16 lipca 2009 o godz. 10:43

Kradnę ludziom życiorysy

W "Gazecie Jarocińskiej", w specjalnym dodatku przygotowanym na festiwal w Jarocinie w 2009 roku ukazała się rozmowa z Łukaszem Gołębiewskim, którą przeprowadził Patrik Pinczewski.

O jarocińskich festiwalach, podstarzałych punkowcach oraz o tym, jak znany pisarz Günter Grass popsuł udany wypad nad morze ŻYCIE rozmawia z Łukaszem Gołębiewskim, pisarzem, dziennikarzem, krytykiem literackim i wydawcą.

Miasto Jarocin „przewija” się w tle twoich powieści. Wiem, że bywałeś tu w latach 80. Czym były dla ciebie tamte festiwale?
Siłą rzeczy było to bardzo ważne doświadczenie mojego dzieciństwa. Kiedyś Beki Bondage, wokalistka zespołu punkowego Vice Squad, tak powiedziała o członkach kapeli: „Dzisiaj robimy wiele różnych rzeczy, ale punk rock był najfajniejszym sposobem na spędzenie naszej młodości”. Jarocin to jest coś, do czego chętnie się wraca. Pokolenie punk rocka – niezależnie co dzisiaj robi – z sentymentem powraca do czasów zbuntowanej młodości. Jarocin był miejscem, gdzie następowała eksplozja buntu. Tam można było go w miarę, w nieskrępowany sposób okazywać. W gruncie rzeczy milicja też tak często nie interweniowała. Mówi się o cenzurze, która pewnie dotykała wiele zespołów, ale i tak zezwalano na dużo więcej, niż gdzie indziej. Warto o tym pamiętać, że w żadnym innym kraju „demoludów” coś takiego odbyć by się nie mogło.
Generalnie z Jarocinem mam miłe wspomnienia, bo tam nigdy nikt mnie nie okradł, nigdy mnie nikt nie pobił, żadna kobieta nie złamała mi serca (śmiech). Nie wydarzyło się nic takiego, co byłoby albo smutne, albo nie przyjemne.

Kiedy pierwszy raz przyjechałeś do Jarocina?
Było to w 1984 roku. Miałem wówczas 13 lat. Uciekłem z domu. Sam festiwal to było dla mnie bardzo duże przeżycie, bo byłem wtedy dzieciakiem. Miałem też to szczęście, że trafiłem prawdopodobnie na najlepszy festiwal w dziejach Jarocina. Oczywiście, na najlepszy jeśli chodzi o muzykę punk, którą się interesowałem. To był ten rok, kiedy swój słynny koncert zagrała Siekiera, Moskwa, Prowokacja czy Sedes. To był taki rok ofensywy punkowej.

Wiele się mówi o tym, że Jarocin w tamtym czasie był tzw. „wentylem bezpieczeństwa”, czyli zebrać młodzież w jednym miejscu i mieć nad nią kontrolę…
Jak człowiek miał 13 lat, to w ogóle się nad tym nie zastanawiał. Dla mnie było to uczestniczenie w niezwykłym wydarzeniu, jak na ówczesne lata w Polsce.
Właśnie parę godzin temu wróciłem z Berlina z festiwalu „Punk & Disorderly”, jednego z większych festiwali punkowych w Europie. Jednak dzisiaj są inne czasy i człowiek na takie rzeczy już inaczej patrzy. Wtedy, w PRL-u takich imprez prawie w ogóle nie było, a o tym, żeby pojechać gdzieś na Zachód i zobaczyć, jak wyglądają duże rockowe festiwale, to nie było mowy. Wówczas Jarocin był bezprecedensowym wydarzeniem w tej części Europy. Niezależnie, jakie cele przyświecały organizatorom, to zarówno dla zespołów, jak i uczestniczącej w tym młodzieży, było to niezapomniane przeżycie. Byłem jeszcze na festiwalu w 1985 r., po którym odpuściłem sobie przyjazdy na festiwal na wiele lat. Po prostu muzycznie coraz mniej mi to odpowiadało. Potem już dotarłem na nowe festiwale w 2006 i 2007 r. W 2008 r. już nie dojechałem, bo wydaje mi się, że zaczęto odchodzić od muzyki alternatywnej.

Jak w twojej ocenie, człowieka zajmującego się zawodowo ocenianiem wydarzeń kulturalnych, wypada porównanie starych i nowych festiwali?
Inaczej patrzy na takie wydarzenie facet trzydziestokilkuletni, a inaczej dzieciak. Do starych festiwali mam bardzo dużą nostalgię, bo jak człowiek jest mniejszy, to patrzy na wszystko większymi oczami i bardziej go to fascynuje.
Uważam, że popełniono błąd robiąc z festiwalu w Jarocinie kolejny festiwal rockowy, których w Polsce jest teraz bardzo dużo i to w dodatku w miejscowościach bardziej atrakcyjnych, jak chociażby Opene`r w Gdyni. Ludzie jadą na festiwal, w którym grają bardzo dobre kapele, i mają jeszcze morze.
W zeszłym roku pojechałem na festiwal punkowy do Czech, który był w tym samym okresie, co Jarocin. Tam były cztery sceny, gdzie za te same pieniądze można było zobaczyć światowa czołówkę punk rocka, np. Subhumans czy Vice Squad. Ten festiwal był naprawdę świetnie zorganizowany.
W przeciwieństwie do innych miast, w których odbywają się festiwale, na pochwałę zasługuje zachowanie jarocińskiej policji. Być może są to doświadczenia ze starych festiwali. Np. w Węgorzewie policja niepotrzebnie zaczepia młodzież wypytując o dokumenty, pouczając. Za to fatalne doświadczenia mam z ochroniarzami w Jarocinie. Z festiwalem dla młodzieży alternatywnej wiążą się różne gadżety, jak np. pasek z ćwiekami. Takich rzeczy, niestety, nie można wnosić na teren festiwalowy. Polska jest jedynym krajem, w którym się na takie rzeczy nie pozwala. Ponadto nigdzie nie spotkałem się z taką ilością formalności przy zameldowaniu na polu namiotowym. Paranoją jest również zakaz wnoszenia swojego alkoholu na pole namiotowe, gdy obok stoi stanowisko, gdzie się sprzedaje alkohol. To zakrawa na hipokryzję.
Oczywiście, w latach 80. w ogóle nie można było alkoholu sprzedawać, jednak to nie zdawało egzaminu. Ludzie i tak handlowali pokątnie, a milicja przymykała na ten proceder oko.

O ile dobrze pamiętam, to jeszcze w latach 90. podczas festiwalu panowała prohibicja. Alkoholu nie można było kupić w całej gminie Jarocin.
Próby wprowadzenia prohibicji na czas imprez muzycznych zupełnie nie mają sensu, dlatego że ci, co mają się upić, to i tak to zrobią. Zresztą nie przypadkiem największy festiwal w Polsce organizuje Heineken, producent piwa.

Na twojej stronie internetowej zestawiłeś ranking swoich ulubionych płyt. Większość, jak chociażby czarny album Brygady Kryzys, to nagrania pochodzące sprzed ponad 20 lat. Czy są jeszcze dobre kapele punkowe – i nie tylko – w Polsce?
Pozostałem w gatunku punk rocka, ale to nie oznacza, że słucham wciąż tej samej muzyki. Słucham dużo nowych zespołów, ale z reguły tak jest, że nawet jak jest to kapela, która gra pod jakąś nową nazwą, to osoby tworzące ten zespół są przynajmniej w połowie ludźmi, którzy pamiętają początki polskiej sceny punk. To są ludzie najczęściej po 40-tce, a jak popatrzymy na światową scenę punk, to aż włos się jeży na głowie, że na scenie występują panie i panowie po 50-tce czy 60-tce.

Chyba najlepszym przykładem będzie wokalista U.K. Subs, który dawno już przekroczył 60 lat…
No właśnie, Charlie Harper urodził się w 1944 r. Jest starszy od mojego ojca! Trudno jest mi sobie wyobrazić mojego ojca z wielkim brzuchem, który skacze gdzieś po scenie i krzyczy: Oi! Oi! Oi! To jest smutne, że nie ma młodych kapel. Z drugiej strony bardzo fajnie, że dużo młodych ludzi przychodzi na koncerty punkowe. Jeżeli chcą słuchać punka, to być może zaczną też grać.

Obecny festiwal w Jarocinie też nie promuje jakoś specjalnie młodych muzyków. Mała Scena już nie odgrywa tak ważnej roli jak w latach 80.
To jest bardzo duży błąd, bo jak się popatrzy na stare festiwale, to oczywiście występowały na nim również gwiazdy, ale jednak najciekawszą częścią była prezentacja młodych kapel. Jeżeli popatrzymy na czołówkę sceny alternatywnej w Polsce, to prawie wszyscy przed szerszą publicznością debiutowali w Jarocinie. To były festiwale, które wyłaniały dobre zespoły, a teraz prawie nikt nie słucha tych kapel konkursowych. Zresztą wydaje mi się, że poziom wykonawców na Małej Scenie był podczas ostatnich przeglądów bardzo niski. Zapraszanie zagranicznych wykonawców jest niepotrzebne, bo jak ktoś będzie chciał posłuchać największych gwiazd, to pojedzie na Opene`r do Gdyni.

Bohater twojej powieści pt. „Disorder i ja”, którą promowałeś w Jarocinie, to człowiek – mówiąc delikatnie – nadużywający alkoholu. Jest podstarzałym, trzydziestokilkuletnim punkowcem, któremu nic w życiu się nie udaje. Też pisze, jak ty. Czy spisałeś w tej książce swoje własne doświadczenia?
We wszystkich trzech powieściach, które tworzą cykl „Brudna trylogia” („Melanże z żyletką”, „Xenna moja miłość”, „Disorder i ja”, bardzo dużo czerpię ze swoich doświadczeń. Natomiast nie są to żadne wspomnienia czy pamiętniki. Jeżeli piszesz książki to do pewnego stopnia korzystasz z własnych doświadczeń czy życiorysu. Do pewnego stopnia korzystam też z tego, co zaobserwuję lub podsłucham, co inni mówią. Jest takie ładne zdanie, że „pisarz kradnie ludziom życiorysy”.
Trzeba mieć szeroko otwarte oczy. Ja lubię być w miejscach, gdzie jest brudno, niebezpiecznie, w obskurnych bramach, na dworcach, w przemysłowych dzielnicach i obserwować tych ludzi, którzy tam piją alpagi. Oczywiście, to nie znaczy, że ja od rana wystaję zimą na przystanku tramwajowym i obalam tanie wino, bo tak nie żyję i chyba nie chciałbym tak żyć. Pewnie bym i nie mógł, bo zdrowie by mi na to nie pozwoliło (śmiech). Niemniej dużo korzystam z własnych doświadczeń. Jeżeli piszę o kobietach, to o takich, które mnie się podobają, jeżeli piszę o problemach, to po części też o własnych, jak i o własnych gustach – choćby muzycznych.

Ulubionym pisarzem głównego bohatera „Disorder i ja” jest Günter Grass. Kiedy się przeprowadza, to jedną z nielicznych rzeczy, którą zabiera ze sobą, jest książka „Blaszany bębenek”. Czy Günter Grass to również twój ulubiony pisarz?
Kiedy byłem nastolatkiem, to spodobała mi się twórczość Grassa. Bardzo chciałem go poznać. Ten cel wciąż mi przyświecał, kiedy zdecydowałem się zostać dziennikarzem piszącym o książkach. Przez 10 lat pracowałem w „Rzeczpospolitej”. Byłem krytykiem literackim.
Z Günterem Grassem wiąże się taka zabawna historia, która pokazuje, że w pewnym momencie te dziecięce marzenia się wypalają. Otóż kilka lat temu jechałem pociągiem z przyjacielem do Gdańska, właśnie na rozmowę z Grassem. W pociągu obaliliśmy kilka piw. Na miejscu poszliśmy nad morze. Przez pół nocy chodziliśmy po plaży, pijąc cały czas browary. Dopiero nad ranem wylądowaliśmy w hotelu. Kiedy wstawałem z ciężką głową, to powiedziałem: „Kurde, fajny byłby ten wyjazd, gdyby nie ten cholerny Grass”. Bo pomyślałem, że tu trzeba jeszcze porozmawiać z Grassem, później to spisać, a następnie depeszować do Warszawy. Z wiekiem pożądania mijają, bo zamiast cieszyć się, że będę rozmawiał z moim ulubionym pisarzem, to ja go przeklinałem w duchu, bo miałem kaca. Ale żeby ten kac nie był morałem tej opowieści, to dodam, że jak jest się bardzo młodym, to nie ważne, czy lubisz punkrocka czy hip-hop, ważne jest mieć jakiś cel. Ja zawsze wiedziałem, że będę żyć z czytania książek. Mój ojciec pukał się w czoło, kiedy to mówiłem (śmiech). To były jeszcze czasy PRL-u.

Pracujesz teraz nad jakąś nową książką?Oprócz tych powieści, które wydałem, piszę również książki podróżnicze. Niedawno stworzyłem przewodnik po Albanii. W tym roku zamierzam napisać książkę o wschodniej Ukrainie, bo z kolegą przejechaliśmy autostopem po tej części kraju, która nadal jest bardzo sowiecka i bardziej biedna. Mamy ciekawe materiały zebrane.
W 2008 roku wydałem esej poświęcony kulturze cyfrowej „Śmierć książki. No Future Book”. Akurat ta książka cieszyła się największym powodzeniem. Prawie nie ma tygodnia, abym nie udzielał wywiadów w tej sprawie. Poruszam tam temat m.in. digitalizacji kultury, czyli tego, co będzie z kulturą, która zamiast w formie materialnej będzie docierać do nas w formie plików.

Jak myślisz, kiedy to nastąpi?Myślę, że dość szybko.

Komentarz dla “Kradnę ludziom życiorysy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

22 maja 2019 o godz. 23:44

THX 1138 – zakurzona utopia

Portada-1497642684-726x388

Próbowałem dzisiaj obejrzeć debiutancki film George’a Lucasa „THX 1138”, ale mnie zmęczył i wyłączyłem. Wizje dehumanizacji przyszłości, jakie snuli fantaści lat 50. i 60. dzisiaj są zwyczajnie nie do oglądania. Nic się z tego nie sprawdziło. Zamiast zmechanizowanego świata sterowanych debili, mamy świat wysoko wyspecjalizowanych ekspertów i ludzi, którzy po prostu żyją, ciesząc się pokojem, względnie zdrowiem, rodziną, jako takim dobrobytem. Pomijam biedne kraje świata, ale kraje bogate, które miały być awangardą dehumanizacji, są po prostu krajami jeszcze bogatszymi niż były te 60-70 lat temu i tyle. Nic się nie wydarzyło, końca świata nie było. A nas dzisiaj dużo bardziej martwią zmiany pogody i ekologia, niż widmo cyborgów, robotów i dyktatorów mechanicznego świata. Bo i nie ma świata mechanicznego. Jest świat cyfrowy. Nie masowy, a głęboko zindywidualizowany. Na statkach kosmicznych Lema astronauci mieli biblioteki pełne wydrukowanych książek. A w debiucie Lucasa są pompy, guziki, zegary, masa hydrauliki i mechaniki, natomiast nie ma elektroniki, lub jest analogowo archaiczna. Utopie i lęki z połowy XX wieku nie sprawdziły się i raczej nie sprawdzą. Nie będzie komunizmu, nie będzie rządzących masą maszyn, ani też żadnych dyktatorów maszyn. Prędzej wykończy nas komputerowy wirus niż cyborg-despota. Wydrukowanych książek na Marsa też nikt nie będzie zabierał. Zresztą i samego marsa coraz mniej jesteśmy ciekawi. Zamiast utonąć w masie współczesny człowiek podąża zupełnie przeciwną drogą – chowa się za awatarem indywidualizmu i egoizmu.

21 maja 2019 o godz. 22:24

Jak zostałem pisarzem?

Pisarzem zostaje się bardzo prosto. Wystarczy nic innego, prócz pisania, nie umieć. Jeżeli w młodym wieku odkryjemy smykałkę do innego zawodu, to trzymamy się tej drogi. Jeśli nie potrafimy nic, wówczas zawsze możemy spróbować szczęścia w pisaniu.

13 maja 2019 o godz. 14:32

Kartka z podróży (18) Braga i Bom Jesus

Braga-024

Braga to religijna stolica Portugalii. W czasie Wielkiego Tygodnia, Semana Santa, (od niedzieli Palmowej) centrum miasta zarezerwowane jest dla niezwykle zdobnych procesji. Jest to jedno z najstarszych miast Portugalii – ma ponad 2 tys. lat historii. Jej założycielem był cesarz August.

12 maja 2019 o godz. 14:13

Kartka z podróży (17) Guimarães

Guimares-021

W Guimarães zostałem złapany w pułapkę niekończących się procesji, od kapliczki do obrazu, od rzeźby do kościoła, falujący kolorowy tłum, młodzież z bębnami, strażacy z trąbami, górnicy z tamburynami, winogradnicy z dzwoneczkami, wielkie figury Chrystusa, Matki Bożej, trzech królów, baranki, wianki, obwarzanki, palemki i śliczne panienki. Książa każący i księża śpiewający. Zgiełk, hałas i wielka radość na ulicach. Przebić się przez te tłumy nie sposób, trzeba falować razem z nimi, tańczyć jak zagrają.

10 maja 2019 o godz. 20:04

Kartka z podróży (16) Mateus

Mateus-013

Jakie jest najbardziej znane portugalskie wino? Porto? Madera? Vinho Verde? Nic podobnego. Lekko musujące, różowe, półsłodkie… podobno ulubione wino Saddama Husajna, w piwnicach jego pałacu odnaleziono pokaźne zapasy. Wino Mateus powstało w latach 40. XX wieku w miasteczku Mateus niedaleko Vila Real. Właścicielem marki jest Sogrape, największy producent win w Portugalii. Kiedy się wjeżdża do miasteczka wina Mateus stają właściwie wszędzie, przy każdej budce z hot-dogami, przy każdym sklepiku z pamiątkami. Restauracje wystawiają butelki, wabiąc turystów, choć wino cieszy się raczej kiepską sławą. Gdzie jednak pić Mateusa jak nie w mieście Mateus?

9 maja 2019 o godz. 19:57

Kartka z podróży (15) Amarante

Amarante-004

Miasto nierozerwalnie związane z miłością. Nazwa pochodzi od słowa „amar”, czyli kochać. Każda pierwsza sobota i niedziela czerwca to czas Festa de São Gonçalo, podczas której panowie ofiarowują swoim wybrankom ciasteczka, ciasta czy torty w kształcie fallusa. Dostępne na wielu straganach, w różnych rozmiarach, choć nie wiem czy rozmiar ciastka robi na wybrankach wrażenie…

8 maja 2019 o godz. 19:55

Kartka z podróży (14) Peso da Regua, Pinhão, Sabrosa, Murça i Vila Real

SONY DSC

Dzisiaj nie o winach, lecz o kilku miastach i miasteczkach w regionie Douro, które miałem okazje odwiedzić. Region zawsze był ubogi i rolniczy, więc nie ma tu wielu spektakularnych średniowiecznych katedr czy zamków, a życie płynie wolno, zwłaszcza w miesiącach poprzedzających zbiory i winifikację.

7 maja 2019 o godz. 09:37

Kartka z podróży (13) Wizyta w Quinta da Roêda

Quinta da Roeda

Jedna z najstarszych winnic w Dolinie Douro, mieszcząca się w niewielkiej odległości od centrum miasta Pinhão. Często określana jako klejnot winnic w Dolinie Douro. Firma Croft nabyła posiadłość w 1889 roku i jest to ich flagowa winnica. To z jej winnic głównie tworzy się Vintage Port Croft.

6 maja 2019 o godz. 08:54

Kartka z podróży (12) Wizyta w Quinta das Carvalhas

SONY DSC

Flagowa winnica należąca do Real Companhia Velha. Położona na zboczach nad lewym brzegiem zakola rzeki Douro w Pinhão i na stokach prawego brzegu rzeki Torto. Powierzchnia wynosi aż 600 ha. To największa z winnic w regionie. Na samym szczycie znajduje się Casa Redonda (550 m n.p.m.), obecnie w remoncie, będzie tu hotel, restauracja i miejsce uroczystych degustacji.

5 maja 2019 o godz. 09:24

Kartka z podróży (11) Wizyta w Quinta do Bomfim

Quinta do Bomfim-017

Siedziba porto Dow’s. Nazwa winnicy pochodzi od vale do bomfim – „dobrze położonej doliny”. Parcela została kupiona przez George’a Warre’a dla firmy Dow w 1896 roku. W winnicach Dow pracowało wiele pokoleń rodziny Symington. W 1912 roku Andrew James Symington został partnerem w Dow. Od tego czasu Quinta do Bomfim stała się niemalże domem rodzinnym Symingtonów.