Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Złam prawo - fragment części II
2. Mrówa-punkówa
3. Xenna na ekranie
4. Xenna - alternatywne zakończenie
5. Chaos i świńska skóra
6. Disorder i ja
7. Kolejny projekt okładki
8. Sylwia
9. Kabotyn Rotten, Sex Pistols dziady
10. Jarocin 2008
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Gazeta Literacka
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Urządzenia biurowe
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Wydawnictwo Jirafa Roja
 
Moim zdaniem
Sobota, 28 Sierpnia, 2010
Fenomen Salander
Disorder

Z dużym opóźnieniem zapoznałem się z książkami Stiega Larssona, nie mając wcześniej czasu na te ogromne tomiszcza. Czytając, zastanawiałem się nad fenomenem powieści, saga „Millenium” to przecież jeden z największych bestsellerów ubiegłego roku. Nie jest to kryminalne mistrzostwo, Larsson zbyt długo wprowadza w akcję, ta zaś rzadko trzyma czytelnika w napięciu. Są tu ewidentne dłużyzny, powtórzenia, a zdarzają się nawet nielogiczności. Ale wszelkie niedociągnięcia bledną przy postaci bohaterki sagi, młodej i obdarzonej niecodzienną urodą, Lisbeth Salander. Mam wrażenie, że od czasów Anny Kareniny literatura nie miała tak pełnokrwistej postaci kobiecej. Salander ma charakter, ma swoje mroki i tajemnice, dziwną moralność, jest gwałtowna, niebywale inteligentna, a jednocześnie aspołeczna, nie potrafi kochać, nie potrafi się przyjaźnić, za to potrafi nienawidzić i walczyć o swoje. Bezpruderyjna, seksowna, zbuntowana. Jej ciało dziewczynki pokrywają tatuaże, na twarzy piercing, w torebce młotek do rozbijania męskich głów. Bohaterka iście cyberpunkowa, niczym Lara Croft z gry komputerowej, tyle że o znacznie bogatszym wnętrzu. Myślę, że to za postać Lisbeth Salander czytelnicy tak polubili prozę szwedzkiego pisarza.

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Środa, 25 Sierpnia, 2010
Środa Rock Festival
Disorder

Prosto z Fest Pod Parou pojechałem do Środy Wielkopolskiej, na drugi dzień imprezy Środa Rock Festival, gdzie wspólnie z Piotrem Stróżyńskim (i przeszkadzającym co chwila Patyczakem) miałem spotkanie autorskie - w przerwie między występem Acapulco a Brudnymi Dziećmi Sida. Piękna pogoda, jezioro, okazja spotkania przyjaciół, okazja poznania czytelników - bardzo sympatyczna impreza. Po Patyczak Show udaliśmy się konsumować browary nad jeziorkiem, a gdy komary zaczęły dokuczać nadmiernie przenieśliśmy sie do mieszkania Piotra z imprezą... i tak już zostało. Obudziłem się na jego kanapie z lękiem kacowym, bo mój mózg nie lubi gdy się go traktuje w sposób bezwzględny spirytualiami przez kilka dni. Wklejam wam fotki ze Środy i nagrania - jak czytam na scenie i jak Patyczak drze mordę w krzakach.

Więcej...
Komentarze (7) Skomentuj
Środa, 25 Sierpnia, 2010
Pardubice i okolice
Disorder

To teraz obiecana krótka relacja z Pardubickiego Kraju, regionu Czech, w którym byłem ostatnio w związku z Fest Pod Parou.
Pardubice, stolica regionu, który graniczy z Polską, leżą nad Rzeką Łabą. Główną atrakcją jest tu przestronny zamek z ogromnymi ogrodami otoczonymi wysokim białym murem (ogrody jednak są zaniedbane). W zamku jest kilka sal wystawowych - stare pocztówki, szkło, oręż, coś tam jeszcze i całkiem ciekawa wystawa poświęcona lotnictwu, generalnie mydło i powidło. Warto zobaczyć XVI wieczny Kościół Zwiastowania NMP i posiedzieć w jednej z knajpek przy głównym placu, na którym stoi ogromny ratusz z XIX wieku oraz liczne znacznie starsze kamieniczki barokowe i renesansowe. Stare miasto jest bardzo ładne, brukowane ulice, zwarta zabudowa, brak szpecących wstawek socrealistycznych, tak częstych w naszej części Europy.
Mieszkałem trzy dni w mieście Moravská Třebová pod którym odbywał się festiwal. Miasteczko zaskakująco ładne, tu też są brukowane uliczki, zadbana starówka, a przede wszystkim wspaniały renesansowy pałac (zasłużenie uważany za perłę renesansu). Z czasów świetności, kiedy Moravská Třebová nazywana była Morawskimi Atenami pozostało wciąż wiele.
W okolicy jest sporo ruin zamków, z których najciekawsze są ruiny Zamku Svojanov z XIII wieku, z masywną kamienną wieżą Hláska - dostępny do zwiedzania. Inne ciekawostki to m.in. Staré Město, miejscowość, w której jest aeroklub, niemal codziennie organizowane są pokazy lotnicze, jak się dobrze trafi to nawet samolotów z I wojny swiatopwej, a poza tym można za opłatą polatać (nie skorzystałem bo się bałem). Jako jedna z atrakcji regionu wymieniane jest muzeum przemysłu w Mladějov na Moravě... Cóż może nie jest to atrakcja, ale z pewnością osobliwość, eksponowane są bowiem stare zardzewiałe maszyny, rozpadajace sie graty samochodów itp. Raczej nazwałbym to "muzeum rdzy", niż przemysłu, no ale może idea jest taka, żeby pokazać jak przemysł podupadł.
Tyle zdążyłem zobaczyć, no może jeszcze kilka mniej ciekawych miejsc, ale wiele mi pozostało jeszcze do obejrzenia w przyszłym roku, przy okazji kolejnego Fest Pod Parou.

Więcej...
Skomentuj
Poniedziałek, 23 Sierpnia, 2010
Fest Pod Parou

W dniach 19-21 sierpnia pod miasteczkiem Moravska Trebova w Czechach odbyła się ósma już edycja festiwalu punkowego Fest Pod Parou. Zestaw kapel był imponujący - czołówka sceny czeskiej plus zagraniczne gwiazdy, m.in. Adicts, Toy Dolls, Anti Nowhere League, Vice Squad, Argies. Trzy dni punk rocka od rana do nocy, łącznie kilkadziesiąt zespołów, kilkanaście tysięcy ludzi, kilkaset tysięcy wypitych kufli piwa Gambrinus...
Jak to na festiwalach w Czechach - policja się nie interesowała i nie przeszkadzała w zabawie, ochroniarze uprzejmi, wnosić na koncert możesz, co zechcesz - własny alkohol, skóry, ćwieki itp., pewnie nawet kałasznikowa można by wnieść, bo nikt niczego nie sprawdzał poza karnetem (600 koron, tj. jakieś 100 zł za 3 dni zabawy). Masa kramików dystrybutorów alternatywnych gadżetów i płyt (w tym kilka stoisk z Polski), w sprzedaży piwo, wino, wódka, fernet, zelenka, rum itp w przystepnych cenach (piwo po 25 koron), oczywiście wszędzie można chodzić z alkoholem, żadnych stref dla pijących jak u nas, młodzież ujarana maksymalnie, dym marihuany unosi się nad polem, gdzie odbywa się festiwal, zero agresji, maksimum tolerancji i zabawy.
Organizacyjnie trochę chujowo. Ściągnęli pierwszej klasy zespoły, ale toy-toye ustawili przy scenie, przez trzy dni nie wypróżniali, gówna się wylały, smród był taki, że zespoły rozstawiały sobie wiatraczki żeby mieć czym oddychać... publiczność takiego komfortu nie miała. Nikt nie zbierał pustych plastikowych kubków od piwa, przez co ostatniego dnia ziemia była usłana tym śmieciem. Pomoc medyczna generalnie miała w dupie, że młodzi ludzie leżą nieprzytomni w upale, a niestety "zgonów" nie brakowało. Czesi palą cholernie mocną trawę, mi wystarczy jedno głębokie buchnięcie i mózg zaczyna pracować całkiem inaczej, a oni tego jarają kilogramy. Mam taką refleksję, że niestety nasi czescy młodzi koledzy roślinnieją i czarno a nie zielono widzę ich przyszłość. Patrząc na spustoszenie, jakie na tym festiwalu powodowało zioło, zaczynam mieć wątpliwość czy legalizacja marihuany jest właśnie tym, co popieram. Swoją drogą czeska "traviczka" jest chyba najmocniejsza w Europie, wyhodowali jakieś super-paskudstwo. Wracając do organizacji, to pole namiotowe było syfne, dobrze, że nie brakowało zimnej wody do przemycia się i picia (upały). Za to mieszkańcy miasteczka niezwykle mili, no i naprawdę pełny szacunek dla rozsądku policji, która ani razu nie psuła zabawy (pewnie też dlatego było tak kulturalnie i spokojnie).
Muzycznie - bardzo dobrze, szkoda tylko, że była jedna scena, no i poślizgi dochodziły do 45 minut, co w Czechach jest rzadkością, zwykle zespoły wychodzą bardzo punktualnie. Dla mnie największym odkryciem tego festiwalu jest... Toy Dolls, bo nigdy ich nie lubiłem, a tu cholera okazało się, że na scenie są rewelacyjni. Oczywiście nic nie przebije występu Adicts, szkoda, że mi się skończyła bateria i nie mogłem nagrać całości. Występy Adicts to wielki i kosztowny show, przedstawienie iluzjonisty, Clockwork Orange orgy :), a Keith "Monkey" Warren ze swoimi popisami jest bezbłędny - z ust wyciaga metry serpentyny, a z rękawów sypie konfetti. Jak zwykle świetny był Vice Squad, rewelacyjne Argies. Do odkryć zaliczyłbym jeszcze czeskich weteranów punk rocka - SPS. Rozczarował mnie natomiast Zeměžluč, bardzo lubię ten zespół, a tymczasem występ był marny.
Festiwal bardzo męczący, na Adictsach, trzeciego dnia w nocy, ledwie trzymałem się na nogach (i to wcale nie z opilstwa i ujarania)... a następnego dnia jechałem na kolejną imprezę w Środzie Wielkopolskiej, o której przy okazji napiszę, może też napiszę o Pardubicach i okolicach, bo festiwal festiwalem, a ja nie omieszkałem zrobić sobie wycieczkę po regionie.
Poniżej trochę fotek i fragmenty wideo z najciekawszych koncertów, z czasem wrzucę tego więcej na YouTube (jakość czasem kiepska, ale kręciłem filmiki w młynie pogo pod sceną).

Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Środa, 18 Sierpnia, 2010
Do ministra finansów
Disorder

Może to nie koniecznie ciekawe dla czytelników tej strony... ale, kto wie? Otóż od przyszłego roku będziemy mieli 5% podatku VAT doliczanego do ceny książki. Podatek jest o tyle paskudny, że doliczany jest na każdym etapie sprzedaży, czyli wydawca naliczy 5% hurtownikowi, hurtownik kolejne 5% detaliście, detalista 5% czytelnikowi czy bibliotekarzowi. Może być tak, że książka, która dotąd kosztowała 20 zł, teraz będzie kosztować ok. 22,25 zł bo te podatki się niefortunnie będą składać na niekorzyść czytelnika. Obawiam się też strasznego chaosu na początku roku, wielkich zwrotów z księgarń i Empików książek, które były wprowadzone do detalu ze starą stawką VAT (0%).
Tych 5% VAT jednak już raczej nie unikniemy, jako Przewodniczący Sekcji Publikacji Elektronicznych Polskiej Izby Książki wysłałem jednak dziś do ministra finansów Jacka Rostowskiego pismo, w którym protestuję przeciwko zróżnicowaniu stawek podatku VAT między e-bookiem dystrybuowanym przez Internet a innymi formami książki.
Jak was to interesuje, to list załączam poniżej.

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Niedziela, 15 Sierpnia, 2010
Jeanette Winterson - Dyskretne symetrie
Disorder

Zarzutów pod adresem prozy angielskiej pisarki zebrało by się sporo. Fabuła zbyt przewidywalna, drażniące zacięcie publicystyczne i epatowanie wiedzą z pogranicza nauki i techniki, dialogi zredukowane niemal do równoważników zdań. Czyta się to opornie, bo akcja rwie się, wątki ucinają, bohaterowie nie dopowiadają myśli, czas i miejsce zwykle są wymieszane a chronologia zaburzona.
A jednak każda powieść Jeanette Winterson jest urzekająca i na swój sposób niezwykła.
Niezwykła, gdyż autorka lubi eksperymentować nie tylko z językiem, strukturą zdań, ale też z czasoprzestrzenią. Każda z jej powieści jest bardzo współczesna, bo Winterson pisze o uczuciach, a reszta to tylko scenografie dla emocji, jednak jakże dziwne to scenografie – równie często osadzone w odległej historii, jak i w scenerii science-fiction (choćby poprzednia powieść „Kamienni bogowie”).
Urzekająca bo przesycona emocjonalnym napięciem. Erotycznym i intelektualnym. To stały element, bohaterowie naznaczeni bagażem doświadczeń z lat dojrzewania, przepełnieni lękiem, a jednocześnie niezwykle spragnieni ciepła. Nieufni, ale ulegli. Wystraszeni lecz zarazem gotowi do ostatecznych poświęceń, w tym śmierci jak choćby w „Dyskretnych symetriach”. Emocje ujarzmiane są jednak przez instynkt lub przez rozum.
„Nie panuję nad swoimi emocjami, dopóki ich nie przemyślę. Nie boję się odczuwania w ogóle, tylko odczuwania bezmyślnego. Nie chcę utonąć. Moja głowa to koło ratunkowe serca” – wyznaje Alice, bohaterka najnowszej powieści.
Sama fabuła jest banalna – miłosny trójkąt, żonaty mężczyzna uwodzi młodszą kobietę, kochanka pisze list do żony, spotykają się, a potem same w sobie zakochują – wątki homoseksualne występują we wszystkich książkach Winterson, ona sama od lat żyje w związkach z kobietami – i trzeba przyznać, pisze o tych relacjach z intymna delikatnością, jest to bliskość fizyczna, ale pełna ciepła i miłości.
A o czym poza emocjami jest nowa powieść? O względności czasu i o umieraniu („Cóż takiego kryje w sobie człowiek? Umarłych. Czas”), a także o pozornej wartości wiedzy (para bohaterów to fizycy, zaś zdradzana żona jest artystką). „W Torze hebrajskie słowo wiedzieć” – przypomina Winterson – „nie dotyczy faktów lecz powiązań. Wiedza nie jest przechowywana, tylko przekazywana”. I w innym miejscu: „Cóż począć z głupotą ludzkości w czasach, gdy fizyka dowodzi inteligencji wszechświata? To odnosi się również do mnie. Wiem, że Ziemia nie jest płaska, ale moje stopy owszem”.
Przyznam, że widzenia świata Jeanette Winterson jest mi nie tylko bliskie, ale też pozwala czasem dojrzeć więcej – jej oczami. A to już wystarczająco dużo by wybaczyć wszystkie ułomności tej prozy.

Więcej...
Skomentuj
Czwartek, 12 Sierpnia, 2010
Kartka z podróży - Meklemburgia 2
Disorder

Wracałem również przez Lubekę (spałem u dwóch szalonych pań w wiosce Eckhorst pod Lubeką – matki i córki, obydwu niesamowicie grubych, prowadziły mały wyszynk – po niemiecku spelunke – a nad knajpką pokoje dla ululanych gości), potem zjechałem jednak w dół, w kierunku stolicy Meklemburgii – miasta Schwerin. Przed Schwerin zajechałem jeszcze do Gadebusch, gdzie jest najstarszy kościół na Meklemburgii, ze wspaniałym romańskim sklepieniem, obok jest ładny ratusz, ulice brukowane, a i zameczek jest w mieście. Schwerin nie przypadkiem jest stolicą landu (choć pretensje rościł sobie dużo brzydszy Rostock), jest tu bajkowy zamek  książąt Meklemburskich, przypominający bawarski zamek Ludwika Szalonego, zbudowany w XIX wieku, miesza style architektoniczne – strzelisty neogotyk, renesans, wieżyczki, rzeźby, cudowny ogród ze sztuczną grotą, oranżerie, tarasy widokowe, a całość otoczona wodą bo zamczysko jest na wyspie na jeziorze Schwerin. Wewnątrz zamku jest muzeum a także kościół oraz niedostępne dla zwiedzających pomieszczenia dla urzędników Langtagu – tu bowiem mieści się Parlament Meklemburgii-Pomorza Przedniego.
Zachwycony potęgą kiczu zamku Schwerin pomknąłem autostradą (niemal do każdej wsi dojechać można w Niemczech autostradą) na Rugię – największą z niemieckich wysp. Wjeżdża się gigantycznym (2,4 km długości) mostem łączącym Rugię z miastem Stralsund, o którym pisałem w pierwszej kartce. Pomknąłem (już nie autostradą) przede wszystkim na Półwysep Arkona, gdzie są białe klify, a także do miasteczka portowego Sassnitz, skąd opłynąłem stateczkiem część wyspy, a przy okazji zwiedziłem okręt podwodny Otus i muzeum żeglugi, no i jeszcze kilka sennych miasteczek. Spałem u jednego wesołego Szwaba w ogródku, gdzie pozwolił mi rozbić namiot, bo okazało się, że na Arkonie jest plac… tylko dla kamperów. W temacie Rugia dodam jeszcze, że specjalnością regionu jest rokitnik, zdawałoby się, że roślina ozdobna, a oni z tego robią nie tylko dżemy, ale też wspaniałe nalewki, likiery i kremy (czasem z dodatkiem owoców, odmian tych alkoholi jest tyle, że można dostać oczopląsu). To się tu nazywa Sanddorn i te likiery są cholernie dobre, słodko-kwaśne.
Końcówka mojego pobytu w Niemczech to Wyspa Uznam (dzielona z Polską – połączenie promowe w Świnoujściu). Tu zwiedziłem niezwykły kompleks Peenemunde, dawne zakłady doświadczalne, gdzie opracowywano silniki rakietowe i m.in. rakiety V1 i V2, które w 1945 roku bombardowały m.in. Londyn. Bardzo ciekawe muzeum, pokazuje historię rakiet przed 1945 rokiem i po, a także losy niemieckich konstruktorów, którzy po wojnie pracować musieli dla Aliantów (w tym kilkuset wywieziono w głąb ZSRR). Ekspozycja ulokowana jest w dawnej elektrowni, która jest największym zabytkiem technicznym Meklemburgii. Można też oglądać w skali 1:1 modele rakiet V1 i V2 oraz zwiedzić okręt o napędzie atomowym.
Ostatni bratkartofel w Heringsdorfie i promem w Świnoujściu wjechałem na Wyspę Wolin by załapać się jeszcze na ostatnie godziny XVI Festiwalu Słowian i Wikingów.
I wróciłem do Warszawy ze smutną refleksją, że spędziłem dwa tygodnie nad morzem a ani razu do morza nie wszedłem bo marznąć nie chciałem.

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Środa, 11 Sierpnia, 2010
Kartka z podróży - Jutlandia
Disorder

Półwysep Jutlandzki dzielony jest pomiędzy Danie i Niemcy i przez wieki ziemie te przechodziły z rak do rąk, stąd liczne mniejszości po obydwu stronach granic, poplątanie architektoniczne i wspólne upodobania (np. w duńskiej części do likierów ziołowych, a w niemieckiej do akvavitu). Przed dziesięcioma wiekami Jutlandia była w rękach Wikingów, stąd też po obydwu stronach granic bardzo ciekawe pozostałości po tej interesującej kulturze ludzi morza. Jutlandia z jednej strony opływana jest przez Morze Północne, z drugiej przez Bałtyk, a w okolicy Skagen morza te się spotykają.
Część Jutlandii opisałem w poprzedniej kartce, gdyż ciągnie się ona aż od Hamburga, czyli na terenie półwyspu leżą opisywane w poprzedniej kartce miasta Szlezwiku-Holsztynu. Teraz chcę napisać o północnej części, należącej do Danii. Pierwszą noc na terenie Danii spędziłem w małej przygranicznej miejscowości Krusa, stąd pojechałem daleko na północ do Aalborga, miasta znanego m.in. z produkcji wspomnianego już akvavitu, czyli mocnego alkoholu, o którym nie omieszkam napisać w Leksykonie Dziwnych Alkoholi. Miasto jest bardzo ładne, z nowoczesnym portem, ale z licznymi renesansowymi kamienicami, z których najpiękniejszy jest czterokondygnacyjny dom Jensa Banga z 1624 roku, najstarszy renesansowy budynek Skandynawii. Na parterze jest wspaniale urządzona apteka – kamienice łatwo znaleźć gdyż jest na prz4eciwko biura informacji turystycznej. Jest tu też biała ceglana katedra św. Budolfii (sprawdźcie sobie w Wikipedii co to za jedna), z jej wieży co godzina wygrywana jest melodia z „Czarodziejskiego fletu” Mozarta. Jest też niewielki zameczek.
Aalborg to miasto nad Limfjordem, fiordem który wdziera się w Półwysem Jutlandzki, a właściwie rozdziela go na liczne wyspy, łączy Bałtyk z Morzem Północnym. Przejechałem samochodem wzdłuż Limfjordu, od morza do morza, śliczną trasą, z plażami, malowniczymi wioskami, polami pełnymi słoneczników, urokliwymi białymi kościółkami, starymi młynami i wiatrakami, a przede wszystkim wzdłuż fiordu. Są tu też mniej urocze miejsca – przede wszystkim dawne hitlerowskie bunkry i umocnienia z 1940 roku. Pojechałem na Wyspę Mors, a potem na maleńką Wysepkę Fur. W Danii można rozbijać się na dziko, ale na Fur (płynie się promem) jest niewielki kemping. Urocze miejsce z białymi klifami zbudowanymi z lekkich jak styropian skał, których odłamki potrafią unosić się na morskich falach – zrobione są ze skamieniałych alg. W małym muzeum w wiosce Nederby na Fur można oglądać sposoby wykorzystywania tych skał (m.in. jako żwirek dla kotów). Ciekawostka, że ta maleńka wysepka ma własny browar i aż siedem gatunków piwa!
Po objechaniu Limfjordu, co zajęło mi ponad jeden dzień, pojechałem do Arhus. To także miasto nad morzem (spałem na kempingu pod Arhus), a jego największą atrakcją jest niebywały wprost skansen miejski – rekonstrukcja kilkudziesięciu dawnych domów, z różnych epok. Do każdego można wejść, wnętrza odtworzono z wielką dbałością, po skansenie chodzą ludzie w strojach z epoki, jeżdżą bryczki, można spróbować dawnych nalewek, wypieków itd. Spędziłem tam cztery godziny i nie miałem dość. Poza tym w Arhus jest m.in. muzeum Wikingów oraz… muzeum kobiet, bardzo ciekawe, prezentujące np. podpaski sprzed stu lat, pierwsze tampony itp.
W Arhus byłem w doskonałej restauracji serwującej owoce morza (w większości Bałtyckiego) – dostałem półmisek z krabami, ostrygami, małżami i mulami, ślimakami, krewetkami, rakami, homarami… Prawdziwa morska uczta, nie tania niestety.
Kolejnego dnia zwiedziłem wielkie muzeum i skansem Wikingów w Moesgardzie. Tu można obejrzeć m.in. świetnie zachowane w torfie zwłoki Człowieka z Grauballe (sprzed 2000 lat), ich historia jest na tyle ciekawa, że może kiedyś napiszę o nim książkę (a może nie), poczytajcie sobie o nim w Internecie, bo ja i tak nadmiernie już się rozpisałem.
I jeszcze słówko o cenach. Otóż Dania jest kosmicznie droga! Noc na kempingu 40-50 euro!!! Piwo w sklepie 12-15 zł, o cenach w knajpach lepiej nie mówić. Poza tym na północy Jutlandii jest zimno i wietrznie, toteż wracałem do Niemiec bez żalu.

Więcej...
Komentarze (5) Skomentuj
Niedziela, 8 Sierpnia, 2010
Kartka z podróży - Szlezwik-Holsztyn
Disorder

Lubeka jest najpiękniejszym z miast Szelzwiku-Holsztynu, ale jego stolicą jest portowa Kilonia, miasto nowoczesne i brzydkie, ulokowane nad Zatoką Kilońską, sam port zaś łączy Morze Północne z Bałtykiem poprzez sztucznie stworzony - głównie dla celów wojennych przez hitlerowców - ogromny Kanał Kiloński, nad którym wznoszą się nieprawdopodobnie wysokie mosty, pozwalające przepływać pod nimi oceanicznym statkom. Jest tu dość ciekawe Muzeum Morskie, katedra, kilka ładnych kamienic, równie wielki co obrzydliwy ratusz, a poza tym sklepy, banki i ruchliwe ulice. Przy Lubece Kilonia wygląda jak Pruszcz Gdański przy Gdańsku, tyle że znacznie bogatszy Pruszcz Gdański.
Nieopodal Kilonii jest wspaniały skansen i muzeum poświęcone Wikingom - Haithabu, które leży w miejscu gdzie w wiekach X-XIII było potężne miasto Wikingów. Niemieckie muzea są znakomicie zaaranżowane - multimedialne prezentacje, podświetlane gabloty, efekty dźwiękowe, dobrze opisane eksponaty, dodatkowe materiały edukacyjne - najczęściej też multimedialne, absolutny mega wypas i to dotyczy - w mniejszej skali - także prowincjonalnych muzeów. A i bilety nie takie drogie (sam wchodzę wszędzie za darmo na legitymację prasową). Przed muzeum Haithabu pasło sie jakies dziwne coś... może z czasów Wikingów (?). Załączam fotkę - nie znam się na zwierzętach zbyt dobrze, ale to wygląda na krzyżówkę krowy i owcy, duże jak krowa, wełniaste jak owca.
Z Haithabu pojechałem do Schleswig, dziś prowincjonalnego miasta, ale o wielowiekowej historii. W samym mieście jest ładny kościół i przyjemny, spokojny port, ale największą tutejszą atrakcją jest zamek Gottorf. Można w nim spędzić cały dzień. To olbrzymi kompleks muzealny, przedstawiający mydło i powidło, ale też prawdziwe arcydzieła, np. jest cała sala z obrazami Kranacha. Można tu też oglądać zmumifikowane czarne zwłoki sprzed 2000 lat ludzi znalezionych na torfowiskach Jutlandii. Niesamowity jest klimat tej ekspozycji, bowiem wchodzi się do ciemnej sali, niemal nic nie widać, rozjaśnione są tylko jakby wnętrza grobowców, do których można zajrzeć. Brrr. Za zamkiem są wspaniałe kaskadowe ogrody, które można oglądać w ramach tego samego biletu, co zamek i muzeum.
Dalej pojechałem do Flensburga. To bardzo ładne miasto blisko granicy z Danią, pełne renesansowych i gotyckich kamienic, jednocześnie spokojne, trochę prowincjonalne, ale w dobrym znaczeniu. Flensburg ma znakomity browar, ale słynie przede wszystkim z produkcji rumu, nic zatem dziwnego, że wszędzie pełno jest piwniczek oferujących lokalny rum (akurat nie lubię rumu, więc trudno mi docenić smak przesiąknięty dębowymi beczkami, w przygranicznej knajpce przetestowałem jednak wiele innych destylatów, które z czasem opiszę i skataloguję).
Niestety, nie pojechałem na Wyspę Sylt, nad Morzem Północnym, nie wszystko da się zobaczyć. W Szlezwiku-Holsztynie zahaczyłem jeszcze o Bad Segeberg, gdzie trwał akurat festiwal twórczości Karola Maya, a właściwie wielki festyn z udziałem przebierańców za Indian, uciekłem jednak bo tłumy mnie zraziły. W miasteczku Tarp jest bardzo ładny wiatrak. Wiele więcej nie widziałem.
I jeszcze słowo o kempingach, bo podróżuję sobie z namiotem. Nie są bardzo drogie - ceny zazwyczaj wynoszą 10 euro za namiot + 5 euro za osobę, czasem też coś za samochód, ale nie zawsze. Standard jest jednak wszędzie luksusowy - czyste kible, kulturalne knajpki, cisza, równe place, ciepła woda pod prysznicem, jakieś place zabaw dla dzieci, osobne łazienki "rodzinne", kuchnie z lodówkami, kuchenkami mikrofalowymi i czajnikami elektrycznymi do użytku ogólnego, bardzo miła obsługa... Szok cywilizacyjny w porównaniu z Polską.
Następna kartka będzie z należącej do Danii części półwyspu Jutlandzkiego. 

Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Sobota, 7 Sierpnia, 2010
Kartka z podróży - Lubeka
Disorder

Lubeka to chyba najładniejsze nadbałtyckie miasto, ładniejsze niż: Gdańsk, Ryga, Tallin, Kopenhaga, Sztokholm czy Helsinki. Gotyk i renesans, przepych, ale w dobrym guście, portowy zgiełk, a jednocześnie spokój prowincji, miasta, które nie ma politycznych ambicji, oddając władzę landu znacznie skromniejszej Kilonii.
Kościół Mariacki w Lubece z XIII wieku ma najwyższe nad Bałtykiem ceglane sklepienie - nawa główna ma 38,5 m wysokości, a dwie bliźniacze wieże po 125 metrów. Większość kościołów w tej części Niemiec było wzorowanych na lubeckim Sankt Marien. Dalej mamy wspaniały gotycki ratusz, ogromny, udostępniany do zwiedzania (niestety z nudnym przewodnikiem). Na przeciwko ratusza jest sklep Niedereggera - najstarszy sklep z marzepanem, założony przez Johanna Georga Niedereggera na początku XIX wieku. Marzepanowe wyroby w ogóle są specjalnością Lubeki - marzepanowy likier opiszę w wolnej chwili w leksykonie dziwnych alkoholi, jest znakomity! (piłem dwa rodzaje).
Masa gotyckich kościołów. Co uderza, to sposób przedstawiania śmierci na rzeźbach w wielu niemieckich kościołach - niezwykle realistyczne kościotrupy, przerażające czaszki uśmiechające się do przechodzących, śmierć z kosą straszy kościstymi dłońmi.
Imponuje miejska brama Holstentor nad rzeką, która przedziela miasto na pół, u nabrzeża jest wiele tajemniczych wąskich podwórek i liczących 200-300 lat, a i starszych, pochylonych kamieniczek.
Na pewno warto odwiedzić Szpital św. Ducha, który jeszcze do 1970 roku był przytułkiem dla bezdomnych. Przerażają klaustrofobiczne cele dla ludzi przecież wolnych, choć przez biedę czy chorobę odizolowanych od społeczeństwa. Straszny przykład zamykania nędzy, aby uspokoić sumienia bogatych patrycjuszy wznoszących coraz to świetniejsze i droższe świątynie. Dla mnie w Lubece dwa ważne miejsca to dom Buddenbrooków, obecnie muzeum Tomasza Manna, mieszkała tam rodzina pisarza i on sam do 1891 roku. A jeszcze ważniejszy - dom Guntera Grassa, mojego ulubionego pisarza. Można tam oglądać grafiki i akwarele, rzeźby (można też kupić oryginalne odlewy rzeźb Noblisty - ceny od 1200 euro za szczurzycę do nawet 14 tys. euro). Jest ekspozycja poświęcona związkom Grassa z Polską, a szczególnie z Gdańskiem, a wszystkie materiały podpisane są także po polsku.
Niedaleko domu Grassa jest restauracja rybna - Der Butt (Turbot), nawiązująca nie tylko nazwą, ale i logotypem (grafika Grassa) do jego słynnej powieści. Oczywiście zjadłem tam płastugę. A z ciekawostek kulinarnych, to nie można nie wspomnieć o dziesiątkach sposobów wykorzystania ziemniaka (kartofla!) przez Niemców. W Lubece znalazłem Kartoffel Keller - knajpa w podziemiach Szpitala św. Ducha, a w karcie coś ze 100 potraw z kartofla - od zup po desery.
Rozpisałem się o Lubece, ale jest naprawdę niesamowita.

Więcej...
Komentarze (4) Skomentuj
Sobota, 31 Lipca, 2010
Kartka z podróży - Meklemburgia
Disorder

Już kolejny dzień jestem w podróży po Meklemburgii, czyli wybrzeżu dawnego DDR. Właśnie kilka godzin temu przekroczyłem dawną granicę DDR i RFN, śpię pod Lubeką, jednym z najwspanialszych miast hanseatyckich. Niemieckie wybrzeże Bałtyku jest zaskakująco bogate w zabytki, pomimo zniszczeń II wojny i lat rabunkowej gospodarki NRD, kiedy m.in. burzono kościoły (do kuriozów można zaliczyć np. mieszkania komunalne wbudowane w gotycki dach jednego z kościołów w Rostocku czy "największą ruinę NRD", czyli kościół Świetego Grzegorza w Wismarze - obecnie już w znacznym stopniu kościół zrekonstruowano, za to kilkaset metrów obok jest monumentelna gotycka wieża kościołu Mariackiego, którego resztę w latach 60. XX wieku wysadzono).
Zdumiewa ogrom tych kościołów, wieże sięgające 100 metrów, przysadziste nawy główne, wspaniałe sklepienia, nawet pozostałości po freskach budzą podziw. Widać bogactwo tych nadmorskich miast kupieckich - wspaniałe gotyckie kamienice, ogromne gmachy ratuszy, wielkie spichlerze, rozbudowany system portów, piękne gotyckie, barokowe, renesansowe bramy prowadzące do starych obszarów miast. Powiedzmy sobie szczerze, taki Stralsund, który nawet nie jest na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO, w sumie prowincjonalne miasto, spokojnie może konkurować z Gdańskiem pod względem liczby zabytków.
Zaskoczyła mnie spokojna atmosfera w knajpach, właśnie jest sobota i wcale nie ma powszechnego pijaństwa... tzn. pije się, ale wcale nie biesiadnie, bardziej kameralnie niż w Bawarii czy choćby w Berlinie, Hamburgu czy Frankfurcie. Może lata komunizmu sprawiły, że ludzie są bardziej stonowani, mniej skłonni do zabawy i manifestowania radości.
Alkohole w wolnej chwili opiszę w Leksykonie Dziwnych Alkoholi, z piw polecam przede wszystkim erdingera, jedno z wielu weissbier, czyli piw pszenicznych.
Co mnie jeszcze dziwi? Masa sklepów "tematycznych", np. ogromny sklep tylko z musztardami, albo sklep tylko z żelkami, albo tylko z grzybami... Szaleństwo nadmiaru wyboru, można dostać oczopląsu.
No i morze - zimne, plaże brzydsze niż u nas, ale wcale nie ma dużo ludzi, można poza kurortami znaleźć ciche i spokojne miejsca, choćby w Zatoce Lubeckiej. W Stralsund jest ogromne oceanarium, nie prezentuje jednak fauny oceanów lecz Morza Bałtyckiego i Północnego. Byłem zaskoczony, że nasz Bałtyk jest tak bogaty - koniki morskie, kałamarnice, płaszczki, wielkie kraby... E, z tymi konikami morskimi to musi jednak być ściema, wsadzili je do akwarium przez pomyłkę... Na marginesie jedyną fauną jaką sam widziałem w Bałtyku są setki meduz.

Więcej...
Komentarze (5) Skomentuj
Wtorek, 27 Lipca, 2010
Pozorna erudycja
Disorder

Łatwość wyszukiwania informacji, niwątpliwie wygodna, nieco mnie przeraża. Niczego nie musimy już zapamiętywać, wszystko możemy znaleźć w internecie, który staje się podstawowym zasobem wiedzy (nie licząc bibliotecznych repozytoriów). Nie trzeba czytać by sypać cytatami, kontekstami, z lekkością wymieniać tytuły dzieł, których się nie czytało i szafować nazwiskami autorów, których się nie potrafi wymówić. Łatwość wyszukiwania informacji sprawia, że stajemy się pozornymi erudytami, bo kto ma trochę oleju w głowie, ten bez trudu będzie poruszał się po zasobach historii, kultury, sztuki, nawet techniki - korzystając jednakże nie z własnej wiedzy, a z przetworzonych omówień, internetowych recenzji, z wyrwanych z kontekstu wiki-cytatów itp. Tyleż fascynująca jest przygoda z hiperświatem zasobów kultury, co niebezpieczna. Bo co się stanie z naszą pamięcią? Obawiam się, że ta z radością uda się na wakacje - skoro nie trzeba zapamiętywać, bo łatwo znaleźć, to mózg szybko się rozleniwi. Pamięć zastąpią karty pamięci, internet, cyfrowe aparaty, kamery, dyktafony, cyfrowe notesy, Google, Picassa, Flickr, YouTube bedą naszymi repozytoriami w niedalekiej przyszłości. I kiedy ktoś odetnie prąd, pozostaniemy przerażająco bezradni intelektualnie, odarci z naszej cyfrowej erudycji.
A najgorsze jest to, że nie ma już od tego odwrotu, bo skoro można szybciej i łatwiej, to przeciez nikt z dobrodziejstw wyszukiwania nie zrezygnuje...

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Czwartek, 22 Lipca, 2010
Life Scars
Disorder

Kolejna z wydanych niedawno płyt, o których zbieram się napisać - debiutancki krążek z mocnym brzmieniem z Białej Podlaskiej. Life Scars to trzy dziewczyny + perkusista, skład częściowo pokrywa się z innym projektem punkowym z Białej Podlaskiej - zespołem Czas Złamać Prawo. W obydwu przypadkach o ekspresyjnej sile utworów decyduje kobiecy wokal, mocny, wyrażający uczucia poprzez krzyk. Life Scars równie dobrze wypadają na płycie, co na koncertach, sądzę, że to może być jedno z muzycznych odkryć sceny H/C.
Aha i z przyjemnością informuję, że płyta Life Scars jest w ofercie distro Jirafa Roja.

Więcej...
Skomentuj
Sobota, 17 Lipca, 2010
J.M.G. Le Clezio - Meksykański sen
Disorder

Ukazała się nowa książka laureata nagrody Nobla, J.M.G. Le Clezio, pt. "Meksykański sen".
Książka na poły antropologiczna, na poły filozoficzna, mocno osadzona w kulturze i historii Mezoameryki, czyli dzisiejszego Meksyku, z zamierzenia ma pokazywać barbarzyństwo białego człowieka, który zniszczył wielkie cywilizacje, wyplenił ich religie i tradycje, narzucając własną wiarę i własną moralność, a jednocześnie gwałcąc, paląc i rabując. Ma rację Le Clezio, gdy pisze o europejskiej gorączce złota, która była jedną z głównych inspiracji podboju nowego lądu, choć nie tylko przecież, bo kto wie czy nie równie ważna była żądza sławy, a przecież i ciekawość. Szkoda, że efektem tej ciekawości nie było poznanie, Europa straciła niepowtarzalną szansę dowiedzenia się jak rozwinęła się alternatywna cywilizacja, z którą przez wieki nie miała kontaktu. Jak myśleli tamci ludzie, jakie mieli osiągnięcia. Niestety, większość tajemnic Indianie zabrali ze sobą do grobów. Le Clezio ich bynajmniej nie odkrywa. Francuzki pisarz oskarża, ale nie tylko. Również zachwyca się tym, co po prekolumbijskich kulturach pozostało, także w warstwie mistycznej. Myśl indiańskiej Ameryki została – jak pisze Le Clezio – brutalnie przerwana, ale to, co jesteśmy w stanie odtworzyć, napawa inspiracją. Dziś wiemy, że kulturowy przepływ nastąpił w obydwie strony, tyle że Europie niczego siłą nie narzucono, wybierała, co chciała. Nie mamy pewności, czy to co najlepsze?

Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 11 Lipca, 2010
Brzydki finał
Disorder
Tak jak się spodziewałem - finał tych mistrzostw świata był brzydki, chyba nawet brzydszy niż cztery lata temu pomiędzy Włochami a Francją. 11 żółtych kartek plus czerwona. 0:0 przez 118 minut. Festiwal zmarnowanych okazji, w końcu na dwie minuty przed końcem dogrywki bramka Iniesty. Bohaterem tego meczu, jak i całych mistrzostw był hiszpański bramkarz Iker Casillas, dziś bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach, dwukrotnie sam na sam z Arjenem Robbenem.
To były bardzo dobre mistrzostwa, grane ofensywnie, z dużą liczbą goli. Moim zdaniem najlepsze mistrzostwa od 1986 roku. Finał był zaprzeczeniem piękna tego Mundialu - zachowawcza i agresywna gra, niesportowe zachowania po obydwu stronach. Nerwy dawały o sobe znać.
Obok Ikera Casillasa najlepszym piłkarzem był Diego Forlan z Urugwaju. Właściwie każda z czterech najlepszych drużyn mogła w tym roku zdobyć mistrzostwo, każda z nich grała na najwyższym poziomie. To były wyrównane pojedynki, decydowało szczęście, może lepszy dzień. Wolałbym oglądać finał Niemcy-Urugwaj, bo tamte zespoły grały dużo bardziej widowiskowo. Ale skuteczni byli wszyscy - wystarczy przypomnieć, że Holandia wyeliminowała m.in. Brazylię. Łącznie cztery najlepsze drużyny strzeliły 47 goli, Niemcy: 16, Holandia: 12, Urugwaj: 11, Holandia: tylko 8.
Te mistrzostwa przypomniały też, że na tego typu turnieju wiele zależy od szczęścia. Wygrana w fazie grupowej Szwajcarii nad Hiszpanią najlepiej tego dowodzi. Szczęście stanowi o uroku piłki. Szkoda, że tak często na Mundialu zamiast szczęście o wyniku decydowały błędy sędziów. Te błędy zepsuły kilka świetnie zapowiadających się widowisk. I boję się, że FIFA niczego się nie nauczy. Zapowiadają zmiany, ale to będą zmiany pozorne. Symbolem tego jak mało wagi FIFA przywiązuje do sędziowskiego partactwa, jest wystawienie do sędziowania w finale Anglika Howarda Webba, który od dawna wygwizdywany jest przez kibiców. Jak to jest, że kibice przed telewizorami widzą swoje, a sędziowie swoje?
Z obawą myślę o Euro 2012 i naszej roli gospodarza. Patrząc na poziom gry europejskich zespołów w RPA widzę, że jesteśmy gdzieś w dalekim ogonie - za Słowacją, za Słowenią, za Szwajcarią, za Serbią. Nie bardzo widzę szansę na nasze wyjście z grupy, gdyż nie mamy obecnie nie tylko trenera, ale też ani jednego piłkarza światowego formatu. A czasu mało. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Niedziela, 11 Lipca, 2010
Nieomylna ośmiornica
Disorder
Mecz Niemcy-Urugwaj oglądałem bez emocji, wszak wynik przewidziała ośmiornica Paul, światowy ekspert w dziedzinie futbolu, która zapewne spędza sen z powiek bukmacherom. Mięczak i tym razem się nie pomylił. Rezerwowy skład reprezentacji w czarnych koszulkach, tym razem bez ani jednego Polaka na boisku, wywalczył brązowy medal. Patrzyłem trochę rozczarowany, bo liczyłem, że Klose zdetronizuje Ronaldo, strzeli dwa gole, i pozostanie samotnym liderem w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii Mistrzostw Świata. Klose, jak i Lahm, jak i Podolski, olali jednak mecz o pietruszkę i nie można im się dziwić (choć dla Klosego to raczej był ostatni Mundial w karierze).
Urugwaj zagrał kolejny bardzo dobry mecz. Diego Forlan moim zdaniem jest piłkarzem tych mistrzostw - dokładny, pracowity, zachowuje zimną krew i niebywałą kondycję fizyczną. Niemcy wygrali, bo byli najlepszą drużyna tego turnieju. Myślę, że mecz Niemcy-Urugwaj powinien był być finałem tych mistrzostw, obydwie drużyny grały pięknie i ambitnie. Tymczasem dziś będziemy oglądali zapewne nudny finał w wykonaniu drwali z Holandii przeciwko hiszpańskim wirtuozom, którzy zapewne wyjdą na miękkich nogach. Spodziewam się dziś gry zachowawczej, podczas gdy mecz o trzecie miejsce (pięć goli!) był popisem odwagi, ale i finezji. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Piątek, 9 Lipca, 2010
Baraka Face Junta
Disorder
Widziałem ten zespół na scenie w Gdyni, kiedy grali przed koncertem Białej Gorączki i od razu bardzo mi się spodobali (podobnie zresztą jak lubiłem Straconego, poprzedni projekt, w którym udzialała się Kasia z Kołobrzegu). Lubię tę pulsującą energię noise, a Baraka przypomina mi dawne nagrania Ewy Braun - surowość, ale w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu, czyli ograniczenie melodii do minimum, na rzecz hałasu i nieuporządkowanych dźwięków budujących nastrój niepokoju. "Uwaga! Słuchać głośno", tak można by reklamować debiutancką płytę zespołu.
Jako całości płyty słucha się bardzo dobrze - jest spójna, ale bynajmniej nie monotonna. Do klimatu dobrze wprowadzają trzy pierwsze utwory otwierające krążek - "Kamień", "Sygnet" i "Znów mnie zawiodłeś". Wokalistka, Kaśka, nie ma wprawdzie zbyt wysokiego głosu, ale doskonale sobie radzi i jej wokal świetnie komponuje się z pulsowaniem gitar. Utwory na dwa wokale też są udane, no może poza bardzo monotonną piosenką "Nogi i ręce". Najlepszse na tej płycie są utwory: "Rzeczywistość", "Przyszłam na świat" i znakomicie zamykająca płytę "Miłość". Teksty są trochę nierówne, najczęściej równie oszczędne jak muzyka, mocno antyklerykalne. Można powiedzieć, że im dłuższe teksty, tym słabsze - Baraka Face Junta doskonali potafi wyrazić się w prostej formie, moim zdaniem słowa są jedynie dodatkiem do atmosfery jaką budują wokale i dźwięki.
Jedna z lepszych płyt jakie ostatnio słyszałem. Więcej...
Skomentuj
Czwartek, 8 Lipca, 2010
Wrrr...
Disorder

Zły jestem z powodu porażki Niemców. Tak zły, że nawet pisać o tym mi się nie chce, zwłaszcza że głowa boli po wczorajszym wieczorze. Pociesza mnie, że niedzielny finał dwóch żądnych pierwszego mistrzowskiego tytułu drużyn będzie interesującym widowiskiem. Kibicować będę Hiszpanii, ale bez entuzjazmu. Ktokolwiek wygra, Europa będzie miała piąty mistrzowski kraj, po Włochach, Niemczech, Anglii i Francji. Meczu o trzecie miejsce mogłoby w ogóle nie być, bo i Niemcy i Urugwaj zasługują na medal.

Więcej...
Komentarze (4) Skomentuj
Wtorek, 6 Lipca, 2010
Skutki uboczne - El Banda
Disorder
Ciągle się zbieram do napisania recenzji kilku dobrych płyt i jakoś odkładam to i odkładam, aż płyty warstwą kurzu zaczynają porastać. Zacznę zatem od El Bandy, zwłaszcza, że ta płyta zakurzyć się nie ma prawa. "Skutki uboczne" to będzie zapewne płyta 2010 roku, przynajmniej w gatunku który mnie interesuje.
Muzycznie i wokalnie - rewelacja. Ania potrafi krzyczeć, potrafi melorecytować, potrafi szeptać, siła jej głosu jest ogromna - zarówno na płycie, jak i na koncertach. Porównywana jest do Niki z Post Regimentu gdyż ma równie silny głos, a i muzycznie El Banda kojarzyć się musi z Post Regimentem, współzałożycielem El Bandy jest Rolf z Post Regimentu. Muzycznie ta płyta jest bardzo spójna, pomimo ogromnej ilości nagranego materiału. Jest bardziej dojrzała od pierwszej płyty, bardziej przemyslana od płyt Post Regimentu... i tak samo wybuchowa. Choć zdecydowanie mniej przebojowa. Muzyczne skojarzenia to - poza Post Regimentem - przede wszytskim Dirt, ale i (jeśli zapomnimy o wokalu Ani) Conflict: te melodyjne wstawki, momenty wyciszenia i narastania dźwięku, które przypominają początek burzy, zresztą po chwili następuje nawałnica, liczne melorecytacje, krzyk łączony z opadającym natężeniem dźwięków. "Skutki uboczne" nie tylko wybijają się ponad punkową przeciętność, ale je tak naprawdę trudno postawić na jednej półce z typowym punkiem, muzycznie są bowiem niezwykle bogate i zróżnicowane. Wspaniale się tego słucha.
Pretensje mam tylko do tekstów z nowej płyty. Zbyt mało zóżnicowane tematycznie, zbyt dosadne, odarte z metafor. Przedstawiają świat przemocy seksualnej, wulganych mężczyzn oraz skrzywdzonych kobiet, zalęknionych, wykorzystywanych dziewczynek. Ten jednobarwnie zły, budzący niechęć świat męczy. Rozumiem potrzebę zwrócewnia uwagi na ukrywane zło, ale na płycie El Bandy jest tego zwyczajnie zbyt wiele. Te teksty raczej niewielu osobom będą się podobały. Męska część publiczności będzie miała duży problem z identyfikowaniem się z tymi tekstami, ale też nie sądzę by te dziewczyny, które wciąż lubią chłopców, kóre nie zostały skrzywdzone, ani wykorzystane, przyjmowały przekaz El Bandy jako swój własny. Kreowanie stereotypu złych mężczyzn niczemu zresztą nie służy, chciałoby się usłyszeć cokolwiek pozytywnego. A jeśli nawet mamy przedstawiać zło i lęk, bo przecież muzyka służy i temu, to wolę gdy jest to wypowiedziane nie językiem publicystyki, lecz sztuki - jak to było na poprzedniej płycie El Bandy w piosenkach: "Przejdzie ci", "Psychoza", "Lumbago" czy "Kokon".
Tej literackiej finezji w nowych tekstach El Bandy brakuje. Nie zmienia to faktu, że jest to najlepsza płyta na scenie HC/Punk od czasu... poprzedniej płyty El Bandy. Obecnie ten zespół jest absolutnie numerem jeden. Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Niedziela, 4 Lipca, 2010
W mniejszości
Disorder
OBOP podała o 20.00, że do wyborów w drugiej turze poszło aż 56,2 proc. uprawnionych. Jestem w mniejszości. I wcale mi z tego powodu nie jest przykro.
Od tego, który wygrał wybory oczekujmy spełnienia obietnic, ten który przegrał najlepiej jeśli zajmie się pisaniem pamiętników. Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Sobota, 3 Lipca, 2010
Moje typy
Disorder

Wyniki ćwierćfinałów Mistrzostw Świata w RPA są dokładnie takie jak typowałem - w medalowej strefie znalazły się Holandia, Urugwaj, Niemcy i Hiszpania. Odpadły m.in. faworyzowane Brazylia i Argentyna, w dodatku Argentyna rozbita przez Niemców 4:0. Diego Maradona może wracać do narkotyków, kolejny raz okazał się być nadętym kretynem, który myśli, że zjadł wszystkie rozumy.
Te mistrzostwa stoją na zaskakująco wysokim poziomie. Chyba najlepszym obrazem sportowej zawziętości była postawa przegranych - Ghany i Paragwaju, obydwie drużyny przegrały tylko dlatego, że zabrakło im rutyny i cwaniactwa, no i może też trochę szczęścia, ale grały z Urugwajem (dwukrotny mistrz świata, fakt że w zamierzchłych czasach) i Hiszpanią (aktualny mistrz Europy) jak równy z równym.
Niemcy znów trafiają na trudnego przeciwnika - Hiszpanię. Miroslav Klose strzelił na tych mistrzostwach cztery gole, David Villa - pięć. Prawdopodobnie pomiędzy nimi rozstrzygnie się walka o tytuł króla strzelców tego Mundialu. Holandia powinna poradzić sobie ze zmęczonym Urugwajem, który i tak osiągnął już bardzo wiele. Finał Niemcy-Holandia typowałem od samego początku. Holendrzy z meczu na mecz są coraz mocniejsi - także psychicznie, z pewnością podbudowani sensacyjną wygraną z Brazylią.
Piłkarskie odkrycia tych mistrzostw to jak dla mnie Luis Suarez z Urugwaju i Mesut Oezil z reprezentacji Niemiec. Dream Team tych mistrzostw jak dla mnie to: Iker Casillas (Hiszpania) - Philipp Lahm (Niemcy), Gabriel Heinze (Argentyna), Ricardo Carvalho (Portugalia) - Mesut Oezil (Niemcy), Bastian Schweinsteiger (Niemcy), Andres Iniesta (Hiszpania), Wesley Sneijder (Holandia) - Diego Forlan (Urugwaj), Luis Suarez (Urugwaj) i David Villa (Hiszpania).

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Niedziela, 27 Czerwca, 2010
Przedwczesny finał
Disorder
Niezależnie od błędów jakie popełnili sędziowie w meczach Niemiec i Anglii oraz Argentyny i Meksyku, nie ma wątpliwości, że zwycięstwa faworytów były w pełni zasłużone. Niefortunny terminarz tych mistrzostw sprawia, że już w nastepnej rundzie zagrają przeciwko sobie dwie najlepsze drużyny tych mistrzostw - Niemcy kontra Argentyna. Solidna szkoła europejska i południowoamerykańska brawura. Stawiam w tym pojedynku na Europę, ale będzie to z pewnością bardzo wyrównany mecz. Powinien to być finał tych mistrzostw, tymczasem jedna z drużyn wróci do domu bez żadnego medalu, co dowodzi, że medale niekoniecznie zdobywają najlepsi.
Błędy sędziów irytują, ale co cztery lata słyszę, że FIFA musi coś zmienić, a oni nigdy nic nie zmieniają, choć technika dziś pozwala wyeliminować pewnie 99% błędów. Niezrozumiały konserwatyzm, zwłaszcza, że światowy futbol to przecież gigantyczne pieniądze, a zdawanie się wyłacznie na głos sędziego sprawia, że tak wiele w piłce afer korupcyjnych.
Bardzo podoba mi się gra Urugwaju, który w następnej rundzie zapewne rozniesie Ghanę i myślę, że to Urugwaj a nie Argentyna walczyć będzie na tych mistrzostwach o medal dla Ameryki Południowej. A jutro przekonamy się, co tak naprawdę warta jest Brazylia. Chile nie jest najbardziej wymagającym przeciwnikiem, ale mam nadzieję, że łatwo skóry nie sprzedadzą. No i gorąco jutro będę kibicował Słowakom. Więcej...
Komentarze (11) Skomentuj
Piątek, 25 Czerwca, 2010
¡Viva España!
Disorder
Po bardzo ostrym początku, dwóch szybkich bramkach Hiszpanii, czerwonej kartce dla Chilijczyka Estrady, końcówka tego meczu wyglądała jak przyjacielska wymiana piłek pomiędzy dwoma hiszpańskojęzycznymi narodami, które awansują do 1/8 finałów Mistrzostw w RPA. Dobrze, że odpadła Szwajcaria - moim zdaniem obok Grecji i Włoch najnudniejszy zespół. Cieszy awans Hiszpanii (wspaniała pierwsza bramka Villi), cieszy że tak dużo zespołów awansowało z Ameryki Południowej i Środkowej: Meksyk, Urugwaj, Paragwaj, Chile, oczywiście także faworyci, czyli Brazylia (jakże nudny dziś mecz z Portugalią) i Argentyna. Ciekawe, że w drugiej rundzie Europa jest w mniejszości.
W 1/8 finałów będę kibicował: Urugwajowi, Ghanie, Niemcom, Meksykowi (choć pewnie wygra Argentyna), Słowacji (wygra pewnie Holandia), Chile (a wygra zapewne Brazylia, tfu tfu, oby nie!), Paragwajowi i Hiszpanii. Wygląda na to, że także w 1/4 finałów Europa będzie w mniejszości. Więcej...
Skomentuj
Czwartek, 24 Czerwca, 2010
Słowacja!!!!!
Disorder
Ze szczęścia omal nie spowodowałem na skrzyżowaniu wypadku - słuchając meczu Słowacja-Włochy w radio. Słowacja strzeliła Włochom trzy gole, nieprawpodopodobna radość, choć emocje do 94 minuty. Włosi poza Mundialem już po pierwszej rundzie, wreszcie antyfutbol został ukarany! No i nasi bracia Słowacy, którzy pierwszy raz grają na Mistrzostwach Świata awansowali do 1/8 finałów. Cieszę się tak samo jaby to był nasz, polski awans (choć to Słowacy pozbawili Polskę szans na Mundial).
W RPA nie ma już ani mistrza, ani wicemistrza świata z 2006 roku, a sukcesy takich drużyn jak Słowacja czy Meksyk pokazują, że nie ma już w piłce "pewniaków". Czekam teraz na odpadnięcie Aregentyny i Brazylii. Więcej...
Skomentuj
Środa, 23 Czerwca, 2010
Długa droga do finału
Disorder
Nie wiem czy Niemcy mądrze zrobili, że w końcówce meczu nie pozwolili Ghanie wyrównać, wówczas zajęliby drugie miejsce w grupie D i mieli łatwiejszą drogę do finału. A tak to trafiają w 1/8 na Anglię, a zapewne w 1/4 na Argentynę i być może w 1/2 na Hiszpanię, będą mieli zatem najtrudniejszą drogę do finału jaką można sobie wyobrazić (bo ja wciąż wierzę, że Niemcy zostaną mistrzami świata). Bramka Amerykanów w 91 minucie meczu z Algierią zirytowała mnie dziś, pozbawiła bowiem awansu Słowenię, której bardzo kibicowałem i zdegradowała Anglię na drugie miejsce w grupie. Amerykanie grają bez finezji i to pierwsze miejsce zajęli psim swędem, zupełnie niezasłużenie. Żal mi także Serbii. Jutro będę gorąco kibicował Słowacji w meczu z Włochami, a pojutrze Portugalii w meczu z Brazylią. Więcej...
Skomentuj
Poniedziałek, 21 Czerwca, 2010
Kruchość życia
Disorder
Zadzwonił do mnie Piotr Stróżyński, autor dwóch powieści: - Felicja Pawlicka zginęła w wypadku! W pierwszej chwili nie uwierzyłem, zerknąłem na jej wpisy na Facebooku, były sprzed kilkunastu godzin - pełne życia, pełne dobrych chęci. Felicja była niesłychanie życzliwym człowiekiem, ofiarna, pomocna, gotowa poświęcić własne sprawy dla innych. Pewnie gdyby nie jej upór, Piotr nigdy by nie skończył swojej nowej powieści "Nienawidzę was!", była jego dobrym duchem. Poznaliśmy ją na naszym pierwszym spotkaniu autorskim w Jarocinie, przyszła z córką, Laurę, która teraz ma 17 lat. Potem jej życzliwe uwagi towarzyszyły nam stale, miała ogromną potrzebę dzielenia się swoimi wrażeniami, była wnikliwym obserwatorem.
Jeszcze tak niedawno, na początku czerwca bawiliśmy się wszyscy razem w Jarocinie. Felicja, która uwielbiała fotografię, robiła nam zdjęcia podczas spotkania autorskiego w JOKu, doskonałe zdjęcia biorąc pod uwagę jak niewiele światła mogła wykorzystać w zamkniętej ciemnej sali, bez lampy błyskowej. Jako fotograf potrafiła uchwycić chwilę i jej atmosferę. Była bardzo wrażliwa, mówiła szybko, z emocjami, tak też pisała, tak fotografowała. Póbowała animować zycie kulturalne w Jarocinie, była pełna energii, przygotowywała kolejne wystawy. Wiele rozmawialiśmy o książkach, o propagowaniu czytelnictwa. Miała społeczne zacięcie. Ale przede wszystkim niezwykłą dobroć.
Nadal trudno mi w to uwierzyć, że Felicja Pawlicka nie żyje. Była w moim wieku. Była pełna planów, które zostały tak brutalnie przerwane. Jakże życie jest kruche. Jaki los jest niesprawiedliwy. Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Niedziela, 20 Czerwca, 2010
Nie wybierałem
Disorder
"To powinny być ostatnie wybory mniejszego zła: między kimś bez charakteru i kimś z jego nadmiarem. Możemy i musimy stworzyć sieć ludzi wolnych i zmusić państwo, aby nam służyło" - pisał w maju tego roku w bardzo mądrym eseju pt. "Nas jest więcej" Czesław Bielecki.
Otóż ja nie mam potrzeby wybierania między kimś bez charakteru i kimś z jego nadmiarem, dlatego zostałem w domu. Nie wybierałem zresztą w poprzednich wyborach, w jeszcze poprzednich itd. Nie wybieram bo nie wierzę politykom. - To pan nie chce nic zmienić? - spytała mnie ostatnio poirytowana Beata Stasińska z wydawnictwa W.A.B., kiedy jej powiedziałem, że nie głosuję - z zasady, bo mój głos to nieufność wobec polityki. Nie głosuję, żeby się nie wstydzić. Czy to znaczy, że nie chcę nic zmienić? Nie, to wcale tak nie znaczy. Zwyczajnie, nie wierzę, że ktoś bez charakteru lub ktoś z jego nadmiarem może cokolwiek zmienić. Dlatego staram się zmieniać rzeczy tam, gdzie mogę - wokół siebie, w swojej firmie, w środowisku, które jest mi bliskie, ale nie w państwie, które mnie irytuje biurokracją i ignorancją wobec obywateli. "Nie osiągnęliśmy wolności od tyranii administracji, wolności od bezkarnych mafii urzędniczych, bez których zgody osiągnięcie wspólnych celów jest mrzonką" - pięknie pisał Bielecki. Czy taki lub inny prezydent, premier, poseł, sprawi, że moja osiemdziesięcioletnia babcia, która przez dziesięciolecia płaciła składki ubezpieczeniowe, będzie mogła dostać się do lekarza? Że nie usłyszy, iż najbliższy wolny termin jest za pół roku, kiedy być może już nie będzie żyła? Że zostanie obsłużona uprzejmie? Że ktokolwiek z nas zostanie uprzejmie obsłużony przez urzędnika, a lekarz - o ironio! - obstawiony jest w tym kraju przez urzędników, o ile pracuje w publicznej służbie zdrowia. Przez urzędników obstawiony jest sąd, zaś urzędy pracy to upokarzająca bezrobotnych biurokracja, która tylko wzmaga społeczną bezsilność, brak wiary. To samo dzieje się w szkolnictwie, to samo w służbach mundurowych. Powszechne lekceważenie obywatela. I tak dalej, pierdolę wybory, polityków i urzędników. Mój wybór to starać się być niezależnym, czyli zarabiać tyle, żeby nie musieć mieć do czynienia ze sferą publiczną, na którą płacę podatki. Mój wybór to unikać sytuacji, w kórych mógłbym mieć do czynienia z biurokracją sądownictwa, arogancją policji i służb miejskich. Nie głosuję na polityków bo nawet w przypadku administracji osiedla mam całkowite poczucie bezradności. Żyjemy w kraju arogantów i cwaniaków. Kiedy zmieni się mentalność urzędników, wówczas może zainteresuję się moim prawem wyborczym.
A wbrew temu, co pieknie myśli Czesław Bielecki - nas wcale nie jest więcej, jesteśmy w defensywie - my obywatele, przytłoczeni przez aparat biurokracji państwa. Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Piątek, 18 Czerwca, 2010
Zmarł Jose Saramago
Disorder
W wieku 87 lat zmarł Jose Saramago, autor takich powieści jak "Miasto ślepców" czy "Baltazar i Blimunda". Portugalski noblista zmarł w swoim domu na Lanzarote - wyspie wchodzącej w skład archipelagu Wysp Kanaryjskich.
Saramago, który otrzymał nagrodę Nobla w 1998 roku, ostatnie tygodnie spędził w szpitalu. Hiszpańskie media podają, że miał problemy z oddychaniem.
Był wspaniałym pisarzem, finezyjnym stylistą, lubił eksperymentować z językiem, długość zdań, tempo narracji, monologi wewnętrzne w większym stopniu niż fabuła budowały klimat jego powieści, dzięki czemu postacie były bardziej rzeczywiste, opisy plastyczne, przeżycia, emocje autentyczne. Pisał o chciwości, o władzy i jej nadużyciach, krytycznie patrzył na demokrację, za to z wielką wiarą na ludzką solidarność. Jego powieści pełne są cierpienia, smutku, ale i wiary w potęgę empatii. Był zdeklarowanym socjalistą, z niechęcią wypowiadał się na temat historii kościoła katolickiego, co stawiało go w rodzimej Portugalii na pozycji outsidera. Od dawna mieszkał zresztą poza swoim krajem i rzadko w nim bywał.
Miałem okazję poznać Jose Saramago, rozmawiałem z nim podczas Frankfurckich Targów Książki w 1998 roku, na dzień przed tym jak dostał nagrodę Nobla. Siedział wówczas sam, znudzony, na stoisku swojego hiszpańskiego wydawcy. Też nie miałem nic do roboty, usiałem, wyjąłem dyktafon - zadawałem pytania po angielsku, on odpowiadał po portugalsku, a między nami siedział hiszpański tłumacz. Kiepska to była komunikacja. Sprawiał wówczas wrażenie łagodnego mentora, który patrzy na świat z życzliwym dystansem. Następnego dnia miał we Frankfurcie wykład na temat żywotności idei socjalistycznej i o tym m.in. rozmawialiśmy. Także o Noblu i o wielkim portugalskim poecie - Fernando Pessoi. Następnego dnia, kiedy dostał Nobla, ja miałem gotowy wywiad, który depeszowałem do "Rzeczpospolitej", w której wówczas pracowałem. Poszedłem potem na jego konferencję prasową. Oblegany przez mikrofony i fotoreporterów pomachał do mnie z uśmiechem - oto skończył się czas, w którym mógł siedzieć znudzony, przez nikogo nie indagowany poza dziennikarzem z Polski.
Każda jego powieść była wydarzeniem, każda napisana z wielką dbałością o strukturę narracji. Najwybitniejszą pozostanie jednak nieszczęśliwa historia kochanków - Baltazara i Blimundy. Jego polskim wydawcą był Rebis, który opublikował przekłady wszystkich jego najważniejszych książek, za wyjątkiem bluźnierczej "Ewangelii według Jezusa Chrystusa". Tomasz Szponder, prezes Rebisu, wielokrotnie mówił, że nie wyda tej książki ze względu na uczucia czytelników. Szkoda, gdyż wydaje się, że czytelnik w Polsce jest dość dojrzały by rozpoznać prowokację i docenić wielką literaturę. Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Czwartek, 17 Czerwca, 2010
¡Viva México!
Disorder
Cóż, od lat kibicuję Meksykowi na mistrzostwach, ale na tych samych zasadach, na jakich pierwszy raz w tym roku kibicuję debiutującym Słowakom - z życzliwością i bez wiary w sukces. W 2006 roku wybrałem się nawet do Norymbergii na grupowy mecz Mistrzostw Świata Meksyk - Iran (fotki z fiesty meksykańskiej na ulicach Norymbergii po meczu załączam - tak, tak, miało się wówczas jeszcze bujną czuprynę...). Wygrywając dziś 2:0 z Francją Meksyk nie tylko wykazał zimną krew, ale i wysoką formę. Mecz był wyrównany, być może gdyby w jedenastce Francji grał Tierry Henry, mecz potoczyłby się inaczej, ale trener trójkolorowych Raymond Domenech nie widzi miejsca w podstawowym składzie dla swojego najbardziej bramkostrzelnego napastnika. Zapewne za tydzień nie będzie już trenerem i nikt po nim płakał nie będzie. Meksyk zagrał wspaniale, kibicowałem im, ale żal mi Francuzów, których także lubię.
Wyniki innych dzisiejszych meczów mniej mnie cieszą. Argentyna pod wodzą spasionego Maradony złapała wiatr w żagle, a po cichu liczyłem, że Korea Południowa ugra remis, tymczasem poległa z kretesem. Zaskoczyła mnie wygrana Grecji z Nigerią, ale wiemy, że Grecy są kompletnie nieobliczalni. A pierwszy afrykański Mundial nie jest łaskawy dla Afryki, jest bardzo prawdopodobne, że do 1/8 finałów nie wejdzie ani jeden kraj z Czarnego Kontynentu. Dotąd najlepiej zaprezentowało się Wybrzeże Kości Słoniowej, ale oni są w bardzo trudnej grupie i raczej nie awansują. Teoretycznie szanse ma Ghana po wygranej z Serbią, nawet jeśli jednak awansuje to pewnie trafi w 1/8 na Anglię i na tym przygoda Afryki z piłką się skończy. Nie będzie mi bardzo żal z tego powodu. Więcej...
Komentarze (5) Skomentuj
Wtorek, 15 Czerwca, 2010
Pech Słowaków
Disorder
Słowacja w swoim debiucie na Mistrzostwach Świata zromisowała z Nową Zelandią, dając sobie wbić gola w 93 minucie. Gdyby sędzia wcześniej odgwizdał koniec, mieliby cień szans na wyjście z bardzo trudnej grupy. Ale też trzeba przyznać, że remis 1:1 był sprawiedliwy, bo od 50 minuty Słowacy już tylko pilnowali wyniku, co się na nich zemściło. Nie mniej nadal Słowacji kibicuję, mam nadzieję, że zrobią niespodziankę i wyeliminują Włochów i wyjdą z grupy F razem z rewelacyjnie grającym wczoraj Paragwajem.
Zaraz siadam oglądać mecz Brazylii z Koreą komunistyczną. Bynajmniej nie po to, żeby kibicować Brazylijczykom! Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Poniedziałek, 14 Czerwca, 2010
Do szczęścia niewiele zabrakło
Disorder

Moim małym szczęściem była by przegrana bufonów, znaczy się Makaroniarzy, mistrzów symulacji i teatralnych gestów, którzy swoim kabotyństwem psują przyjemność oglądania każdego Mundialu. Paragwaj zagrał świetnie, niewiele zabrakło, ale i tak utarli bufonom nosa remisując 1:1.

Więcej...
Skomentuj
Poniedziałek, 14 Czerwca, 2010
Po Bieszczadzkim Lecie z Książką
Disorder
W dniach 11-13 czerwca gościłem w Lesku i Sanoku, gdzie odbyło się jubileuszowe 5. Bieszczadzkie Lato z Książką. Miasta te gościły w tym roku czternastu pisarzy i dwunastu wydawców, spotkaniom autorskim towarzyszyły kiermasze książek w obydwu miastach.
Potworny upał, a także brak literackich gwiazd, sprawiły że publiczności było mniej niż w poprzednim roku, bez wątpienia jednak dla obydwu bieszczadzkich miast jest to wielkie kulturalne święto, bardzo dobrze nagłośnione przez lokalne media i odbywające się z błogosławieństwem (a także wsparciem finansowym) władz powiatowych w Lesku i Sanoku. Imprezę dofinansowują także Instytut Książki, Polska Izba Książki i wydawnictwo Bosz, którego szef – Bogdan Szymanik – jest nie tylko pomysłodawcą, ale i głównym motorem imprezy.
O ile kiermasz na rozgrzanym słońcem rynku miasta cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem, to spotkania autorskie były burzliwe, nie brakowało ani publiczności, ani ciekawych pytań. W tym roku zaproszonymi autorami poza mną byli: Grzegorz Miecugow, Artur Andrus, Mieczysław Tomaszewski, Wiesław Ochman, Olgierd Budrewicz, Barbara Kosmowska, Edward Lutczyn, Bartłomiej Rychter, Mariusz Czubaj, Ryszard Ćwirlej, Krystyna Nepomucka, Zofia Turowska i Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Spotkania autorskie prowadzili: Ewa Bal-Baranowska, Tadeusz Górny, Jerzy Kisielewski i Krzysztof Masłoń. Dodam, że organizator fundował nam noclegi na zamku w Lesku, posiłki, wieczorne biesiady a nawet przelot samolotem do Rzeszowa i transport własnym busem do Leska. Wydawcy zaś dostali bezpłatnie stoiska, gdzie prezentowali swoje książki.
Z wydawców w imprezie wzięli udział: Akapit Press, Bellona, Bosz, Debit, Marginesy, Prószyński i S-ka, Publicat, Rebis, W.A.B., Zielona Sowa, Znak, Zysk i S-ka.
Miałemn trzy spotkania - 11 i 13 czerwca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sanoku oraz 12 czerwca w Lesku. Na każdym było dużo osób. Prowadził je Krzysztof Masłoń, z którym przyjaźnię się od ponad 15 lat, w obydwu uczestniczyła obok mnie Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która od razu zyskuje sympatię czytelników dzięki ciepłym, pełnym życzliwości dla świata opowieściom.
Można tylko żałować, że nie ma w Polsce więcej takich imprez regionalnych, chciałoby się mieć całe lato z książką – w górach, na Mazurach i nad morzem. Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 13 Czerwca, 2010
Kibicuję Niemcom
Disorder
Niemcy nigdy nie mają dobrej prasy wśród dziennikarzy sportowych i regularnie zaskakują wysoką formą. ym razem także mówiło się, że są słabi, na domiar złego w ostatniej chwili okazało się, że nie może jechać czołowy rozgrywający, kapitan i mózg drużyny, kontuzjowany Michael Ballack, tymczasem okazało się, że i bez Ballacka radzą sobie znakomicie. Khedira, Schweinsteiger, Oezil w drugiej linii byli wczoraj znakomici w meczu z Kangurami wygranym 4:0. Tak krytykowani przed Mistrzostwami Świata Podolski i Kolse po raz kolejny pokazali najwyższą klasę - skuteczność, zrozumienie z partnerami, zespołowe myślenie. Sprawdził się jako trzeci napastnik Muller, strzelił zresztą trzeciego gola. Philipp Lahm jako cofnięty rozgrywający całkowicie kontrolował sytuację na bosiku. O obrońcach trudno cokolwiek powiedzieć, ci bowiem - podobnie jak bramkarz Neuer - nie mieli wiele do roboty. Kangury poległy rozbite przez sprawną niemiecką maszynę.
Pewną konsternację wzbudza jedynie zestaw nazwisk grających w barwach Niemiec na boisku. Bramki strzelają pochodzący z Polski Klose i Podolski, ale też inni zawodnicy nie urodzili sie w Niemczech: Khedira, Oezil, Gomez, Cacau, Marin... Mozna powiedzieć, że zebrali to, co najlepsze, ale można także powiedzieć, brakuje im własnych talentów. Kibicom niemieckim to jednak nie przeszkadza, jest w tym pewien symbol naszych kosmopolitycznych czasów.
Będę dalej kibicował Niemcom. Myślę, że oni lub Hiszpania powinni w tym roku sięgnąć po Puchar Świata. Kibicuje też na tych mistrzostwach: Słowenii, Słowacji, Serbii, Portugalii i Meksykowi, choć w tym gronie medalisty nie widzę. Mam też nadzieję, że Włosi odpadną w pierwszej rundzie, a w następnej polegną Brazylia i Argentyna. Więcej...
Komentarze (9) Skomentuj
Niedziela, 6 Czerwca, 2010
Kapuściński non-fiction
Disorder
Dopiero teraz miałem czas przeczytać książkę, o której głośno od kilku miesięcy i która stała się bestsellerem zanim trafiła do księgarń. Ukazała się w atmosferze skandalu podsyconego niewątpliwie przez panią Alicję Kapuścińską, wdowę po zmarłym reporterze. Protesty podsycały ciekawość, czytelnicy oczekiwali rewelacji dotyczących prywatnego życia Kapuścińskiego, publicyści – informacji o jego pracy wywiadowczej czy koneksjach z ludźmi władzy PRL. Oczekiwań tych biograf, Artur Domosławski, nie zaspokaja całkowicie, bo i nie demaskacja była jego celem lecz możliwie pełny psychologiczny portret swojego mentora i przyjaciela. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Sobota, 29 Maja, 2010
Wszechobecne zło
Disorder
27 maja byłem gościem Biblioteki Śląskiej w Katowicach, gdzie rekomendowałem powieść "Głowa Minotaura" Marka Krajewskiego do nagrody "Śląski Wawrzyn Literacki". Zebrana publiczność była wyjątkowo wymagająca, świetnie zapoznana w literaturze, pytania były tak szczegółowe, że nie łatwo było sobie poradzić (wrzucę za jakiś czas materiał wideo ze spotkania na YouTube to się sami przekonacie). Rzadko spotyka się tak znakomicie przygotowaną do dyskusji publiczność, ale to pozwala na burzliwą wymianę zdań - spotkanie trwało aż dwie godziny.
Poniżej zamieszczam tekst mojej laudacji na temat twórczości Krajewskiego, która stanowić miała uzasadnienie nagrody. Twórczość Marka Krajewskiego jest tak mroczna, tak nasączona przemocą i złem, że trudno z czystym sumieniem rekomendować ją, nie ostrzegając czytelnika przed niebezpieczną wyprawą do świata, który może pozostawić ślad na psychice. Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Wtorek, 25 Maja, 2010
Podróże z książką i na mapie
Disorder
Co roku, od niepamiętam ilu już lat, ogłaszam w maju raport o książce turystycznej. Omówienie wyników badań ogłaszane jest tradycyjnie pierwszego dnia Międzynarodowych Targów Książki, tak też było w tym roku, a spotkanie uświetniły m.in. dwie znakomite podróżniczki-autorki: Beata Pawlikowska i Elżbieta Dzikowska. Raport nie jest zbyt optymistyczny - 2009 rok był kryzysowy dla książki turystycznej, szczególnie zła jest sytuacja kartografii, miejsce mapy i atlasu samochodowego zajmuję nawigatory GPS oraz Google Maps. Na rynku przewodnikowym zaczyna się dziać jednak coraz lepiej, czego dowodem kilka zupełnie nowych serii wprowadzonych już wiosną tego roku.
Tegoroczny raport był wyjątkowo szeroko komentowany w rozmaitych mediach, co dla mnie jako autora jest miłe, gdyż każdy lubi gdy docenia sie jego pracę. Cały raport możecie sobie przeczytać na stronie www.najlepsze-przewodniki.pl, są tam także raporty wcześniejsze, informacje o nagrodach Magellana i recenzje przewodników, z którymi warto się zapoznać przed wyruszeniem w podróż. Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Niedziela, 23 Maja, 2010
Wisła
Disorder
Odwołano w tym roku święto Wisły, słusznie zauważając, że trudno świętować, kiedy w różnych częściach kraju rzeka odbiera ludziom dorobek ich życia.
Obserwuję wzburzoną Wisłę po obydwu warszawskich brzegach od kilku dni, zwykle płynie leniwie, teraz pędzi niczym górski potok i ławto uwierzyć, że może nieść zniszczenie (przerwała zresztą wał w okolicy Portu Praskiego i utworzyła małe jeziorko, częściowo zalała budowane Centrum Naukowe Kopernik, zniszczyła fragment ścieżki rowerowej - ale stolica i tak wyszła obronną ręką). Jest szeroka niczym Dunaj a kolor ma kawy z mlekiem jak Amazonka, tyle że z innych powodów :)
Na wszystkie warszawskie mosty, które niemal zakryła woda, wylegają tłumy mieszkańców, każdy chce zobaczyć niecodzienny żywioł. Żywioł, który budzi przerażenie, bo przecież nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której padający przez kilka tygodni deszcz zatapia cały kraj i na nic wówczas samochody, samoloty, konta w bankach, wycieczki last minute do ciepłych krajów, w których deszcz nie pada... Samochód nie przejedzie, samolot nie wystartuje, uratują się pewnie elity, a reszta... brr.
Na codzień lubię Wisłę, często latem siadam przy Moście Gdańskim lub tym najładniejszym - Świętokrzyskim, odganiając komary siedzę do późna wpatrując się w nurt. Rok temu nad Wisłą organizowaliśmy nasz Festiwal Win Prostych - dziś teren ten całkowicie jest pod wodą, widać tylko górne partie drzew. Dwa dni temu pod Mostem Siekierkowskim miał odbyć się punk piknik - trzeba było go przenieść na suche miejsce, bo piknikowisko zalała woda... Więcej...
Skomentuj
Piątek, 21 Maja, 2010
Prasa nie lubi czytających
Disorder
Trwają właśnie kolejne, trzecie już w tym miesiącu w Warszawie, targi książki, a za tydzień będzie na dokładkę kiermasz książek na Mariensztacie... Targi odwiedza po ok. 30 tys. ludzi. Pomijając bardzo udaną Noc muzeów, nie ma w maju większych imprez kulturalnych w stolicy. Tymczasem prasa, także lokalna, zdaje się mieć targi książki i czytelników książek głęboko w dupie. Wczoraj z osłupieniem przeglądałem "Rzeczpospolitą", w której pracowałem 10 lat, która na międzynarodowe targi książki drukowała specjalne dodatki, albo zapełniała nimi codziennie całe kolumny i nie znalazłem w niej ani jednego słowa, że zaczęły się właśnie targi. Poprzednie również potraktowano pogardliwie choć zgromadziły śmietankę polskich wydawców i wspomniane 30 tysięcy Warszawiaków. W "Życiu Warszawy" wczoraj ani słowa. Zadzwoniłem zdziwiony do kierownika działu kultury w "Rzepie", który przez lata był moim bezpośrednim szefem i jest facetem mądrym, spytać, czy może zapomnieli, że są targi. Odpowiedział mi, że są ważniejsze tematy. Nie wypadało mi wdawać się w dyskusję z byłym przełożonym, nie mniej następnego dnia (dziś) już jest informacja o targach. Również z jednodniowym opóźnieniem o imprezie dowiedzieli się najwyraźniej dziennikarze m.in.: "Metra", "Super Expressu", dziennika "Polska"... To żenująco świadczy o polskiej prasie, a szczególnie jej stołecznych działach. Pisze się o jakichś wystawach, które odwiedza pies z kulawą nogą i to niechętnie, o koncertach, które mogą zgromadzić 30 osób, a impreza, która przyciąga 30 tysięcy czytających, w środku miasta, w Pałacu Kultury jakby nie było, kulturalne działy gazet pozostawia głuchymi i ślepymi.
Wstyd mi za kolegów dziennikarzy.
Jednocześnie radio i telewizja (sic!) znakomicie informują o najważniejszych imprezach czytelniczych w mieście. Zwłaszcza radio i to niezależnie od tego czy publiczne czy komercyjne. To jakiś paradoks, że dziennikarze radiowi, którzy na codzień operują słowem mówionym nie pisanym, pozostali ostatnim bastionem dla książki. Reszta żurnalistów kulturalnych wybiera premiery filmowe i śledzenie losów celebrytów. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Czwartek, 13 Maja, 2010
Ostatnie opowiadania Updike'a
Disorder
„Łzy mojego ojca” - zbiór ostatnich opowiadań zmarłego w styczniu ubiegłego roku Johna Updike’a rozczarowuje. Brakuje w nich tego cynicznego dystansu cechującego prozę autora „Miasteczek” i powolnego budowania napięcia – bo napięcia nie ma w ogóle. Są obrazki, najczęściej typowe dla wieku późnego, jakieś spotkania po latach, z których nic nie wynika, wspominane dawne romanse, rozczarowania lub nadzieje. Czuć w tych opowiadaniach zmęczenie, czasem nostalgię, częściej jednak mało konstruktywne przeświadczenie, że świat się kończy. Te opowiadania męczą, zbyt wiele w nich depresji, postaci są pozbawione nie tylko rzeczywistych pragnień, ale nawet fizyczności, jakby były cieniami w historii pełnej śmierci. Zdumiewa opowiadanie „Różne odmiany doświadczenia religijnego” poświęcone wydarzeniom z 11 września 2001 roku, opowiadanie rejestrujące strach i nic ponad to, a przecież Updike jak chyba żaden inny amerykański pisarz potrafił przedstawić oblicze tragedii, także samego zamachowcy, w znakomitej powieści „Terrorysta” z 2006 roku. Tom nie tworzy przemyślanej całości, poza smutną aurą niewiele łączy te teksty, które poza wyjątkami (tytułowe „Łzy mojego ojca”, „Wolność”) są zwyczajnie nudne. Wydawca na okładce pisze „Updike, wciąż przenikliwy i wrażliwy obserwator amerykańskiej codzienności”… Wrażliwy z pewnością, tyle że tej codzienności niewiele w tych opowiadaniach, raczej są wyblakłe fotografie z szuflady i stare wycinki gazet Więcej...
Skomentuj
Piątek, 7 Maja, 2010
Nerowy maj
Disorder
Tym razem komentarz bardziej adresowany do wydawców i osób z branży książkowej niż do Czytelników moich powieści, ale postanowiłem podzielić się i tego rodzaju refleksjami.
Złym zrządzeniem losu mamy w maju aż trzy duże książkowe imprezy targowe – tydzień po tygodniu. Pomijając koszty, wysiłek logistyczny dla tych, którzy będą wystawiać się na każdej z nich, jest ogromny. A publiczność siłą rzeczy rozproszy się. Media pewnie także. Więcej...
Skomentuj
Piątek, 7 Maja, 2010
Kartka z podróży (7) Słowacja
Disorder
To już ostatnia kartka z tej podróży. Słowacja, która odkąd wprowadzono tu euro coraz mniej nam się podoba. Nie tylko dlatego, że drożej, ale też jakieś dziwne obyczaje wprowadzają, np. "hernie" przestały być czynne 24 h, albo zaprzestano sprzedaży w nich wysokoprocentowych alkoholi.
Pojechaliśmy do Trenčína. Piękne miasteczko z górującym nad nim zamkiem (zwiedzanie zajmuje prawie półtorej godziny, to trzeci pod względem wielkości - po spisskim i bratysławskim - słowacki zamek), nie ma problemów z noclegami, bez trudu można znaleźć coś za 10-15 euro. Przyjechaliśmy tu jednak nie zwiedzać, bo Trenčín dobrze znamy, ale na koncert z okazji dwudziestolecia zespołu Konflikt. To taki słowacki miks jabolpunka z anarchopunkiem, coś jakby pożenić KSU z Białą Gorączką, jeśli możecie sobie to wyobrazić (jak założę własny profil na YouTube to wrzucę może nagrania wideo z tego koncertu). Jest sporo słowackich zespołów, które lubię bardziej, ale alternatywą był koncert noise w węgierskim Gyor, a więc wybraliśmy Konflikt. I dobrze, bo koncert był bardzo udany, zwłaszcza że przed gwiazdą wieczoru wystąpili bardzo sprawni goście z Czech - grupa Socjalni Terror (jeszcze wcześniej grały jakieś cioty rockabilly). Koncert odbywał się w zaskłotowanym kinie Hviezda, obecnie klub Lúč.
Następnego dnia pojechaliśmy na rekonwalescencję do termalnych źródeł pod Liptovskim Mikulaszem, pluskając się beztrosko przez trzy godziny w wodzie o temperaturze 38 stopni. Potem ostatni fernet, ostatnia zelenka, ostatni kufelek... I długa droga do domu, w korkach, objazdach itp. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Wtorek, 4 Maja, 2010
Kartka z podróży (6) Serbia, Węgry
Disorder
Przez Serbię przemknęliśmy niczym przez kraj tranzytowy, choć na to nie zasługuje. Jechałem jednak tą drogą już kilka razy i nie bardzo miałem pomysły, co jeszcze można zobaczyć. Zwłaszcza, że prowincjonalne serbskie miasta przygnębiają betonową zabudową szarych osiedli, dziurami w asfalcie, zniszczonymi elewacjami, wciąż widocznymi śladami po pociskach; podobnie zresztą jak w Bośni. Drażnią mnie też wszechobecni wygoleni napakowani mężczyźni w dresach, pod tym względem serbska prowincja przypomina wschodnią Ukrainę. Cwaniactwo i brak gustu. Zatrzymaliśmy się w Użicach, ale nie wdrapywaliśmy się o ruin zamku, potem próbowaliśmy znaleźć nocleg w obrzydliwym Cacaku, ale hotel przy brudnym dworcu zamknięto, a kwater prywatnych nie było. Ostatecznie spaliśmy w motelu przy drodze w Gornjim Milanovacu. Jest też w Serbii miejscowość Dolnji Milanovac, bardzo ładnie położona nad Dunajem (rok tem,u zapłaciłem w niej horrendalny mandat za złe zaparkowanie samochodu), ten górny Milanovac nie ma jednak ani odrobiny uroku.
Trochę szkoda, że tylko jedną noc spędziliśmy w Serbii, w której mają jedne z najlepszych na Bałkanach miodowych rakij i znakomity likier ziołowy - Gorki List, ale też z radością przekroczyłem granicę z Węgrami. Wielokrotnie pisąłem, że mam ogromny sentyment do Wegier, do tego dziwnego języka, do owocowych palinek i ziołowego unicum, do gulaszy, papryki, do wina Tokaj... Zatrzymaliśmy się w Kecskemet, mieście, z którego pochodzi znana destylernia rodziny Zwack, producent m.in. Unicum. Odkryciem tego roku jest dla mnie Zwack Fütyülős Mézes Barack, czyli wspaniała nalewka miodowa, zresztą występuje w wielu odmianach - z dodatkiem różnych owoców. Nie do pogardzenie jest też palinka pomarańczowa! A Kecskemet to piekne miasto, jedno z najładniejszych na Węgrzech. Wspaniałe secesyjne kamienice, niektóre tak fantazyjnie dekorowane, jakby projektował je sam mistrz Gaudi. Dużo zieleni i spokój prowincji. Przez cały wieczór towarzyszył nam postrzelony łysy żulik, Zsolt, który ogrywał nas w bilard i któremu stawialiśmy w kolejnych knajpach piwo (jakoś palinki mu nie smakowały), w zamian za to wskazywał coraz to dziwniejsze lokale, w których znał zresztą niemal każdego. On mówił do nas po węgiersku, my do niego po polsku i świetnie się rozumieliśmy w zasadniczych sprawach. Następnego dnia zwiedziliśmy m.in. niezwykłe ruiny gotyckiego kościoła w Zsambek (te węgierskie nazwy! - m.in. piliśmy piwo w barze w miejscowości Vértresszőlősön). Przypadkiem trafiliśmy na koncert nieco nacjonalistycznego zespołu Karpatia w mieście Tata. Koncert odbywał sie na dziedzińcu zamku, nad jeziorkiem, ściągnęło masę osób z narodowymi flagami, był niezły cyrk, a zespół wykurwia jak się patrzy (link do materiału wideo z tego koncertu). Spaliśmy 10 km od Taty, w przemysłowym mieście Tatabanya. Stąd pojechaliśmy już na Słowację, m.in. na koncert z okazji 20-lecia grupy Konflikt, o czym w ostatniej kartce napiszę. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Czwartek, 29 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (5) Czarnogóra
Disorder
Herceg Novi, Kotor, Budva, Cetynia, Podgorica, objechaliśmy praktycznie całą południową Czarnogórę, a następnie pojechaliśmy wzdłuż kaniony rzeki Moraczy, śpiąc w górskim Kolasinie oraz kanion rzeki Tary aż po wiszący most na Tarze, skąd już skierowaliśmy się do Serbii. O Czarnogórze pisałem wiele w kartkach z ubiegłego roku. Wybrzeże czarnogórskie należy do najpiękniejszych zakątków świata. Kotor to Dubrovnik w miniaturze, starówka Budvy to miniatura Kotoru, zaś położony na wysepce Sveti Stefan to pomniejszona starówka Budvy (obecnie trwają prace renowacyjne i Sveti Stefan jest zamknięty dla turystów). Objechaliśmy Bokę Kotorską zatrzymując się w każdej niemal miejscowości, a sa tu zarówno rzymskie ruiny, liczące tysiąc lat cerkwie, piękne miasteczka jak choćby Perast, średniowieczne warownie, ufortyfikowane miasta z brukowanymi ulicami i starą zabudową, malowidła skalne nieopodal Risan, a wszystko to zatopione w klimacie śródziemnomorskim, wśród palm, dojrzewających pomarańczy i cytryn, drzewek oliwnych i agaw, z lekką morską bryzą, pięknie wyglądające w promieniach zachodzącego słońca (wschody przesypiałem). Nie będę się rozpisywał, bo o Czarnogórze przecież dużo wczesniej pisałem, objechałem ten kraj jak długi i szeroki, a jak wiadomo do największych nie należy; z pewnością jednak do najpiękniejszych.
Jednocześnie jednak nie jest tu tanio. Za noclegi na kwaterach płaciliśmy od 10 do 20 euro od osoby (poza sezonem!), piwo w knajpie kosztuje ok. 1,5 euro, kieliszek pelinkovaca czy rakiji - 1 euro. Wciąż taniej niż w Chorwacji, ale zdecydowanie drożej niż w Bośni czy Serbii. Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 25 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (4) Bośnia
Disorder
Hej, kolejną kartkę piszę w knajpie w Dubrovniku, gdzie śpimy u znajomego, Alana Custevicia, który na codzień trudni się żebraczą grą na harmonii na placu starego Dubrovnika, a mieszka w rozsypującym się domu na wzgórzach, przy nowym porcie, jakieś cztery kilometry za murami tej wspaniałej starówki odnowionej już po zniszczeniach zadanych przez Serbów. O Dubrovniku pisałem już jednak kartkę z innej mojej podróży, także możecie poszukać w archiwum. Natomiast winien jestem relacji z Bośni. Pierwszą noc spędziliśmy w serbskiej enklawie - Banja Luka. Miasto niczym się nie wyróżnia, jest tu zamek, ale nie powiem żeby wart był oglądania, polecam natomiast zamkową restaurację "Kazamat". Trafiliśmy akurat na przegląd młodych muzycznych talentów, więc bawiliśmy sie przez cały wieczór przy różnej wartości muzyce, wszak skocznej zazwyczaj i do pląsów skłaniającej.
Nie znam dobrze Bośni, zatem sporo nowych miejsc odwiedziłem za tym razem. Ruiny kilku zamków (Zvecaj, Krupa na Vrbasu), imponujące miasto Jajce z zamkiem, wielką starówką i katakumbami, w których ukrywał się ponoć marszalek Tito. Następnie Travnik - tu kolejny zamek, poza tym z Travnika pochodzi noblista Ivo Andrić i można oglądać jego dom. Nocleg w Sarajewie, kolejny mój pobyt w tym kosmopolitycznym mieście, moim zdaniem najładniejszej po Belgradzie stolicy państw powstałych po rozpadzie Jugosławii (opisywałem w kartce w ubiegłym roku). Polecam wieczorny spacer po barach w muzułmańskiej (sic!) części, czyli po starówce, gdyż jest to niepowtarzalna okazja do zakosztowania niecodziennej ilości domowych rakij ("Barhana" to najlepsza "grapperia", czyli po naszemu bar z rakijami).
Dalej jechaliśmy wzdłuż malowniczego kanionu rzeki Neretwy, podziwiając wodospady. Na trasie kolejne wiekowe miasto z górującym zamkiem - Pocitelj. Oczywiście Mostar, ale o nim też pisałem w kartce z jakiejś wcześniejszej wizyty na Bałkanach, pewnie z 2008 roku... Przejechaliśmy przez niewielki fragment bosniackiego wybrzeża i miasto Naum - latem kurort, obecnie wymarłe.
Bośnia to piękny kraj, zupełnie niedoceniany, nawet nie ma dobrego przewodnika po polsku. Góry, rzeki nadające się na rafting, trochę zaniedbane, nie mniej imponujące stare grody, bardzo sympatyczni ludzie, znakomita kuchnia. Warto sie wybrać, zwłaszcza że to jeden z najtańszych krajów w Europie.
Następna kartkę napiszę z Czarnogóry. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Piątek, 23 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (3) Chorwacja
Disorder
Tym razem z Bośni piszę o dwóch poprzednoich dniach spędzonych w Chorwacji, siedze w kafejce w Banja Luka, serbskiej enklawie w Bośni. Wrcacając jednak do dni minionych, zaraz przy granicy ze Słowenią zwiedziliśmy malowniczo położony na wzgórzu nad jeziorem zamek Trakoszczan. Sam zamek to neoromantyczna budowla, ale wzniesiona na miejscu dawnej siedziby możnego rodu Draszkowiczów (ich portrety można oglądać w stylowych, pięknie umeblowanych wnętrzach). Zameczek uważany jest za jedną z największych atrakcji regionu - Zagorja.
Dalej pomknęliśmy autostradą do miasta Karlovac (autostrady płatne i to słono), znanego przede wszystkim z browaru i piwa Karlovacko. Sam browar został przejęty przez Heinekena i nawet nie ma na jego terenie knajpy, za to w mieście i owszem, piwo leje się strumieniami. Pod miastem, akurat na przeciwko browaru, jest zamek Dubovac, poza tym miasto niczym się nie wyróżnia, prowincja. Spaliśmy na prywatnej kwaterze pod miastem, zresztą w bardzoi sympatycznym domu pełnym plątających sie małych kotków.
Kolejny dzień to Zagrzeb. To moja trzecia wizyta w stolicy Chorwacji, także znajdziecie relecje z Zagrzebia gdzies w starszych kartkach z podróży, o mieście nie będę więcej pisał. Pogoda była piękna, więc z radością spacerowaliśmy brukowanymi uliczkami Górnego Miasta. Spaliśmy na skłocie Medika, właściwie w samym centrum. Organizowano tam koncert, grały dwa miejscowe zespoły: Spierdalaj (oi-punk) i Socialna Slużba (oldschool) oraz angielska gwiazda The Restarts. Widzialem Restartsów kiedyś w Londynie, ale w Zagrzebiu dali prawdziwy popis grając niemal przez dwie godziny kawałki z całego okresu twórczości.
Sam skłot to niemal pięciogwiazdkowy hotel :) Ogromny, mniej więcej dziesięć razy większy od warszawskiej Elby. Dostaliśmy pokoój gościnny (spaliśmy z Restartsami), a tam materace, czysta pościel!, gorąca woda, prysznice itp. Kieran z Restartsów trochę hałasował w nocy, ale w końcu na coś wynaleziono zatyczki do uszu :) Za to bardzo fajnym kamratem okazał się gitarzysta Restartsów, Robin, który spal na materacu obok mnie razem ze swoją blond przechodzoną pięknością.
Na skłocie opiekował się nami Andrea, dbając byśmy trafili w labiryncie pomieszczeń do właściwego pokoju. Andrea, thx a lot for your help!
Z zagrzebia pojechaliśmy do Jasenovac, gdzie w latach II wojny światowej był chorwacki obóz koncentracyjny, w którym mordowano Serbów. Dziś jest tu multimedialne muzeum. A dalej - do Banja Luka, o czym w następnym odcinku. Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Środa, 21 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (2) - Austria, Słowenia
Disorder
Jestem już w Chorwacji, zapóźniony mocno w relacjach, przejechaliśmy z Olgierdem przez Austrię i Słowenię. Ostatni raz pisałem do was jeszcze z Czech, z miasteczka Valtice, stamtąd blisko było już do austriackiej granicy. Przejechaliśmy właściwie wiejską drogą, wszak granicy fizycznie nie ma żadnej i znaleźliśmy się w austriackim mieście Schrattenburg. To region znany z winnic, podobnie jak po drugiej stronie granicy - na Morawach. Zatrzymaliśmy się w Poysdorf, niewielkim ale ładnym austriackim miasteczku pełnym winnych piwniczek. Dalej pojechaliśmy w stronę Wiednia, który minęliśmy obwodnicą autostrady. Byłem w Wiedniu już kilkakrotnie, m.in. na zaproszenie prężnie tu działającego Instytutu Polskiego, kiedy miałem możliwość siedzieć prawie tydzień w stolicy Austrii. My zatrzymaliśmy się w Wienner Neustadt. Nie byłem tu wcześniej i rozczarowałem się. Zamek jest obecnie zajmowany przez akademię wojskową, są tam koszary i nie można zwiedzać, a samo miasto robi jednak prowincjonalne wrażenie.
Kolejnym punktem wyprawy była Słowenia. Możecie znaleźć gdzieś w archiwum moje kartki z poprzedniej niemal dwutygodniowej podróży po Słowenii. Znów gościłem w Mariborze i tu spaliśmy. Przez ostatnie dwa lata miasto bardzo się zmieniło, pięknie odnowiono starówkę, jest masa bardzo sympatycznych knajpek, pluskaliśmy sie też w termalnym kąpielisku Fontana.
Z Maribora pojechaliśmy przez Ptuj, zwiedzając santuarium Ptojska Gora (w samym Ptuju spaliśmy poprzednim razem) i przekraczając granicę z Chorwacją, o której następnym razem... Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Niedziela, 18 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (1) - Czechy
Disorder
Siedzę własnie w knajpie Avalon i korzystam z bezprzewodowego internetu. Jestem w miasteczku Valtive w Czechach przy granicy z Austrią. Jest tu potężny pałac barokowy rodu Liechtensteinów, a poza tym jak na prowincji - cicho i spokojnie, lokalne winniczki świecą pustkami. W okolicy jest kilka ładnych zamków, choćby neogotyckie romantyczne ruiny zamku Januv w Lednice.
Wczoraj bawiliśmy się w Czeskim Cieszynie, upojeni i upaleni swobodą obyczajów, legalnie bowiem można palić ganję w barach, przez co dostałem małpiego rozumu (ten typ tak ma). Poza tym pojawił sie nowy trunek - Vamp, destylat pięćdziesięcioprocentowy o wielu smakach, podawany w probówkach (tak też podawany bywa krvesaj).
Nie rozpisuję się bo jeszcze nie zatęskniłem za stukaniem w klawiaturę laptopa. Jutro przez Austrię jadę do Słowenii, dam znać. Więcej...
Skomentuj
Środa, 14 Kwietnia, 2010
Definicja bohaterstwa
Disorder
Prezydencka para spocznie na Wawelu, w krypcie Piłsudskiego, obok królów i bohaterów narodowych, jak informują media. "Zmarł po bohatersku" - tłumaczy kardynał Dziwisz.
"Czyn dokonany przez bohatera; postawa właściwa bohaterowi; odwaga, dzielność, męstwo" - definiuje bohaterstwo słownik języka polskiego. "Bohater – osoba, która odznaczyła się niezwykłymi czynami, męstwem i ofiarnością dla innych ludzi" - uzupełnia Wikipedia.
Pojawia się zatem pilna potrzeba zmian definicji, aby uwzględniały przypadek i zły los.
Ze smutkiem patrzę jak politycy z tragedii zrobili cyrk. Więcej...
Komentarze (9) Skomentuj
Poniedziałek, 12 Kwietnia, 2010
Zmarł Malcolm McLaren
Disorder
Nie jest to dobry czas na pożegnanie ojca chrzestnego Sex Pistols, kiedy cała Polska pogrążona jest w żałobie, tak się jednak złożyło, że przed czterema dniami zmarł Malcolm McLaren, a do mnie dziś dopiero ta wiadomość dotarła, jakże błaha w natłoku innych tragicznych doniesień.
Ten skandalista, muzyk, stylista, kreator mody, miał 64 lata. Zmarł po wieloletnich zmaganiach z rakiem. Pamiętamy jego wizytę w Polsce, kiedy to podobno proszony był przez kancelarię prezydenta Kwaśniewskiego o stylizacje. Mawiał o sobie, że dał światu wiele rzeczy, ale największy rozgłos przyniósł mu "wynalazek zwany punk rockiem". Prawdą jest, że jedynie Sex Pistols z jego projektów muzycznych przeszło do historii (prowadził też m.in. New York Dolls oraz Adam & The Ants czy Bow Wow Wow), można się jednak spierać, ile w tym zasługi Malcolma McLarena. Sam zespół zrezygnował z jego usług po kilku skandalach z wytwórniami płytowymi (przedstawionych w filmie "The Great Rock'n'Roll Swindle" - notabene McLaren śpiewa tam w filmowej wersji "God Save The Queen" oraz w "You Need Hands") i de facto rozbiciu zespołu. Sex Pistols wygrało z McLarenem proces o prawo do nazwy, przedstawiając jednocześnie dowody na defraudację pieniędzy i tak drogi ich na dobre się rozeszły, choć sam McLaren jeszcze przez ponad trzy dekady chętnie utożsamiał się z punk rockowym epizodem w swoim życiu.
Sam nagrał kilka płyt o bardzo zróżnicowanym repertuarze. Najlepszą z nich jest album z 1994 roku pt. "Paris", w którym gościnnie śpiewa obok niego Catherine Deneuve.
Ojciec chrzestny punk rocka był niewątpliwie ekscentrykiem i blagierem. Finansowy skandal wokół Sex Pistols z pewnością nie przysłużył się wizerunkowi sceny punk końca lat 70. Zapamiętamy go jako zabawnego narratora z "The Great Rock'n'Roll Swindle", ironicznego, cynicznego i umiejętnie wykorzystującego skandal jako element autopromocji. Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Niedziela, 11 Kwietnia, 2010
Diabły z Loudun
Disorder
Nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazała się właśnie nie tłumaczona wcześniej na polski książka Aldousa Huxleya „Diabły z Loudun”.
Zaskakująca powieść w dorobku autora „Nowego wspaniałego świata”, pisana z dbałością o historyczne realia, jest tak naprawdę literacką biografią Urbaina Grandiera, katolickiego duchownego z Loudun, który w 1634 roku został spalony na stosie za rzekome praktyki czarnoksięskie. Huxley pokazuje zarówno charakter samego Grandiera – donżuana w sutannie, hedonisty i karierowicza, ale też przedstawia bogate tło zdarzeń. Zakulisowe gry prowadzone zarówno przez wrogów w prowincjonalnym francuskim miasteczku, jak i wielka polityka, bo Grandier był szeroko ustosunkowany, wspierany m.in. przez pozostającego blisko królewskiego dworu d’Armagnaca, mieli zresztą wspólne interesy, gdyż nie chcieli dopuścić do planu zburzenia zamku w Loudun. Grandier miał jednak jeszcze potężniejszych wrogów, wśród nich kardynała Richelieu, co ostatecznie doprowadziło go na stos (z powodu miłosnych skandali miał wcześniej niezależne procesy zarówno duchowne jak i świeckie). A równolegle w książce Huxleya rozgrywa się historia siostry Joanny des Agnes z Loudon, tym bardziej dla nas interesująca, że jej losy przedstawił Jarosław Iwaszkiewicz w swoim arcydziele „Matka Joanna od Aniołów”. Grandier właśnie winien był jej opętania.
Dodam jedynie, że książka Huxleya, w odróżnieniu od Iwaszkiewicza, arcydziełem bynajmniej nie jest. Ciekawa panorama XVIII wiecznej Francji, jako literatura jednak zbyt rozwlekła, przegadana, fabuła gubi się w historycznych detalach. Więcej...
Skomentuj
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | następna >>
 
AntyRadio - Radio BEZ Zasad
Landsberg Hardcore Crew
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny
Aktualny PageRank strony xenna.com.pl dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO
© 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2