5 stycznia 2013 o godz. 11:40

Książka w dobie internetu

/wp-content/uploads/2013/01/47ementor

W piątym numerze czasopisma Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie "e-Mentor" ukazała się rozmowa z Łukaszem Gołębiewskim pt. "Książka w dobie internetu" poświęcona m.in. publikacji "Gdzie jest czytelnik?". Rozmawia Marcin Dąbrowski, redaktor naczelny dwumiesięcznika.
Całość dostępna też w formacie PDF.

– Internet nieodwracalnie zmienia naszą edukację i funkcjonowanie w życiu zawodowym. Czy w dobie społeczeństwa wiedzy, gdy dostęp do informacji jest bardzo prosty i powszechny, wiedza straciła na znaczeniu? Ponieważ informacja dostępna jest od ręki, proces zdobywania wiedzy w ramach edukacji szkolnej ulega – jak się wydaje – znacznej dewaluacji.

– Ulega dewaluacji tylko na tyle, na ile pozwalają na to sami pedagodzy, dopuszczając jako „samodzielne” prace teksty przejmowane z Wikipedii czy innych stron WWW. Szkoła dziś powinna uczyć także kreacji i samodzielnego myślenia, bo gdzie znaleźć wiedzę, a tym bardziej – jak korzystać z narzędzi cyfrowych, młodzież często wie lepiej niż pedagodzy. Absolutnie nie uważam, że wiedza traci na znaczeniu albo że Wikipedia może zastąpić podręczniki. Z niepokojem obserwuję odwrócenie kompetencji w korzystaniu ze źródeł – dorośli, wychowani w świecie analogowej kultury, najpierw korzystają z książek, potem dla wygody uzupełniają wiedzę informacjami z internetu. Młodzi ludzie odwrotnie – najpierw sięgają do internetu, a potem do książek, a często te ostatnie nawet całkowicie pomijają. Wydaje im się, że internet to Liber Mundi, tymczasem to Biblioteka Babel. Niby wszystko tu jest, ale nie wierzmy, że Google znajdzie za nas to, czego potrzebujemy. Jeśli nie chcemy stać się niewolnikami wiedzy z wyszukiwarek, musimy wciąż stawiać na wiedzę z książek. Nie jest istotne, czy będą to książki papierowe, czy cyfrowe, ważne, żeby były mądre.
– Jaka przyszłość czeka dostawców profesjonalnej wiedzy? Czy wiedzy fachowej poszukuje coraz mniej odbiorców?

– Rynek publikacji fachowych wciąż ma się dobrze. Nie tylko dlatego, że po 1990 roku wzrosła liczba wyższych uczelni, ale przede wszystkim dlatego, że wzrastają kwalifikacje osób na stanowiskach kierowniczych: ekonomistów, prawników, finansistów, księgowych, informatyków, także pedagogów i innych specjalistów. Jest duże zapotrzebowanie na literaturę profesjonalną. Ale prawdą jest, że dotyczy to tylko pewnych grup zawodowych. Z badań Biblioteki Narodowej wynika, że z żadnych książek nie korzysta aż 36 proc. ludzi zajmujących stanowiska kierownicze, 50 proc. pracowników administracji i sektora usług! To są dane porażające. Jak z taką sytuacją walczyć? Tylko poprzez lepszą edukację. Wrócę tu do poprzedniego pytania – szkoła przez cały okres edukacji uczniów powinna zachęcać ich do czytania ze zrozumieniem, korzystania z literatury, co w przyszłości będzie ważnym elementem przewagi na rynku pracy. Ci, którzy nie czytają – mam taką nadzieję – będą otrzymywali gorsze posady, ich droga kariery zawodowej będzie trudniejsza. Nie wierzę, że elita – jakakolwiek: polityczna, ekonomiczna, artystyczna – będzie mogła się obyć bez czytania.
Zauważmy, że młode pokolenie ma ogromną zdolność wyszukiwania treści w internecie – nie tylko za pomocą Google, także na rozmaitych forach, w sieciach wymiany plików, na portalach społecznościowych – ale okazuje się, że te umiejętności z punktu widzenia pracodawcy mają wartość znikomą. W cenie są coraz bardziej specjalistyczne kwalifikacje, a umiejętność obsługi komputera znika z CV, bo to podstawa – niemal jak liczenie, pisanie i czytanie. Tam, gdzie technologia może łatwo zastąpić fachową wiedzę i umiejętności, tam automatycznie zmniejsza się wartość kwalifikacji. Stąd tendencja do chronienia wiedzy, stojąca niejako w sprzeczności z wolnościową architekturą internetu. Stąd coraz więcej obwarowań patentowych, wydłużenie okresu ochrony praw autorskich do 70 lat czy wysokie kary za działalność hakerską. W świecie cyfrowym własność intelektualna nabrała zupełnie nowej wartości.
– Prawo autorskie nie nadąża za technologią?

– Po części nie nadąża, po części jest to mit kreowany przez niektóre media i zwolenników „wolnej kultury”. Na pewno prawo autorskie chroni stary porządek rzeczy, w którym kultura miała wymiar fizyczny. Na pewno nie nadąża za oczekiwaniami tej części publiczności, która chce mieć natychmiastowy i darmowy dostęp do kultury. Ścierają się dwie potrzeby – szerokiego dostępu i ograniczenia, copyrightu, który ma zapewniać twórcom wynagrodzenie. Jestem przekonany, że dawnego porządku nie da się utrzymać. Nie można występować wbrew potrzebom odbiorców – zwyczajnie pójdą gdzie indziej, np. do popularnych serwisów umożliwiających nielegalne pozyskiwanie treści. Ale po pierwsze nie należy niczego wprowadzać nagle – zmiany wymagają czasu, tak by w działalności biznesowej związanej z kulturą (wydawnictwa, producenci muzyki, filmów itp.) można było wypracować nowe sposoby zarabiania na treściach (trudno na razie dokładnie powiedzieć, jakie). Po drugie, trzeba słuchać potrzeb obu stron, tymczasem od lat panuje pomiędzy nimi wrogość. Wydawcy i producenci, nazywając młodych ludzi „piratami”, budują niepotrzebnie atmosferę konfliktu. Zaoferujmy coś atrakcyjnego dzisiejszym „piratom”. Na przykład tani abonament na kulturę – jak w telewizji kablowej czy w telefonii komórkowej albo mobilnym internecie.
– W książce „Gdzie jest czytelnik?” opisuje Pan proces zmiany roli i charakteru informacji, jakimi na co dzień się otaczamy. Stawia Pan poważny zarzut, iż czytanie zostało zredukowane do bezmyślnej czynności. Podkreśla Pan również, iż coraz częściej zaciera się granica pomiędzy informacją a rozrywką.

– Pewne sprawy stawiam ostro, bo taka jest poetyka eseju. Ma poruszać, skłaniać do refleksji, do zmian. Bo zmiany są pilnie potrzebne – choćby te, o których mówiliśmy wcześniej. Nie ma wątpliwości, że czytanie na ekranie nie jest tym samym, czym jest czytanie książki. Tradycyjna lektura wymaga skupienia, pewnego wysiłku. Czytanie na ekranie ma charakter użytkowy lub rozrywkowy, lektura takiego przekazu trwa na ogół krótko i nie wymaga wysiłku. Młody człowiek, należący do pokolenia zwanego Digital natives, niemal dorasta przed ekranem monitora, gdzie treści są najczęściej poszatkowane na wiele krótkich, połączonych hiperlinkami, fragmentów. Treść pozbawiona obrazu często go nudzi, długa fabuła bywa męcząca. Co do granicy pomiędzy informacją a rozrywką – ona niestety już niemal się zatarła. Otwórzmy zakładkę „kultura” w jakimkolwiek internetowym serwisie informacyjnym. Jakiego typu informacje zostaną nam zaprezentowane? Ploteczki o życiu gwiazd, o tajemnicach kolejnego odcinka serialu telewizyjnego, ewentualnie informacje o nowej płycie czy zbliżającym się koncercie. Jako wiadomości „kulturalne” podaje się informacje o tym, że aktor zdradza żonę, a aktorka kupiła sobie nowego pieska. To właściwie kpina z pojęcia „kultura” – rozrywka w kiepskim guście, powszechnie lansowana przez masowe media. A internet jest medium najbardziej masowym ze wszystkich. Oczywiście istnieją też bardzo wartościowe treści, również w internecie. Ale to nie one pojawiają się na pierwszych pozycjach w Google (wyjątkiem jest Wikipedia) i to nie one pozwalają osiągać zyski dzięki rozmaitym systemom reklamowych, np. AdWords.
– Nie tak dawno miałem okazję uczestniczyć w realizacji badania dotyczącego dojrzałości technologicznej uczniów szkół podstawowych. Wyniki wskazują, że poziom umiejętności oceny przez młodzież wiarygodności informacji zamieszczonych w internecie, a także konsekwencji różnorodnych zachowań w wirtualnej rzeczywistości, jest niski. Podkreśla Pan w książce, iż dzieci pod wpływem wirtualnych gier mają problem z akceptacją mniej atrakcyjnej rzeczywistości. Do czego to prowadzi?

– Do rozczarowań, także do pewnego rodzaju alienacji. Rzeczywistość zwykle jest mniej atrakcyjna niż fantastyczne projekcje. Nasza psychika skonstruowana jest tak, że mamy skłonność do unikania rozczarowań, które należą do najsilniejszych negatywnych uczuć. Jednak człowiek dojrzały musi być na nie przygotowany. Nie jestem pewien, czy uciekając od rzeczywistości w świat wirtualny, młody człowiek zdobędzie potrzebne mu w dorosłym życiu kompetencje. Jeśli chodzi o starszą młodzież, w grę wchodzą tu także serwisy społecznościowe. Czy posiadanie 500 znajomych na Facebooku zwiększa kompetencje interpersonalne? 
Jednym ze skutków ubocznych mogą być częstsze depresje, zachowania neurotyczne, lęki, ale też poczucie pustki i osamotnienia. Samotność w sieci to nie tylko literacka metafora.
– W coraz powszechniejsze oczekiwania internautów, aby wszystko, co cyfrowe, było zarazem darmowe, wpisuje się rządowy program „Cyfrowa szkoła”, zakładający nieodpłatne udostępnienie e-podręczników. Czy projekt ten przyniesie więcej korzyści, czy też szkód?

– Wyrządzi same szkody – to zmarnowane pieniądze podatnika. Po pierwsze, nie ma żadnej gwarancji, że bezpłatne książki będą lepsze merytorycznie od płatnych – jednak to one wygrają walkę konkurencyjną, czyli prawdopodobnie wyprą z rynku wszystkie pozostałe, tylko dlatego, że będą za darmo. W przypadku edukacji to niedopuszczalne. Edukacja powinna być na najwyższym poziomie, a nie darmowa. Po drugie, w niektórych naukach zmiany następują tak szybko, że podręczniki wymagają częstej aktualizacji. Czy system przetargowy jest w stanie to zapewnić? Wiadomo, że biurokracja nie sprzyja innowacjom. Po trzecie, bogactwem dotychczasowych reform oświaty było zróżnicowanie programów nauczania, pomocy dydaktycznych, a także zróżnicowanie podręczników. Uważam, że konkurencja na rynku edukacyjnym jest niezbędna. Jeden, jedynie słuszny, bo przecież bezpłatny, podręcznik, to wizja rodem z XIX wieku. Świat był wtedy uboższy, przed ludźmi stawały inne wyzwania, mieli oni inne potrzeby. Nowoczesny, zmieniający się rynek pracy, sprawia, że konieczne jest znaczne zindywidualizowanie form nauczania, nie potrzeba bezpłatnej szablonowej treści. Proponowane rozwiązanie oznacza też brak szacunku dla kompetencji nauczyciela, który chce mieć realny wybór, bo to przecież on najlepiej wie, jakie są kompetencje jego klasy, a zatem jaki wybrać podręcznik. Mam nadzieję, że rząd w porę wycofa się ze swojego pomysłu.
Poza tym uważam, że książka – w jej tradycyjnej formie – powinna być jak najdłużej elementem edukacji. Multimedialny „pakiet edukacyjny” to bardzo atrakcyjne narzędzie w nowoczesnym szkolnictwie. Nie powinno to jednak być narzędzie jedyne.
– A czym jest dzisiaj książka?

– Bez wątpienia konieczne jest pilne ustalenie nowej definicji książki. Nie tylko dla potrzeb bibliotekarskiej statystyki, przede wszystkim ze względów podatkowych i biznesowych. Harry Potter sprzedawany w pliku online obłożony jest 23-procentowym podatkiem VAT, a na tę samą książkę sprzedawaną w formie pliku na płycie CD obowiązuje 5-procentowa stawka. Jaka w tym logika? W pierwszym przypadku mamy do czynienia z „usługą świadczoną drogą internetową”, a nie ze sprzedażą książki, choć treść jest ta sama. To jeden z przykładów całkowitego pomieszania pojęć, które jest skutkiem zmian technologicznych. Już teraz w książkach pojawiają się treści muzyczne i multimedialne. Moim zdaniem współczesny podział wydawnictw ze wzglądu na charakter publikacji powinien obejmować: 1. wydawnictwa zwarte, 2. wydawnictwa ciągłe, 3. wydawnictwa hipertekstowe, 4. aplikacje. W tej pierwszej kategorii w dalszym ciągu mieszczą się książki. Natomiast moja propozycja nowej definicji książki jest następująca: „książka to dokument twórczej myśli ludzkiej utrwalony w formie wydawnictwa zwartego, będący zamkniętym dziełem autora lub wielu autorów, przedstawionym w postaci wielostronicowej”. Definicja ta nie określa formy wydania, a tym bardziej formy dystrybucji (transmisji). Oczywiście tradycyjne kryteria definicyjne będą się coraz bardziej zacierały wraz z postępem cyfryzacji.
– Digitalizacja wszystkich treści niesie ze sobą nowe zagrożenia…

– Ale i spore szanse. Wierzę, że rynek upora się dość szybko z zagrożeniami, np. poprzez wspomniane systemy abonamentowe dające szeroki dostęp do treści (książek, gazet, filmów, muzyki) w ramach jednej miesięcznej opłaty, tak jak rozwiązano to obecnie np. w przypadku telewizji kablowej. Digitalizacja daje szeroki dostęp do treści i to jest jej wielka zaleta. Pozwala obniżyć koszt dotarcia do odbiorcy. Zagrożeniem pozostaną globalne korporacje, jak Google, Amazon, Microsoft czy Apple, które chcą zawładnąć rynkiem treści. Inne ryzyko ma szerszy aspekt – cywilizacyjny, związane jest ze zmieniającymi się potrzebami i kompetencjami odbiorcy. W tej kwestii trudno o konkretne przewidywania. Nie wiemy, co stanie się z ludzkim mózgiem, gdy zamiast uczyć się języków obcych zaczniemy masowo korzystać z cyfrowych urządzeń translacyjnych (także fonicznych), a to tylko jeden z przykładów. Niepewność ta może budzić niepokój, ale gatunek ludzki przystosowuje się do zmian. Wynalezienie alfabetu było w pewnym sensie bardziej rewolucyjne niż digitalizacja. Ludzie przestali zapamiętywać wielopokoleniowe epopeje, przekazywane z ust do ust historie rodowe, i nie przyniosło to wielkich szkód. Rozwinęły się inne obszary mózgu. Może tym razem też tak będzie, naukowcy nie są w stanie tego przewidzieć, ponieważ nasza wiedza na temat pracy mózgu wciąż jest zbyt skąpa.
– W książce przypomina Pan słowa Kevina Kelly’ego o nowej erze dla czytelników, księgarzy i bibliotekarzy – gigantycznej cyfrowej bibliotece, bibliotece wszystkich bibliotek, która dzięki nowoczesnym technologiom zmieści się w kieszeni. Jaka przyszłość czeka biblioteki, które już przekształcają się w centra usług – w Polsce m.in. dzięki Programowi Rozwoju Bibliotek?

– Rola bibliotek się zmienia, ale bibliotekarze to jedna z najlepiej wykształconych grup zawodowych w Polsce, więc wierzę, że sobie poradzą. Może gorzej będzie z małymi bibliotekami i filiami. Ale przywołam wyniki raportu Po co Polakom biblioteki?, przygotowanego po trzech latach realizacji wspomnianego Programu Rozwoju Bibliotek. Z bibliotek publicznych korzysta jedna trzecia mieszkańców małych miejscowości. Ludzie przychodzą do nich nie tylko po książki – w bibliotekach spędzają też wolny czas, szukają potrzebnych informacji. Dla niemal 200 tys. osób biblioteka to jedyne miejsce, w którym mogą skorzystać z internetu. Blisko 700 tys. dorosłych osób załatwia w bibliotekach codzienne sprawy. Przychodzą, żeby zapłacić przez internet rachunki, sprawdzić rozkład jazdy autobusów, dowiedzieć się, w jakich godzinach przyjmuje lekarz. Biblioteka pomaga im także w poszukiwaniu pracy. 100 tys. mieszkańców małych miejscowości wykorzystuje komputery w bibliotekach do pisania życiorysów, listów motywacyjnych lub do kontaktowania się z pracodawcami. Internet ułatwia im również kontakt z rodziną i znajomymi. A dla młodych ludzi biblioteka to przede wszystkim miejsce spotkań i spędzania wolnego czasu. Oglądają filmy, dyskutują o książkach, grają na komputerze, mogą wziąć udział w warsztacie fotograficznym czy kółku teatralnym. Książki i internet ułatwiają im też naukę. Badanie zostało przeprowadzone w 3327 placówkach bibliotecznych objętych Programem Rozwoju Bibliotek. Co z niego wynika? Że biblioteka to już absolutnie nie tylko repozytorium wiedzy. Pełni inne ważne społecznie funkcje, często w ogóle niezwiązane z procesem czytania.
– Jak wyglądać będzie rynek wydawniczy w przyszłości? Czy zmiany na tym rynku są istotne dla społeczeństwa, skoro wartość rynku książki w Polsce jest marginalna w skali całej gospodarki?

– Aby wyobrazić sobie, jak nieznaczącym rynkiem w skali polskiej gospodarki jest rynek książki, dokonajmy kilku porównań: jego całkowita wartość to zaledwie tyle, ile wyniosła cena sprzedaży w 2011 roku huty „Celsa” z Ostrowca Świętokrzyskiego albo mniej niż wynoszą przychody Spółdzielni Mleczarskiej „Mlekpol” z Grajewa. Wartość wszystkich sprzedanych w 2011 roku książek w Polsce to niespełna 3 proc. (!) przychodu spółki PKN Orlen. Ani jedna firma z rynku księgarskiego nie znajduje się wśród największych polskich przedsiębiorstw. Książka ma ogromne znaczenie dla edukacji i kultury, ale jej rola gospodarcza jest niezauważalna – warto o tym pamiętać, gdy oburzamy się na znikome zainteresowanie książką polskich polityków. Przyszłość rynku jest bardzo niepewna, wydawcy wciąż nie znaleźli właściwych pomysłów na to, jak zarabiać w cyfrowych czasach, brakuje skutecznej ochrony praw autorskich, budżety reklamowe odpływają z prasy do internetu, czytelnicy również przenoszą się do sieci. Rynek książki będzie w przyszłości zapewne jeszcze „biedniejszy” niż obecnie, co – obawiam się tego najbardziej – negatywnie wpłynie na jakość zarówno wiedzy, jak i edukacji. Już teraz w książkach renomowanych wydawnictw pojawia się bardzo wiele błędów, bo zwalnia się redaktorów, korektę zleca się studentom, tłumaczenia – amatorom. Niestety – rynku, którego siłą przez lata byli wysokiej klasy specjaliści, dziś nie stać na to, żeby utrzymać najwyższą jakość. A od tego już tylko krok do „bylejakości”.
– Prognoza pesymistyczna, wiele wysiłku będzie kosztowało przeciwdziałanie negatywnym tendencjom na rynku wydawniczym. Niezaprzeczalnie jednak trzeba go podjąć. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

18 maja 2018 o godz. 21:29

Kolejny odcinek w Koktajle.tv

Zapraszamy na drugi odcinek z serii Akademia Brandy Pliska z Koktajl.TV. Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu o alkoholach „Aqua Vitae” opowie jak powinno się pić i podawać koniak, dlaczego w takim kieliszku oraz czy powinno się go podgrzewać. Zapraszamy!

18 maja 2018 o godz. 13:04

Przyjaciel książki

frend2-001

Jak ktoś w dzieciństwie zaprzyjaźni się z książką, to mu tak na resztę życia zostaje.

15 maja 2018 o godz. 12:46

Mocne alkohole w Polsce 2018

OkladkaRMA

Książka „Mocne alkohole w Polsce 2018” to pozycja pionierska, bo choć mieliśmy na rynku różne publikacje w podobnym tonie, czy to własne wydawnictwa ówczesnych Polmosów czy „Almanach wódek polskich”, wszystkie one były kroplą w morzu potrzeb. Co więcej, ograniczały się do swojego „poletka”.

15 maja 2018 o godz. 08:15

Kartka z podróży – Spacerem po Treviso

_DSC6498

Z Włoch wracałem z lotniska Treviso, a że miałem jeszcze kilka godzin do odlotu, więc postanowiłem zrobić spacer po mieście. Przecina je rzeka Sile, wzdłuż jej lewego brzegu ciągną się fragmenty murów starego miasta, w które wbija się systemem fos i kanałów. Tu gdzieś zostawiłem samochód (znalezienie wolnego miejsca do parkowania zajmuje sporo czasu) i ruszyłem w labirynt uliczek.

14 maja 2018 o godz. 08:43

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Castagner

Castagner-010

W małej wiosce Vazzola, u podnóża gór Conegliano, w samym sercu win prosecco, kilkanaście kilometrów od Treviso, swoją ogromną, nowoczesną destylarnię ma rodzina Castagner. Roberto Castagner założył firmę w 1996 roku i bardzo szybko stał się jednym z największych producentów (6 mln l rocznie, ok. 12% udziału w rynku grappy). – Być może dlatego, że nie miałem w rodzinie poprzedników związanych z wytwarzaniem grappy, podszedłem do jej produkcji w sposób innowacyjny. Nie wstydzę się tego, że produkujemy grappę na skalę przemysłową, że nie jesteśmy firmą rzemieślniczą, bo wiem, że nie mielibyśmy tak mocnej pozycji na rynku, gdyby nie przemawiała za nami jakość produktów – mówi Roberto Castagner.

13 maja 2018 o godz. 08:03

Kartka z podróży – Valdobiaddene

_DSC6441

Valdobiaddene, stolica prosecco, miasteczko otoczone wzgórzami i winnicami (ponad 6500 ha upraw w regionie), na każdym wzgórzu kościół, w dole winiarnie, wśród nich m.in. Mionetto, producent najbardziej popularnego w Polsce wina musującego, ale też Altaneve, Masottina i innych – jest tu ponad 3000 winiarzy, którzy rocznie dostarczają na światowe rynki ok. 600 tys. hektolitrów wina. Szlak prosecco ciągnie się przez miasteczko, przez wzgórza, przez winnice. Jak na stolicę wina z bąbelkami miasteczko jest zaskakująco senne, przy rynku jest dobrze zaopatrzony sklep z winem, jest kilka restauracji, wine-bar, ale życie towarzyskie nie koncentruje się w mieście, lecz na otaczających je pagórkach, na winnicach, do których autokary każdego dnia przywożą setki turystów z całego świata. Większość winnic ma parcele, które pozwalają na posługiwanie się oznaczeniem DOCG Prosecco di Conegliano Valdobbiadene lub po prostu DOCG Valdobbiadene Prosecco. Nie wszystkie są winami musującymi, bo w Valdobbiadene z tych samych winogron glera robi się też wina spokojne, w dodatku także z nazwą Prosecco na butelce (z dopiskiem tranquillo). Tańsze butelki robione są w zbiornikach ciśnieniowych, czyli metodą Charmata, droższe metoda tradycyjną, z fermentacją w butelkach. Właściwie każdy liczący się producent stosuje tu obydwie metody. Ze względu na ciśnienie w butelce wina dzielone są na spumante (minimum 3 bary) i frizzante (1-2,5 bara i to jest zdecydowana większość produkcji), a także wspomniane spokojne wina tranquillo. Drugi podział charakteryzuje poziom cukru, od najbardziej wytrawnych brut, przez extra dry, dry i demi sec. Robione zawsze z białych winogron (lub prawie wyłącznie, bo apelacja dopuszcza niewielki udział winogron pinot noir), ale coraz częściej spotykamy różowe prosecco, które nie jest czystym winem, lecz zawiera dodatek soków owocowych.

12 maja 2018 o godz. 08:17

Kartka z podróży – Bassano del Grappa

_DSC6217

Otoczone górami Grappa miasto Bassano jest kolebką włoskiej grappy, tu działa m.in. najstarsza wciąż czynna destylarnia – Blo. Nardini z 1779 roku, jest tu piękne muzeum grappy zorganizowane przez Jacopo Poli, w promieniu kilku kilometrów są jeszcze dwie destylarnie – Poli i Capovilla. Nie od regionalnego trunku, lecz od gór pochodzi drugi człon nazwy miasta, dodany zresztą dopiero w 1928 roku. Krystalicznie czyste źródła spływające ze wzgórz, a także porastające je winnice, niewątpliwie przyczyniły się do tego, że to tu właśnie grappa jest alkoholem absolutnie wyjątkowym.

11 maja 2018 o godz. 08:21

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Poli

Poli-098

Firmę założył w 1898 roku Giobatta Poli, wciąż jest ona w rodzinnych rękach, zarządzana już przez czwarte pokolenie. Firma mieści się w wiosce Schiavon, tuż obok kolebki grappy – miasteczka Bassano del Grappa. Rodzina Poli żyje w tym regoionie od XIV wieku, kiedyś prowadzili tawernę w wiosce Gomarolo, potem przenieśli się do Schiavon, zajmowali się handlem winem i otworzyli mała destylarnię. Na początku XX wieku Giovanni Poli był pierwszym w okolicy właścicielem samochodu i telefonu. Obecnie destylarnia mieści się w tym samym miejscu, w którym powstała, z charakterystycznym kominem z czasów, kiedy alembiki były ogrzewane węglem. Firmą zarządzają Jacopo, Andrea i Barbara Poli. Destylarnia jest otwarta dla zwiedzających, działa też przy niej wspaniale urządzone muzeum grappy. Drugie muzeum grappy rodzina Poli ma w Bassano del Grappa – w XV-wiecznym pałacu (Poli Museo Della Grappa). W obu prezentowane są stare maszyny, książki, butelki, jest to część wielkiej kolekcji Jacopo Poli, który ma także wielką bibliotekę książek o alkoholach, a i sam jest autorem książki o grappie. Wizyty są bezpłatne, a Jacopo Poli często sam oprowadza swoich gości po zakładzie w Schiavon.

10 maja 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Capovilla

Capovilla-013

Vittorio Capovilla założył destylarnię w 1986 roku, na przedmieściach Bassano del Grappa. Wcześniej pracował w branży winiarskiej. Swój pierwszy alembik samodzielnie skonstruował w 1975 roku z części, które przewoził z Austrii. Pozwalał na destylację 300 l. Obecnie Capovilla robi 40-50 tys. butelek rocznie, mają też małą destylarnię Marie-Galante na Gwadelupie, gdzie robią rum typu agricole (m.in. marka Rhum Rhum). Mają też 4 ha własnych sadów, poza grappą i brandy w ofercie jest szeroki wybór wysokiej jakości destylatów owocowych, a nawet destylaty z piwa.

9 maja 2018 o godz. 17:03

Koktajle TV o koniaku