Święta spędziłem głównie na lekturze, bo stos nieprzeczytanych książek niebezpiecznie mi na biurku urósł. Jedną z nich, którą polecam, jest praca Thomasa L. Friedmana „Gorący, płaski i zatłoczony”. Dodam jedynie, że jego poprzednia książka „Świat jest płaski” była dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji, kiedy pisałem swoją „Szerokopasmową kulturę”.
Thomas L. Friedman jest znakomitym publicystą, być może najlepszym jakiego ma „New York Times”. Trzy razy dostawał Pulitzera, napisał kilka bardzo ważnych książek (wydane w Polsce to: „Lexus i drzewo oliwne” oraz „Świat jest płaski”), a jego zainteresowania są tak wszechstronne, że przekonywująco potrafi opisać zarówno system spekulacji na giełdzie, jak i zasady działania elektrowni węglowej. Specjalizuje się w sprawach związanych z globalizacją, większą część życia spędza w podróży, a jego publicystyka ma ten atut, że zawsze blisko jest ludzi i opisywanych miejsc. Friedman nie poprzestaje jednak na dziennikarskim relacjonowaniu zdarzeń. Jego artykuły i książki są ważnym głosem w sprawach międzynarodowych, gospodarczych, a nawet technologicznych. To maniak innowacji i wielki entuzjasta nowych technologii, przede wszystkim form komunikacji, które łączą świat. Płaski świat, bo Internet pozwala nie tylko łatwo się kontaktować, ale też stwarza wielkie szanse na rynkach pracy dla krajów uważanych do niedawna za zacofane. Płaski, bo w ostatnich latach do głosu dochodzą Chiny i Indie, które odmieniają światową gospodarkę napędzając nowe rynki zbytu. Niestety, technologie to nie tylko korzyści. Swoją najnowszą książkę Friedman poświęcił przede wszystkim zagrożeniom – katastrofom ekologicznym, ocieplaniu się klimatu, przeludnieniu, nieenergooszczędnemu gospodarowaniu. „To nie terroryzm, ale demografia okaże się największym zagrożeniem dla świata”. Friedman szczegółowo opisuje zagrożenia i jest w tym przekonywujący jak jasna cholera! Nie będę powtarzał za nim liczb, a tych w jego książce nie brakuje, jasno pokazują one jednak, że bomba ekologiczna może wybuchnąć nawet w ciągu najbliższych 50 lat. To przerażająco krótki czas na zmiany. Amerykański dziennikarz nie poprzestaje jednak na alarmowaniu. Nawołuje swoich rodaków do konkretnych zmian, przede wszystkim przedstawia szereg propozycji ekonomicznych, które skłoniłyby amerykańską gospodarkę do innowacji technologicznych, które pozwolą radykalnie obniżyć emisję trujących substancji. Friedman wierzy, że w ślad za Ameryką pójdą inne kraje, bo ekologiczne technologie mogą okazać się znakomitym produktem eksportowym. Głównym bodźcem do innowacji mają być zmiany podatkowe – obłożenie wysokim podatkiem technologii opartych na węglu i ropie oraz ulgi podatkowe dla „zielonych” alternatyw. Decyzje polityczne mogą ożywić nową gospodarkę. Zdawałoby się, że proste! Smutna praktyka jednak pokazuje, że lobby ciężkiego przemysłu, rafinerii i elektrowni jest tak silne, że przeforsowanie choćby wyższych norm dotyczących emisji CO2 jest szalenie trudne. Znakomita książka.
Też uważam, że pewne sprawy trzeba wymusić, bo większość ludzi jest zbyt krótkowzroczna... Bardzo podobało mi się swego czasu to, co robili Zieloni w Niemczech.