23 lutego 2011 o godz. 15:55

Krzyk Kwezala – rozdział 23

Oto jeden z rozdziałów powieści "Krzyk Kwezala", nad którą kończę właśnie pracę. Powieści zupełnie innej od wszystkiego, co dotąd napisałem, stąd bardzo będę ciekawy waszych opini. Fabuła rozgrywa sie w 1521 roku, Hiszpanie oblegają stolicę azteckiego imperium Tenochtitlan. Zamieszczony poniżej rozdział 23 jest jednym z ostatnich w książce, przedstawia śmierć jednej z pierwszoplanowych postaci tej historii, wojownika zwanego Sową Kwezalem.

Pod osłoną nocy Xipe bez trudu przekradł się do dzielnicy zajętej już przez Hiszpanów, przepłynął tym samym podziemnym kanałem, którym wcześniej uciekł. Wrócił po pozostawione w bezpiecznej kamiennej skrytce zwoje i księgę Michoacan oraz obydwa kalendarze – Xiuhpohualli i Tonalpohualli. Na szczęście nikt ich nie odkrył. Teraz w skupieniu studiuje pradawne symbole, zawierające w sobie mądrość Tolteków i ludu Teotihuacan. Dwadzieścia ideogramów, a w każdym z nich czas zaklęty: Krokodyl, Wiatr, Dom, Jaszczurka, Wąż, Śmierć, Jeleń, Królik, Woda, Pies, Małpa, Trawa, Trzcina, Jaguar, Orzeł, Sęp, Trzęsienie ziemi, Nóż krzemienny, Deszcz i na koniec Kwiat. Dziś jest Itzcuintli – Pies – dzień, którego patronem jest Mictlantecuhtli, Pan Krainy Umarłych. To zły znak. Właśnie za sprawą Mictlantecuhtli człowiek jest istotą ułomną, niedorównującą bogom, skazany na choroby i złudne pokusy. Pan Podziemi zazdrośnie strzeże szczątków ludzi z poprzednich epok, od dawna niecierpliwie czeka na koniec obecnego świata Nahui Ollin, który powstał wbrew jego woli, kiedy Quetzalcoatl wykradł mu kilka pradawnych kości i z nich stworzył obecnego człowieka. Wedle wszelkich złych znaków zagłada nadejść może trzeciego dnia Ácatl – Trzciny – jego patronem, jest Dymiące Zwierciadło, bóg zła, zemsty i ciemności. Ciemność i cisza nad Tenochtitlanem trzeciego dnia od dziś, oto co pokazują kalendarze. Gdyby udało się przetrwać osiem dni, wówczas osiemnastego dnia Técpatl – Nóż krzemienny – zgodnie z wcześniejszą przepowiednią los zostałby odwrócony. Za osiem dni minie osiemdziesiąty dzień heroicznej obrony miasta. Patronem tego dnia jest Chalchihuihtotolin, Przyozdobiony Klejnotami Indyk, który jako jedyny w panteonie bóstw może odmienić przeznaczenie, oczyścić winy i uratować świat przed zniszczeniem. Chalchihuihtotolin to wielki czarownik, przetrwaliśmy ponad siedemdziesiąt dni, czy nie uda nam się stawiać oporu jeszcze przez osiem następnych? Już tak mało brakuje, ale i siły nasze wątłe, Xipe rozmyśla nad zapełnioną kolorowymi symbolami księgą, ale w jego spojrzeniu nie ma nadziei, jest wyłącznie zmęczenie.
Odrywa myśli i oczy od zapisanych w kalendarzach przepowiedni, wieloletnie doświadczenie kapłana nauczyło go, jak często znaki i symbole są mylące, a wróżby fałszywe. Xipe sięga po zakazaną księgę Michoacan, po raz ostatni chce wybrać się w niedozwoloną podróż, ostatni raz chce ją poczuć. Skoro ich świat się kończy, cóż znaczy jeden występek więcej, zwłaszcza gdy tak trudno zapanować nad najsilniejszymi emocjami – miłością i pożądaniem.
Jej sen jest lekki, niespokojny, drży, kiedy delikatnie dotyka jej długą szyję. – Csii, śpij – bezgłośnie szepce do ucha – to tylko ja, jesteś bezpieczna. Tecuichpo cicho mruczy, zaczyna miarowo oddychać. Dotyka jej dziewczęcych piersi, przesuwa zdrową lewą ręką po jedwabistej skórze wzdłuż kręgosłupa. Delikatna jak motyl. Lekko rozchyla jej uda, jest już wilgotna, choć nieświadoma we śnie. Wchodzi w nią od tyłu, porusza się wolno, bardo wolno, wdychając zapach jej ciała, całując kark. Ona znów cicho mruczy, senne ciało instynktownie pręży się, poddaje pieszczotom. Obydwoje zaznają rozkoszy, ich spocone ciała wyginają się przeszyte dreszczem. – Kocham cię – on mówi. – Kocham cię, choć nie mam prawa, kocham cię po raz ostatni, bo kończy się nasz czas. Potem Xipe wycofuje się i rozpływa jak duch, Tecuichpo lekko rozbudzona po omacku szuka ręką znajomego ciała męża, jest obok, leży na posłaniu z jaguara równomiernie oddycha. Dziewczyna wzdycha cicho, jaki miała cudowny sen, dotyka wzgórek podbrzusza, wsuwa palec w śliską wilgotność i z dłonią na łonie ponownie zasypia.
Sen spaja się z jawą, Xipe powraca, zamyka księgę, która nie będzie mu już potrzebna, zniszczy ją jak wszystko, co jest mu drogie. Nie czuje wyrzutów sumienia, bo moralność w obliczu śmierci nie ma żadnego znaczenia. W tej godzinie wszystkie złe uczynki zostają odpuszczone.

* * *

Kolejny świt przyniósł tak gęstą mgłę, że Cortes wraz z oficerami postanowili wstrzymać brygantyny i przepuścić po południu rozpoznawczy szturm od strony lądu. Tymczasem do Cuauhtémoca posłano kolejnych posłów. Tym razem władca zgodził się spotkać przy jednym z kanałów w pobliżu wybrzeża. Ku rozczarowaniu Cortesa, o wyznaczonej godzinie pojawili się jednak tylko wychudzeni wysłannicy króla, informując, że ich pan nie czuje się najlepiej i nie przybędzie. Nakarmiono ich i łaskawie posłano dumnemu władcy trochę wody, warzyw, owoców i jaj kurzych – bardziej w geście pogardy niż litości. W rewanżu Cuauhtémoc wysłał zaraz umyślnego z prezentem zwrotnym – były to jedynie liche bawełniane koszule. Na tych wzajemnych wątpliwych grzecznościach skończyła się ostatnia dyplomatyczna wymiana posłów, stało się jasne, że władca upadłego miasta woli zginąć niż oddać się w niewolę. Nic więcej nie było do powiedzenia.
Atak jaki nastąpił o czternastej był właściwie brutalną rzezią na odwodnionych, umierających z głodu ludziach, którzy nie mieli już siły utrzymać broni. Kilka najbliższych lądu wysepek podpalono wraz z ich mieszkańcami. Niektórzy skakali do wody, próbując się ratować przed upieczeniem żywcem, wielu jednak nawet na ucieczkę nie miało sił. Wśród jęków i lamentów w płomieniach ginęły wychudłe kobiety i ich małe dzieci. Strzałami i włóczniami dobijano tych, którzy jednak mieli nadzieję, że uratuje ich słona woda jeziora. Poharatane, pokrwawione ludzkie szczątki fale wyrzuciły Hiszpanom na brzeg. Widok był tak odrażający, że nie jeden żołnierz wymiotował, choć przecież w ostatnich miesiącach przeszli wiele. Nawet najtwardsi wzdragali się na widok odrąbanych dziecięcych rączek czy strasznych ludzkich kadłubów i zwęglonych strzępów ciał.
Wstrzymano atak.

* * *

Wtem, niespodziewanie, z mgły wyłaniają się pirogi. Jest ich co najmniej pięćset, na każdej uzbrojeni azteccy wojownicy. Atak jest tak nieoczekiwany, że po kilku minutach wybrzeże usłane jest trupami. Sowa Kwezal z twarzą groźnie umalowaną w żółte pasy, w swym wspaniałym kaftanie, ze złotym słońcem na piersiach, okryty piórami niczym ogromny ptak, prowadzi straceńczy pochód. Już są na placu Tlatelolco, na placu pełnym zgliszczy, wypalonych ruin. Biegną ku piramidzie, na której wisi królewski sztandar Karola V. Zaskoczeni, pozbawieni dowództwa, Hiszpanie uciekają, porzucają broń. Niegdyś nieśmiały syn farbiarza, dziś nieustraszony wojownik w królewskim stroju Ahuitzotla osobiście wbiega po stopniach piramidy. Niesie świętą relikwię Huitzilopochtli – pozłacaną włócznię zakończoną ostrym obsydianowym grotem. Przebija nią gardło hiszpańskiego gonfaloniera, wyrywa sztandar i na oczach całego miasta podpala chorągiew z czarnym dwugłowym orłem w królewskiej koronie Karola Habsburga.
Ostatni desperacki akt zemsty, ostatni smak zwycięstwa i dumy.
Po chwili na plac Tlatelolco wpada hiszpańska kawaleria, za konnymi znakomicie zorganizowany regiment piechoty, zaczyna się krwawa bitwa. Sowa Kwezal jest jak machina oblężnicza, w obydwu dłoniach trzyma lśniący złotem drzewiec świętej włóczni, tak ostry, że przebija się nawet przez pancerz. Przy nim czterech giermków, a każdy porusza się tanecznym ruchem, kręcą się wokół własnej osi i wyskakują w górę, również przystrojeni w pióra – jak drapieżne ptaki, szybcy i śmiertelnie niebezpieczni. Same ich stroje budzą lęk, błyskawicznie obracające się włócznie odbijają lecące w ich stronę strzały, jakby chroniła ich magiczna tarcza. A za nimi może ze dwa lub nawet trzy tysiące zdesperowanych, idących na śmierć na polu chwały wojowników. Nie ustępują przed kawalerią, przeciwnie, z wściekłością ściągają pierwszego jeźdźca, który naciera z czerwonym proporcem na końcu lancy, leży z rozłupaną czaszką, a obok niego koń z rozpłatanych brzuchem. Tak niezwykła jest siła tej armii straceńców, że obecny na placu Sandoval daje swym jeźdźcom sygnał odwrotu, wojna jest już przecież wygrana, to nie moment by tracić hiszpańskich rycerzy. Kolejny jeździec pada martwy, ugodzony oszczepem w kark. Piechota formuje szereg obronny, łucznicy i arkebuzerzy ostrzeliwują środek placu. Chichimecatl, który zagoił już ciężkie rany odniesione podczas szturmu na Huey Teocalli, rzuca w wir walki liczne oddziały – jeden za drugim. Zaciekłość, nienawiść, strach – emocje po obydwu walczących stronach są ogromne. Tu nie będzie jeńców, nie będzie odwrotu, kto traci siły, ten ginie. W bitewnym szale Sowa Kwezal w ogóle nie czuje rozrywającej mu ramię kuli arkebuza, nawet nie spowalnia ruchów, młóci wokół na odległość prawie dwóch metrów, jego włócznia wyznacza przerażający świetlisty krąg, do którego każdy boi się zbliżyć.
Plac czerwony jest od krwi, zasłany szczątkami ciał. W tej strasznej bitwie przez długi czas nie wiadomo, kto ma przewagę, jak się rozkładają siły, widać jedynie kłębowisko, nad którym unosi się chmura kurzu. Uderzenia broni i jęli cierpienia słychać na odległość setek metrów, ponura melodia męstwa i agonii.
Proporcje liczebne są jednak nierówne i największy heroizm nie zastąpi posiłków, które nie mają skąd nadejść. Wokół Sowy Kwezala i jego giermków coraz mniej jest własnych wojowników, coraz ściślejszy pierścień wrogich włóczni i mieczy. Oszczep śmiertelnie rani w krtań stojącego najbliżej druha, wciąż jednak nie ustaje ten niezwykły pokaz siły, która zdaje się nie mieć końca. Wojownik ze złotym słońcem na piersi w ogóle nie czuje zmęczenia, nie ustaje ani na sekundę, nie ociera potu z czoła, choć od ponad czterech godzin w zawrotnym tempie wymachuje ciężkim drzewcem. Trudno zliczyć jak wiele osób zabił tego dnia, być może więcej niż we wszystkich dotychczasowych bitwach. Kilkakrotnie został już trafiony, ale jego ciało jest nieczułe na ból, organizm natychmiast regeneruje utraconą krew, zdaje się być nieśmiertelnym. Upierzony kolos może uchodzić za boga wojny, za ostatnie ludzkie wcielenie Huitzilopochtli. Tym razem jednak nie wiedzie swego ludu ku świetlanej przyszłości, lecz prosto ku przeznaczonej im śmierci.
Z zakrwawioną twarzą pada kolejny giermek, zaraz następny łapie się za rozcięty brzuch, próbuje przytrzymać wyciekające wnętrzności. Na placu pozostała już zaledwie garstka okrążonych wojowników. Za kilka minut nad Tlatelolco zalegnie straszliwa cisza.
Niewielu śmiałków ma odwagę podejść do samotnie już walczącego Sowy Kwezala, pomimo licznych ran on wciąż nie traci sił. Jeśli ma przetrwać jakakolwiek legenda o mężnym ludzie Tenochtitlan, to on będzie jej częścią. Dzielny syn farbiarza, który w przebraniu ptaka wzbudza lęk i podziw. Kilku spragnionych chwały naciera, jeden maczugą rozpoławia złote serce na piersi wojownika, natychmiast jednak pada ugodzony wibrującym drzewcem. Ciężki pocisk z arkebuza rozłupuje wspaniały hełm, a on wciąż walczy, wciąż nie przestaje, jakby był zaczarowanym tancerzem wojny. Kolejne kule rozrywają wspaniały kaftan, odpadają wielkie kolorowe pióra kwezala i te szare, skryte głębiej, pióra sowy. A on wciąż kręci piruety. Krew z rany na głowie zalewa mu twarz, nie widać już żółtych wojennych pasów. A on zgrabnie się obraca, płynnie stawia kroki, z niezmienną siłą i pasją naciera na znienawidzonego wroga. I kiedy śmiertelne pociski przeszywają mu serce i szyję, on już padając na ziemię rozpościera ramiona, jakby w geście pożegnania i podziękowania za ten ostatni, najważniejszy dla niego występ.
Martwe dłonie wciąż ściskają świętą relikwię.
W tym momencie rozpoczęła się ulewa tak silna, jakby rozbijające się o ziemię krople deszczu biły brawo martwemu tancerzowi. Plac natychmiast zapełnił się brudnoczerwoną wodą.

20 komentarzy dla “Krzyk Kwezala – rozdział 23

  1. scena

    Nawet najtwardsi wzdragali się na widok odrąbanych dziecięcych rączek czy strasznych ludzkich kadłubów i zwęglonych strzępów ciał.
    … brr, mocne. Szczerze mówiąc wolę inne „sceny” , którymi Autor nas raczył wcześniej, szczególnie w „Złam prawo” kilka jest moich ulubionych 😀 😀

    • ...

      Powiedzmy, że jeszcze roboczy, nie jestem pewien czy taki zostanie, ale pewnie tak. Pierwszy tytuł był bardziej zawiły – „Ten, który atakuje jak orzeł”.

      • ...

        „Krzyk Kwezala” jest o wiele lepszy – łączy piękno i tragizm. Jeśli go nie wykorzystasz teraz to użyj następnym razem.

  2. Krzyk Kwezala

    a koniec świata nie ma być w grudniu 2012? Podoba się? Mam bardzo dużo rozterek i niepewności odnośnie tej książki, bo to będzie coś zupełnie innego… i nie będzie punk rocka, a nawet alkoholu :)

  3. ...

    Obiecałam sobie, że nie będę czytać fragmentów przyszłych książek, ale ciekawość wzięła górę :) Nie mogę się doczekać…..Publikacja pewnie na styczeń 2012? A jak nastąpi koniec świata?Będę chyba zmuszona wykraść manuskrypt! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

23 września 2018 o godz. 08:57

Kartka ze Speyside – Heilan coo

SONY DSC

Szkoci mówią na nie Heilan coo, cudzoziemcy Hippie cow. Mają długą grzywkę i leniwe miny. Nie dają zbyt dobrego mleka. Hoduje się je na mięso. Szkoda, bo miło wyglądają jak są żywe. Potem już mniej miło. Przywędrowały z Hebrydów. Wzmianki o nich pochodzą już z VI wieku. W czarnej wersji nazywają się w Szkocji Kyloe i jedna taka czarna krowa z grzywką znajdzie się na okładce najbliższego numeru „Aqua Vitae”.

22 września 2018 o godz. 09:42

Kartka ze Speyside – Dunnottar Castle

Dunnottar Castle (37)

Kiedy spytać Szkota, dlaczego nie czuje pokrewieństwa z Irlandczykami, choć to podobna kultura, podobny język i podobne zamiłowanie do spokojnego wiejskiego życia ze szklaneczką whisky, odpowie, że z Irlandczykiem w ogóle nic go nie łączy, bo oni są celtami, a Szkoci to piktowie. Dla mnie tyle samo w tym sensu, co w stwierdzeniu, że nic mnie nie łączy z ludźmi z południa Polski, bo oni to Wiślanie, a my to Polanie. Ale tak całkiem serio, kulturowa tożsamość w Szkocji i Irlandii jest bardzo wysoka, a nawiązania do kultury piktów i celtów są jej częścią.

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.