11 kwietnia 2007 o godz. 18:19

Meksyk: Rajska plaża

/wp-content/uploads/2007/04/155-Playa-Escondido
Oto rozdział książki o Meksyku poświęcony opisywanej w "Xennie" Playa Escondido. Rozdział jeszcze przed obróbkami redakcyjnymi, trochę surowy...

Do Playa Escondido, rajskiej plaży jak ją nazwałem kiedy pierwszy raz, cztery lata wcześniej odkryłem ten zakątek, z Catemaco jest niespełna trzydzieści kilometrów. Króciutki odcinek, za to takiej drogi, której Europejczyk nie jest nawet w stanie sobie wyobrazić. Jeździłem już rozmaitymi drogami, przez lasy tropikalne, przez Andy i Sierra Madre, przez pustynię, zdarzało mi się wykopywać w upalne południe zasypany powyżej zderzaków samochód, zdarzało się zmieniać w środku nocy w lodowatych górach w Peru rozerwane na ostrych zwalonych głazach koło czy zatrzymywać się bez paliwa wśród tropików, w odległości kilkudziesięciu kilometrów od najbliższej osady. Takiej drogi jak na Playa Escondido nie widziałem jednak nigdzie.
Przez długi odcinek z Catemaco wiedzie szosa asfaltowa, pełna dziur, ale trasę do Sontecomapan, niewielkiego, położonego nad zieloną laguną miasteczka, stamtąd już znacznie gorszą, ale także asfaltową drogą należy kierować się na Jicacal i Monte Pio. Czas tu nie płynie. Po drodze leniwie spacerują stada bawołów, przy topesach bawią się kilkuletnie dzieci, po obydwu stronach drogi widać rozwalające się rudery budowane z pni palm, kryte liśćmi lub czarną smołowaną papą, pozbawione szyb w oknach, w jednoizbowych wnętrzach widać liche sprzęty, sklecone ze starych sklejkowych skrzynek do przewożenia bananów, z kawałków pni czy konarów. Większość zabudowań nosi obdrapane ślady farby, często są to stare hasła wyborcze, pamiętające jeszcze czasy gdy Meksykiem rządziła Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna. W Sontecomapan zatrzymujemy się na chwilę, jest tu niewielka przystań, można wypożyczyć łódkę i popływać po mętnych wodach laguny. Trzy podupadające hotele, niewielki sklepik, restauracja z owocami morza, kilka kramów, które oferują ciepłe przekąski, owoce i napoje. Opada nas gromada dzieciaków, gringos w takim miejscu to nieczęsty widok, stanowimy atrakcję, zwłaszcza Sonia ze swoją jasną skórą i blond włosami budzi zainteresowanie – nie tylko wśród dzieci. Kupujemy trochę zapasów żywnościowych bo tam dokąd jedziemy nie ma cywilizacji, jest tylko rybacka chatka i kilka pokoików w drewnianym baraku, które udostępniane są nielicznym gościom. Ten urokliwy zakątek podupadł, pozbawiony infrastruktury turystycznej, dobrej drogi dojazdowej, komunikacji telefonicznej, popadł w zapomnienie. Dalej, gdy już kończy się asfalt, widzimy porzucone rancza-widma, zapadające się zabudowania, rdzewiejące wraki samochodów, strzępy papierów, gdzieniegdzie puste butelki czy kawałki szmat przypominają o tym, że ktoś tu kiedyś mieszkał, zasypiał i budził się do pracy, miał jakieś cele i marzenia. Teraz dawne zabudowania porasta zaborcza zieleń tropiku. Las tropikalny, a w nim nieliczne ludzkie osady, dochodzi do samej Zatoki, od spienionych wód oddzielony jest wysokim wulkanicznym klifem. Rejon Los Tuxtlas, w którym jesteśmy, dawne zachodnie rubieże cywilizacji Olmeków, jest bardzo górzysty, na wysokość 1500 metrów wystrzeliwują – niczym zielone piramidy – samotne wzgórza porosłych selwą wulkanów. Jedziemy wąską drogą wzdłuż klifu, przed nami tropik, przez boczną szybę widać w dole wody zatoki. Co jakiś czas widać porzucone gospodarstwa, nie mijają nas żadne samochody. Po kilku kilometrach za Sontecomapan widać zbutwiały drewniany szyld ze strzałką prowadzącą w kierunku kamienistej drogi w dół klifu, na wypłowiałych w słońcu literach można odczytać napis Playa Escondido. Przed nami najgorszy odcinek drogi. W porze deszczowej zamienia się w potok, teraz jednak wyraźnie widać leżące na drodze ogromne głazy, niektóre tak ostre, że bez trudu rozprułyby oponę i ogromne wyrwy w ziemi, w których można urwać całe koło jeśli najedzie się na nie zbyt szybko. Ale tu szybko nie sposób jechać, manewruję z minimalną prędkością, starając się omijać najbardziej zdradzieckie kamienie. Pamiętam, że gdy pierwszy raz odnalazłem tą drogę lał straszliwy deszcz, a ja już po kilku minutach utraciłem wiarę, że dotrę do celu, że w ogóle znajdę na końcu znajdę jakieś schronienie. Ale stąd nie ma odwrotu, wąska ścieżka, na której ledwie mieści się samochód, a po obydwu stronach paprocie, palmy i zwisające liany. Słychać szum fal i odgłosy dżungli. Droga przez mękę do Raju.
Już na samym dole jest niewielki mostek przerzucony przez górski strumień, mostek zrobiony z zardzewiałych szyn kolejowych, na których ślizgają się koła. Za nim rozpościera się już widok bezpośrednio na niewielką piaszczystą zatoczkę, wciśniętą pomiędzy dwa wysokie klify. Kilkadziesiąt metrów od plaży stoi długi drewniany barak, przed nim mała rybacka kuchnia, w której można zjeść doskonałą rybę mucharra pieczoną z kolendrą, limonkami i papryczką jalapenia i dostać zimne piwo corona. Za barakiem pasą się kozy, jest też niewielka chatką rybaka, na drewnianych palach suszą się rozciągnięte sieci. Dostajemy klucze do naszych pokoi – kamienna podłoga, prymitywnie sklecone łóżko, przez deski ścian prześwituje słońce, w oknie moskitiera, o tej porze roku niepotrzebna, niemal nie ma komarów, za to nie brakuje wielkich brązowych karaluchów z długimi wąsami – cucarachas. Znana nam, choćby z popularnej kreskówki Lenely Toones piosenka nie opowiada jednak, wbrew skojarzeniom, o karaluchach, la cucaracha to pieszczotliwe określenie karabinu maszynowego, jakie nadali mu rewolucjoniści. Ze ściany zwisa czterdziestowatowa żarówka, która ledwie oświetla ciemne i chłodne pomieszczenie, na suficie zakurzone skrzydła elektrycznego wentylatora, takiego samego jaki widzimy w pierwszej scenie filmu „Czas Apokalipsy”, skojarzenie jak najbardziej na miejscu. Realizując ten głośny film Francis Ford Coppola inspirował się prozą Josepha Conrada, jego „Jądrem ciemności”, opowieścią miedzy innymi o tym, jak obco czuje się Europejczyk w środku dżungli, z dala od swojej cywilizacji.
Poza łóżkiem i zbitym z desek stołem nie ma tu żadnych mebli, ubrania można wieszać na wystających z desek gwoździach. W łazience ze ściany wystaje rura, która ma zastąpić prysznic, ciepła woda nagrzewa się w ciągu dnia w umieszczonych na dachu plastikowych zbiornikach, jednak przez noc robi się ponownie zimna. Cóż tam jednak łazienka, skoro na przeciw nas są cudowne, gorące wody Zatoki, piaszczysta plaża i, nie licząc rybaków, ani śladu człowieka. Na brzegu leżą kolorowe muszle oraz wyglądające jak indiańskie amulety okrągłe i płaskie szkielety wyschniętych skorupiaków, które miejscowi nazywają malitos. Mokry piasek niczym sito podziurkowany jest dziesiątkami tysięcy maleńkich otworków, w nich kryją się kraby-pustelniki, drobne, lecz złośliwe zwierzątko, płoche, uciekają wraz z najdrobniejszym naszym ruchem, ale potrafią mocno uszczypnąć gdy się na nie przypadkiem jednak nastąpi. Są niemal przezroczyste, tylko czarne oczy, niczym dwie główki od zapałek, ciekawie rozglądają się na wszystkie strony.
Bliżej brzegu woda jest spokojna, dalej widać jednak kłębiące się fale. Cudowna, orzeźwiająca kąpiel, woda daje schronienie przed upałem. W tym zapomnianym przez ludzi miejscu można zapomnieć o wszystkim, godzinami wpatrywać się w uciekając kraby lub leniwie wędrujące bez celu, w tę i z powrotem stonogi – suną powolutku, niczym jakieś zaprogramowane mechanizmy, niosąc na grzbiecie swój wapienny szkielecik.
Po kąpieli postanowiliśmy wybrać się wąską dróżką, otoczoną lasem tropikalnym w kierunku jednego z klifów, na jego szczycie był kiedyś spory ośrodek wczasowy. Wszędzie zieleń, tak gęsta, że widać drogę tylko na odległość kilkunastu metrów. Powietrze gorące i gęste, wokół odgłosy, których nie jesteśmy w stanie zidentyfikować – mogą to być ptaki, albo jaszczury, wszystko zlewa się w jedną całość – syczenia, pohukiwania, rechotanie, świergolenie, pojedyncze gwizdy, ale przede wszystkim budzące niepokój, bo rozlegające się w pobliżu, trzaski w gęstwinie. Wielkie, wielobarwne motyle oraz nieliczne żółte i czerwone owoce, jako jedyne wyłamują się z wszechobecnej zieleni. W drodze na wzgórze mijamy opuszczony murowany dom. Jego elewację obsiadły gekony. Przez wybite szyby widać porosłe grzybem ściany i gołą kamienną podłogę, jakieś szczątki mebli, brudny, rdzewiejący zlew. Przed drzwiami frontowymi swoje sieci utkały ogromne pająki, których tu pełno wśród lian, liści i gałęzi. W dole, ledwie widoczne, porośnięte selwą zabudowania, pewnie dawne kwatery. Powyżej, już na samym szczycie klifu, znajduje się opuszczony ośrodek. Jeszcze kilka lat temu był czynny, znad kuchni unosił się dym, na sznurach suszyła się bielizna, z radia dobiegały corridy – dziś jedynymi mieszkańcami są pająki i jaszczurki. Wchodzę do pustego pomieszczenia, na metalowych ramach łóżek butwieją materace, żółte gekony wygrzewają się leniwie na ścianach. Z dachu jednego z budynków rozpościera się piękny widok na Zatokę i plażę. Gruby pień rosnącego obok drzewa rozerwał fragment ściany i dachu. Zaczyna zapadać zmierzch, robi się chłodniej. Idziemy jeszcze kawałek wąską, zarośniętą ścieżką, którą od dawna nikt nie podążał. Zrywam kolejne pajęczyny, im jednak dalej, tym droga trudniej dostępna, bez maczety trudno przebić się przez gęstwinę. Wracamy. W jednym z opuszczonych budynków, prawdopodobnie była tu niegdyś sala jadalna, widzimy pozostawione całkiem niedawno wota dla zmarłych – owoce, świece, fotografie, kwiaty, puste butelki po napojach chłodzących, po piwie i winie, rysunki, napisy upamiętniające zmarłych. Ktoś jednak pamięta o tym miejscu. W wyobraźni snujemy różne sensacyjne historie na temat tego, co mogło się tu wydarzyć. Sceneria niczym z horrorów Lovecrafta, prawda jest jednak banalna – nie było turystów, więc ośrodek podupadł. Jego właściciel, starszy człowiek, przyjeżdża tu jeszcze czasami w święta, ale to są wyłącznie sentymentalne powroty. Z dawnej świetności tego zakątka pozostał tylko niewielki drewniany barak przy plaży i chatka rybaka, który podnajmuje nielicznym przybyszom pokoje.
Zapalam latarkę. Zrobiło się już całkiem ciemno. Nad naszymi głowami przelatują nietoperze. Droga w dół trwa krótko i trudno byłoby się zgubić, ale nie jest to przyjemne doświadczenie.
Żona rybaka przygotowała znakomitą rybę, chrupiąca skóra, białe mięso, które lekko odchodzi od grubych ości. Zimna corona, a powietrze wciąż gorące. Po podłodze, na werandzie przed kuchnią siedzi ogromna ropucha, szeroka i wysoka na jakieś 15 centymetrów. W trawie jest ich znacznie więcej, poruszają się niezgrabnie, krótkie łapy ledwie dźwigają potężne ciało. Przychodzą, podobnie jak jaszczurki, zwabione elektrycznym światłem.
Nie ma jeszcze ósmej, tu wcześnie robi się całkiem ciemno. Po kolacji idziemy na plażę. Nad taflą oceanicznej wody wstaje księżyc w pełni. Warto tu było przyjechać choćby dla tego widoku. Podnosi się wielka srebrna kula, świecąca tak jasno, że widać ciekawskie kraby wychylające się ze swoich norek. Nigdy nie widziałem takiego wschodu księżyca, jak latarnia odbija się w coraz bardziej wzburzonej wodzie. Słychać szum fal i rechot gekonów. Sonia ustawia statyw i długo robi zdjęcia. Po godzinie księżyc jest już wysoko, a niebo rozgwieżdża droga mleczna. Jest tak wiele gwiazd, konstelacji, których nie widać na naszej szerokości geograficznej. Jakie nasze niebo jest ubogie, myślę, patrząc z zachwytem. Sami, w mroku, fala szumią tak głośno, jakby nadciągała burza, ale niebo jest czyste, nie ma wiatru, jest ciepła noc.

Następnego ranka Sonia pobiegła przed świtem robić zdjęcia wchodu słońca, którego promienie wdzierają się przez szczeliny w deskach baraku. Siódma rano. Za oknem eksplozja dźwięku, na suficie wylegują się małe, niemal przezroczyste, jaszczurki. Przy śniadaniu towarzyszą nam psy, wychudzona, karmiąca suka nie odstępuje nas na krok. Jej partner, z przetrąconą łapą, ma mniej odwagi i trzyma się z boku. Są tak głodne, że połykają z apetytem wszystko, co im rzucamy, nawet kawałki tortilli z jalapenią. Rybak imieniem Jorge, nasz gospodarz, opowiada nam o okolicy, słuchamy historii opuszczonego ośrodka na klifie.
– Kiedyś to było piękne miejsce, pełne plażowiczów – mówi Jorge. – Nie ma jednak informacji, nie ma reklamy, nie ma dobrej drogi, nie ma turystów. A miejscowi wolą jechać opalać się na plażę nad laguną w Catemaco albo dalej – do Monte Pio czy na Playa Hermosa. Tu nie mamy nic poza piaskiem.
Mówi, że gdyby pójść dalej zarośniętą ścieżką, którą wczorajszego wieczoru porzuciliśmy, można dotrzeć do jeszcze piękniejszej plaży po drugiej stronie klifu. Tam nie ma zupełnie nikogo, czasem tylko wciągnie na brzeg swoją łódź jeden z rybaków, gdyż takich chatek, jak niewielkie gospodarstwo Jorgego, jest tu wokół wiele. Widoczne głównie od strony Zatoki, od lądu prowadzą do nich ukryte w zieleni drogi, znane niemal wyłącznie mieszkańcom.
Jeszcze kąpiel w morzu i trzeba ruszać dalej – tą samą drogą, przez żelazny mostek, pod górę, po kamieniach, wąską drogą przez selwę.

Na zdjęciu Disorder na Playa Escondido pisze swoją książkę o Meksyku. 

Komentarz dla “Meksyk: Rajska plaża

  1. ...

    No może genialnym pisarzem nie jesteś:) ale ten tekst przynajmiej nie jest tak pseudo szokujący pseudo punkowy i pseudo szczery jak inne fragmenty tutaj publikowane np. „Melanże z żyletką”. Jest ok., i zdecydowanie ciekawszy niż opisy grotesków aktów seksualnych… oj jej cipka i ten jęk:) brrrrr nuudaa:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

22 grudnia 2018 o godz. 14:55

Wódka z eliksirem

„Bez potrzeby, a co dzień, kto gorzałkę pije, / Błaźnieje i sam nie wie, co się w głowie wije, / Próżniak z niego ospały, jak wilk do roboty, / Mało co lub nic dobry, zapada w suchoty”. ~Serafin Gamalski „Wódka z eliksirem” (1729)

20 grudnia 2018 o godz. 13:52

Bądźcie szczęśliwi!

Man_dressed_as_Santa_Claus_smoking_a_cigarette

Dostojnego Mikołaja i lekkiego kaca życzę wszystkim moim drogim czytelnikom. Bądźcie szczęśliwi, jeśli potraficie. Jak nie potraficie, to nie bądźcie. Szczęście to towar deficytowy. Być umiarkowanie zadowolonym też można Mery, mery i koci, koci.

19 grudnia 2018 o godz. 20:52

Królestwo

692496-352x500

Czytelnicy „Króla” raczej nie oczekiwali kontynuacji i nowa powieść Szczepana Twardocha jest pewnym zaskoczeniem, choć jednocześnie trzeba autorowi przyznać, że uniknął wtórności, przynajmniej w wymiarze literackim, bo kwestia światopoglądowa czy polityczna, to osobny temat. W nowej powieści czytelnik poznaje wojenne losy Jakuba Szapiro i bliskich mu osób – żony, dwóch kochanek i dwóch synów. „Król” był książką łobuzerską o silnie socjalistycznym zabarwieniu, tu mamy natomiast wstrząsającą relację Żydów, którzy próbują przeżyć najgorszy koszmar – wywłaszczenie, getto, likwidację getta, powstanie Warszawskie. To wstrząsająca książka o zagładzie, w której Jakub Szapiro z charyzmatycznego herszta bandy przeistacza się w zaszczutą, bezwolną ofiarę. Jakże inna jest atmosfera obydwu powieści, jakże inna kondycja psychiczna tych samych przecież ludzi. Przed wojną i w czasie wojny, dwa całkowicie oddzielone od siebie światy, choć na scenie zdarzeń ci sami aktorzy. Niesamowicie Twardoch potrafi opowiadać o ludzkich losach, o przeznaczeniu, o winie i karze. Mamy tu plejadę postaci drugoplanowych, których dzieje nie są tylko uzupełnieniem głównego toku narracji, one tworzą historię.

19 grudnia 2018 o godz. 00:23

Belferska grypa

Nauczyciele na chorobowym. Świetny przykład dziatwie dają. Nie chcesz iść do roboty, to symuluj, że chorujesz. I skombinuj zwolnienie. Pięknie.

15 grudnia 2018 o godz. 22:38

Miasto, mafia & miłość

okladka_3m

Cztery lata pisałem, trzy razy zmieniałem tytuł, dwa razy koncepcję fabuły. Jest. Moja nowa powieść ma tytuł „3M” i ukaże się w pierwszym kwartale 2019 roku. Jest miasto, jest mafia, jest miłość, ale są tez trzy koty. Miasto Warszawa, mafia bułgarska, a miłość nieudana. Dużo trupów i optymistyczne zakończenie, żeby nie zostawiać czytelnika w złym humorze.

15 grudnia 2018 o godz. 22:35

3M: Miasto, mafia & miłość

Fragment nowej powieści.

10 grudnia 2018 o godz. 08:44

Wizyta w Palírna Samotišky

Samotisky (6)

Na obrzeżach Ołomuńca w 1996 roku została otwarta nowoczesna destylarnia przetwarzająca owoce – Palírna Samotišky. Lokalni sadownicy mogą tu przedestylować własne owoce, ale firma ma w ofercie także pięć własnych destylatów oraz prowadzi skład podatkowy.

9 grudnia 2018 o godz. 18:38

Wizyta w destylarni Palírna U Zeleného Stromu

U Zeleneho Stromu 2018-11-28 10-47-59

Uwieczniona na etykietach data założenia firmy, to 1518 rok. To by znaczyło, że Palírna U Zeleného Stromu (Gorzelnia Pod Zielonym Drzewem) jest najstarszą destylarnią nie tylko w Czechach, ale w ogóle na świecie. Na pewno są drugim pod względem wielkości producentem mocnych alkoholi w Czechach, po Stocku. Co do historii, to jak zwykle sporo tu marketingu, ale oficjalnie w 2018 roku świętowali pięćsetlecie, wypuszczając m.in. bardzo limitowaną edycję wódki Stará Myslivecká, która leżakowała przez osiem lat w beczkach z amerykańskiego dębu. Na rynek trafiło 299 numerowanych karafek.

9 grudnia 2018 o godz. 15:49

Porady markiza z Griñón

„Dobre wino jest sztuką, która rozkwita wraz z wolnością; dobre wino jest zatem radosną esencją wolności” (Carlos Falcó „Wino. Porady markiza z Griñón)

7 grudnia 2018 o godz. 16:38

Znów u Jana Kleinera

Jan Kleiner 2018-11-28 21-27-19

Wizyty u Jana Kleinera zawsze są dużym wydarzeniem. Jest to arcymistrz destylacji, z owocowej pulpy potrafi wyczarować cuda. Od mojej poprzedniej wizyty bardzo dużo się tutaj zmieniło. Przede wszystkim Jan nie jest już właścicielem destylarni, sprzedał ją w 2017 roku grupie Palírna U Zeleného Stromu. – Tak jest łatwiej, nie muszę martwić się o podatki, urzędników celnych, sprawy papierkowe. Skupiam się na tym, co lubię najbardziej, czyli na produkcji alkoholu – mówi Jan Kleiner. W destylarni w Žešov urządził elegancką przestrzeń degustacyjną w leżakowni. Sprzedał dwa aparaty destylacyjne i teraz ma jeden, ale nowe wkrótce zostaną uruchomione w pobliskim Prostějov, gdzie swój zakład produkcyjny ma Palírna U Zeleného Stromu. Tam też napełniane będą nowe beczki. W starej destylarni pozostaną beczki do eksperymentów, dodatkowego finiszowania – np. beczki po koniaku, porto czy sherry.