25 marca 2007 o godz. 20:29

Meksyk

/wp-content/uploads/2007/03/teotichuacan
Zamieszczam tu do poczytania fragment książki o Meksyku, którą aktualnie piszę... fragment jeszcze niedopracowany, ale daje +/- wyobrażenie o tym jaka to książka będzie...

Co nas tu ciągnie? Ciekawość, to jasne, ale nie tylko ciekawość starożytnych kultur Majów czy Azteków, nie tylko wspaniałe prekolumbijskie miasta z kamiennymi świątyniami i piramidami, nie tylko architektura kolonialna, nawet nie bogactwo przyrody. Nie żadna z tych rzeczy z osobna, bo razem stanowią tą niezwykłą mieszankę, jaką jest Meksyk, mieszankę wynikającą ze zderzenia cywilizacji, z tej pomieszanej krwi – białych, czarnych i Indian. Tych pomieszanych wierzeń i wyobrażeń: przyszłości, przeszłości, Kosmosu, trwałości życia, śmierci, bo tu nic nie jest czarne lub białe, nic nie jest takim, jakim przywykliśmy sądzić. Przenikające się światy, tak, tu ludzie stawali się bogami.
Teotihuacan – miasto, w którym ludzie stawali się bogami, tak przynajmniej wierzyli Aztekowie, którzy odkryli już wymarłą metropolię, porzuconą przez lud, o którym nic nie wiemy. Teotihuacan został opuszczony jakieś 700 lat przed powstaniem stolicy Azteków, ale w latach świetności miał blisko 200 tysięcy mieszkańców i zajmowało obszar ponad 20 km kw. Dziś możemy oglądać tylko nieliczne pozostałości, w tym wspaniałe piramidy Słońca i Księżyca, ta pierwsza jest trzecią pod względem wielkości piramidą świata. Tu czczono Quetzalcoatla, pierzastego węża – boga wojny i Tlaloka – boga deszczu. Im wystawiono najwspanialsze świątynie. I choć nic prawie nie wiemy o budowniczych tych piramid, to ich wierzenia, system sprawowania władzy, odkrycia astronomiczne promieniowały na całą Mezoamerykę. Filozofia ludów Teotihuacan zakładała przenikanie się świata żywych i umarłych. To dlatego śmierć znaczyła tak niewiele dla ówczesnych ludów, była tylko pewnym etapem, to co umierało, odradzało się, tak jak dzień przechodził w noc, a noc w dzień. Ta harmonia życia, harmonia kontaktów ze światem nadprzyrodzonym, który przenikał się ze światem ludzkim, jest trudna do wyobrażenia dla nas, wychowanych w kulturze chrześcijańskiej. Jeszcze trudniej jednak zrozumieć jak to możliwe, że o życiu starożytnych kultur Mezoameryki prawie nic nie wiemy. Przecież znali pismo, wznosili ogromne miasta, znacznie potężniejsze od miast ówczesnej Europy. A jednak historia jako taka nie miała dla ówczesnych elit politycznych wielkiego znaczenia, tworzono mitologię, nie historię, to na mitach opierała się władza, na przeświadczeniu, że władcy i kapłani są w stałym kontakcie z panteonem bogów. Przetrwały setki legend, ich użyteczność z punktu widzenia badań historii jest jednak znikoma. Tak naprawdę nawet nie wiadomo czy Quetzalcoatl, najważniejsze bóstwo Mezoameryki, był bogiem, legendarnym herosem, czy autentyczną postacią.
Władza opierała się też na przelewanej krwi, której jakoby potrzebowali bogowie. Niekończące się wyniszczające wojny, tysiące jeńców i tysiące ofiar składanych na ołtarzach. Krew jeńców służyła odżywaniu bogów, wody i słońca, gwarantowała pomyślność i urodzaj. A sukces na polu walki był jedną z podstawowych dróg awansu społecznego. Pisałem już o tym i temat ten będzie powracał podczas tej opowieści, jest on bowiem kluczowym zarówno dla rozumienia siły ludów Mezoameryki, jak i ich upadku. Wracając do Teotihuacan, to tajemnicze miasto w VI-VII wieku naszej ery musiało imponować wielkością i przepychem – pałaców, świątyń, targów, a przede wszystkim górującej Piramidy Słońca, pomalowanej wówczas na jasnoczerwony kolor, zdobionej stiukami i freskami, mieniącej się w zachodzącym słońcu niesamowitym blaskiem. W 1971 roku w jej podziemiach archeolodzy odkryli ponad stumetrowej długości podziemny tunel. Nie znamy jego zastosowania – czy były to grobowce, czy skarbce, czy – jak twierdzą niektórzy naukowcy – korytarz prowadzący do groty, będącej źródłem życia, groty Matki Ziemi. Tu prawdopodobnie, według ówczesnych wierzeń, było centrum wszechświata, a piramida strzegła źródeł świętej wody. Także odprawiane tu rytuały miały związek z wodą, ziemią i płodnością, modły kierowano do Tlaloka, a liczne zachowane płaskorzeźby przedstawiające ryby, muszle czy morskie węże, wskazują jak ważna była woda w mitologii mieszkańców Teotihuacan. Tlalokowi oddawano w ofierze dzieci – topiąc je – a śmierć na jego ołtarzu oznaczała automatyczne przeniesienie się do najpiękniejszego ze światów. Zwykła śmierć wskutek starości rodziła mniej przyjemny efekt – wówczas trafiało się do Mictlán – krainy ciemności. Zmarłe niemowlęta przebywały w krainie drzewa-karmicielki, Chichihuaquauhco, tam też czekały na swój dzień, by dostać jeszcze jedną szansę życia na ziemi. Bo w każdym przypadku śmierć była tylko swego rodzaju poczekalnią, wierzono w reinkarnację, w powrót duszy z miejsca chwilowego odpoczynku. Godna śmierć (choćby na ołtarzu) znaczyła więcej niż godziwe życie, hiszpańskim misjonarzom nie łatwo było zatem straszyć chrystianizowanych Indian Piekłem, jako karą za złe postępki. Karą była plugawa śmierć, a ta taką właśnie się stała gdy zakazano rytualnych ofiar.
Wśród Azteków panowało przekonanie, że Teotihuacan był świętym miejscem, w którym narodził się współczesny świat „Piątego Słońca”. Wcześniejsze cztery światy ulegały zagładzie – czy to w wyniku powodzi, czy to wybuchu wulkanu (wybuch wulkanu Xitle faktycznie pogrzebał przed ok. 2000 laty znaczną część Doliny Meksykańskiej). Aby powstało nowe słońce bogowie musieli poświęcić jednego z siebie. Ostatecznie poświęciło się dwóch – skacząc w płomienie – bogowie o imionach Tecucciztecatl i Nanahuatzin. W ślad za nimi w płomienie rzuciły się dwa święte zwierzęta – jaguar i orzeł. W rezultacie powstały dwa słońca, jednocześnie świecące na niebie. Stały bez ruchu, nie było wschodu, ani zachodu. Wówczas starzy bogowie rzucili zająca w oblicze drugiego boga-słońca. Tak powstał księżyc i współczesny świat. Oczywiście, opowieść ta znana jest w licznych wersjach, zmieniają się też imiona bogów, ale miejsce pierwszego spotkania i rytualnego poświęcenia jest to samo – Teotihuacan. Bogowie poświęcili się tu dla przyszłego losu ludzi, ludzie odwdzięczyli się poświęcając swe ofiary bogom. Nie wiadomo jaki był koniec Teotihuacan, czy wybuchł bunt poddanych, czy spustoszyły je hordy barbarzyńskich Chichimeków, czy pałace i świątynie strawił pożar, czy też inne są przyczyny upadku miasta, w którym ludzie spotykają się z bogami. Kiedy przybył tu Cortez było już ruiną, pozostały mity, dokumentów historycznych brak.
Prawdopodobnie uchodźcy z Teotihuacan założyli Tulę – stolicę Tolteków, potężnego ludu, o którym także wiemy niewiele. Dziś nad piramidą w Tuli górują wielkie figury Atlantów – kamienne figury wojowników. W miasteczku, które leży mniej więcej godzinę drogi od północnych obrzeży Miasta Meksyk, życie wolno płynie, a o tolteckiej historii przypominają głównie nazwy barów oraz drobiazgi oferowane przez sprzedawców pamiątek, przed tysiącem lat stały tu jednak zdobione złotem i freskami świątynie, bogate pałace i wielkie boiska do rytualnej gry w pelotę. Miasto zajmowało obszar 16 km kw., dziś pozostała kupa kamieni na wzgórzu i pojedyncze zrekonstruowane budowle. Za spadkobierców Tolteków uważali się Aztekowie, a samo miasto upadło w XIII wieku splądrowane najprawdopodobniej przez barbarzyński lud Chichimeków.
Odwiedzamy kolejny raz Meksyk gnani ciekawością. Ciekawością kształtów meksykańskich kobiet, ich strojów, uśmiechów i zdziwienia dzieci. Ciekawością zapachów dobywających się z tanich barów, zapachów smażonych placków kukurydzianych, wyglądającej jak papka czerwonej fasolki, świeżej limonki czy gnijącego awokado. Ciekawością dziurawych dróg, gryzącego w nozdrza piasku, ciekawością brudu i żyjącego w nim robactwa. Ciekawością cienia palm, lian i wielkich kaktusów. Ciekawością wygrzewających się w słońcu jaszczurek i chowających się w koronach drzew małp. Nie szukam tu niczego konkretnego. Nie jestem historykiem, ani antropologiem, nie interesuje mnie etnografia, ani polityka. Nie muszę niczego szukać, bo to wszystko samo mnie znajduje, nie ukrywa się, epatuje innością. Meksyk uwodzi i nie ma w tym ani odrobiny stręczycielstwa, uwodzi niczym tajemnicza kochanka, nie koniecznie najpiękniejsza kobieta świata, ale dostatecznie intrygująca, by nie móc oderwać od niej wzroku, by podążyć za nią, choćby do piekieł. Bo przecież znacznie tu więcej widoków dantejskich, niż gdziekolwiek indziej. Widoków, smaków, zapachów, do których trzeba się przyzwyczaić, które trudno od razu polubić, ale wobec których nie sposób być obojętnym.
Nie mogę zasnąć w dusznym hotelowym pokoju. Wychodzę na ulicę. Taksówkarz ostrzegał żeby nie chodzić w nocy, bo w Zona Rosa jest niebezpiecznie. Gdybym się tym przejmowałbym leżałbym na plaży w Cancun, albo siedział w domu przed telewizorem. Wzdłuż krawężnika biegnie szczur. Współczesna stolica Meksyku jest brudnym, brzydkim, przytłaczającym miastem, nowoczesne biurowce sąsiadują z obdrapanymi fasadami sprzed trzydziestu albo i więcej lat, kolonialne hiszpańskie centrum to zaledwie kilka ulic, a dowodów dawnej świetności królestwa Azteków prawie w ogóle nie widać. Cortez zrównał z ziemią dumny i piękny Tenotichtlan – Mexico, jak już wówczas nazywano miasto. O jego dawnej świetności świadczą choćby wspomnienia Bernala Diaza del Castillo, uczestnika wyprawy Corteza, jednego z kilkuset hiszpańskich konkwistadorów, którzy przybyli tu w poszukiwaniu bogactwa. Kiedy weszliśmy do miasta umieszczono nas w pałacach wielkich i pięknie zbudowanych z doskonałego kamienia, z drzewa cedrowego oraz innych wonnych i kosztownych drzew, z dziedzińcami i salami budzącymi podziw, obitymi bawełnianymi kołtrynami. Nie mogłem się nasycić widokiem rozmaitości drzew i wonią każdego z nich, grzędy były pełne róż i kwiatów, były tam liczne drzewa owocowe i krzewy róż, był staw słodkiej wody i wielkie łodzie z jeziora mogły wpływać do ogrodu przez wejście w tym celu sporządzone, tak że nie trzeba było schodzić na ląd. Wszystkie budowle były pięknie wybielone i jaśniejące, wzniesione z rozmaitego rodzaju kamieni pokrytych malowidłami i tak piękne, że trudno sobie to wyobrazić. Trwałem w podziwie i nie mogłem uwierzyć, aby na całym świecie można było odkryć krainę tej podobną. Dzisiaj wszystkie te cuda są zburzone, stracone i nic z nich nie zostało!
Zburzone, stracone… dziś trudno sobie wyobrazić piękno i przepych zbudowanego na wodzie Tenochtitlanu-Mexico. Jedynie niewielkie wyobrażenie o tym, jak kiedyś mogła wyglądać stolica Azteków daje peryferyjna dzielnica Xochimilco, gdzie po kanałach wśród kwiatów pływają kolorowe gondole. W miejscu najwspanialszego miasta świata powstał moloch – fascynujący, ale na pewno nie piękny. Pozostały tylko nieliczne wspomnienia konkwistadorów, resztki ruin przy Zocalo oraz artystyczne wyobrażenia na muralach Diego Rivery, największego XX wiecznego malarza meksykańskiego.
Wchodzę do najbliższego baru na kieliszek tekili z sangritą i limonką. Sangrita to napój bezalkoholowy – sok pomidorowy, zmieszany z odrobiną limonki i pomarańczy, cebulą, pieprzem oraz tabasco i sosem angielskim. Czasem pikantna, ale nie zawsze, sprzedawana w butelkach, choć w wielu lokalach przygotowywana samodzielnie przez barmana, serwowana zresztą nie tylko z tekilą, ale też z czystą wódką lub rumem. Czterdziestoprocentowa srebrna tekila Jose Cuervo rozgrzewa żołądek. Biorę jeszcze jeden kieliszek, potem kolejny. Pijaństwo było plagą już w czasach Azteków, zresztą było wówczas zabronione, nawet pod groźbą kary śmierci – najczęściej przez ukamieniowanie. Ale alkohol i tak sprzedawany był na targach w takich starożytnych miastach jak Tenochtitlan czy Texcoco. Legalnie mogli się nim raczyć wyłącznie starcy oraz wojownicy, ale tylko w wybrane dni. Tak jak dzisiaj, wyrabiano go m.in. z agawy. Pijacy mieli swoich bogów, podobnie jak własne bóstwo miało znane do dziś w Meksyku – tanie i kwaśne – pulque, które przed przybyciem Hiszpanów w Tenochtitlanie pito w miesiącu quecholli – okresie wielkiego picia.

na zdjęciu Piramida Słońca, Teotihuacan

2 komentarzy dla “Meksyk

  1. oblicza cywilizacji

    Fajne, ciekawe. Ten szczur biegnący ulicą he he. Takie nieoklepane moim zdaniem podejście. Myślę, że ludzie w wiekszości szukają piękna, odmienności, wrażeń. Przełamują szarość swojego życia wycieczkami ale ogladają jedynie odnowione fasady, to co jest przeznaczone specjalnie dla ich oczu, to co im się proponuje, nie wnikają w to jakie to miejsce jest rzeczywiście, nie wychodzą po zmroku, jeśli to się im odradza, nie zapuszczają się tam gdzie nie powinni, może nawet nie wiedzą, bo wycieczka ma swój plan, harmonogram. Pewnie dlatego tak lubię jeździć stopem, bo to daje mozliwość poznania ludzi z danego obszaru, oraz miejsc takimi jakimi są w realu. Pamiętam taką sytuację na stopie gdzieś we Francji, gdy trochę utknęłyśmy z koleżanką na jednej z autostrad, stałyśmy, zerwał się wiatr i patrzyłyśmy na mijające nas autobusy z wycieczkami, spytałam ją wtedy czy nie żałuje, że my tak, na stopa, czy nie wolałaby w komforcie autobusem. Spojrzała wymownie i już się zamknęłam. Świat jest ciekawy, niektórzy potrafią to opisać. :-)
    Najbardziej nie rozumiem w tej kulturze tych rytualnych mordów. Jest to dla mnie zodiakalnego raczka zbyt okrutne, trochę mi to przybliżyłeś, w czym rzecz, choć nie powiem bym to akceptowała, jedynie bardziej to rozumiem. A co do ich kultury to oni robili też piękną biżuterię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

16 sierpnia 2018 o godz. 21:13

Nowy numer Aqua Vitae

AV_cover 22

Ukazał się nowy numer (4/2018) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

9 sierpnia 2018 o godz. 21:36

Leopold Tyrmand: Filip

filip-b-iext50293206

Ostatnia powieść jaką Tyrmand opublikował przed opuszczeniem Polski. Wyszła w 1961 roku, autor „Złego” opuścił na stałe kraj w 1965. Wojna widziana zza kulis, daleko od frontu, daleko od biedy, a przecież strach i niepewność to stałe elementy życia bohaterów, w tym tytułowego Filipa. Akcja rozgrywa się głównie we Frankfurcie, mieście, w którym jest zbyt wiele majątku Rothschildów by Alianci mieli je bombardować. Przynajmniej tak sobie mówią mieszkańcy, także cyniczni Niemcy, którym nie spieszno walczyć w imię ej mrzonki o Tysiącletniej Rzeszy. Filip jest Polakiem, byłym studentem archeologii, przedostał się do Niemiec z fałszywymi dokumentami z terenów Litwy i podjął pracę jako kelner w dość dobrze prosperującym Park Hotelu. Udaje urodzonego w Warszawie Francuza. Pracuje w międzynarodowym towarzystwie kelnerów, których walka z faszyzmem sprowadza się do tego, że plują kierownikowi hotelu do kawy. Wojnę oglądamy z boku, z przymrużeniem oka, bo łatwiej obracać lęki w żart niż stawiać im czoło. „Człowiek sam już nie wie, po której stronie jest i czego chce”, mówi bohater tej książki i tak jest istotnie. Niby każdy Niemiec to wróg, ale los zrządza, że Filip zakochuje się w młodziutkiej i pięknej Niemce. Nie waha się też korzystać z pomocy Niemców, kiedy tylko nadarza się okazja.

5 sierpnia 2018 o godz. 17:44

Miasto dla mieszkańców!

CCI20160104_0003

Dlaczego cykliści ścigają się po ulicach Warszawy a nie na torach wyścigowych? Jeszcze trochę a wypuszczą na ulice konie ze Służewca. Dużo jest w mieście bezsensownych zakazów, czy nie można by jeszcze dołożyć zakazu maratonów, wyścigów, rajdów oraz demonstracji? Biegacze do lasu, cykliści na tory, rolnicy do brony, a politycy na ring! Ulice miasta dla mieszkańców, nie dla sportowców i frustratów!

4 sierpnia 2018 o godz. 22:50

Jabłkowa Warka

Szlak-jablkowy

Zrobiłem sobie wycieczkę rowerową do Warki. Przyjemna trasa wzdłuż sadów, jabłka i gruszki, pod którymi uginają się gałęzie drzew. Im bliżej Warki, tym liczniejsze po drodze zakłady przetwórstwa jabłek, tłocznie soków, fabryki cydrów…

2 sierpnia 2018 o godz. 09:21

Kartka z podróży – w Brześciu

20180719_204822

Nocleg załatwiany przez białoruskie biuro podróży. Hotel Vesta ma trzy gwiazdki, drogie pokoje, ale wewnątrz wygląda jak skansen ZSRR. Stare, śmierdzące dywany, najbrzydsze meble z Emilki… Rozpacz.

1 sierpnia 2018 o godz. 08:42

Kartka z podróży – Białoruś

20180721_141546

Żeby pojechać do Brześcia czy Grodna nie potrzebujesz wizy czy przepustki. Na granicy w Połowcach nie ma kolejek. Jest trochę formalności. Dostaje się deklarację celną, 50 pozycji drobnym druczkiem, bukvami, po kwadransie dałem za wygraną. okazało się, że wystarczy pójść do odpowiedniego okienka, zapłacić równowartość ok. 30 zł, podać swój pesel i powiedzieć, ze nic się nie przewozi. Pani daje wydruk z komputera i gotowe. A zatem niby nie ma żadnych opłat na granicy, a jednak…

31 lipca 2018 o godz. 19:02

Akademia Brandy – odcinek 5

Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu „Aqua Vitae” opowiada jak zaczęła się historia Metaxy i dlaczego Metaxa nie jest brandy. Zapraszamy do kolejnego odcinka Akedemii Brandy z Pliską.

31 lipca 2018 o godz. 09:49

Kartka z podróży – Stara gorzelnia w Wierzchowicach

20180719_170945

Obecnie po Białoruskiej stronie granicy znajduje się wieś Wierzchowice (Вярховічы), gdzie zachowały się pozostałości dawnych dóbr magnackich Sapiehów, m.in. stary spichlerz, a także przy wyjeździe z wioski w kierunku Brześcia – okazała gorzelnia, będąca częścią późniejszego folwarku rodziny Rothów. Stanęła w miejscu wcześniejszego browaru, w 1908 roku. Długi budynek, otynkowany obecnie od frontu na błękit, zieleń, róż, wyblakłą czerwień. Spirytus produkowano tu aż do 1985 roku, kiedy to Michaił Gorbaczow, w ramach swojej kampanii abstynenckiej nie zamienił gorzelni na krochmalnię. Do dziś przerabia się tu ziemniaki zamiast na alkohol, to na mączkę skrobiową.

30 lipca 2018 o godz. 21:07

Alkoholowe dzieje Polski – czasy rozbiorów i powstań

Besala

„Alkoholowe dzieje Polski” Jerzego Besali, to książka bardziej o obyczajach Polaków, niż o alkoholu. Pełna relacji pamiętnikarskich i kronikarskich, ale też anegdot. Drugi tom, przedstawiający Polskę pod zaborami, w znacznie większym stopniu niż pierwszy opiera się na materiale źródłowym, niż na spekulacjach autora. podobnie jednak jak pierwszy, tak i ten, pisany jest w luźnym stylu publicystycznym, w myśl zasady – najważniejsze, żeby nie zanudzić czytelnika.

30 lipca 2018 o godz. 17:10

Z Prusa

„Cywilizacja ma dwa przeciwległe bieguny. Jednym jest szynk, drugim księgarnia”. ~ Bolesław Prus (1882)