimoriego stosuje wobec mojej twórczości polegają na tym, że w środkach masowego przekazu prowadzone są bardzo agresywne, wymierzone we mnie, kampanie. Mam też trudności z publikowaniem niektórych artykułów. Książki nie są jednak cenzurowane. Jeszcze – mówił w wywiadzie, jakiego udzielił „Rzeczpospolitej” w 1998 roku.
Rządzący przez dziesięć lat Fujimorii to czarna postać najnowszej historii Peru. 7 kwietnia 2009 roku po trwającym 15 miesięcy procesie został skazany na 25 lat więzienia za kilkadziesiąt morderstw na opozycjonistach. Wcześniej uciekł z kraju w atmosferze skandalu korupcyjnego i oskarżeń o powiązania z mafią narkotykową. Nie zmienia to faktu, że zaangażowanie w politykę i późniejsze działania przeciwko prezydentowi, Llosie nie przysporzył zwolenników – ani we własnym kraju, ani za granicą. Pełne goryczy wypowiedzi postrzegane były jako wyraz frustracji przegranego, dopiero wiele lat później świat przekonał się jak wiele w przestrogach i oskarżeniach pisarza było racji.
Spędziłem dość dużo czasu w Peru, przejeżdżając ten kraj wzdłuż i wszerz i wielokrotnie miałem okazję rozmawiać na temat Llosy, za każdym razem dziwiąc się jak powszechnie jest nielubiany. Wybitny pisarz, tak – to powszechnie uznawano, zresztą jego książki w każdej księgarni zajmują w Peru co najmniej jedną trzecią witryny, ale poza tym: „zdrajca”. Nie ważne czy w stolicy Limie, czy w uniwersyteckim Arequipe, gdzie się urodził, czy w Iquitos – sercu Amazońskiej Dżungli, powszechnie Peruwiańczycy mają mu za złe, że wyjechał, że z oddali krytykował ich kraj.
Z Mario Vargasem Llosą miałem okazję rozmawiać trzykrotnie. Dwa razy w Warszawie, raz we Frankfurcie, gdzie podczas targów książki uczestniczył w spotkaniu o literaturze ponad podziałami – razem z Ryszardem Kapuścińskim. Elegancki, energiczny, wysportowany, pokazujący w szerokim uśmiechu rząd równych białych zębów. Niezwykle ciekawy – wydań swoich książek w Polsce, odbioru czytelników. I nieostrożny w wypowiedziach, dający się ponieść latynoskiemu temperamentowi. Bardzo łatwo dawał się sprowokować, zwłaszcza gdy pytania zahaczały o politykę. A wówczas krzyczał, gestykulował, ferował ostre wyroki.
Jego droga polityczna zresztą ewoluowała – od zafascynowania Kubą Fidela Castro po poglądy bardzo liberalne – zarówno w warstwie obyczajowej jak i gospodarczej. Kandydował na prezydenta z ramienia umiarkowanej prawicy. A trzeba tu dodać, że liberalizm nie znajduje w Peru zbyt wielu zwolenników, to biedny kraj, w którym znaczna część społeczeństwa nie jest objęta opieką medyczną czy programem ubezpieczeń.
Polityka jest jednym z elementów jego jakże bogatej prozy. Bogatej stylistycznie i bogatej w obszarze poszukiwań. Najważniejsza książka, wydana w 1969 roku „Rozmowa w »Katedrze«” to wielowarstwowa powieść przede wszystkim o władzy. Llosa mówi w niej o rzeczach ogólnych – mechanizmach świadomości społecznej, przemocy i walki politycznej, konformizmie i zniewoleniu – posługując się jako tłem dziejami społeczeństwa peruwiańskiego nękanego dyktaturą generała Odria. Jednocześnie jest to powieść niezwykła stylistycznie, złożona z porwanych fragmentów narracji układających się jakby w kolaż, co sprawia, że trudno się ją czyta. To jeden z najważniejszych utworów prozatorskich dwudziestego wieku, dla Peru jest ona zapewne czymś podobnym do „Blaszanego bębenka” dla Niemców i Polaków – ciężkim i do bólu szczerym rozliczeniem.
O mechanizmach władzy traktują też inne jego wielkie książki – surowa stylistycznie, przedstawiająca atmosferę w wojsku powieść „Miasto i psy” czy poświęcone dyktaturze na Dominikanie, pisane niemalże stylem reportażu „Święto kozła”.
Ale traktowanie literatury Llosy tylko przez pryzmat jego politycznych pasji byłoby niesprawiedliwe i niepełne. Jest on znakomitym satyrykiem, ma wielkie poczucie humoru, jest też świetnym narratorem. Potrafi pisać frywolnie („Pantaleon i wizytantki”, „Ciotka Julia i skryba”), potrafi bawić się konwencją kryminału („Lituma w Andach”, „Kto zabił Palomina Molero?”), ale też nie ucieka przed namiętnością i seksualnością – choćby w ostatniej wielkiej powieści „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. Można odnieść wrażenie, że lubi niemoralność, czyniąc prostytutki pozytywnymi bohaterkami swych frywolnych opowieści, a w wielu jego książkach znajdziemy pochwałę buntu, czynnego występowania nie tylko przeciwko władzy politycznej, ale także przeciwko regulaminom, a nawet tradycji.
Czy taki buntownik mógł zostać skutecznym politykiem? Dla literatury na pewno dobrze się stało, że wycofał się i pozostał w cieniu regałów swojej ulubionej biblioteki londyńskiego British Museum. – Przesiedziałem w niej trzydzieści lat, napisałem większość swoich powieści i przeczytałem dużą część wszystkich książek, jakie poznałem w życiu.
W tym wyznaniu tegoroczny laureat Nobla jest uroczo staroświecki. Llosa to jeden z ostatnich żyjących prozaików, którzy pomimo eksperymentów z formą i narracją, pozostał głęboko osadzony w literackiej tradycji XIX wieku.

Powołanie literatury

Hiszpański pisarz Juan Benet, powiedział kiedyś, że powieść latynoamerykańska jest odrębnym gatunkiem literackim. To oczywiście żart, ale czy pan przyznaje się do uprawiania takiego właśnie gatunku?

Czytaj – Nobel dla Mario Vargasa Llosy
Nieświadomie. Sądzę, że kiedy autor zaczyna pisać książkę, przede wszystkim chce opowiedzieć jakąś historię, ale i myśli też o technice, formie, strukturze utworu, poszukuje odpowiednich środków w zależności od tego, co pragnie opowiedzieć. Z tym, że nigdy nie napisałem powieści dokładnie wcześniej przemyślanej, nie zrealizowałem ściśle określonego zamiaru. W czasie pracy nad książką pojawiają się nowe pomysły i czasem rezultat finalny zadziwia mnie samego.

A czy na ten finalny rezultat ma wpływ fakt, że od lat mieszka pan w Europie, z dala od ojczyzny?

Zdecydowanie tak. Europa wywarła ogromny wpływ na moją twórczość i nie tylko dlatego, że od lat w niej mieszkam. Bardziej wpłynęła na mnie poprzez swoją literaturę i kulturę. Wychowywałem się na książkach pisarzy europejskich, początkowo głównie francuskich. Pierwszym pisarzem, którym zaczytywałem się w dzieciństwie, był Aleksander Dumas. To paradoks, ale Europie zawdzięczam także moje odkrycie literatury Ameryki Łacińskiej. Wcześniej czytałem pisarzy latynoamerykańskich wyłącznie z obowiązku, prawdziwie fascynowała mnie natomiast literatura europejska i amerykańska. Dopiero w latach 60., kiedy mieszkałem w Paryżu, odkryłem bogactwo kultury Ameryki Łacińskiej, do której należy także literatura peruwiańska. Jest ona bardzo oryginalna, ale przecież w dużym stopniu przynależy do kultury zachodniej.

Literatura iberoamerykańska przez długie lata docierała do Ameryki Łacińskiej via Madryt. Zrozumiałe byłoby, gdyby tam właśnie pan zamieszkał, niech będzie, że w Paryżu – ze względu na Aleksandra Dumasa – ale dlaczego w Londynie?

Z powodów praktycznych. Przyjechałem do Londynu w latach 60., żeby pracować na uniwersytecie jako wykładowca. Anglicy mają takie powiedzenie: „Londyn rośnie w tobie”. Tak właśnie się stało w moim wypadku. Londyn rozrastał się we mnie, mam wiele sympatii, miłości do tego miasta. Życie w Londynie daje mi też wiele istotnych gwarancji. Po pierwsze, jestem tam całkowicie anonimowy, a to bardzo ważne by móc pracować w spokoju. Po drugie, do niedawna istniała w Londynie wspaniała biblioteka British Museum. Przesiedziałem w niej trzydzieści lat, napisałem większość swoich powieści i przeczytałem dużą część wszystkich książek, jakie poznałem w życiu. Było to jedno z najpiękniejszych miejsc Londynu. Teraz zbudowano nowoczesną, funkcjonalną bibliotekę, w której jednak nie ma tamtego klimatu, tamtego uroku i wdzięku, nie ma tajemnicy, którą tam się wyczuwało ani wszechobecnej tam historii.

Niemniej ważne jest jeszcze co innego. Otóż, bardzo podziwiam nie tylko w Londynie ale w całej Wielkiej Brytanii, że społeczeństwo angielskie jest tak głęboko demokratyczne. Przejawia się to w wielkim szacunku dla wolności obywatelskich, w szacunku dla prywatności, w podtrzymywaniu swoich obyczajów i szacunku dla obyczajów innych, w tym wreszcie, że to społeczeństwo w tak naturalny sposób wierzy w wartość różnego rodzaju instytucji demokratycznych. Dla mnie jest to prawdziwa cywilizacja polityczna.

Czasami jednak – rzeczywiście tak się dzieje – zdaje mi się czuć w Londynie niczym jakaś zjawa czy duch. Kiedy odczuwam taki stan, po prostu jadę do Madrytu czy Ameryki Łacińskiej, gdzie staję się człowiekiem z krwi i kości.

Jako zwolennik demokracji i gospodarki liberalnej źle pan się musiał czuć w rządzonym przez Fujimoriego Peru. Ciekawe jednak, czy wierzy pan, że demokracja ma szansę zapuścić w Ameryce Łacińskiej trwałe korzenie. Czytając pańskie książki odnosi się wrażenie, że w tym regionie od czasu Imperium Inków niewiele się zmieniło.

Władza i przemoc wciąż są nierozerwalnie ze sobą związane. Jest faktem, że w Peru mamy obecnie system autorytarny. Jeśli jednak popatrzymy na historię świata, zobaczymy, że wszystkie kraje przeżywały okres barbarzyństwa, który poprzedzał kulturę demokratyczną. Na szczęście w większości krajów Ameryki Łacińskiej zachodzą pozytywne zmiany. Dzisiejszy system jest znacznie bardziej liberalny od tego, który panował w tym regionie 20 lat temu. W wielu krajach mamy dziś do czynienia z czymś, co można nazwać dyktaturą ukrytą, sprawowaną przez cywilne rządy mające przyzwolenie swoich społeczeństw na metody sprawowania władzy. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich krajów, a zwłaszcza Kuby, ale to przyzwolenie jest bardzo ważnym i pozytywnym zjawiskiem, którego wcześniej nie było. Dlatego jestem ostrożnym optymistą.

Myślę też, że sytuację w krajach Ameryki Łacińskiej można porównywać z tym, co się działo niedawno w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Także w tym obszarze świata nie ma wielkich tradycji demokratycznych, co nie przeszkodziło by system ten mocno się tu ugruntował. Kultura demokratyczna ma bowiem to do siebie, że może ją mieć każdy kraj, który jest otwarty na jej przyjęcie, który jej chce. I żadne społeczeństwo nie ma na nią monopolu.

A czy nie ma pan problemu z publikowaniem swoich książek lub artykułów w Peru?

Moje książki są publikowane w Peru. Represje, które reżim Fujimoriego stosuje wobec mojej twórczości polegają na tym, że w środkach masowego przekazu prowadzone są bardzo agresywne, wymierzone we mnie, kampanie. Mam też trudności z publikowaniem niektórych artykułów. Książki nie są jednak cenzurowane. Jeszcze.

Przed laty jedną z pana książek „Miasto i psy” spalono…

Była spalona, ale nie zabroniona. Wojskowi na dziedzińcu szkoły spalili tysiąc egzemplarzy tej powieści, nie podejrzewając nawet, że można zabronić rozpowszechniania książki. Byli w tej kwestii ignorantami. Właściwie to paląc „Miasto i psy” wyrządzili mi przysługę, bo książka od razu została rozpropagowana i miała wspaniałą reklamę.

Od początku bagatelizował pan znaczenie tamtego wydarzenia, zwracając uwagę na to, że 80 procent mieszkańców Peru i tak nie czyta książek. Czy coś się pod tym względem zmieniło?

Tak. Wprawdzie dalej ogromna część społeczeństwa nie czyta książek, po prostu nie mając finansowych możliwości ich nabycia, ale w ciągu ostatnich 20-30 lat kręgi czytelnicze znacznie się poszerzyły. I to w całej Ameryce Łacińskiej. Szczególnie widać ten postęp w klasie średniej, która wcześniej czytała mało albo nie czytała wcale. Interesujące zmiany nastąpiły też w ruchu wydawniczym. Przedtem nie było w Peru wydawnictw, książki importowano, przede wszystkim z Hiszpanii. Obecnie działają w Peru domy wydawnicze, organizowane są nawet targi książki.

Nie wiem czy pan wie, ale również „Rzeźnia nr 5” Kurta Vonneguta była publicznie spalona w ojczyźnie pisarza. Jak widać nawet w tak demokratycznym kraju jak Stany Zjednoczone zdarzają się zbiorowe akty nietolerancji w stosunku do słowa pisanego.

Znam tę historię. I chcę tu powiedzieć, że społeczeństwa demokratyczne nie są demokratyczne na wszystkich poziomach ich struktury. Wielka Brytania ma piękne tradycje demokratyczne. Kiedy jednak przyjechałem tam w roku 1966 nie można było jeszcze opublikować „Kochanka Lady Chatterley” Lawrance’a. Zabroniony był też „Ulisses” Joyce’a. Społeczeństwo nigdy nie jest całkowicie demokratyczne. Zawsze znajdą się wpływowe osoby czy instytucje, które są antydemokratyczne. Możemy walczyć z tym, ale walka o wolność nigdy nie jest wygrana całkowicie. Wszystkie zwycięstwa są tylko częściowe.

Jest pan autorem wielu książek, żadna z nich jednak – przynajmniej w Polsce – nie osiągnęła takiej popularności jak „Rozmowa w »Katedrze«”. Pewnie dlatego, że żyliśmy w komunizmie i powieść tę odczytywaliśmy jako antytotalitarną. Czy dziś podtrzymuje pan wszystkie tezy tamtej książki?

Nie powiedziałbym, że jest to książka z jakąkolwiek tezą. „Rozmowa w »Katedrze«” opisuje mechanizmy poprzez które system autorytarny korumpuje całe społeczeństwo. Nie tylko życie polityczne, ale także życie rodzinne, życie zawodowe, nawet świadomość poszczególnych osób. Dyktatura ma charakter głęboko korupcyjny. Napisałem tę powieść, korzystając z własnych doświadczeń, bo byłem w Peru w latach 1948-56. To był ważny dla mnie czas. W tamtych latach przechodziłem poszczególne etapy dojrzewania: od dziecka do mężczyzny. Dorastanie to odbywało się w świecie, w którym nie było partii politycznych, prasa oczywiście była cenzurowana, profesorowie uniwersyteccy emigrowali bądź więziono ich, na uczelniach trzeba było bardzo uważać, bo tajna policja znajdowała się wśród studentów, a nawet wśród uczniów. Wszystko to korumpowało życie codzienne mojego kraju i to właśnie chciałem pokazać. Oczywiście, tego rodzaju zjawiska towarzyszą wszystkim dyktaturom, niekoniecznie w Ameryce Łacińskiej.

Czy poznał pan osobiście najbardziej odrażającego z bohaterów „Rozmowy w »Katedrze«”, Cayo Bermudeza?

Tak. Poznałem tego silnego człowieka generała Odrii. Naprawdę nazywał się Aleksandro Esparza Zanartu i wcześniej handlował winem. Za czasów Odrii został ministrem spraw wewnętrznych i szefem Urzędu Bezpieczeństwa. Odkrył wtedy swoje prawdziwe powołanie, ba, nawet w pewien sposób – geniusz.

Żyje jeszcze ten człowiek?

Nie. Widziałem go raz, kiedy jako przedstawiciel organizacji uniwersyteckiej udałem się do niego, by poprosić o zgodę na przekazanie koców więzionym studentom. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie wywarł. To był człowiek, którego bał się cały kraj, a w bezpośrednim kontakcie stawał się ucieleśnieniem przeciętności. Nie umiał mówić, popełniał błędy gramatyczne, nawet jego wygląd zewnętrzny wskazywał na całkowitą przeciętność. Ten człowiek miał ręce zbrukane krwią a nigdy nie spotkały go za to żadne sankcje, żadna kara. W ostatnich latach życia poświęcił się działalności filantropijnej. Kiedy ukazała się „Rozmowa w »Katedrze«”, dziennikarze powiedzieli mu: „Cayo Bermudez to pan”. Odrzekł: »Gdyby Vargas Llosa przyszedł do mnie, opowiedziałbym mu rzeczy znacznie bardziej interesujące”.

Powiedział pan kiedyś, że „nie pisze po to aby opowiadać o życiu, ale po to by namawiać ludzi do zmiany sposobu myślenia”. Czy nadal wierzy pan w to, że literatura może zmieniać świat?

Nie wierzę w to już z równie wielką naiwnością, z jaką wierzyłem będąc młodym człowiekiem. Ale wciąż sądzę, że literatura wywiera wpływ na nasze życie. Byłbym innym człowiekiem, niż jestem, gdybym nie przeczytał kiedyś Faulknera, Prousta, Kafki, Joyce’a, Tołstoja. Wszystkie lektury zostawiły we mnie wyraźny ślad, wpłynęły na moją wrażliwość, sposób myślenia, marzenia. Sądzę, że literatura uczy nas krytycznego patrzenia na świat, odmawiania akceptacji dla wielu rzeczy. Odkrywamy też, że życie wymyślone jest dużo bogatsze od tego rzeczywistego. To sprawia, że człowiek czytający jest bardziej wymagający i bardziej niepokorny. Czasami literatura wywiera też bardzo bezpośredni wpływ na mentalność współczesnych ludzi. Tak było w latach 60.

Pana bohaterowie powracają nieraz, pojawiają się w różnych tytułach, np. w „Pochwale macochy” i „Zeszytach don Rigoberta”. Czy pan się tak mocno do nich przywiązuje?

Jest to zjawisko dosyć zagadkowe, także dla mnie. Dlaczego bowiem tak się dzieje, że jedni bohaterowie nagle mi znikają, a drudzy pojawiają się ponownie, stając nagle przede mną i kiedy zaczynam pisać jakąś historię, mówią: „Jesteśmy tutaj”. Wygląda na to, że chcą dopełnić swoją rolę, że w poprzednich utworach nie zostali wykorzystani wystarczająco. Ale, oczywiście, każdy pisarz utrzymuje specjalne stosunki ze swoimi bohaterami, przynajmniej niektórymi.

Także w powieści „Lituma w Andach” wraca pan do swojego starego bohatera, znanego czytelnikom powieści „Kto zabił Palomina Molero”. Tytułowy Lituma tym razem szuka sprawców terrorystycznego zamachu. W latach 80. stał pan na czele komisji, która badała okoliczności zaginięcia w Andach ośmiu peruwiańskich dziennikarzy. Na ile fabuła tej powieści oparta jest na pańskich doświadczeniach sprzed lat?

W niewielkim stopniu. Tamto, bardzo dramatyczne, doświadczenie było jednak dla mnie niezmiernie ważne. Mogłem zobaczyć z bliska różne formy agresji, które w tamtych rejonach Andów są czymś powszednim. Przemoc związana jest tam nie tylko z polityką, ale także z irracjonalnymi przesądami, magią, prymitywnymi wierzeniami religijnymi mieszkańców tej części Peru. Wiele osób nie żyje tam w świecie racjonalnym, morderstwa, gwałt są czymś normalnym. I to te obserwacje wykorzystałem głównie w powieści.

Wątek przesądów religijnych, którym towarzyszą rytualne morderstwa, a które są stałym elementem życia przynajmniej w niektórych regionach Peru, pojawia się także w „Pantaleonie i wizytantkach”. Dla Europejczyka to temat całkowicie egzotyczny, nieodparcie kojarzący się z epoką średniowiecza, a nie schyłkiem XX wieku. Czy nie jest tak, że właśnie te przesądy w dużej mierze hamują demokratyczne zmiany w Peru?

Społeczeństwo peruwiańskie jest bardzo zróżnicowane. Z jednej strony mamy regiony bardzo nowoczesne, z drugiej kompletnie zacofane. Myślę, że odwiedzając Peru można prześledzić kolejne etapy rozwoju ludzkości. Akcja mojej powieści zatytułowanej „Gawędziarz” rozgrywa się w społeczności, która żyje tak samo, jak żyła 500 lat temu i nie są to sytuacje zmyślone. Jednocześnie w wielkich miastach nowoczesność, pęd za bogactwem i łatwym życiem, są silnie obecne. To zróżnicowanie obserwowane w Peru jest charakterystyczne dla całego Trzeciego Świata.

Adam Komorowski, pisząc o Peru, powiada: „Lima to czyściec, Andy to piekło, a Amazonia to arkadia”. Czy pan się zgadza z taką opinią?

Sądzę, że jeśli należy sytuować piekło w Peru, to leży ono raczej w Limie, a nie w Andach. Lima jest najbrzydszym miastem świata.

A jak przedstawia się Arequipe, miasto z którego pan pochodzi?

Może to być odebrane, jako przejaw szowinizmu, ale Arequipe to jedno z najpiękniejszych, choć prowincjonalnych, miasteczek w Peru. Myślę jednak, że tego, co w Peru najbardziej fascynujące nie stworzyli ludzie. Najwspanialsza jest bowiem przyroda tego kraju.

Czyli jednak raj jest w Amazonii. Bohaterowie pańskich powieści, takich jak „Rozmowa w »Katedrze«” czy „Wojna końca światów” wikłają się w politykę, jednoznacznie brudną politykę. A pan? Po co była panu – jednemu z największych pisarzy współczesnego świata, prezydentura Peru?

Z dużą, zapewne, dozą naiwności uwierzyłem, że mogę odegrać ważną rolę w obronie czegoś, w co głęboko wierzę: kultury demokratycznej, systemu demokratycznego. Ten system jest w moim kraju bardzo słaby, kruchy. Do lat 80. mieliśmy przecież 12 lat dyktatury, podczas której działo się wiele złego, naród doświadczył przemocy, gwałtu. Uwierzyłem, jak już powiedziałem – naiwnie, że mogę wpłynąć na tę rzeczywistość. Popełniłem błąd – tak to widzę. Muszę natomiast powiedzieć, że było to bardzo ciekawe, konstruktywne doświadczenie, dzięki któremu mogłem lepiej poznać swój kraj, świat polityki, a także swoje własne ograniczenia.

Czy uważa pan, że pisarz może być skutecznym politykiem? Bułgarski dramaturg Jordan Radiczkow pisał, że „polityka jest domeną barbarzyńców”, z kolei przykład czeskiego prezydenta Havla dowodzi czegoś innego.

Havel to bardzo ciekawy przypadek, który pokazuje, że nikt nie ma monopolu na politykę. Polityka przyciąga różnych ludzi i to ją wzbogaca. A pisarze mogą wnieść do polityki trochę wyobraźni, której na co dzień jej brakuje.

Zainteresowanie literaturą iberoamerykańską w Polsce zaczęło się od Carpentiera, potem był Cortazar, Marquez – pisarze lewicowi albo wręcz lewacy. Czy nie czuł się pan nieswojo w tym gronie?

Od połowy lat 60. względna jednomyślność tej grupy pisarskiej załamała się. Tak się często dzieje, są to zjawiska nie do uniknięcia. Dziś bardzo różnimy się poglądami, niektórzy z nas bronią systemu demokratycznego, inni przez cały czas opowiadają się za socjalizmem. Oczywiście, w Ameryce Łacińskiej między tymi politycznymi kierunkami zachodzi dialog, prowadzona jest polemika.

Napisał pan, bardzo piękny, tekst – „Trębacz z Deya”, będący pożegnaniem Cortazara, z którego wynika, że w obliczu spraw wagi najwyższej, wszelkie różnice zdań, zatargi i spory stają się błahe. Może więc, przykładowo, pana i Gabriela Garcię Marqeza nie dzieli tak wiele?

Między Cortazarem a mną istniały różnice polityczne, ale zawsze byliśmy przyjaciółmi. Nasza przyjaźń trwała aż do jeo śmierci. Bardzo go lubiłem, miałem dla niego wiele sympatii. Był wobec mnie szlachetny i hojny, bardzo mi pomógł. Wiele z poglądów politycznych Cortazara z ostatniego okresu było błędnych, ale zawsze był on szczery i uczciwy, dlatego nigdy nie straciłem do niego szacunku.

A do Marqueza?

Dla mnie Garcia Marquez to przypadek trudny do zrozumienia. Po prostu nie pojmuję, jak pisarz takiego formatu, z takim talentem może służyć komuś takiemu jak Fidel Castro. Jak można wspierać dyktatora, który doprowadził na Kubie do strasznej sytuacji, w sposób absolutnie bezkrytyczny. Takiej postawy nie da się pogodzić z tym, co reprezentuje sobą Marquez jako pisarz, jako twórca. To jest niekompatybilne.

Interesujące jest również pańskie zdanie na temat twórczości Pabla Nerudy i Jorge Amado, postrzeganych u nas wyłącznie w kategoriach politycznych jako sympatyków komunizmu czy wręcz stalinistów.

Tak było w wypadku Nerudy, ale nie Amado. Neruda był zdycyplinowanym członkiem partii komunistycznej a jednocześnie wielkim poetą, być może jednym z największych poetów naszego wieku. To też jeden z tych niezrozumiałych przypadków, jak Marqueza, Eluarda, Aragona. Cóż, kunszt czy przejrzystość literacka nie gwarantują jeszcze – jak widać – jasności poglądów politycznych. Jako poetę odkryłem Nerudę bardzo wcześnie. Czytałem go i czytam z głębokim podziwem, chociaż jego poematy wychwalające Stalina zupełnie mnie nie cieszą. Napisał jednak i inne utwory, wyróżniające się niesamowitą kreatywnością, wielkim bogactwem języka.

Co do Amado, to w początkach lat 60. zaczął się dyskretnie dystansować od linii politycznej, jaką wcześniej reprezentował. Nie wyrzekł się wprawdzie publicznie swoich poprzednich przekonań, ale przesuwał się coraz bardziej na pozycje demokratyczne, podejmując działania jakie charakteryzują ludzi tolerancyjnych, którym obce i wrogie są wszelkie dyktatury. Historia Jorge Amado w zasadniczy sposób różni się od większości życiorysów pisarskich. Jako młody pisarz wydawał się być człowiekiem starym. Pisał powieści w duchu realizmu socjalistycznego, bardzo poważne, dydaktyczne. Wraz z wiekiem odkrywał w literaturze przyjemność, humor, grę, zabawę. Jako człowiek stary odzyskał młodość, chłopięcy wdzięk, nauczył się kochać życie.

Literatura iberoamerykańska wywołuje u nas natychmiastowe skojarzenia: realizm magiczny, baśniowość, mistycyzm.

Jeśli realizm magiczny ma być na stałe przypisany literaturze latynoamerykańskiej, to nie jestem pisarzem latynoamerykanskim. W moich powieściach nikt nie fruwa, nie dzieją się żadne cuda. Z tymi baśniami, z tą magią to jest klisza, to są ramy, w które wtłacza się całą literaturę iberoamerykańską, tak różną przecież, tak bogatą. Widać, że to ostatnie pytanie rozdrażniło pana. Tak, bo jest to bardzo silny stereotyp. Niewątpliwie jednak literatura latynoamerykańska wyrasta z wyjątkowości tamtego obszaru kulturowego. Czy mieszkając w Londynie nie brakuje panu tej literackiej pożywki? To gdzie pisarz żyje, nie jest istotne. Sądzę, że tematy literackie pojawiają się w jego pamięci, mają związek z doświadczeniami z dzieciństwa, okresu dojrzewania, młodości. Jednocześnie pisarz wzbogaca się tym wszystkim, co dzieje się dookoła niego, ale jądro doświadczeń tkwi gdzie indziej, często w innym miejscu i czasie. To właśnie jest powód, dla którego podejmuję peruwiańskie tematy. Większość życia przebywam już poza Peru, a wciąż jest ono stałym elementem moich utworów. Przy tym nie ma to związku z miejscem urodzenia. Jestem chyba najmniej nacjonalistycznym, narodowym pisarzem na świecie. Rozmawiamy o związkach literatury z polityką i filozofią. A czy przypadkiem literatura nie jest tylko umiejętnością opowiadania ciekawych historii? Gdyby tak nie było, to literatura by nie istniała. Ale jeśli literatura jest tylko opowiadaniem interesujących historii, to ma krótkie życie. Sądzę, że literatura powinna bawić, fascynować, ale jednocześnie zmuszać do myślenia, martwić, być może smucić, wywoływać refleksje o świecie, w którym żyjemy, o tym, co właściwie tutaj robimy dzisiaj i co się nam może przydarzyć jutro. Jeśli literatura nie będzie niepokoić w ten sposób, to telewizja ją pogrzebie.

Skoro jesteśmy przy telewizji, to proszę powiedzieć kilka słów o pańskich doświadczeniach z kamerą na planie filmowym. Debiutował pan jako reżyser realizując film na podstawie „Pantaleona i wizytantek”. Obraz ten nie był pokazywany w Polsce.

Tym lepiej dla Polski, gdyż film jest straszny i to całkowicie z mojej winy. Dlatego wolałbym, żeby nie wymieniano tego epizodu w moim curriculum vitae.

A inscenizacje teatralne pańskich sztuk?

Z tym jest znacznie lepiej. Najlepszą inscenizację mojego utworu widziałem właśnie w Polsce, w teatrze w Łodzi. Mam jeszcze inne wspomnienie teatralne z Polski. Dawno temu, w 1976 roku w Krakowie obejrzałem przedstawienie, które wywarło na mnie ogromne wrażenie i dotąd bardzo wyraźnie je pamiętam. Była to inscenizacja „Biesów” Dostojewskiego dokonana przez Andrzeja Wajdę.

A co pan myśli o ekranizacjach pańskich powieści?

Ech… Odpowiem dyplomatycznie. Oczywiście, należy uznać prawo reżysera do inscenizowania utworu literackiego, ale prawda jest taka, że nigdy po obejrzeniu filmu zrealizowanego na podstawie mojej książki nie wychodziłem z kina z entuzjazmem. A w najmniejszym stopniu było mi to dane w przypadku filmu, który sam zrobiłem.

Wracając do misji, jaką ma do spełnienia pisarz, o której już mówiliśmy. Czy literatura potrafi wskazać ludziom jak mają postępować, by świat był lepszy, jak czynić dobro?

Na to pytanie nie odpowiem, bo sam nie wiem co to jest dobro. To pojęcie, które mnie denerwuje. Pisarze nie są przepowiadaczami przyszłości, ani nosicielami jedynie słusznych prawd. Tym mogą zajmować się politycy czy przedstawiciele różnych religii. Niepokoję się, gdy ktoś mi mówi, że potrafi rozróżniać dobro i zło. Literatura zasadza się na wątpliwościach, niepewności, ulotności życia. Dlatego literatura jest ponad jakąkolwiek religią czy ideologią.

Rozmawiali w 1998 roku Łukasz Gołębiewski i Krzysztof Masłoń

I jaszcze dzisiejszy komentarz wideo Masłonia

3 komentarzy dla “Nobel dla Mario Vargasa Llosy

  1. o Llosie

    O Llosie miły… Dziękuję za ten interesujący wywiad. Strasznie podoba mi się twórczość MVL i tego Nobla dawno powinien dostać. Tyle dobrego, że teraz książki MVL są w każdej księgarni bo do niedawna nie był tak łatwo dostępny.

  2. Jak usłyszałam o werdykcie, to sobie pomyślałam, że pewno już tu jest Twój obszerny komentarz i się nie pomyliłam. Mój numer 1 to zdecydowanie „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

14 listopada 2017 o godz. 23:38

Fynf und cfancyś

„Cały Zachód jest jak elektryczne wesołe miasteczko podłączone do prądu. Tak samo migające światełkami, bez względu na to, czy się weselisz, czy właśnie zdychasz w metrze”. ~Michał Witkowski

10 listopada 2017 o godz. 23:05

Udany eksperyment

20171110_213351-001

Wynik 0:0 w Warszawie w meczu z Urugwajem, ale mecz mógł się podobać. Dynamiczny, dużo akcji, dużo dalekich podań, jednocześnie efektywna gra obrony. Zagraliśmy w eksperymentalnym ustawieniu i z tak utytułowanym rywalem dawaliśmy sobie dobrze radę. Polska była w tym meczu lepsza, zwłaszcza w drugiej połowie stwarzaliśmy dużo sytuacji. Niestety, zabrakło skuteczności.

3 listopada 2017 o godz. 19:48

Nowe wydanie przewodnika po Albanii

albania light

W Wydawnictwie Pascal ukazało się nowe wydanie przewodnika po Albanii, którego jestem współautorem. Dwa poprzednie ukazały się: w 2013 roku w serii „Praktyczny Przewodnik” i w 2014 roku w serii „Przewodnik Ilustrowany”. Obecna edycja ukazała się w podręcznej, kieszonkowej, serii „Light”. Więcej informacji można znaleźć na stronie wydawnictwa Pascal: http://pascal.pl/albania-pascal-lajt,8,4814.html, ja tymczasem polecam zwiedzania Albanii, najbardziej niezwykłego zakątka Europy.

1 listopada 2017 o godz. 00:08

Kryzys w Hydrozagadce

SONY DSC

8 listopada w klubie Hydrozagadka (Warszawa, ul. 11 Listopada 25) zagra Kryzys, a wcześniej ID. Bilety: 25 zł w przedsprzedaży i 35 zł w dniu koncertu. Start – godz. 20.00.

31 października 2017 o godz. 19:35

Prowadź swój pług przez kości umarłych

„Najlepiej rozmawia się samemu ze sobą. Przynajmniej nie dochodzi do nieporozumień”. ~Olga Tokarczuk

26 października 2017 o godz. 00:53

Pierwsze urodziny Pogłosu

22712382_1889093428086292_4620225699089097730_o

26 października na Pierwszych urodzinach Pogłosu (Warszawa, ul. Burakowska 12) zagrają: The Stubs, Brudne Dzieci Sida i Bräinëater. Start – godz. 19.30, bilety – 20 zł.

18 października 2017 o godz. 18:21

Pijak

23195d99-62cf-4d42-8d0c-fb6cfc50e330

„Oczywiście piłem nie zawsze, właściwie to od niedawna zacząłem pić. Przedtem czułem wstręt do alkoholu, co najwyżej wypiłem kufel piwa, wino wydawało mi się kwaśne, a sam zapach wódki przyprawiał mnie o mdłości. Ale potem nadszedł czas, kiedy zaczęło mi się źle powodzić…” ~Hans Fallada.

8 października 2017 o godz. 20:39

Szampan na Narodowym

wc russia

Ostatni mecz w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Rosji dostarczył kibicom sporo emocji. Błyskawicznie strzelona bramka Mączyńskiego, nieco przypadkowa, Zieliński strzelał niecelnie, ale stał tam Mączyński, nie patrzył, huknął, bramkarz mógł tylko patrzeć jak piłka wpada do siatki. Przez chwilę Czarnogóra próbowała podjąć równorzędną walkę, przeprowadzili trzy groźne akcje, ale w 17. minucie dostali drugi cios. Świetnie wypracował akcję Zieliński, wrzucił w pole karne Lewandowskiemu, a ten precyzyjnie podał do wbiegającego Grosickiego i 2:0.

8 października 2017 o godz. 13:55

W „Aqua Vitae” o książce „Irlandzka whiskey”

W numerze 5/2017 magazynu „Aqua Vitae” Bogumił Rychlak recenzuje najnowszą książkę Łukasza Gołębiewskiego pt. „Irlandzka whiskey”.

8 października 2017 o godz. 13:52

Irlandzka whiskey (2017)

cover_irish whiskey

Zamieszkujący tereny dzisiejszej Szkocji Piktowie malowali jeszcze na niebiesko ciała, kiedy Irlandczycy destylowali swój trunek. Po latach posuchy irlandzka whiskey wraca szturmem na światowe rynki. Obecnie jest najszybciej rosnącą kategorią alkoholi. Nowe destylarnie powstają każdego roku w każdym regionie wyspy. Książka jest pierwszym w języku polskim przewodnikiem po świecie irlandzkiej whiskey. Można ją wziąć ze sobą w podróż, mieć w kieszeni odwiedzając puby, słuchając takich pieśni jak „Whikey In The Jar” czy „Molly Malone”. Najpopularniejsze zespoły wykonujące irlandzki folk, to The Dubliners i The Pogues. Obydwie grupy mają własne whiskey! Książka przedstawia nie tylko whisky, lecz także zabytki i miejsca w Irlandii warte odwiedzenia, kiedy podróżujemy szlakiem starych i nowych destylarni.