7 marca 2009 o godz. 15:02

Miłość to ingerencja

Bardzo lubię Jeanette Winterson. Jej najnowsza książka nie jest bynajmniej najlepszą (ja najbardziej lubię "Zapisane na ciele"). Miałem kiedyś okazję poznać ją osobiście - jest niezbyt ładną i dość nieśmiałą kobietą, ale bardzo otwartą (rozmowę z Winterson, którą publikowałem w lutym 2005 roku w "Rzeczpospolitej" zamieszczam pod recenzją z jej nowej książki). Opublikowana przez Rebis powieść "Kamienni bogowie" jest nieco inna od poprzednich - poniżej macie moją krótką recenzję, zachęcam też do sięgania po starsze tytuły tej pisarki.

Najnowsza powieść Jeanette Winterson w pierwszej chwili wprowadza czytelnika w zdumienie. Uważana (wbrew sobie) za guru organizacji lesbijskich angielska pisarka posłużyła się bowiem konwencją science-fiction. Początek książki naszpikowany jest futurologicznymi obrazkami poatomowego świata rządzonego przez organizację WIĘCEJ, w której ludzie usprawniani są przez inżynierię genetyczną, a ich partnerami są robo sapiens – inteligentne maszyny o ludzkich kształtach, jednak bez serca i bez duszy. Robo sapiens uczą się jednak i ewoluują w kierunku przez konstruktorów nieprzewidzianym – zaczynają czuć.
Fabuła odgrywa jednak w tej powieści rolę drugorzędną, a miłośnicy prozy Winterson szybko wychodzą z początkowego zdumienia. Po podróży w przyszłość, mamy powrót do przeszłości (XVIII wiek i Wyspa Wielkanocna), potem znów skok w przyszłość. Ale szybko okazuje się, że to przyszłość całkiem nieodległa, a tak naprawdę czas i miejsce nie mają znaczenia, Winterson pisze bowiem przede wszystkim o ciągłym odradzaniu się życia, a także o naszym pędzie do jego unicestwiania (dobrą parabolą mogą tu być prekolumbijskie wierzenia, w których bogowie odradzają się dzięki krwi składanych im ofiar). „Niewykluczone, że wszechświat jest pamięcią o naszych błędach” – pisze Winterson. I dalej: „Ludzkość, zaryzykuję stwierdzenie, gdziekolwiek jej szukać, czy to cywilizowana, czy to barbarzyńska, nie umie trzymać się jednego celu przez dłuższy czas, pominąwszy cel unicestwienia samej siebie”.
Autorka „Nie tylko pomarańcze…” napisała traktat o upadku zachodniej cywilizacji i potrzebie powrotu do korzeni. Traktat pacyfistyczny, proekologiczny i jednocześnie feministyczny. Powiem szczerze – choć przemyślenia Winterson na ogół są mi bliskie, to w powieści irytują nachalnym dydaktyzmem, czy wręcz ideologicznym żargonem wyjętym z pisemek alterglobalistycznych i faunowyzwoleńczych. To nie jest język dobry dla powieści. Na szczęście tych fragmentów, w których Winterson poucza i udziela reprymend, jest stosunkowo niewiele, zwłaszcza w dwóch pierwszych częściach (książka podzielona jest na cztery części, każda to jakby osobne opowiadanie). Jest za to ogromny ładunek emocji i to po emocjach szybko rozpoznajemy brytyjską pisarkę. Styl Winterson jest łatwo rozpoznawalny, jest w nim miękkość i subtelność, połączona z bólem, żalem, poczuciem straty. Jest też dużo namiętności, także w „Kamiennych bogach”, gdzie jest to często namiętność postindustrialna. Mało kto potrafi, tak jak Jeanette Winterson, pisać o zmysłowości dotyku, a bliskości, w której mało jest pożądania, a znacznie więcej ciekawości i czułości. Oczywiście, jak w większości książek tej autorki, nie zabrakło wątków autobiograficznych (utrata matki, rodzina zastępcza, wczesna samodzielność) i homoseksualnych. Warto jednak zauważyć, że Winterson nie epatuje homoseksualizmem, raczej przeciwnie – wtapia go w normalność, czyni z niego jeden z elementów życia, ani lepszy, ani gorszy, ani nawet inny. Jej bohaterki nie kochają „inaczej”, kochają po prostu. I boją się swoich uczuć, bo „miłość to ingerencja”.

Moja rozmowa z Jeanette Winterson (za "Rzeczpospolita" 17.02.2005)

Jak pani przyjęła wiadomość o nagrodzie Nobla dla Elfriede Jelinek?
Zawsze się cieszę, gdy pisarze dostają nagrody.

W Polsce środowiska feministek przyjęły ją z entuzjazmem. Pani uważana jest za "sztandarową pisarkę feministyczną".
Nie lubię etykiet, należy z nimi uważać. Sztuka wymyka się schematom, cechują ją nowe pomysły. Być może niektórych krytyków irytuje, że w XX wieku kobiety zajęły w literaturze równorzędną pozycję z mężczyznami i stąd tego typu określenia, ale tak naprawdę płeć osoby piszącej nie ma znaczenia.

Angażuje się pani w działalność ruchów feministycznych? Tak, ale to jest część mojej aktywności społecznej, a nie literackiej.

Opisuje pani seks pomiędzy dwiema kobietami i jako mężczyzna muszę przyznać, że choć miłość jest inna, uczucia te same.
Bo namiętność, tak jak cierpienie, jest uniwersalna, niezależnie od płci. Seksem należy się umieć cieszyć, niezależnie od tego, kto jest obiektem pożądania, a autor nie powinien sam siebie cenzurować, opisując sceny erotyczne. W powieści najważniejsze są dla mnie uczucia.

Wczoraj odwiedziła pani Oświęcim, czy zmienił pani wyobrażenie o ludzkim cierpieniu?
To była bardzo wzruszająca wizyta, którą od dawna planowałam. Pojechałam tam po to, by wyrazić skruchę, a także zastanowić się nad tym, jak wiele krzywdy ludzie sobie wyrządzają. Niskie instynkty są w każdym z nas, nie uciekniemy od nich, ale takie miejsca przypominają światu, że złu trzeba się przeciwstawiać. Niemcy ulegli chorej gorączce, zapomnieli o współczuciu. Są tacy, którzy mówią, że obozów nie było, że Oświęcim to tylko atrakcja turystyczna, a tymczasem jest to bardzo ważny drogowskaz dla współczesnych. Nacjonalizmy są wciąż obecne, a terror i przemoc sankcjonowane w demokratycznych państwach. Z niepokojem patrzę na to, co Amerykanie robią na Bliskim Wschodzie. Przemoc nie może być formą walki politycznej. Literatura daje nam możliwość analizowania różnych postaw, przedstawiania zarówno psychologii kata, jak i ofiary. Inny problem to potrzeba tożsamości, przynależności do jakiejś kultury. Niestety, ta chęć identyfikacji z grupą podsyca także nacjonalizmy. Myślę, że Polacy bardzo dobrze to rozumieją, wasz naród wiele wycierpiał z powodu ignorancji polityków i agresywności sąsiadów.

Potrzeba kulturowej identyfikacji niekoniecznie prowadzi do zachowań nacjonalistycznych.
Oczywiście, że nie. Tu właśnie widzę miejsce dla sztuki i literatury, które pomagają odnaleźć tożsamość, a jednocześnie uczą akceptacji dla innych.

W swoich książkach pisze pani o jednostkach wyobcowanych, zagubionych, ale też o pożądaniu, o miłości czy zwykłej serdeczności. Unika natomiast takich tematów, jak macierzyństwo czy rodzina. Dlaczego? To prawda, jeśli w mojej prozie pojawia się jakaś rodzina, to jest patologiczna, a więzy krwi nie są silne. Bohaterowie tych książek odnajdują szczęście gdzie indziej, wśród obcych osób – tam znajdują akceptację. Moim zdaniem, najlepsze relacje między ludźmi są tam, gdzie sami dokonujemy wyboru.

Ale rodziców się nie wybiera.
Zapewne jedyne, co nam pozostaje, to nauczyć się lubić tych, których mamy. Ja byłam dzieckiem wychowanym w rodzinie zastępczej i może dlatego patrzę w ten sposób. Nie wiem, jak jest w prawdziwej rodzinie. Dla mnie nadzieja, to miłość ze strony obcej osoby. Piszę o tym, że także obcym można się troskliwie opiekować.

Nie lubi pani mówić o swojej biografii, ale ona jest nierozerwalnie związana z tym, o czym pani pisze.
Nie do końca jest tak, że piszę o sobie, choć wiele bohaterek moich książek ma moje cechy lub fragmenty mojego życiorysu. Na pewno piszę sercem – przekazuję czytelnikom to, co we mnie najlepsze.

Komentarz dla “Miłość to ingerencja

  1. ingerencja?

    Miłość to śmierć… śmierć dystansu, potrzeb, odrębności, czasu, własnego ja… tak wyrzekamy się… w zamian otrzymujemy zespolenie, bliskość, cudowne odkrywanie dotyku, odczuwanie drugiej istoty, siebie samego, rozwijanie zmysłów, poszukiwanie ukrytych płaszczyzn, wyzwalanie emocji – tajemniczych, dzikich, a czasami zupełnie prostych i zwyczajnych, ale jakże pięknych. Miłość to dowartościowanie, przez sam fakt, że potrafimy jej doświadczyć, poczuć…, nieważne, że bywa nieszczęśliwa, smutna, w efekcie końcowym dać może tylko radość…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.

14 września 2018 o godz. 09:11

Kartka ze Speyside – destylarnia GlenAllachie

GlenAllachie-064

Destylarnia GlenAllachie operuje w regionie Speyside, po sąsiedzku z Aberlour i Ben Rinnes. Do 2017 roku prawie wszystko, co tu wyprodukowano, trafiało do blendów, stąd nie tak łatwo było trafić na butelkę GlenAllachie single malt whisky. W poprzednich latach Pernod Ricard wypuściło w serii Chivas Brothers Cask Strength Edition whisky single malt Glenallachie 14YO CS z destylatów z 2000 roku, w serii Master of Malt była edycja 6YO z 2008 roku i oficjalna edycja 16YO z 2005 roku, poza tym jest ponad dwadzieścia edycji od niezależnych bottlerów. Teraz wszystko się zmienia za sprawą nowego właściciela. W 2017 roku destylarnię odkupiło od Pernod Ricard konsorcjum powołane przez Billy Walkera, wcześniej twórcę sukcesów destylarni BenRiach, a także Grahama Stevensona i Trisha Savage. Nazwa destylarni to po gaelicku skalista aleja. Billy Walker wybrał tą destylarnię zarówno ze względu na duży potencjał produkcji nowej whisky, jak i na to, co tam znalazł w magazynach. Wraz z destylarnią i zapasami whisky, nowi właściciele przejęli marki blendów White Heather i MacNair’s, którą będą produkować jako torfową blended malt.

13 września 2018 o godz. 08:58

Kartka ze Speyside – wizyta w destylarni Ballindalloch

Ballindalloch-034

Zamek Ballindalloch, nazywany Perłą Północy, to masywna budowla o szarych murach, upstrzona okrągłymi donżonami, łączyła niegdyś funkcje obronne i reprezentacyjne. Dzisiaj jest jedną z atrakcji turystycznych Highlands. Posiadłość należy do rodu Macpherson-Grant, a właściciel zamku i włości w 2014 roku postanowił otworzyć butikową destylarnie whisky single malt.