23 lutego 2011 o godz. 15:55

Krzyk Kwezala – rozdział 23

Oto jeden z rozdziałów powieści "Krzyk Kwezala", nad którą kończę właśnie pracę. Powieści zupełnie innej od wszystkiego, co dotąd napisałem, stąd bardzo będę ciekawy waszych opini. Fabuła rozgrywa sie w 1521 roku, Hiszpanie oblegają stolicę azteckiego imperium Tenochtitlan. Zamieszczony poniżej rozdział 23 jest jednym z ostatnich w książce, przedstawia śmierć jednej z pierwszoplanowych postaci tej historii, wojownika zwanego Sową Kwezalem.

Pod osłoną nocy Xipe bez trudu przekradł się do dzielnicy zajętej już przez Hiszpanów, przepłynął tym samym podziemnym kanałem, którym wcześniej uciekł. Wrócił po pozostawione w bezpiecznej kamiennej skrytce zwoje i księgę Michoacan oraz obydwa kalendarze – Xiuhpohualli i Tonalpohualli. Na szczęście nikt ich nie odkrył. Teraz w skupieniu studiuje pradawne symbole, zawierające w sobie mądrość Tolteków i ludu Teotihuacan. Dwadzieścia ideogramów, a w każdym z nich czas zaklęty: Krokodyl, Wiatr, Dom, Jaszczurka, Wąż, Śmierć, Jeleń, Królik, Woda, Pies, Małpa, Trawa, Trzcina, Jaguar, Orzeł, Sęp, Trzęsienie ziemi, Nóż krzemienny, Deszcz i na koniec Kwiat. Dziś jest Itzcuintli – Pies – dzień, którego patronem jest Mictlantecuhtli, Pan Krainy Umarłych. To zły znak. Właśnie za sprawą Mictlantecuhtli człowiek jest istotą ułomną, niedorównującą bogom, skazany na choroby i złudne pokusy. Pan Podziemi zazdrośnie strzeże szczątków ludzi z poprzednich epok, od dawna niecierpliwie czeka na koniec obecnego świata Nahui Ollin, który powstał wbrew jego woli, kiedy Quetzalcoatl wykradł mu kilka pradawnych kości i z nich stworzył obecnego człowieka. Wedle wszelkich złych znaków zagłada nadejść może trzeciego dnia Ácatl – Trzciny – jego patronem, jest Dymiące Zwierciadło, bóg zła, zemsty i ciemności. Ciemność i cisza nad Tenochtitlanem trzeciego dnia od dziś, oto co pokazują kalendarze. Gdyby udało się przetrwać osiem dni, wówczas osiemnastego dnia Técpatl – Nóż krzemienny – zgodnie z wcześniejszą przepowiednią los zostałby odwrócony. Za osiem dni minie osiemdziesiąty dzień heroicznej obrony miasta. Patronem tego dnia jest Chalchihuihtotolin, Przyozdobiony Klejnotami Indyk, który jako jedyny w panteonie bóstw może odmienić przeznaczenie, oczyścić winy i uratować świat przed zniszczeniem. Chalchihuihtotolin to wielki czarownik, przetrwaliśmy ponad siedemdziesiąt dni, czy nie uda nam się stawiać oporu jeszcze przez osiem następnych? Już tak mało brakuje, ale i siły nasze wątłe, Xipe rozmyśla nad zapełnioną kolorowymi symbolami księgą, ale w jego spojrzeniu nie ma nadziei, jest wyłącznie zmęczenie.
Odrywa myśli i oczy od zapisanych w kalendarzach przepowiedni, wieloletnie doświadczenie kapłana nauczyło go, jak często znaki i symbole są mylące, a wróżby fałszywe. Xipe sięga po zakazaną księgę Michoacan, po raz ostatni chce wybrać się w niedozwoloną podróż, ostatni raz chce ją poczuć. Skoro ich świat się kończy, cóż znaczy jeden występek więcej, zwłaszcza gdy tak trudno zapanować nad najsilniejszymi emocjami – miłością i pożądaniem.
Jej sen jest lekki, niespokojny, drży, kiedy delikatnie dotyka jej długą szyję. – Csii, śpij – bezgłośnie szepce do ucha – to tylko ja, jesteś bezpieczna. Tecuichpo cicho mruczy, zaczyna miarowo oddychać. Dotyka jej dziewczęcych piersi, przesuwa zdrową lewą ręką po jedwabistej skórze wzdłuż kręgosłupa. Delikatna jak motyl. Lekko rozchyla jej uda, jest już wilgotna, choć nieświadoma we śnie. Wchodzi w nią od tyłu, porusza się wolno, bardo wolno, wdychając zapach jej ciała, całując kark. Ona znów cicho mruczy, senne ciało instynktownie pręży się, poddaje pieszczotom. Obydwoje zaznają rozkoszy, ich spocone ciała wyginają się przeszyte dreszczem. – Kocham cię – on mówi. – Kocham cię, choć nie mam prawa, kocham cię po raz ostatni, bo kończy się nasz czas. Potem Xipe wycofuje się i rozpływa jak duch, Tecuichpo lekko rozbudzona po omacku szuka ręką znajomego ciała męża, jest obok, leży na posłaniu z jaguara równomiernie oddycha. Dziewczyna wzdycha cicho, jaki miała cudowny sen, dotyka wzgórek podbrzusza, wsuwa palec w śliską wilgotność i z dłonią na łonie ponownie zasypia.
Sen spaja się z jawą, Xipe powraca, zamyka księgę, która nie będzie mu już potrzebna, zniszczy ją jak wszystko, co jest mu drogie. Nie czuje wyrzutów sumienia, bo moralność w obliczu śmierci nie ma żadnego znaczenia. W tej godzinie wszystkie złe uczynki zostają odpuszczone.

* * *

Kolejny świt przyniósł tak gęstą mgłę, że Cortes wraz z oficerami postanowili wstrzymać brygantyny i przepuścić po południu rozpoznawczy szturm od strony lądu. Tymczasem do Cuauhtémoca posłano kolejnych posłów. Tym razem władca zgodził się spotkać przy jednym z kanałów w pobliżu wybrzeża. Ku rozczarowaniu Cortesa, o wyznaczonej godzinie pojawili się jednak tylko wychudzeni wysłannicy króla, informując, że ich pan nie czuje się najlepiej i nie przybędzie. Nakarmiono ich i łaskawie posłano dumnemu władcy trochę wody, warzyw, owoców i jaj kurzych – bardziej w geście pogardy niż litości. W rewanżu Cuauhtémoc wysłał zaraz umyślnego z prezentem zwrotnym – były to jedynie liche bawełniane koszule. Na tych wzajemnych wątpliwych grzecznościach skończyła się ostatnia dyplomatyczna wymiana posłów, stało się jasne, że władca upadłego miasta woli zginąć niż oddać się w niewolę. Nic więcej nie było do powiedzenia.
Atak jaki nastąpił o czternastej był właściwie brutalną rzezią na odwodnionych, umierających z głodu ludziach, którzy nie mieli już siły utrzymać broni. Kilka najbliższych lądu wysepek podpalono wraz z ich mieszkańcami. Niektórzy skakali do wody, próbując się ratować przed upieczeniem żywcem, wielu jednak nawet na ucieczkę nie miało sił. Wśród jęków i lamentów w płomieniach ginęły wychudłe kobiety i ich małe dzieci. Strzałami i włóczniami dobijano tych, którzy jednak mieli nadzieję, że uratuje ich słona woda jeziora. Poharatane, pokrwawione ludzkie szczątki fale wyrzuciły Hiszpanom na brzeg. Widok był tak odrażający, że nie jeden żołnierz wymiotował, choć przecież w ostatnich miesiącach przeszli wiele. Nawet najtwardsi wzdragali się na widok odrąbanych dziecięcych rączek czy strasznych ludzkich kadłubów i zwęglonych strzępów ciał.
Wstrzymano atak.

* * *

Wtem, niespodziewanie, z mgły wyłaniają się pirogi. Jest ich co najmniej pięćset, na każdej uzbrojeni azteccy wojownicy. Atak jest tak nieoczekiwany, że po kilku minutach wybrzeże usłane jest trupami. Sowa Kwezal z twarzą groźnie umalowaną w żółte pasy, w swym wspaniałym kaftanie, ze złotym słońcem na piersiach, okryty piórami niczym ogromny ptak, prowadzi straceńczy pochód. Już są na placu Tlatelolco, na placu pełnym zgliszczy, wypalonych ruin. Biegną ku piramidzie, na której wisi królewski sztandar Karola V. Zaskoczeni, pozbawieni dowództwa, Hiszpanie uciekają, porzucają broń. Niegdyś nieśmiały syn farbiarza, dziś nieustraszony wojownik w królewskim stroju Ahuitzotla osobiście wbiega po stopniach piramidy. Niesie świętą relikwię Huitzilopochtli – pozłacaną włócznię zakończoną ostrym obsydianowym grotem. Przebija nią gardło hiszpańskiego gonfaloniera, wyrywa sztandar i na oczach całego miasta podpala chorągiew z czarnym dwugłowym orłem w królewskiej koronie Karola Habsburga.
Ostatni desperacki akt zemsty, ostatni smak zwycięstwa i dumy.
Po chwili na plac Tlatelolco wpada hiszpańska kawaleria, za konnymi znakomicie zorganizowany regiment piechoty, zaczyna się krwawa bitwa. Sowa Kwezal jest jak machina oblężnicza, w obydwu dłoniach trzyma lśniący złotem drzewiec świętej włóczni, tak ostry, że przebija się nawet przez pancerz. Przy nim czterech giermków, a każdy porusza się tanecznym ruchem, kręcą się wokół własnej osi i wyskakują w górę, również przystrojeni w pióra – jak drapieżne ptaki, szybcy i śmiertelnie niebezpieczni. Same ich stroje budzą lęk, błyskawicznie obracające się włócznie odbijają lecące w ich stronę strzały, jakby chroniła ich magiczna tarcza. A za nimi może ze dwa lub nawet trzy tysiące zdesperowanych, idących na śmierć na polu chwały wojowników. Nie ustępują przed kawalerią, przeciwnie, z wściekłością ściągają pierwszego jeźdźca, który naciera z czerwonym proporcem na końcu lancy, leży z rozłupaną czaszką, a obok niego koń z rozpłatanych brzuchem. Tak niezwykła jest siła tej armii straceńców, że obecny na placu Sandoval daje swym jeźdźcom sygnał odwrotu, wojna jest już przecież wygrana, to nie moment by tracić hiszpańskich rycerzy. Kolejny jeździec pada martwy, ugodzony oszczepem w kark. Piechota formuje szereg obronny, łucznicy i arkebuzerzy ostrzeliwują środek placu. Chichimecatl, który zagoił już ciężkie rany odniesione podczas szturmu na Huey Teocalli, rzuca w wir walki liczne oddziały – jeden za drugim. Zaciekłość, nienawiść, strach – emocje po obydwu walczących stronach są ogromne. Tu nie będzie jeńców, nie będzie odwrotu, kto traci siły, ten ginie. W bitewnym szale Sowa Kwezal w ogóle nie czuje rozrywającej mu ramię kuli arkebuza, nawet nie spowalnia ruchów, młóci wokół na odległość prawie dwóch metrów, jego włócznia wyznacza przerażający świetlisty krąg, do którego każdy boi się zbliżyć.
Plac czerwony jest od krwi, zasłany szczątkami ciał. W tej strasznej bitwie przez długi czas nie wiadomo, kto ma przewagę, jak się rozkładają siły, widać jedynie kłębowisko, nad którym unosi się chmura kurzu. Uderzenia broni i jęli cierpienia słychać na odległość setek metrów, ponura melodia męstwa i agonii.
Proporcje liczebne są jednak nierówne i największy heroizm nie zastąpi posiłków, które nie mają skąd nadejść. Wokół Sowy Kwezala i jego giermków coraz mniej jest własnych wojowników, coraz ściślejszy pierścień wrogich włóczni i mieczy. Oszczep śmiertelnie rani w krtań stojącego najbliżej druha, wciąż jednak nie ustaje ten niezwykły pokaz siły, która zdaje się nie mieć końca. Wojownik ze złotym słońcem na piersi w ogóle nie czuje zmęczenia, nie ustaje ani na sekundę, nie ociera potu z czoła, choć od ponad czterech godzin w zawrotnym tempie wymachuje ciężkim drzewcem. Trudno zliczyć jak wiele osób zabił tego dnia, być może więcej niż we wszystkich dotychczasowych bitwach. Kilkakrotnie został już trafiony, ale jego ciało jest nieczułe na ból, organizm natychmiast regeneruje utraconą krew, zdaje się być nieśmiertelnym. Upierzony kolos może uchodzić za boga wojny, za ostatnie ludzkie wcielenie Huitzilopochtli. Tym razem jednak nie wiedzie swego ludu ku świetlanej przyszłości, lecz prosto ku przeznaczonej im śmierci.
Z zakrwawioną twarzą pada kolejny giermek, zaraz następny łapie się za rozcięty brzuch, próbuje przytrzymać wyciekające wnętrzności. Na placu pozostała już zaledwie garstka okrążonych wojowników. Za kilka minut nad Tlatelolco zalegnie straszliwa cisza.
Niewielu śmiałków ma odwagę podejść do samotnie już walczącego Sowy Kwezala, pomimo licznych ran on wciąż nie traci sił. Jeśli ma przetrwać jakakolwiek legenda o mężnym ludzie Tenochtitlan, to on będzie jej częścią. Dzielny syn farbiarza, który w przebraniu ptaka wzbudza lęk i podziw. Kilku spragnionych chwały naciera, jeden maczugą rozpoławia złote serce na piersi wojownika, natychmiast jednak pada ugodzony wibrującym drzewcem. Ciężki pocisk z arkebuza rozłupuje wspaniały hełm, a on wciąż walczy, wciąż nie przestaje, jakby był zaczarowanym tancerzem wojny. Kolejne kule rozrywają wspaniały kaftan, odpadają wielkie kolorowe pióra kwezala i te szare, skryte głębiej, pióra sowy. A on wciąż kręci piruety. Krew z rany na głowie zalewa mu twarz, nie widać już żółtych wojennych pasów. A on zgrabnie się obraca, płynnie stawia kroki, z niezmienną siłą i pasją naciera na znienawidzonego wroga. I kiedy śmiertelne pociski przeszywają mu serce i szyję, on już padając na ziemię rozpościera ramiona, jakby w geście pożegnania i podziękowania za ten ostatni, najważniejszy dla niego występ.
Martwe dłonie wciąż ściskają świętą relikwię.
W tym momencie rozpoczęła się ulewa tak silna, jakby rozbijające się o ziemię krople deszczu biły brawo martwemu tancerzowi. Plac natychmiast zapełnił się brudnoczerwoną wodą.

20 komentarzy dla “Krzyk Kwezala – rozdział 23

  1. scena

    Nawet najtwardsi wzdragali się na widok odrąbanych dziecięcych rączek czy strasznych ludzkich kadłubów i zwęglonych strzępów ciał.
    … brr, mocne. Szczerze mówiąc wolę inne „sceny” , którymi Autor nas raczył wcześniej, szczególnie w „Złam prawo” kilka jest moich ulubionych 😀 😀

    • ...

      Powiedzmy, że jeszcze roboczy, nie jestem pewien czy taki zostanie, ale pewnie tak. Pierwszy tytuł był bardziej zawiły – „Ten, który atakuje jak orzeł”.

      • ...

        „Krzyk Kwezala” jest o wiele lepszy – łączy piękno i tragizm. Jeśli go nie wykorzystasz teraz to użyj następnym razem.

  2. Krzyk Kwezala

    a koniec świata nie ma być w grudniu 2012? Podoba się? Mam bardzo dużo rozterek i niepewności odnośnie tej książki, bo to będzie coś zupełnie innego… i nie będzie punk rocka, a nawet alkoholu :)

  3. ...

    Obiecałam sobie, że nie będę czytać fragmentów przyszłych książek, ale ciekawość wzięła górę :) Nie mogę się doczekać…..Publikacja pewnie na styczeń 2012? A jak nastąpi koniec świata?Będę chyba zmuszona wykraść manuskrypt! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

19 listopada 2018 o godz. 08:25

Kartka z podróży – Wizyta w Kindzmarauli

Kindzmarauli Co 2018-11-06 15-23-36

Na obszarze dawnej twierdzi Kvareli w mieście Baisubani w Kachetii, u podnóża Kaukazu, znajduje się winiarnia Corporation Kindzmarauli, skupiająca marki: Kindzmarauli Wine Cellar, Duruji Valley, Kakheti & Co i Koncho & Co.

18 listopada 2018 o godz. 09:02

Kartka z podróży – Zegaani

14 Zagaani (1)

Ukryty w lesie, na lekkim wzniesieniu, stoi stary klasztor Zegaani, a właściwie pozostałości po nim, czyli dwa kościoły, jeden z piątego, drugi z szóstego wieku. Freski wewnątrz są, niestety, znacznie późniejsze, pochodzą prawdopodobnie z XVI wieku. Klasztor jest częściowo ogrodzony, dostęp do niego jest otwarty, leży wśród drzew, kiedyś był to zapewne park. Porozrzucane gliniane amfory, kwewri, świadczą o produkcji wina.

17 listopada 2018 o godz. 08:31

Kartka z podróży – Wizyta w Numisi

Numisi 2018-11-06 09-18-57

Kilka lat temu Mikheil Giorgadze, wraz z żoną, Nuno, kupili stare ruiny na przedmieściach wioski Mukuzani, w Kachetii, w regionie znanym ze znakomitych win. Chciał tu postawić niewielki zajazd – pensjonat i restaurację. Przy usuwaniu cegieł odkryli 33 stare kwewri, które mają podobno ponad 500 lat i piwnice na wino, w których utrzymuje się stała temperatura 15 stopni. Postanowił uporządkować teren założyć własną winiarnię i muzeum. Zebrał masę pamiątek, nie tylko związanych z winiarstwem, ale także ogólnie z kulturą ludową regionu.

16 listopada 2018 o godz. 21:13

Rosyjska apokalipsa

„Wódka jest podobna do piosenki. Piosenka może mieć byle jakie słowa i prosta melodię, lecz ich połączenie (jak spirytusu z wodą) może piosenkę zamienić w szlagier”. ~Wiktor Jerofiejew

16 listopada 2018 o godz. 08:46

Kartka z podróży – Wizyta w Georgian Wine & Spirits

SONY DSC

Firma Georgian Wine & Spirits (GWS) powstała w 1993 roku na przedmieściach Telavi, na bazie dawnych radzieckich zakładów Telavi 2, które działały od 1976 roku. Mają 400 ha winnic w regionie Kachetii (m.in. w DOC Mukuzanii oraz Tsinandali, Tvishi, Napareuli, Kindzmarauli, Khvanchkara czy Akhasheni), ale dodatkowo skupują winogrona. Aż 70% upraw, to szczepy lokalne. Około 280 ha zajmują nasadzenia czerwonych winogron – głównie saperavi, resztę białe, poza szczepami europejskimi są to: rkatisteli, mtsvane czy tsolikouri. Właścicielem GWS są szwedzcy inwestorzy, którzy mają także znaną gruzińską winiarnię Mukhrani. W Polsce wina GWS są w ofercie Vininova.

15 listopada 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Shalauri

Shalauri 2018-11-05 13-10-58

Położona kilka kilometrów za Telavi, przy drodze do Tsinandali, malutka winnica Shalauri powstała w 2013 roku. Mają tylko 2 ha, ale jakież tu robią wybitne wina! Wyłącznie z kwewri, żadnych beczek, żadnych europejskich winifikacji. Wszystko po bożemu, to znaczy po gruzińsku. Ich rkatsiteli ma smak miodu, mtsvane pachnie jak rieslingi późnego zbioru, pomarańczowe khikhvi jest jak polne kwiaty i agrest. Mają dwa rodzaje saperavi, bardzo wytrawne i taniczne oraz niemal słodkie, ale nie w stylu win Kindzmarauli, to jest słodycz soczystej czarnej porzeczki, fig i wędzonej śliwki. W niewielkiej piwnicy na tyłach domu wkopane są kwewri, w drugiej piwnicy leżakują wina w butelkach, jest też jedna izba zamieniona na winiarnię, tu także są kwewri. Chacha ze swoich wytłoków destylują u sąsiada, ma aromat dojrzałego słonecznika. Produkty nie są bynajmniej tanie, butelka 30-40 lari.

14 listopada 2018 o godz. 08:23

Kartka z podróży – Twierdza Chailuri

07 Chailuri 2018-11-04 11-36-26

Stanąłem przy głównej drodze wiodącej z Tbilisi do Kachetii, zaraz za winiarnią KTW, dokąd każdego dnia przyjeżdżają autokary pełne Rosjan, którzy wypijają wprost ze stalowych tanków zasiarczone, bardzo młode i bardzo podłe wina. Stanąłem, bo tu cisza i spokój, a chwilę wcześniej musiałem przebijać się przez rosyjską ciżbę, żeby kupić butelkę wina kisi i kompot z owoców fejhoa w sklepiku firmowym KTW. Mają tam nie tylko wstrętne wina, ale Rosjan Gruzini prowadzą prosto do cystern, i poją paskudztwem ku własnej uciesze, zwłaszcza, że Rosjanie chwalą, siarka i kwas im nie przeszkadzają. Stanąłem tu, gdyż na lewym brzegu rzeki stoi sporych rozmiarów twierdza Chailuri (znana też jako Niakhura). Bastion jakich w Europie wiele, typowy dla fortyfikacji osmańskich. Pierwotna twierdza powstała tu w późnym średniowieczu i wraz z drugą fortyfikacją – Monavi – strzegła przejścia przez wąwóz Iori w stronę Tbilisi. Miała trzy pietra i dwie bramy. Zniszczona w 1801 roku, podczas walk o niepodległość Gruzji, odbudowana w latach 80. XX wieku, dziś częściowo porośnięta trawą. W sumie, nic ciekawego, punkt na mapie, chwila odpoczynku pomiędzy jedną winiarnią a drugą. Nieciekawe miejsca też potrafią jednak cieszyć, gdy świeci słońce, za plecami masyw Kaukazu, z lewej strony winnica, a powietrze wypełnia przyjemny zapach wypalanej za płotem trawy.

13 listopada 2018 o godz. 09:54

Kartka z podróży – Wizyta w Château Mukhrani

Mukhrani 2018-11-03 16-32-57

Obecna firma powstała w 2002 roku, powołana przez inwestorów ze Szwecji, którzy są też właścicielami firmy Georgian Wines & Spirits w Kachetii. W 2007 roku rozpoczęła działalność nowoczesna winiarnia połaczona z destylarnią chacha. Nazwa nawiązuje do najważniejszej gruzińskiej dynastii książęcej, która panowała od początku XVI do XIX wieku. Wspaniały pałac Mukhrani – dostępny dla zwiedzających – jest tu restauracja, a jednocześnie zakład produkcyjny – winiarnia i destylarnia, a w piwnicach znajduje się 60 tys. beczek z winem. Większość starzenia odbywa się we francuskim dębie. Mury zapewniają stała temperaturę 15 stopni Celsjusza. Piwnice powstały w 1878 roku, château zostało zaprojektowane przez francuskiego architekta. Była tu letnia posiadłość Romanowów. W piwnicach są kwewri, które mają 150 lat i pamiętają czasy założyciela winiarni, Ivana Mukhranbatoni. Ivan produkował w XIX wieku 1,2 mln l wina rocznie.

12 listopada 2018 o godz. 09:11

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Askaneli Brothers i Jimsher

Askaneli Brothers 2018-11-02 15-45-36

Na przedmieściach Tbilisi ulokowana jest nowoczesna winiarnia i destylarnia Askaneli Brothers. Właścicielami firmy są bracia Gocha i Jimsher Chkhaidze, nazwa Askaneli pochodzi od wioski Askana w prowincji Guria. Wedle ludowej opowieści niejaki Antimoz Askaneli zbudował tutaj piwnicę pełną kwewri do produkcji wina. Faktem jest, że we wsi można odnaleźć kwewri, które pochodzą z lat 80. XIX wieku.

11 listopada 2018 o godz. 15:56

Kartka z podróży – Come back to Tbilisi

SONY DSC

Trzeci raz jestem w Tbilisi. Zaliczyłem już trzy pory roku – lato, jesień i zimę. Nieodmiennie miasto tętni życiem. Zawsze w kolorach oferowanych na straganach owoców – granatów, szaronów, pomarańczy, zielonych fig oraz zwisających wszędzie poskręcanych, wypełnionych orzechami, churcheli. Nieodmiennie pachnie winogronami. Kuszą wine-bary i bazary. W dawnych tureckich łaźniach kwitnie rozpusta, damy wprawdzie nie mają dostępu do kapiących się panów, co jednak nie przeszkadza alfonsom by prezentować całe katalogi ze zdjęciami oczekujących prostytutek. Gorąca miłość po gorącej parowej kąpieli, do tego sto gram rozgrzewającej chacha i zawał jak w banku.