5 stycznia 2013 o godz. 11:40

Książka w dobie internetu

/wp-content/uploads/2013/01/47ementor

W piątym numerze czasopisma Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie "e-Mentor" ukazała się rozmowa z Łukaszem Gołębiewskim pt. "Książka w dobie internetu" poświęcona m.in. publikacji "Gdzie jest czytelnik?". Rozmawia Marcin Dąbrowski, redaktor naczelny dwumiesięcznika.
Całość dostępna też w formacie PDF.

– Internet nieodwracalnie zmienia naszą edukację i funkcjonowanie w życiu zawodowym. Czy w dobie społeczeństwa wiedzy, gdy dostęp do informacji jest bardzo prosty i powszechny, wiedza straciła na znaczeniu? Ponieważ informacja dostępna jest od ręki, proces zdobywania wiedzy w ramach edukacji szkolnej ulega – jak się wydaje – znacznej dewaluacji.

– Ulega dewaluacji tylko na tyle, na ile pozwalają na to sami pedagodzy, dopuszczając jako „samodzielne” prace teksty przejmowane z Wikipedii czy innych stron WWW. Szkoła dziś powinna uczyć także kreacji i samodzielnego myślenia, bo gdzie znaleźć wiedzę, a tym bardziej – jak korzystać z narzędzi cyfrowych, młodzież często wie lepiej niż pedagodzy. Absolutnie nie uważam, że wiedza traci na znaczeniu albo że Wikipedia może zastąpić podręczniki. Z niepokojem obserwuję odwrócenie kompetencji w korzystaniu ze źródeł – dorośli, wychowani w świecie analogowej kultury, najpierw korzystają z książek, potem dla wygody uzupełniają wiedzę informacjami z internetu. Młodzi ludzie odwrotnie – najpierw sięgają do internetu, a potem do książek, a często te ostatnie nawet całkowicie pomijają. Wydaje im się, że internet to Liber Mundi, tymczasem to Biblioteka Babel. Niby wszystko tu jest, ale nie wierzmy, że Google znajdzie za nas to, czego potrzebujemy. Jeśli nie chcemy stać się niewolnikami wiedzy z wyszukiwarek, musimy wciąż stawiać na wiedzę z książek. Nie jest istotne, czy będą to książki papierowe, czy cyfrowe, ważne, żeby były mądre.
– Jaka przyszłość czeka dostawców profesjonalnej wiedzy? Czy wiedzy fachowej poszukuje coraz mniej odbiorców?

– Rynek publikacji fachowych wciąż ma się dobrze. Nie tylko dlatego, że po 1990 roku wzrosła liczba wyższych uczelni, ale przede wszystkim dlatego, że wzrastają kwalifikacje osób na stanowiskach kierowniczych: ekonomistów, prawników, finansistów, księgowych, informatyków, także pedagogów i innych specjalistów. Jest duże zapotrzebowanie na literaturę profesjonalną. Ale prawdą jest, że dotyczy to tylko pewnych grup zawodowych. Z badań Biblioteki Narodowej wynika, że z żadnych książek nie korzysta aż 36 proc. ludzi zajmujących stanowiska kierownicze, 50 proc. pracowników administracji i sektora usług! To są dane porażające. Jak z taką sytuacją walczyć? Tylko poprzez lepszą edukację. Wrócę tu do poprzedniego pytania – szkoła przez cały okres edukacji uczniów powinna zachęcać ich do czytania ze zrozumieniem, korzystania z literatury, co w przyszłości będzie ważnym elementem przewagi na rynku pracy. Ci, którzy nie czytają – mam taką nadzieję – będą otrzymywali gorsze posady, ich droga kariery zawodowej będzie trudniejsza. Nie wierzę, że elita – jakakolwiek: polityczna, ekonomiczna, artystyczna – będzie mogła się obyć bez czytania.
Zauważmy, że młode pokolenie ma ogromną zdolność wyszukiwania treści w internecie – nie tylko za pomocą Google, także na rozmaitych forach, w sieciach wymiany plików, na portalach społecznościowych – ale okazuje się, że te umiejętności z punktu widzenia pracodawcy mają wartość znikomą. W cenie są coraz bardziej specjalistyczne kwalifikacje, a umiejętność obsługi komputera znika z CV, bo to podstawa – niemal jak liczenie, pisanie i czytanie. Tam, gdzie technologia może łatwo zastąpić fachową wiedzę i umiejętności, tam automatycznie zmniejsza się wartość kwalifikacji. Stąd tendencja do chronienia wiedzy, stojąca niejako w sprzeczności z wolnościową architekturą internetu. Stąd coraz więcej obwarowań patentowych, wydłużenie okresu ochrony praw autorskich do 70 lat czy wysokie kary za działalność hakerską. W świecie cyfrowym własność intelektualna nabrała zupełnie nowej wartości.
– Prawo autorskie nie nadąża za technologią?

– Po części nie nadąża, po części jest to mit kreowany przez niektóre media i zwolenników „wolnej kultury”. Na pewno prawo autorskie chroni stary porządek rzeczy, w którym kultura miała wymiar fizyczny. Na pewno nie nadąża za oczekiwaniami tej części publiczności, która chce mieć natychmiastowy i darmowy dostęp do kultury. Ścierają się dwie potrzeby – szerokiego dostępu i ograniczenia, copyrightu, który ma zapewniać twórcom wynagrodzenie. Jestem przekonany, że dawnego porządku nie da się utrzymać. Nie można występować wbrew potrzebom odbiorców – zwyczajnie pójdą gdzie indziej, np. do popularnych serwisów umożliwiających nielegalne pozyskiwanie treści. Ale po pierwsze nie należy niczego wprowadzać nagle – zmiany wymagają czasu, tak by w działalności biznesowej związanej z kulturą (wydawnictwa, producenci muzyki, filmów itp.) można było wypracować nowe sposoby zarabiania na treściach (trudno na razie dokładnie powiedzieć, jakie). Po drugie, trzeba słuchać potrzeb obu stron, tymczasem od lat panuje pomiędzy nimi wrogość. Wydawcy i producenci, nazywając młodych ludzi „piratami”, budują niepotrzebnie atmosferę konfliktu. Zaoferujmy coś atrakcyjnego dzisiejszym „piratom”. Na przykład tani abonament na kulturę – jak w telewizji kablowej czy w telefonii komórkowej albo mobilnym internecie.
– W książce „Gdzie jest czytelnik?” opisuje Pan proces zmiany roli i charakteru informacji, jakimi na co dzień się otaczamy. Stawia Pan poważny zarzut, iż czytanie zostało zredukowane do bezmyślnej czynności. Podkreśla Pan również, iż coraz częściej zaciera się granica pomiędzy informacją a rozrywką.

– Pewne sprawy stawiam ostro, bo taka jest poetyka eseju. Ma poruszać, skłaniać do refleksji, do zmian. Bo zmiany są pilnie potrzebne – choćby te, o których mówiliśmy wcześniej. Nie ma wątpliwości, że czytanie na ekranie nie jest tym samym, czym jest czytanie książki. Tradycyjna lektura wymaga skupienia, pewnego wysiłku. Czytanie na ekranie ma charakter użytkowy lub rozrywkowy, lektura takiego przekazu trwa na ogół krótko i nie wymaga wysiłku. Młody człowiek, należący do pokolenia zwanego Digital natives, niemal dorasta przed ekranem monitora, gdzie treści są najczęściej poszatkowane na wiele krótkich, połączonych hiperlinkami, fragmentów. Treść pozbawiona obrazu często go nudzi, długa fabuła bywa męcząca. Co do granicy pomiędzy informacją a rozrywką – ona niestety już niemal się zatarła. Otwórzmy zakładkę „kultura” w jakimkolwiek internetowym serwisie informacyjnym. Jakiego typu informacje zostaną nam zaprezentowane? Ploteczki o życiu gwiazd, o tajemnicach kolejnego odcinka serialu telewizyjnego, ewentualnie informacje o nowej płycie czy zbliżającym się koncercie. Jako wiadomości „kulturalne” podaje się informacje o tym, że aktor zdradza żonę, a aktorka kupiła sobie nowego pieska. To właściwie kpina z pojęcia „kultura” – rozrywka w kiepskim guście, powszechnie lansowana przez masowe media. A internet jest medium najbardziej masowym ze wszystkich. Oczywiście istnieją też bardzo wartościowe treści, również w internecie. Ale to nie one pojawiają się na pierwszych pozycjach w Google (wyjątkiem jest Wikipedia) i to nie one pozwalają osiągać zyski dzięki rozmaitym systemom reklamowych, np. AdWords.
– Nie tak dawno miałem okazję uczestniczyć w realizacji badania dotyczącego dojrzałości technologicznej uczniów szkół podstawowych. Wyniki wskazują, że poziom umiejętności oceny przez młodzież wiarygodności informacji zamieszczonych w internecie, a także konsekwencji różnorodnych zachowań w wirtualnej rzeczywistości, jest niski. Podkreśla Pan w książce, iż dzieci pod wpływem wirtualnych gier mają problem z akceptacją mniej atrakcyjnej rzeczywistości. Do czego to prowadzi?

– Do rozczarowań, także do pewnego rodzaju alienacji. Rzeczywistość zwykle jest mniej atrakcyjna niż fantastyczne projekcje. Nasza psychika skonstruowana jest tak, że mamy skłonność do unikania rozczarowań, które należą do najsilniejszych negatywnych uczuć. Jednak człowiek dojrzały musi być na nie przygotowany. Nie jestem pewien, czy uciekając od rzeczywistości w świat wirtualny, młody człowiek zdobędzie potrzebne mu w dorosłym życiu kompetencje. Jeśli chodzi o starszą młodzież, w grę wchodzą tu także serwisy społecznościowe. Czy posiadanie 500 znajomych na Facebooku zwiększa kompetencje interpersonalne? 
Jednym ze skutków ubocznych mogą być częstsze depresje, zachowania neurotyczne, lęki, ale też poczucie pustki i osamotnienia. Samotność w sieci to nie tylko literacka metafora.
– W coraz powszechniejsze oczekiwania internautów, aby wszystko, co cyfrowe, było zarazem darmowe, wpisuje się rządowy program „Cyfrowa szkoła”, zakładający nieodpłatne udostępnienie e-podręczników. Czy projekt ten przyniesie więcej korzyści, czy też szkód?

– Wyrządzi same szkody – to zmarnowane pieniądze podatnika. Po pierwsze, nie ma żadnej gwarancji, że bezpłatne książki będą lepsze merytorycznie od płatnych – jednak to one wygrają walkę konkurencyjną, czyli prawdopodobnie wyprą z rynku wszystkie pozostałe, tylko dlatego, że będą za darmo. W przypadku edukacji to niedopuszczalne. Edukacja powinna być na najwyższym poziomie, a nie darmowa. Po drugie, w niektórych naukach zmiany następują tak szybko, że podręczniki wymagają częstej aktualizacji. Czy system przetargowy jest w stanie to zapewnić? Wiadomo, że biurokracja nie sprzyja innowacjom. Po trzecie, bogactwem dotychczasowych reform oświaty było zróżnicowanie programów nauczania, pomocy dydaktycznych, a także zróżnicowanie podręczników. Uważam, że konkurencja na rynku edukacyjnym jest niezbędna. Jeden, jedynie słuszny, bo przecież bezpłatny, podręcznik, to wizja rodem z XIX wieku. Świat był wtedy uboższy, przed ludźmi stawały inne wyzwania, mieli oni inne potrzeby. Nowoczesny, zmieniający się rynek pracy, sprawia, że konieczne jest znaczne zindywidualizowanie form nauczania, nie potrzeba bezpłatnej szablonowej treści. Proponowane rozwiązanie oznacza też brak szacunku dla kompetencji nauczyciela, który chce mieć realny wybór, bo to przecież on najlepiej wie, jakie są kompetencje jego klasy, a zatem jaki wybrać podręcznik. Mam nadzieję, że rząd w porę wycofa się ze swojego pomysłu.
Poza tym uważam, że książka – w jej tradycyjnej formie – powinna być jak najdłużej elementem edukacji. Multimedialny „pakiet edukacyjny” to bardzo atrakcyjne narzędzie w nowoczesnym szkolnictwie. Nie powinno to jednak być narzędzie jedyne.
– A czym jest dzisiaj książka?

– Bez wątpienia konieczne jest pilne ustalenie nowej definicji książki. Nie tylko dla potrzeb bibliotekarskiej statystyki, przede wszystkim ze względów podatkowych i biznesowych. Harry Potter sprzedawany w pliku online obłożony jest 23-procentowym podatkiem VAT, a na tę samą książkę sprzedawaną w formie pliku na płycie CD obowiązuje 5-procentowa stawka. Jaka w tym logika? W pierwszym przypadku mamy do czynienia z „usługą świadczoną drogą internetową”, a nie ze sprzedażą książki, choć treść jest ta sama. To jeden z przykładów całkowitego pomieszania pojęć, które jest skutkiem zmian technologicznych. Już teraz w książkach pojawiają się treści muzyczne i multimedialne. Moim zdaniem współczesny podział wydawnictw ze wzglądu na charakter publikacji powinien obejmować: 1. wydawnictwa zwarte, 2. wydawnictwa ciągłe, 3. wydawnictwa hipertekstowe, 4. aplikacje. W tej pierwszej kategorii w dalszym ciągu mieszczą się książki. Natomiast moja propozycja nowej definicji książki jest następująca: „książka to dokument twórczej myśli ludzkiej utrwalony w formie wydawnictwa zwartego, będący zamkniętym dziełem autora lub wielu autorów, przedstawionym w postaci wielostronicowej”. Definicja ta nie określa formy wydania, a tym bardziej formy dystrybucji (transmisji). Oczywiście tradycyjne kryteria definicyjne będą się coraz bardziej zacierały wraz z postępem cyfryzacji.
– Digitalizacja wszystkich treści niesie ze sobą nowe zagrożenia…

– Ale i spore szanse. Wierzę, że rynek upora się dość szybko z zagrożeniami, np. poprzez wspomniane systemy abonamentowe dające szeroki dostęp do treści (książek, gazet, filmów, muzyki) w ramach jednej miesięcznej opłaty, tak jak rozwiązano to obecnie np. w przypadku telewizji kablowej. Digitalizacja daje szeroki dostęp do treści i to jest jej wielka zaleta. Pozwala obniżyć koszt dotarcia do odbiorcy. Zagrożeniem pozostaną globalne korporacje, jak Google, Amazon, Microsoft czy Apple, które chcą zawładnąć rynkiem treści. Inne ryzyko ma szerszy aspekt – cywilizacyjny, związane jest ze zmieniającymi się potrzebami i kompetencjami odbiorcy. W tej kwestii trudno o konkretne przewidywania. Nie wiemy, co stanie się z ludzkim mózgiem, gdy zamiast uczyć się języków obcych zaczniemy masowo korzystać z cyfrowych urządzeń translacyjnych (także fonicznych), a to tylko jeden z przykładów. Niepewność ta może budzić niepokój, ale gatunek ludzki przystosowuje się do zmian. Wynalezienie alfabetu było w pewnym sensie bardziej rewolucyjne niż digitalizacja. Ludzie przestali zapamiętywać wielopokoleniowe epopeje, przekazywane z ust do ust historie rodowe, i nie przyniosło to wielkich szkód. Rozwinęły się inne obszary mózgu. Może tym razem też tak będzie, naukowcy nie są w stanie tego przewidzieć, ponieważ nasza wiedza na temat pracy mózgu wciąż jest zbyt skąpa.
– W książce przypomina Pan słowa Kevina Kelly’ego o nowej erze dla czytelników, księgarzy i bibliotekarzy – gigantycznej cyfrowej bibliotece, bibliotece wszystkich bibliotek, która dzięki nowoczesnym technologiom zmieści się w kieszeni. Jaka przyszłość czeka biblioteki, które już przekształcają się w centra usług – w Polsce m.in. dzięki Programowi Rozwoju Bibliotek?

– Rola bibliotek się zmienia, ale bibliotekarze to jedna z najlepiej wykształconych grup zawodowych w Polsce, więc wierzę, że sobie poradzą. Może gorzej będzie z małymi bibliotekami i filiami. Ale przywołam wyniki raportu Po co Polakom biblioteki?, przygotowanego po trzech latach realizacji wspomnianego Programu Rozwoju Bibliotek. Z bibliotek publicznych korzysta jedna trzecia mieszkańców małych miejscowości. Ludzie przychodzą do nich nie tylko po książki – w bibliotekach spędzają też wolny czas, szukają potrzebnych informacji. Dla niemal 200 tys. osób biblioteka to jedyne miejsce, w którym mogą skorzystać z internetu. Blisko 700 tys. dorosłych osób załatwia w bibliotekach codzienne sprawy. Przychodzą, żeby zapłacić przez internet rachunki, sprawdzić rozkład jazdy autobusów, dowiedzieć się, w jakich godzinach przyjmuje lekarz. Biblioteka pomaga im także w poszukiwaniu pracy. 100 tys. mieszkańców małych miejscowości wykorzystuje komputery w bibliotekach do pisania życiorysów, listów motywacyjnych lub do kontaktowania się z pracodawcami. Internet ułatwia im również kontakt z rodziną i znajomymi. A dla młodych ludzi biblioteka to przede wszystkim miejsce spotkań i spędzania wolnego czasu. Oglądają filmy, dyskutują o książkach, grają na komputerze, mogą wziąć udział w warsztacie fotograficznym czy kółku teatralnym. Książki i internet ułatwiają im też naukę. Badanie zostało przeprowadzone w 3327 placówkach bibliotecznych objętych Programem Rozwoju Bibliotek. Co z niego wynika? Że biblioteka to już absolutnie nie tylko repozytorium wiedzy. Pełni inne ważne społecznie funkcje, często w ogóle niezwiązane z procesem czytania.
– Jak wyglądać będzie rynek wydawniczy w przyszłości? Czy zmiany na tym rynku są istotne dla społeczeństwa, skoro wartość rynku książki w Polsce jest marginalna w skali całej gospodarki?

– Aby wyobrazić sobie, jak nieznaczącym rynkiem w skali polskiej gospodarki jest rynek książki, dokonajmy kilku porównań: jego całkowita wartość to zaledwie tyle, ile wyniosła cena sprzedaży w 2011 roku huty „Celsa” z Ostrowca Świętokrzyskiego albo mniej niż wynoszą przychody Spółdzielni Mleczarskiej „Mlekpol” z Grajewa. Wartość wszystkich sprzedanych w 2011 roku książek w Polsce to niespełna 3 proc. (!) przychodu spółki PKN Orlen. Ani jedna firma z rynku księgarskiego nie znajduje się wśród największych polskich przedsiębiorstw. Książka ma ogromne znaczenie dla edukacji i kultury, ale jej rola gospodarcza jest niezauważalna – warto o tym pamiętać, gdy oburzamy się na znikome zainteresowanie książką polskich polityków. Przyszłość rynku jest bardzo niepewna, wydawcy wciąż nie znaleźli właściwych pomysłów na to, jak zarabiać w cyfrowych czasach, brakuje skutecznej ochrony praw autorskich, budżety reklamowe odpływają z prasy do internetu, czytelnicy również przenoszą się do sieci. Rynek książki będzie w przyszłości zapewne jeszcze „biedniejszy” niż obecnie, co – obawiam się tego najbardziej – negatywnie wpłynie na jakość zarówno wiedzy, jak i edukacji. Już teraz w książkach renomowanych wydawnictw pojawia się bardzo wiele błędów, bo zwalnia się redaktorów, korektę zleca się studentom, tłumaczenia – amatorom. Niestety – rynku, którego siłą przez lata byli wysokiej klasy specjaliści, dziś nie stać na to, żeby utrzymać najwyższą jakość. A od tego już tylko krok do „bylejakości”.
– Prognoza pesymistyczna, wiele wysiłku będzie kosztowało przeciwdziałanie negatywnym tendencjom na rynku wydawniczym. Niezaprzeczalnie jednak trzeba go podjąć. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

23 września 2018 o godz. 08:57

Kartka ze Speyside – Heilan coo

SONY DSC

Szkoci mówią na nie Heilan coo, cudzoziemcy Hippie cow. Mają długą grzywkę i leniwe miny. Nie dają zbyt dobrego mleka. Hoduje się je na mięso. Szkoda, bo miło wyglądają jak są żywe. Potem już mniej miło. Przywędrowały z Hebrydów. Wzmianki o nich pochodzą już z VI wieku. W czarnej wersji nazywają się w Szkocji Kyloe i jedna taka czarna krowa z grzywką znajdzie się na okładce najbliższego numeru „Aqua Vitae”.

22 września 2018 o godz. 09:42

Kartka ze Speyside – Dunnottar Castle

Dunnottar Castle (37)

Kiedy spytać Szkota, dlaczego nie czuje pokrewieństwa z Irlandczykami, choć to podobna kultura, podobny język i podobne zamiłowanie do spokojnego wiejskiego życia ze szklaneczką whisky, odpowie, że z Irlandczykiem w ogóle nic go nie łączy, bo oni są celtami, a Szkoci to piktowie. Dla mnie tyle samo w tym sensu, co w stwierdzeniu, że nic mnie nie łączy z ludźmi z południa Polski, bo oni to Wiślanie, a my to Polanie. Ale tak całkiem serio, kulturowa tożsamość w Szkocji i Irlandii jest bardzo wysoka, a nawiązania do kultury piktów i celtów są jej częścią.

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.