25 marca 2007 o godz. 20:29

Meksyk

/wp-content/uploads/2007/03/teotichuacan
Zamieszczam tu do poczytania fragment książki o Meksyku, którą aktualnie piszę... fragment jeszcze niedopracowany, ale daje +/- wyobrażenie o tym jaka to książka będzie...

Co nas tu ciągnie? Ciekawość, to jasne, ale nie tylko ciekawość starożytnych kultur Majów czy Azteków, nie tylko wspaniałe prekolumbijskie miasta z kamiennymi świątyniami i piramidami, nie tylko architektura kolonialna, nawet nie bogactwo przyrody. Nie żadna z tych rzeczy z osobna, bo razem stanowią tą niezwykłą mieszankę, jaką jest Meksyk, mieszankę wynikającą ze zderzenia cywilizacji, z tej pomieszanej krwi – białych, czarnych i Indian. Tych pomieszanych wierzeń i wyobrażeń: przyszłości, przeszłości, Kosmosu, trwałości życia, śmierci, bo tu nic nie jest czarne lub białe, nic nie jest takim, jakim przywykliśmy sądzić. Przenikające się światy, tak, tu ludzie stawali się bogami.
Teotihuacan – miasto, w którym ludzie stawali się bogami, tak przynajmniej wierzyli Aztekowie, którzy odkryli już wymarłą metropolię, porzuconą przez lud, o którym nic nie wiemy. Teotihuacan został opuszczony jakieś 700 lat przed powstaniem stolicy Azteków, ale w latach świetności miał blisko 200 tysięcy mieszkańców i zajmowało obszar ponad 20 km kw. Dziś możemy oglądać tylko nieliczne pozostałości, w tym wspaniałe piramidy Słońca i Księżyca, ta pierwsza jest trzecią pod względem wielkości piramidą świata. Tu czczono Quetzalcoatla, pierzastego węża – boga wojny i Tlaloka – boga deszczu. Im wystawiono najwspanialsze świątynie. I choć nic prawie nie wiemy o budowniczych tych piramid, to ich wierzenia, system sprawowania władzy, odkrycia astronomiczne promieniowały na całą Mezoamerykę. Filozofia ludów Teotihuacan zakładała przenikanie się świata żywych i umarłych. To dlatego śmierć znaczyła tak niewiele dla ówczesnych ludów, była tylko pewnym etapem, to co umierało, odradzało się, tak jak dzień przechodził w noc, a noc w dzień. Ta harmonia życia, harmonia kontaktów ze światem nadprzyrodzonym, który przenikał się ze światem ludzkim, jest trudna do wyobrażenia dla nas, wychowanych w kulturze chrześcijańskiej. Jeszcze trudniej jednak zrozumieć jak to możliwe, że o życiu starożytnych kultur Mezoameryki prawie nic nie wiemy. Przecież znali pismo, wznosili ogromne miasta, znacznie potężniejsze od miast ówczesnej Europy. A jednak historia jako taka nie miała dla ówczesnych elit politycznych wielkiego znaczenia, tworzono mitologię, nie historię, to na mitach opierała się władza, na przeświadczeniu, że władcy i kapłani są w stałym kontakcie z panteonem bogów. Przetrwały setki legend, ich użyteczność z punktu widzenia badań historii jest jednak znikoma. Tak naprawdę nawet nie wiadomo czy Quetzalcoatl, najważniejsze bóstwo Mezoameryki, był bogiem, legendarnym herosem, czy autentyczną postacią.
Władza opierała się też na przelewanej krwi, której jakoby potrzebowali bogowie. Niekończące się wyniszczające wojny, tysiące jeńców i tysiące ofiar składanych na ołtarzach. Krew jeńców służyła odżywaniu bogów, wody i słońca, gwarantowała pomyślność i urodzaj. A sukces na polu walki był jedną z podstawowych dróg awansu społecznego. Pisałem już o tym i temat ten będzie powracał podczas tej opowieści, jest on bowiem kluczowym zarówno dla rozumienia siły ludów Mezoameryki, jak i ich upadku. Wracając do Teotihuacan, to tajemnicze miasto w VI-VII wieku naszej ery musiało imponować wielkością i przepychem – pałaców, świątyń, targów, a przede wszystkim górującej Piramidy Słońca, pomalowanej wówczas na jasnoczerwony kolor, zdobionej stiukami i freskami, mieniącej się w zachodzącym słońcu niesamowitym blaskiem. W 1971 roku w jej podziemiach archeolodzy odkryli ponad stumetrowej długości podziemny tunel. Nie znamy jego zastosowania – czy były to grobowce, czy skarbce, czy – jak twierdzą niektórzy naukowcy – korytarz prowadzący do groty, będącej źródłem życia, groty Matki Ziemi. Tu prawdopodobnie, według ówczesnych wierzeń, było centrum wszechświata, a piramida strzegła źródeł świętej wody. Także odprawiane tu rytuały miały związek z wodą, ziemią i płodnością, modły kierowano do Tlaloka, a liczne zachowane płaskorzeźby przedstawiające ryby, muszle czy morskie węże, wskazują jak ważna była woda w mitologii mieszkańców Teotihuacan. Tlalokowi oddawano w ofierze dzieci – topiąc je – a śmierć na jego ołtarzu oznaczała automatyczne przeniesienie się do najpiękniejszego ze światów. Zwykła śmierć wskutek starości rodziła mniej przyjemny efekt – wówczas trafiało się do Mictlán – krainy ciemności. Zmarłe niemowlęta przebywały w krainie drzewa-karmicielki, Chichihuaquauhco, tam też czekały na swój dzień, by dostać jeszcze jedną szansę życia na ziemi. Bo w każdym przypadku śmierć była tylko swego rodzaju poczekalnią, wierzono w reinkarnację, w powrót duszy z miejsca chwilowego odpoczynku. Godna śmierć (choćby na ołtarzu) znaczyła więcej niż godziwe życie, hiszpańskim misjonarzom nie łatwo było zatem straszyć chrystianizowanych Indian Piekłem, jako karą za złe postępki. Karą była plugawa śmierć, a ta taką właśnie się stała gdy zakazano rytualnych ofiar.
Wśród Azteków panowało przekonanie, że Teotihuacan był świętym miejscem, w którym narodził się współczesny świat „Piątego Słońca”. Wcześniejsze cztery światy ulegały zagładzie – czy to w wyniku powodzi, czy to wybuchu wulkanu (wybuch wulkanu Xitle faktycznie pogrzebał przed ok. 2000 laty znaczną część Doliny Meksykańskiej). Aby powstało nowe słońce bogowie musieli poświęcić jednego z siebie. Ostatecznie poświęciło się dwóch – skacząc w płomienie – bogowie o imionach Tecucciztecatl i Nanahuatzin. W ślad za nimi w płomienie rzuciły się dwa święte zwierzęta – jaguar i orzeł. W rezultacie powstały dwa słońca, jednocześnie świecące na niebie. Stały bez ruchu, nie było wschodu, ani zachodu. Wówczas starzy bogowie rzucili zająca w oblicze drugiego boga-słońca. Tak powstał księżyc i współczesny świat. Oczywiście, opowieść ta znana jest w licznych wersjach, zmieniają się też imiona bogów, ale miejsce pierwszego spotkania i rytualnego poświęcenia jest to samo – Teotihuacan. Bogowie poświęcili się tu dla przyszłego losu ludzi, ludzie odwdzięczyli się poświęcając swe ofiary bogom. Nie wiadomo jaki był koniec Teotihuacan, czy wybuchł bunt poddanych, czy spustoszyły je hordy barbarzyńskich Chichimeków, czy pałace i świątynie strawił pożar, czy też inne są przyczyny upadku miasta, w którym ludzie spotykają się z bogami. Kiedy przybył tu Cortez było już ruiną, pozostały mity, dokumentów historycznych brak.
Prawdopodobnie uchodźcy z Teotihuacan założyli Tulę – stolicę Tolteków, potężnego ludu, o którym także wiemy niewiele. Dziś nad piramidą w Tuli górują wielkie figury Atlantów – kamienne figury wojowników. W miasteczku, które leży mniej więcej godzinę drogi od północnych obrzeży Miasta Meksyk, życie wolno płynie, a o tolteckiej historii przypominają głównie nazwy barów oraz drobiazgi oferowane przez sprzedawców pamiątek, przed tysiącem lat stały tu jednak zdobione złotem i freskami świątynie, bogate pałace i wielkie boiska do rytualnej gry w pelotę. Miasto zajmowało obszar 16 km kw., dziś pozostała kupa kamieni na wzgórzu i pojedyncze zrekonstruowane budowle. Za spadkobierców Tolteków uważali się Aztekowie, a samo miasto upadło w XIII wieku splądrowane najprawdopodobniej przez barbarzyński lud Chichimeków.
Odwiedzamy kolejny raz Meksyk gnani ciekawością. Ciekawością kształtów meksykańskich kobiet, ich strojów, uśmiechów i zdziwienia dzieci. Ciekawością zapachów dobywających się z tanich barów, zapachów smażonych placków kukurydzianych, wyglądającej jak papka czerwonej fasolki, świeżej limonki czy gnijącego awokado. Ciekawością dziurawych dróg, gryzącego w nozdrza piasku, ciekawością brudu i żyjącego w nim robactwa. Ciekawością cienia palm, lian i wielkich kaktusów. Ciekawością wygrzewających się w słońcu jaszczurek i chowających się w koronach drzew małp. Nie szukam tu niczego konkretnego. Nie jestem historykiem, ani antropologiem, nie interesuje mnie etnografia, ani polityka. Nie muszę niczego szukać, bo to wszystko samo mnie znajduje, nie ukrywa się, epatuje innością. Meksyk uwodzi i nie ma w tym ani odrobiny stręczycielstwa, uwodzi niczym tajemnicza kochanka, nie koniecznie najpiękniejsza kobieta świata, ale dostatecznie intrygująca, by nie móc oderwać od niej wzroku, by podążyć za nią, choćby do piekieł. Bo przecież znacznie tu więcej widoków dantejskich, niż gdziekolwiek indziej. Widoków, smaków, zapachów, do których trzeba się przyzwyczaić, które trudno od razu polubić, ale wobec których nie sposób być obojętnym.
Nie mogę zasnąć w dusznym hotelowym pokoju. Wychodzę na ulicę. Taksówkarz ostrzegał żeby nie chodzić w nocy, bo w Zona Rosa jest niebezpiecznie. Gdybym się tym przejmowałbym leżałbym na plaży w Cancun, albo siedział w domu przed telewizorem. Wzdłuż krawężnika biegnie szczur. Współczesna stolica Meksyku jest brudnym, brzydkim, przytłaczającym miastem, nowoczesne biurowce sąsiadują z obdrapanymi fasadami sprzed trzydziestu albo i więcej lat, kolonialne hiszpańskie centrum to zaledwie kilka ulic, a dowodów dawnej świetności królestwa Azteków prawie w ogóle nie widać. Cortez zrównał z ziemią dumny i piękny Tenotichtlan – Mexico, jak już wówczas nazywano miasto. O jego dawnej świetności świadczą choćby wspomnienia Bernala Diaza del Castillo, uczestnika wyprawy Corteza, jednego z kilkuset hiszpańskich konkwistadorów, którzy przybyli tu w poszukiwaniu bogactwa. Kiedy weszliśmy do miasta umieszczono nas w pałacach wielkich i pięknie zbudowanych z doskonałego kamienia, z drzewa cedrowego oraz innych wonnych i kosztownych drzew, z dziedzińcami i salami budzącymi podziw, obitymi bawełnianymi kołtrynami. Nie mogłem się nasycić widokiem rozmaitości drzew i wonią każdego z nich, grzędy były pełne róż i kwiatów, były tam liczne drzewa owocowe i krzewy róż, był staw słodkiej wody i wielkie łodzie z jeziora mogły wpływać do ogrodu przez wejście w tym celu sporządzone, tak że nie trzeba było schodzić na ląd. Wszystkie budowle były pięknie wybielone i jaśniejące, wzniesione z rozmaitego rodzaju kamieni pokrytych malowidłami i tak piękne, że trudno sobie to wyobrazić. Trwałem w podziwie i nie mogłem uwierzyć, aby na całym świecie można było odkryć krainę tej podobną. Dzisiaj wszystkie te cuda są zburzone, stracone i nic z nich nie zostało!
Zburzone, stracone… dziś trudno sobie wyobrazić piękno i przepych zbudowanego na wodzie Tenochtitlanu-Mexico. Jedynie niewielkie wyobrażenie o tym, jak kiedyś mogła wyglądać stolica Azteków daje peryferyjna dzielnica Xochimilco, gdzie po kanałach wśród kwiatów pływają kolorowe gondole. W miejscu najwspanialszego miasta świata powstał moloch – fascynujący, ale na pewno nie piękny. Pozostały tylko nieliczne wspomnienia konkwistadorów, resztki ruin przy Zocalo oraz artystyczne wyobrażenia na muralach Diego Rivery, największego XX wiecznego malarza meksykańskiego.
Wchodzę do najbliższego baru na kieliszek tekili z sangritą i limonką. Sangrita to napój bezalkoholowy – sok pomidorowy, zmieszany z odrobiną limonki i pomarańczy, cebulą, pieprzem oraz tabasco i sosem angielskim. Czasem pikantna, ale nie zawsze, sprzedawana w butelkach, choć w wielu lokalach przygotowywana samodzielnie przez barmana, serwowana zresztą nie tylko z tekilą, ale też z czystą wódką lub rumem. Czterdziestoprocentowa srebrna tekila Jose Cuervo rozgrzewa żołądek. Biorę jeszcze jeden kieliszek, potem kolejny. Pijaństwo było plagą już w czasach Azteków, zresztą było wówczas zabronione, nawet pod groźbą kary śmierci – najczęściej przez ukamieniowanie. Ale alkohol i tak sprzedawany był na targach w takich starożytnych miastach jak Tenochtitlan czy Texcoco. Legalnie mogli się nim raczyć wyłącznie starcy oraz wojownicy, ale tylko w wybrane dni. Tak jak dzisiaj, wyrabiano go m.in. z agawy. Pijacy mieli swoich bogów, podobnie jak własne bóstwo miało znane do dziś w Meksyku – tanie i kwaśne – pulque, które przed przybyciem Hiszpanów w Tenochtitlanie pito w miesiącu quecholli – okresie wielkiego picia.

na zdjęciu Piramida Słońca, Teotihuacan

2 komentarzy dla “Meksyk

  1. oblicza cywilizacji

    Fajne, ciekawe. Ten szczur biegnący ulicą he he. Takie nieoklepane moim zdaniem podejście. Myślę, że ludzie w wiekszości szukają piękna, odmienności, wrażeń. Przełamują szarość swojego życia wycieczkami ale ogladają jedynie odnowione fasady, to co jest przeznaczone specjalnie dla ich oczu, to co im się proponuje, nie wnikają w to jakie to miejsce jest rzeczywiście, nie wychodzą po zmroku, jeśli to się im odradza, nie zapuszczają się tam gdzie nie powinni, może nawet nie wiedzą, bo wycieczka ma swój plan, harmonogram. Pewnie dlatego tak lubię jeździć stopem, bo to daje mozliwość poznania ludzi z danego obszaru, oraz miejsc takimi jakimi są w realu. Pamiętam taką sytuację na stopie gdzieś we Francji, gdy trochę utknęłyśmy z koleżanką na jednej z autostrad, stałyśmy, zerwał się wiatr i patrzyłyśmy na mijające nas autobusy z wycieczkami, spytałam ją wtedy czy nie żałuje, że my tak, na stopa, czy nie wolałaby w komforcie autobusem. Spojrzała wymownie i już się zamknęłam. Świat jest ciekawy, niektórzy potrafią to opisać. :-)
    Najbardziej nie rozumiem w tej kulturze tych rytualnych mordów. Jest to dla mnie zodiakalnego raczka zbyt okrutne, trochę mi to przybliżyłeś, w czym rzecz, choć nie powiem bym to akceptowała, jedynie bardziej to rozumiem. A co do ich kultury to oni robili też piękną biżuterię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

30 maja 2020 o godz. 23:40

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover-33

Ukazał się nowy numer (3/2020) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

20 maja 2020 o godz. 23:10

Nowy numer Aqua Vitae online

av_3_20

Udostępniliśmy już bezpłatnie do czytania najnowszy numer magazynu Aqua Vitae. Oczywiście wszyscy prenumeratorzy i sprzedawcy otrzymają egzemplarz także w formie papierowej. Jeżeli będziecie chcieli nas wesprzeć, to zajrzyjcie proszę tutaj: https://zrzutka.pl/av i wpłaćcie co łaska. A oto link do najnowszego numeru: https://issuu.com/spirits.com.pl/docs/aquavitae_3-33_-net.

18 maja 2020 o godz. 13:05

Biedaki, nie dostali w rządzie premii!

emilewicz

Wicepremier Emilewicz zabrała głos w sprawie uposażeń pracowników państwowej administracji. „Premier Morawiecki i tak wstrzymał dodatkowe nagrody w całej administracji. To bardzo trudne dla nas” – powiedziała w rozmowie z Radiem Zet. O, to biedaki! Ludzie tracą pracę, mają obcinane zarobki, a elity płaczą nad brakiem dodatkowych nagród! Wstyd takie rzeczy mówić. Policja pałuje protestujących, a jedyna odpowiedź rządu, to użalanie się, że przyjdzie poczekać na wstrzymana premię! (nie zabraną, żeby przekazać na inne cele, a wstrzymaną, pewnie zostanie wypłacona ze stosownymi odsetkami, sic!).

17 maja 2020 o godz. 13:35

Gaz na ulicach

SONY DSC

Wczoraj rozbisurmaniona przez rząd policja w Warszawie brutalnie zaatakowała protestujących przedsiębiorców. Zasłaniając się koronawirusem policja nadużywa uprawnień z pełną dowolnością, dając po łapach tym, którzy są niewygodni. A państwowe radio, zdejmuje z anteny nieprzychylne władzy piosenki. Komuno wróć! Przedsiębiorcy wystosowali całkowicie słuszne i w części bardzo proste do natychmiastowego wprowadzenia postulaty, m.in.: „maksymalna, odpowiednia do skali kryzysu redukcja w administracji publicznej, obniżenie wynagrodzeń do minimalnej krajowej w ministerstwach, agencjach, funduszach skarbu państwa, zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na finansowanie wsparcia dla MSP i obniżki danin – ZUS, podatków i VAT”. Tylko przyklasnąć. Do tego chcieli dymisji premiera i ministra zdrowia, ale to chyba na zasadzie, że w przypadku negocjacji będzie od czego odstąpić. Urzędasy i ministrowie mogli dać godny Chrześcijan przykład solidarności ze społeczeństwem i zrezygnować z apanaży, a władza z komfortu świty służalców, korona z głowy dyrektorowi departamentu nie spadnie jak sam wykona proste czynności, które na co dzień deleguje zastępcom i podwładnym. Protestujący nie wzięli jednak pod uwagę prostego wyjścia władzy – nie będzie negocjacji, będzie przemoc. Gaz, w ruch poszły pałki, a wytłumaczenie proste – w czasach pandemii skupiska ludzi są nielegalne. Reżim kocha pandemię, a policja, tak jak w czasach, kiedy była milicją, z radością przyłącza się do tańca przemocy, wszak pacyfiści raczej nie wybierają pracy w mundurze. Bezkarna przemoc, policmajster psychopata, który nie tak dawno zamordował młodego chłopaka w Koninie pozostanie jednym z symboli tych zarażonych czasów. Wirus nienawiści rozprzestrzenił się w Polsce tak skutecznie, że stał się epidemią straszniejszą od koronawirusa.

8 maja 2020 o godz. 11:52

Na co komu prezydent?

Awantura o termin wyborów prezydenckich skończyła się farsą. Wyborów nie będzie, bo nikt ich nie przygotował. Jednocześnie zmarnowano pieniądze na przygotowania, druk kart wyborczych, niepotrzebnie angażowano Pocztę, nie mówiąc już o tym, że politycy kolejny raz zajmowali się nie tym, co dla ludzi istotne. Czy w imię solidarności z rosnącą grupą bezrobotnych w Polsce nie powinno się w ogóle zlikwidować urzędu prezydenta, zwolnić kosztowne etaty jego świty, wymiernie odciążyć budżet? Korzyści z urzędu prezydenta znikome, jeśli nie zerowe, a oszczędności wielkie. W interesie społecznym będzie przesunięcie środków budżetowych z urzędu do ludzi! Darujmy sobie w ogóle wybory, szkoda czasu i pieniędzy.

13 kwietnia 2020 o godz. 14:56

Kilka refleksji o sporcie

600px-Sport_balls.svg

Tak sobie myślę, że po koronawirusie w sporcie nic nie będzie takie, jak było w ostatnich dwóch dekadach. Nastąpi cofnięcie się do lat 80. XX wieku. Nie będzie transferów za dziesiątki milionów euro, nie będzie milionowych pensji. Sport będzie dużo uboższy. Nie tylko dlatego, że traci każdego dnia na wpływach z biletów, praw do transmisji czy reklam. Także dlatego, że dotychczasowi sponsorzy i reklamodawcy będą mieli inne, ważniejsze wydatki. Jedni żeby przetrwać, inni żeby się rozwijać. Lokowanie sponsoringu w sporcie nie będzie najlepszym sposobem na wydawanie pieniędzy, skuteczniej będzie je wydać na pomoc dla służby zdrowia czy duże programy socjalne lub stymulujące gospodarkę. Sport zejdzie na margines zainteresowań. Owszem, nadal nie będzie brakowało kibiców, ale pieniędzy może być mniej nawet o 90%. Sportowcy przestaną być celebrytami. W sumie – to dobrze. W dzisiejszych czasach większym bohaterem jest lekarz, który ratuje życie, niż ten, kto strzela trzy bramki w meczu. Ciekawe, czy brak pieniędzy, a także bardzo ograniczone możliwości treningów w obecnym czasie, czy to wszystko odbije się też na wynikach, formie? Być może rekordy bite do marca 2020 roku pozostaną nimi jeszcze przez kilka najbliższych lat, właściwie w każdej dyscyplinie. Nie specjalnie mnie to martwi, zwłaszcza w sytuacji, kiedy tego sportu w ogóle nie ma, i kiedy zamiast czytać – jak zawsze – informacje sportowe, czytam codziennie (z nudów) o wybrykach polityków i liczbach zgonów na świecie. Biedniejszy sport może być sportem bardziej uczciwym, bardziej wyrównanym, bardziej opartym na rzeczywistej rywalizacji, włożonej pracy i umiejętnościach, a nie na wpompowanej forsie. Biedniejszy sport może być bardziej czysty i dla kibica zwyczajnie ciekawszy. A, że sportowcy dostaną po kieszeniach… Cóż nie tylko oni!

12 kwietnia 2020 o godz. 13:17

Nadgorliwcy wciąż w akcji

brutality-152819_1280

Podobno ostatniej doby nasi nadgorliwcy wlepili tylko 1300 mandatów. Policja zmieniła strategię i teraz mundurowi mają karać jedynie w przypadkach poważnego naruszenia zakazów, mandat ma być ostatecznością. Dla porównania, brytyjska policja od początku obostrzeń wlepiła zaledwie tysiąc mandatów. Stwierdzenie, że „nie ma nic tak twardego, jak pięść policjanta angielskiego” straciło na aktualności. Podobno 80 naszych policjantów ma już koronawirusa. Pozostaje zaapelować do służb – pozostańcie w domach, jeśli macie wyjść na ulicę tylko po to, by karać uczciwych obywateli. Niech pracują tylko ci, którzy faktycznie łapią/tropią/aresztują przestępców. Reszta w tym czasie niech siedzi w domu i ogląda filmy instruktażowe dotyczące roli policji w państwie prawa. A jak filmy za trudne, to niech się wezmą za gotowanie, podobno to dobrze działa na stres.

11 kwietnia 2020 o godz. 17:30

Karać debili w mundurach!

ADN-ZB
II. Weltkrieg 1939-1945
Judenverfolgung durch die faschistischen deutschen Besatzungstruppen in Polen.
Im Ghetto einer Stadt im Generalgouvernement; polnische Polizisten kontrollieren die Ausweise der jüdischen Einwohner an den Zugängen.

Grubym nietaktem jest wypowiedź rzecznika prasowego Komendy Stołecznej MO, że „czas na pouczenie już minął” i teraz będą bezwzględne kary wymierzane według widzimisię psychopatów w mundurach. Proponuję dla równowagi, żeby mundurowy, który wlepił komuś mandat złośliwie, lub bezmyślnie, lub nadgorliwie, ponosił 100% kosztów wypisanego blankietu. Jeśli sędzia zwolni obywatela od kary, to płaci pozbawiony empatii pan w mundurze. Plus obowiązkowe testy psychologiczne, czy nadaje się do wykonywanej pracy. Jakoś społeczeństwo i media łatwo zapomniały, że nie tak dawno temu zbrodniarz zastrzelił w Koninie młodego chłopaka, bo uznał, że skoro ma mundur policjanta i pistolet, to mu wolno, bo on ma władzę! Do dzisiaj zbrodniarz nie został ukarany, więc daje kolegom po fachu przykład – jesteśmy ponad prawem. Rząd wyposażył psycholi w uprawnienia, z których ci radośnie korzystają. Gdyby taki debil w mundurze miał z własnej kieszeni zapłacić 25 tys. zł kary za spacerowanie, to by na przyszłość zastanowił się sto razy, zanim wyciągnie blankiet. Sędziowie, zacznijcie karać debili, dość bezprawia służ porządkowych!

8 kwietnia 2020 o godz. 18:51

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover 32

Ukazał się nowy numer (2/2020) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

5 kwietnia 2020 o godz. 19:30

Bezwzględna kara bez zakazu – jak to możliwe?

forest-summer-landscape-green-nature-tree

Piękna pogoda, a ludzie muszą siedzieć w domach, nie wolno im nawet wyjść do lasu. Chyba tylko dlatego wprowadzili ten zakaz, żeby pokazać, kto tu rządzi. Dali policji prawo do karania właściwie wedle widzimisię. I będą tego złe konsekwencje, zwłaszcza, gdy sparaliżowane są wszystkie organa administracji. Policjant może wlepić 5000 zł, a w ekstremalnej sytuacji nawet 30000 zł za to, że ktoś spaceruje. Nie można kary nie przyjąć, nie można odwołać się do sądu, bo spacerowanie, to nie wykroczenie, to bezwzględna kara administracyjna. Stosowana w sytuacjach nieoczywistych, wedle nieoczywistych przepisów, które mówią o „powstrzymywaniu się” czy „ograniczaniu”, a nie o zakazie (!) wychodzenia z domu na spacer. Kara jest bezwzględna, niezależnie od winy i „stopnia szkodliwości społecznej”. Czy takie rozporządzenia mają cokolwiek wspólnego z prawem? Niestety, władza jest poza społeczna kontrolą i może robić, co chce.