23 lutego 2011 o godz. 15:55

Krzyk Kwezala – rozdział 23

Oto jeden z rozdziałów powieści "Krzyk Kwezala", nad którą kończę właśnie pracę. Powieści zupełnie innej od wszystkiego, co dotąd napisałem, stąd bardzo będę ciekawy waszych opini. Fabuła rozgrywa sie w 1521 roku, Hiszpanie oblegają stolicę azteckiego imperium Tenochtitlan. Zamieszczony poniżej rozdział 23 jest jednym z ostatnich w książce, przedstawia śmierć jednej z pierwszoplanowych postaci tej historii, wojownika zwanego Sową Kwezalem.

Pod osłoną nocy Xipe bez trudu przekradł się do dzielnicy zajętej już przez Hiszpanów, przepłynął tym samym podziemnym kanałem, którym wcześniej uciekł. Wrócił po pozostawione w bezpiecznej kamiennej skrytce zwoje i księgę Michoacan oraz obydwa kalendarze – Xiuhpohualli i Tonalpohualli. Na szczęście nikt ich nie odkrył. Teraz w skupieniu studiuje pradawne symbole, zawierające w sobie mądrość Tolteków i ludu Teotihuacan. Dwadzieścia ideogramów, a w każdym z nich czas zaklęty: Krokodyl, Wiatr, Dom, Jaszczurka, Wąż, Śmierć, Jeleń, Królik, Woda, Pies, Małpa, Trawa, Trzcina, Jaguar, Orzeł, Sęp, Trzęsienie ziemi, Nóż krzemienny, Deszcz i na koniec Kwiat. Dziś jest Itzcuintli – Pies – dzień, którego patronem jest Mictlantecuhtli, Pan Krainy Umarłych. To zły znak. Właśnie za sprawą Mictlantecuhtli człowiek jest istotą ułomną, niedorównującą bogom, skazany na choroby i złudne pokusy. Pan Podziemi zazdrośnie strzeże szczątków ludzi z poprzednich epok, od dawna niecierpliwie czeka na koniec obecnego świata Nahui Ollin, który powstał wbrew jego woli, kiedy Quetzalcoatl wykradł mu kilka pradawnych kości i z nich stworzył obecnego człowieka. Wedle wszelkich złych znaków zagłada nadejść może trzeciego dnia Ácatl – Trzciny – jego patronem, jest Dymiące Zwierciadło, bóg zła, zemsty i ciemności. Ciemność i cisza nad Tenochtitlanem trzeciego dnia od dziś, oto co pokazują kalendarze. Gdyby udało się przetrwać osiem dni, wówczas osiemnastego dnia Técpatl – Nóż krzemienny – zgodnie z wcześniejszą przepowiednią los zostałby odwrócony. Za osiem dni minie osiemdziesiąty dzień heroicznej obrony miasta. Patronem tego dnia jest Chalchihuihtotolin, Przyozdobiony Klejnotami Indyk, który jako jedyny w panteonie bóstw może odmienić przeznaczenie, oczyścić winy i uratować świat przed zniszczeniem. Chalchihuihtotolin to wielki czarownik, przetrwaliśmy ponad siedemdziesiąt dni, czy nie uda nam się stawiać oporu jeszcze przez osiem następnych? Już tak mało brakuje, ale i siły nasze wątłe, Xipe rozmyśla nad zapełnioną kolorowymi symbolami księgą, ale w jego spojrzeniu nie ma nadziei, jest wyłącznie zmęczenie.
Odrywa myśli i oczy od zapisanych w kalendarzach przepowiedni, wieloletnie doświadczenie kapłana nauczyło go, jak często znaki i symbole są mylące, a wróżby fałszywe. Xipe sięga po zakazaną księgę Michoacan, po raz ostatni chce wybrać się w niedozwoloną podróż, ostatni raz chce ją poczuć. Skoro ich świat się kończy, cóż znaczy jeden występek więcej, zwłaszcza gdy tak trudno zapanować nad najsilniejszymi emocjami – miłością i pożądaniem.
Jej sen jest lekki, niespokojny, drży, kiedy delikatnie dotyka jej długą szyję. – Csii, śpij – bezgłośnie szepce do ucha – to tylko ja, jesteś bezpieczna. Tecuichpo cicho mruczy, zaczyna miarowo oddychać. Dotyka jej dziewczęcych piersi, przesuwa zdrową lewą ręką po jedwabistej skórze wzdłuż kręgosłupa. Delikatna jak motyl. Lekko rozchyla jej uda, jest już wilgotna, choć nieświadoma we śnie. Wchodzi w nią od tyłu, porusza się wolno, bardo wolno, wdychając zapach jej ciała, całując kark. Ona znów cicho mruczy, senne ciało instynktownie pręży się, poddaje pieszczotom. Obydwoje zaznają rozkoszy, ich spocone ciała wyginają się przeszyte dreszczem. – Kocham cię – on mówi. – Kocham cię, choć nie mam prawa, kocham cię po raz ostatni, bo kończy się nasz czas. Potem Xipe wycofuje się i rozpływa jak duch, Tecuichpo lekko rozbudzona po omacku szuka ręką znajomego ciała męża, jest obok, leży na posłaniu z jaguara równomiernie oddycha. Dziewczyna wzdycha cicho, jaki miała cudowny sen, dotyka wzgórek podbrzusza, wsuwa palec w śliską wilgotność i z dłonią na łonie ponownie zasypia.
Sen spaja się z jawą, Xipe powraca, zamyka księgę, która nie będzie mu już potrzebna, zniszczy ją jak wszystko, co jest mu drogie. Nie czuje wyrzutów sumienia, bo moralność w obliczu śmierci nie ma żadnego znaczenia. W tej godzinie wszystkie złe uczynki zostają odpuszczone.

* * *

Kolejny świt przyniósł tak gęstą mgłę, że Cortes wraz z oficerami postanowili wstrzymać brygantyny i przepuścić po południu rozpoznawczy szturm od strony lądu. Tymczasem do Cuauhtémoca posłano kolejnych posłów. Tym razem władca zgodził się spotkać przy jednym z kanałów w pobliżu wybrzeża. Ku rozczarowaniu Cortesa, o wyznaczonej godzinie pojawili się jednak tylko wychudzeni wysłannicy króla, informując, że ich pan nie czuje się najlepiej i nie przybędzie. Nakarmiono ich i łaskawie posłano dumnemu władcy trochę wody, warzyw, owoców i jaj kurzych – bardziej w geście pogardy niż litości. W rewanżu Cuauhtémoc wysłał zaraz umyślnego z prezentem zwrotnym – były to jedynie liche bawełniane koszule. Na tych wzajemnych wątpliwych grzecznościach skończyła się ostatnia dyplomatyczna wymiana posłów, stało się jasne, że władca upadłego miasta woli zginąć niż oddać się w niewolę. Nic więcej nie było do powiedzenia.
Atak jaki nastąpił o czternastej był właściwie brutalną rzezią na odwodnionych, umierających z głodu ludziach, którzy nie mieli już siły utrzymać broni. Kilka najbliższych lądu wysepek podpalono wraz z ich mieszkańcami. Niektórzy skakali do wody, próbując się ratować przed upieczeniem żywcem, wielu jednak nawet na ucieczkę nie miało sił. Wśród jęków i lamentów w płomieniach ginęły wychudłe kobiety i ich małe dzieci. Strzałami i włóczniami dobijano tych, którzy jednak mieli nadzieję, że uratuje ich słona woda jeziora. Poharatane, pokrwawione ludzkie szczątki fale wyrzuciły Hiszpanom na brzeg. Widok był tak odrażający, że nie jeden żołnierz wymiotował, choć przecież w ostatnich miesiącach przeszli wiele. Nawet najtwardsi wzdragali się na widok odrąbanych dziecięcych rączek czy strasznych ludzkich kadłubów i zwęglonych strzępów ciał.
Wstrzymano atak.

* * *

Wtem, niespodziewanie, z mgły wyłaniają się pirogi. Jest ich co najmniej pięćset, na każdej uzbrojeni azteccy wojownicy. Atak jest tak nieoczekiwany, że po kilku minutach wybrzeże usłane jest trupami. Sowa Kwezal z twarzą groźnie umalowaną w żółte pasy, w swym wspaniałym kaftanie, ze złotym słońcem na piersiach, okryty piórami niczym ogromny ptak, prowadzi straceńczy pochód. Już są na placu Tlatelolco, na placu pełnym zgliszczy, wypalonych ruin. Biegną ku piramidzie, na której wisi królewski sztandar Karola V. Zaskoczeni, pozbawieni dowództwa, Hiszpanie uciekają, porzucają broń. Niegdyś nieśmiały syn farbiarza, dziś nieustraszony wojownik w królewskim stroju Ahuitzotla osobiście wbiega po stopniach piramidy. Niesie świętą relikwię Huitzilopochtli – pozłacaną włócznię zakończoną ostrym obsydianowym grotem. Przebija nią gardło hiszpańskiego gonfaloniera, wyrywa sztandar i na oczach całego miasta podpala chorągiew z czarnym dwugłowym orłem w królewskiej koronie Karola Habsburga.
Ostatni desperacki akt zemsty, ostatni smak zwycięstwa i dumy.
Po chwili na plac Tlatelolco wpada hiszpańska kawaleria, za konnymi znakomicie zorganizowany regiment piechoty, zaczyna się krwawa bitwa. Sowa Kwezal jest jak machina oblężnicza, w obydwu dłoniach trzyma lśniący złotem drzewiec świętej włóczni, tak ostry, że przebija się nawet przez pancerz. Przy nim czterech giermków, a każdy porusza się tanecznym ruchem, kręcą się wokół własnej osi i wyskakują w górę, również przystrojeni w pióra – jak drapieżne ptaki, szybcy i śmiertelnie niebezpieczni. Same ich stroje budzą lęk, błyskawicznie obracające się włócznie odbijają lecące w ich stronę strzały, jakby chroniła ich magiczna tarcza. A za nimi może ze dwa lub nawet trzy tysiące zdesperowanych, idących na śmierć na polu chwały wojowników. Nie ustępują przed kawalerią, przeciwnie, z wściekłością ściągają pierwszego jeźdźca, który naciera z czerwonym proporcem na końcu lancy, leży z rozłupaną czaszką, a obok niego koń z rozpłatanych brzuchem. Tak niezwykła jest siła tej armii straceńców, że obecny na placu Sandoval daje swym jeźdźcom sygnał odwrotu, wojna jest już przecież wygrana, to nie moment by tracić hiszpańskich rycerzy. Kolejny jeździec pada martwy, ugodzony oszczepem w kark. Piechota formuje szereg obronny, łucznicy i arkebuzerzy ostrzeliwują środek placu. Chichimecatl, który zagoił już ciężkie rany odniesione podczas szturmu na Huey Teocalli, rzuca w wir walki liczne oddziały – jeden za drugim. Zaciekłość, nienawiść, strach – emocje po obydwu walczących stronach są ogromne. Tu nie będzie jeńców, nie będzie odwrotu, kto traci siły, ten ginie. W bitewnym szale Sowa Kwezal w ogóle nie czuje rozrywającej mu ramię kuli arkebuza, nawet nie spowalnia ruchów, młóci wokół na odległość prawie dwóch metrów, jego włócznia wyznacza przerażający świetlisty krąg, do którego każdy boi się zbliżyć.
Plac czerwony jest od krwi, zasłany szczątkami ciał. W tej strasznej bitwie przez długi czas nie wiadomo, kto ma przewagę, jak się rozkładają siły, widać jedynie kłębowisko, nad którym unosi się chmura kurzu. Uderzenia broni i jęli cierpienia słychać na odległość setek metrów, ponura melodia męstwa i agonii.
Proporcje liczebne są jednak nierówne i największy heroizm nie zastąpi posiłków, które nie mają skąd nadejść. Wokół Sowy Kwezala i jego giermków coraz mniej jest własnych wojowników, coraz ściślejszy pierścień wrogich włóczni i mieczy. Oszczep śmiertelnie rani w krtań stojącego najbliżej druha, wciąż jednak nie ustaje ten niezwykły pokaz siły, która zdaje się nie mieć końca. Wojownik ze złotym słońcem na piersi w ogóle nie czuje zmęczenia, nie ustaje ani na sekundę, nie ociera potu z czoła, choć od ponad czterech godzin w zawrotnym tempie wymachuje ciężkim drzewcem. Trudno zliczyć jak wiele osób zabił tego dnia, być może więcej niż we wszystkich dotychczasowych bitwach. Kilkakrotnie został już trafiony, ale jego ciało jest nieczułe na ból, organizm natychmiast regeneruje utraconą krew, zdaje się być nieśmiertelnym. Upierzony kolos może uchodzić za boga wojny, za ostatnie ludzkie wcielenie Huitzilopochtli. Tym razem jednak nie wiedzie swego ludu ku świetlanej przyszłości, lecz prosto ku przeznaczonej im śmierci.
Z zakrwawioną twarzą pada kolejny giermek, zaraz następny łapie się za rozcięty brzuch, próbuje przytrzymać wyciekające wnętrzności. Na placu pozostała już zaledwie garstka okrążonych wojowników. Za kilka minut nad Tlatelolco zalegnie straszliwa cisza.
Niewielu śmiałków ma odwagę podejść do samotnie już walczącego Sowy Kwezala, pomimo licznych ran on wciąż nie traci sił. Jeśli ma przetrwać jakakolwiek legenda o mężnym ludzie Tenochtitlan, to on będzie jej częścią. Dzielny syn farbiarza, który w przebraniu ptaka wzbudza lęk i podziw. Kilku spragnionych chwały naciera, jeden maczugą rozpoławia złote serce na piersi wojownika, natychmiast jednak pada ugodzony wibrującym drzewcem. Ciężki pocisk z arkebuza rozłupuje wspaniały hełm, a on wciąż walczy, wciąż nie przestaje, jakby był zaczarowanym tancerzem wojny. Kolejne kule rozrywają wspaniały kaftan, odpadają wielkie kolorowe pióra kwezala i te szare, skryte głębiej, pióra sowy. A on wciąż kręci piruety. Krew z rany na głowie zalewa mu twarz, nie widać już żółtych wojennych pasów. A on zgrabnie się obraca, płynnie stawia kroki, z niezmienną siłą i pasją naciera na znienawidzonego wroga. I kiedy śmiertelne pociski przeszywają mu serce i szyję, on już padając na ziemię rozpościera ramiona, jakby w geście pożegnania i podziękowania za ten ostatni, najważniejszy dla niego występ.
Martwe dłonie wciąż ściskają świętą relikwię.
W tym momencie rozpoczęła się ulewa tak silna, jakby rozbijające się o ziemię krople deszczu biły brawo martwemu tancerzowi. Plac natychmiast zapełnił się brudnoczerwoną wodą.

20 komentarzy dla “Krzyk Kwezala – rozdział 23

  1. scena

    Nawet najtwardsi wzdragali się na widok odrąbanych dziecięcych rączek czy strasznych ludzkich kadłubów i zwęglonych strzępów ciał.
    … brr, mocne. Szczerze mówiąc wolę inne „sceny” , którymi Autor nas raczył wcześniej, szczególnie w „Złam prawo” kilka jest moich ulubionych 😀 😀

    • ...

      Powiedzmy, że jeszcze roboczy, nie jestem pewien czy taki zostanie, ale pewnie tak. Pierwszy tytuł był bardziej zawiły – „Ten, który atakuje jak orzeł”.

      • ...

        „Krzyk Kwezala” jest o wiele lepszy – łączy piękno i tragizm. Jeśli go nie wykorzystasz teraz to użyj następnym razem.

  2. Krzyk Kwezala

    a koniec świata nie ma być w grudniu 2012? Podoba się? Mam bardzo dużo rozterek i niepewności odnośnie tej książki, bo to będzie coś zupełnie innego… i nie będzie punk rocka, a nawet alkoholu :)

  3. ...

    Obiecałam sobie, że nie będę czytać fragmentów przyszłych książek, ale ciekawość wzięła górę :) Nie mogę się doczekać…..Publikacja pewnie na styczeń 2012? A jak nastąpi koniec świata?Będę chyba zmuszona wykraść manuskrypt! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

19 lutego 2019 o godz. 12:16

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover 25-001

Ukazał się nowy numer (1/2019) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

17 lutego 2019 o godz. 17:58

Kartka ze Lwowa (12) Restauracja Baczewskich

Restauracja Baczewski we Lwowie (8)

W centrum Lwowa, przy ulicy Szewskiej 8, powstała w 2015 roku restauracja Baczewskich – Ресторація Бачевських. Wchodzi się przez sklepik z oryginalnymi wódkami J.A. Baczewski z Austrii, a także z własnymi nalewkami w butelkach noszących logo restauracji, są tu też: książki, widokówki, kieliszki, gadżety. Zaprezentowano też stare materiały reklamowe oraz oryginalne stare butelki po wódkach Baczewskiego. Przy wejściu do restauracji jest recepcja, a sama sala restauracyjna prezentuje się niezwykle elegancko. Na dole zaś jest koktajl-bar oraz wybór kilkudziesięciu smaków nalewek, które dojrzewają w szklanych zbiornikach od kilku miesięcy do nawet trzech lat. Część smaków dostępnych jest wyłącznie w barze, ale ponad 30 można kupić w firmowych butelkach i w miniaturkach.

16 lutego 2019 o godz. 23:36

Kartka ze Lwowa (11) Muzeum Piwa

Browar we Lwowie (2)

Львиварня, czyli Muzeum Piwa we Lwowie, które miastu zafundował Carlsberg, właściciel miejskiego browaru. Pierwsza ekspozycja powstała w 2005 roku (290 lecie powstania browaru) i była dziełem pracowników. Obecnie kompleks jest po gruntownej rekonstrukcji i można go zaliczyć do najnowocześniejszych muzeów na Ukrainie. Zebrano tu eksponaty związane z lwowskim piwowarstwem, ale również z samym miastem i jego biesiadną historią. Szeroko została przedstawiona technologia produkcji. Zwiedzanie jest interaktywne, można niemalże stworzyć własne piwo, wsłuchać się w gwar lwowskiej ulicy, baciarskich melodii. Budynek jest trzykondygnacyjny. Na drugim piętrze stworzono przestrzeń kulturalną z salami wystawienniczymi i konferencyjnymi. Jest tu również obszerna sala degustacyjna. Za niewielką dopłatą do biletu można skosztować czterech piw: Lager (Lvivskie 1715), Unfiltered Lager (Biały Lew), Ale i Dark Lager (Ciemne Lwowskie).

15 lutego 2019 o godz. 20:11

Kartka ze Lwowa (10) Dawna fabryka wódek Jana Muszyńskiego

Muszynski Old Distillery (1)

Na ulicy Drukarskiej, która dochodzi do lwowskiego Rynku, pod numerem 3 znajduje się kamienica „Pod Matką Boską”, która kiedyś należała do lwowskiego kupca Stancla Szolca. W podwórzu budynku mieściły się liczne magazyny towarów. W lokalu parterowym na początku XIX w. mieściła się fabryka likierów i wódek Jana Muszyńskiego.

14 lutego 2019 o godz. 09:10

Kartka ze Lwowa (9) Muzeum Farmacji

Muzeum Farmacji we Lwowie (11)

Przy samym Rynku na ulicy Drukarskiej pod numerem 2 mieści się niezwykłe muzeum. Wejście do sal muzealnych biegnie przez działającą tu od 1775 roku do dziś aptekę. Poszczególne pomieszczenia to interesujące wnętrza apteczne z bogatym wyposażeniem. Trasę kończy się w świetnie zachowanych piwnicach wraz z pracownią alchemiczną. Czynne w godzinach 9.-19.00. Bilet kosztuje 30 hrywien.

13 lutego 2019 o godz. 15:34

Kartka ze Lwowa (8) Muzeum Etnografii i Rzemiosła Artystycznego

Muzeum Etnograficzne (2)

Pod numerem 15 Prospektu Swobody w dawnym budynku Galicyjskiej Kasy Oszczędności, wybudowanej w latach 1874-1891 wg projektu Juliana Zachariewicza, mieści się obecnie Muzeum Etnografii i Rzemiosła Artystycznego. Utworzone w 1951 roku na bazie Muzeum Przemysłu Artystycznego oraz Muzeum Towarzystwa Naukowego im. Szewczenki. Na attyce budynku zauważyć można grupę rzeźb pt. Oszczędność, której autorem był Leonardo Marconi. Wnętrze jest imponujące – monumentalne marmurowe schody, bogato zdobione ściany i sufity. Znajdują się tu zbiory folklorystyczne akcentujące przeszłość Ukrainy. Ciekawa ekspozycja znajduje się na pierwszym piętrze – polski plakat Art Déco, plakaty Alfonsa Muchy, plakaty antyalkoholowe z lat 20. XX wieku, kolekcja starych butelek, w tym z zakładów Baczewski czy Kosecki. Jest też bardzo ładna kolekcja kielichów, kieliszków i karafek z różnych okresów dziejów miasta.

12 lutego 2019 o godz. 08:22

Kartka ze Lwowa (7) Wizyta w fabryce wódek Hetman

Hetman (19)

Горілчаний завод Гетьман ulokowany jest we Lwowie naprzeciwko dawnego zakładu Baczewskiego. Firma odwołuje się zresztą bezpośrednio do tradycji wódek Baczewskiego, w materiałach informacyjnych umieszczona jest data 1782, kiedy powstał zakład Baczewskiego (jeszcze nie ten po drugiej stronie ulicy, ale 44 km od Lwowa), a na butelkach wódek Monopoly jest charakterystyczna rycina przedstawiająca starą fabrykę Baczewskiego w XIX wieku. W rzeczywistości jednak historia marki wódki Hetman sięga 1996 roku, zaś obecny lwowski zakład powstał w 2002 roku w miejscu dawnej rozlewni win owocowych.

11 lutego 2019 o godz. 08:46

Kartka ze Lwowa (6) Lwowski Zakład Likierów i Wódek

Lvivski Gorichanyi Zavod (2)

Львівський лікеро-горілчаний завод mieści się w starym kompleksie fabrycznym, firma powstała w 1931 roku, jako gorzelnia i rektyfikacja. Kontynuowała działalność wcześniejszych Zakładów Produkcji Wódek nr 10 we Lwowie, działających w innej lokalizacji od 1842 roku. Znacjonalizowana w 1939 roku, w latach ZSRR była jednym z trzech największych zakładów produkujących alkohol na Ukrainie (mimo zlikwidowania własnej rektyfikacji), oferując wódki i likiery oraz ocet, działając wówczas jako Lwowski Zakład Likierów i Wódek nr 2. Obecnie firma jest własnością grupy Ukrspirt. W latach 1995-1996 zakład został zmodernizowany i rozbudowany. Mają osiem własnych sklepów firmowych, zatrudniają 360 osób. Ich oferta obejmuje ok. 70 produktów alkoholowych, w tym wiele rodzajów wódek i likierów. Wódki poddawane są filtracji węglem drzewnym i piaskiem kwarcowym. Firma nadal jest jednym z głównych na Ukrainie producentów octu.

10 lutego 2019 o godz. 09:54

Kartka ze Lwowa (5) Z dawnej fabryki Baczewskiego pozostały ruiny

Baczewski old distillery (2)

Brama pomalowana na mało gustowny łososiowy róż a nad nią napis Almazinstrument, za nią budynek dawnego dworu, na szczycie poddasza ozdobiony datą 1782, przy bramie tablica pamiątkowa – tutaj swoją fabrykę miał Layb Baczeles, który do historii przeszedł jako Józef Adam Baczewski. Na tablicy pamiątkowej, założonej całkiem niedawno, lakoniczna informacja, że w 1782 roku powstała fabryka alkoholi we wsi Wybranówka (to ok. 44 km od Lwowa), że obecne budynki fabryczne w większości powstały w 1908 roku według projektu architekta Władysława Sadłowskiego, a wcześniej Baczewski zakupił we Lwowie dwór hrabiów Cieleckich. Po II wojnie światowej mieścił się tutaj zakład Almazinstrument, produkujący narzędzia ścierne z diamentową warstwą roboczą. Wtedy też kolejny raz kompleks był przebudowany.

9 lutego 2019 o godz. 09:56

Kartka ze Lwowa (4) Nalewki ze Lwowa

Nalewki zi Lwowa (6)

Наливки зі Львова to sieć sklepów i barów oraz marka nalewek. Mają swoje punkty we Lwowie, Kijowie, Odessie, Charkowie, Dnieprze i w Warszawie w Blue City. Oryginalny wystrój, pastelowe kolory, grafiki w stylu galicyjskich karykatur, bańki z nalewkami, butelki różnych objętości, od setki zaczynając, możliwość degustacji także w formie „desek degustacyjnych” (4×30 ml dowolnych smaków) – to tworzy klimat. Za koncept odpowiada Holding Akurat – sieć sklepów, restauracji, kawiarni, barów, parków rozrywki, usługi hotelarskie, łowieckie i nalewkarnie. Poza nalewkami robią wina owocowe. Nalewki zestawiane są z naturalnych komponentów na: trawach, ziołach, korzeniach, jagodach, owocach i warzywach, a także kawowe i czekoladowe nalewki. To ponad 30 smaków, moc od kilkunastu procent do ponad pięćdziesięciu, w tym np.: na czerwonych burakach, dyni, korzeniu żeń-szenia, płatkach róż, liściach melisy. Jest kilka oryginalnych kompozycji ziołowych: Karpatski, 12 Ziół, Stary Lwów.