Ostatnia obiecana kartka, czyli telgraficzny skrót - jak tam jest, co warto zjeść, co warto wypić? Otóż jest bezpieczniej niż się na ogół sądzi, przynajmniej dla obcokrajowców - obydwie strony, izraelska i palestyńska, bardzo dbają o swój wizerunek na świecie i starają się by turyści czuli się możliwie komfortowo i bezpiecznie i raczej nie ginęli w zamachach bombowych. A rakiety albo mają inteligentny czip, albo mózg zamachowca-samobójcy, więc wiedzą, gdzie trafić. Uciążliwa jest konieczność ciągłego targowania się, zwłaszcza w częściach palestyńskich, brak stałych cen, ciągłe nagabywanie: "kup to, obejrzyj to". W restauracjach na prowincji nazwy dań są albo w alfabecie hebrajskim, albo arabskim, także trudno cokolwiek zrozumieć, poza tym normalką jest brak cen i standardem jest oszukiwanie, także dobrze się najpierw wypytać dokładnie, ile co kosztuje (oszukują zarówno Żydzi jak i Arabowie). Pytanie o cenę musi poprzedzać każdą usługę, nie wolno wsiadać do taksówki zanim się nie wynegocjuje ceny i trzeba być przygotowanym na dalsze negocjacje podczas jazdy (kiedy kierowca nagle stwierdza, że właściwie to zawiezie nas gdzie indziej, za inną cenę, czyli np. nie do hotelu a nad Morze Martwe - 80 km, za to bardzo tanio). Jest dość ponuro, tablice często przypominają o ofiarach zamachów (szczególnie w pobliżu przystanków autobusowych), okropny jest żelbetonowy mur oddzielający autonomię palestyńską, wszędzie pełno karabinów, mundurów, wozów bojowych, a np. kibuce otoczone są drutami kolczastymi i przy wjeździe mają strażnice z wartownikami i karabinami. Zdumiewające, że naród, dla którego druty kolczaste są symbolem holocaustu i największej traumy (ponad 6 mln zamordowanych przez nazistów) z własnego wyboru żyje dziś w quaziobozach, za drutami... Ale idea kibucu jest taka, że ma się "wyżywić i obronić sam". Byłem w dwóch kibucach, nie chciałbym tam spędzić więcej niż kilka nocy. Poza tym budownictwo mieszkaniowe jest okropne, brakuje chodników, brakuje trawników, wszędzie gruzy, brak estetyki, brak dbałości o otoczenie najbliższego miejsca zamieszkania. Pełno bazarów, handel kwitnie do późnej nocy, zamiera tylko w dni świąteczne. Pełno małej gastronomii, je się zwykle na ulicy, dominują dania kuchni arabskiej, które europejscy Żydzi szybko przyjęli za własne. Także kuchnia lokalna mocno odbiega od oferty restauracji żydowskiej w Warszawie. Pyszny jest podawany w szabas czulent - rodzaj gulaszu z koszernego mięsa, z fasolą, ciecierzycą, cebulą. Kuchnia arabska to głównie falafel, szawarma, gołąbki w liściach winogron, mutabal (pasta z bakłażana), humus (pasta z ciecieżycy), czesto do tego ostra harrisa. Orientalne przyprawy. Smaczne, ale trzeba uważać na żołądek. Na ulicach za grosze wyciskany jest sok z granatów lub pomarańczy. Bardzo dużo kawy (arabska z kardamonem), herbata słodka z liśćmi mięty. Alkoholu pije się mało, zarówno w części żydowskiej jak i arabskiej (muzułmanie w ogóle nie piją, ale sporo jest chrześcijan wśród Arabów). W małych lokalach w ogóle nie podaje się alkoholu, jest kawa i fajka wodna, w której palą owocowy tytoń. W większych restauracjach w karcie jest wprawdzie duży wybór, w praktyce okazuje się jednak, że jest tylko wódka czysta, whiskey, ewentualnie gin. Po stronie żydowskiej - wódka koszerna, po stronie arabskiej - arak, czyli wódka anyżkowa. Ceny wysokie. Za małe piwo izraelskie najtaniej płaciłem w sklepie 8 zł, za palestyńskie - 6 zł. Wino najtaniej znalazłem za 16 zł, ale zwykle kosztuje więcej, przy czym na terenie autonomii palestyńskiej nie ma produktów izraelskich. Wódka w części arabskiej droga, kosztuje minimum 30 zł za 0,5 litra. Koszerność to osobny problem. Na przykład nie można łączyć produktów mlecznych z mięsnymi, czyli np. do śniadania nie można zjeść sera żółtego z wędliną. Są osobne zestawy sztućców itp. Jest z tym spory ambaras, bo w barze samoobsługowym można np. niechcący usiąść przy "mlecznym" stole z porcją mięsiwa i robi się afera. Oczywiście o koszerności można napisać książkę, relacjonuję w telegraficznym skrócie. Jest bardzo ciepło, podczas mojego pobytu temperatura często przekraczała 30 stopni. Najcieplej jest na obszarach położonych poniżej poziomu morza, choć wieczory są chłodne - wieje wiatr od pustyni, a 3/4 kraju to pustynia. W Morzu Martwym można się kąpać przez cały rok, w Morzu Czerwonym nie wiem, ale chyba też. Już mi się nie chce więcej pisać, wkleję zdjęcia. Dodam tylko, że ludzie są zazwyczaj pobożni i przywiązani do tradycji, co widać m.in. w sposobie ubierania się. Oczywiście w Tel Awiwie można nawet znaleźć kluby z muzyką punk, ale prowincja jest bardzo rustykalna i bardzo rozmodlona.
Pełno bazarów i przypraw - polecam hysop
Chłopiec wyciska soki z granatów, pomarańczy i grejpfrutów
Gołąbki w liściach winogron z beczki
Moda odbiega od naszej
Falafel, pita i humus - lokalny hamburger (swoją drogą w Izraelu są koszerne McDonald'sy)
Dresiarstwo pali faję zamiast obalać alpagi
Uśmiechnięty chłopak z plakatu - częsty widok w autonomii
Tam, podobno bardzo zdolni ludzie mieszkają lub przynajmniej kiedyś mieszkali. Słyszałem o Żydzie, co wodę w wino zamieniał; ale nie tam przez fermentację tylko w trybie natychmiastowym, sobie wiadomym sposobem. Nie spotkałeś tam nikogo podobnego?
Tylko palestyński arak i likier marakujowy, ale ten już wypiłem i trochę ostrej papryki, generalnie też mam jadłowstręt więc nie przywożę daktyli czy innych psujących się niepotrzebnych rzeczy.