16 lipca 2009 o godz. 10:43

Kradnę ludziom życiorysy

W "Gazecie Jarocińskiej", w specjalnym dodatku przygotowanym na festiwal w Jarocinie w 2009 roku ukazała się rozmowa z Łukaszem Gołębiewskim, którą przeprowadził Patrik Pinczewski.

O jarocińskich festiwalach, podstarzałych punkowcach oraz o tym, jak znany pisarz Günter Grass popsuł udany wypad nad morze ŻYCIE rozmawia z Łukaszem Gołębiewskim, pisarzem, dziennikarzem, krytykiem literackim i wydawcą.

Miasto Jarocin „przewija” się w tle twoich powieści. Wiem, że bywałeś tu w latach 80. Czym były dla ciebie tamte festiwale?
Siłą rzeczy było to bardzo ważne doświadczenie mojego dzieciństwa. Kiedyś Beki Bondage, wokalistka zespołu punkowego Vice Squad, tak powiedziała o członkach kapeli: „Dzisiaj robimy wiele różnych rzeczy, ale punk rock był najfajniejszym sposobem na spędzenie naszej młodości”. Jarocin to jest coś, do czego chętnie się wraca. Pokolenie punk rocka – niezależnie co dzisiaj robi – z sentymentem powraca do czasów zbuntowanej młodości. Jarocin był miejscem, gdzie następowała eksplozja buntu. Tam można było go w miarę, w nieskrępowany sposób okazywać. W gruncie rzeczy milicja też tak często nie interweniowała. Mówi się o cenzurze, która pewnie dotykała wiele zespołów, ale i tak zezwalano na dużo więcej, niż gdzie indziej. Warto o tym pamiętać, że w żadnym innym kraju „demoludów” coś takiego odbyć by się nie mogło.
Generalnie z Jarocinem mam miłe wspomnienia, bo tam nigdy nikt mnie nie okradł, nigdy mnie nikt nie pobił, żadna kobieta nie złamała mi serca (śmiech). Nie wydarzyło się nic takiego, co byłoby albo smutne, albo nie przyjemne.

Kiedy pierwszy raz przyjechałeś do Jarocina?
Było to w 1984 roku. Miałem wówczas 13 lat. Uciekłem z domu. Sam festiwal to było dla mnie bardzo duże przeżycie, bo byłem wtedy dzieciakiem. Miałem też to szczęście, że trafiłem prawdopodobnie na najlepszy festiwal w dziejach Jarocina. Oczywiście, na najlepszy jeśli chodzi o muzykę punk, którą się interesowałem. To był ten rok, kiedy swój słynny koncert zagrała Siekiera, Moskwa, Prowokacja czy Sedes. To był taki rok ofensywy punkowej.

Wiele się mówi o tym, że Jarocin w tamtym czasie był tzw. „wentylem bezpieczeństwa”, czyli zebrać młodzież w jednym miejscu i mieć nad nią kontrolę…
Jak człowiek miał 13 lat, to w ogóle się nad tym nie zastanawiał. Dla mnie było to uczestniczenie w niezwykłym wydarzeniu, jak na ówczesne lata w Polsce.
Właśnie parę godzin temu wróciłem z Berlina z festiwalu „Punk & Disorderly”, jednego z większych festiwali punkowych w Europie. Jednak dzisiaj są inne czasy i człowiek na takie rzeczy już inaczej patrzy. Wtedy, w PRL-u takich imprez prawie w ogóle nie było, a o tym, żeby pojechać gdzieś na Zachód i zobaczyć, jak wyglądają duże rockowe festiwale, to nie było mowy. Wówczas Jarocin był bezprecedensowym wydarzeniem w tej części Europy. Niezależnie, jakie cele przyświecały organizatorom, to zarówno dla zespołów, jak i uczestniczącej w tym młodzieży, było to niezapomniane przeżycie. Byłem jeszcze na festiwalu w 1985 r., po którym odpuściłem sobie przyjazdy na festiwal na wiele lat. Po prostu muzycznie coraz mniej mi to odpowiadało. Potem już dotarłem na nowe festiwale w 2006 i 2007 r. W 2008 r. już nie dojechałem, bo wydaje mi się, że zaczęto odchodzić od muzyki alternatywnej.

Jak w twojej ocenie, człowieka zajmującego się zawodowo ocenianiem wydarzeń kulturalnych, wypada porównanie starych i nowych festiwali?
Inaczej patrzy na takie wydarzenie facet trzydziestokilkuletni, a inaczej dzieciak. Do starych festiwali mam bardzo dużą nostalgię, bo jak człowiek jest mniejszy, to patrzy na wszystko większymi oczami i bardziej go to fascynuje.
Uważam, że popełniono błąd robiąc z festiwalu w Jarocinie kolejny festiwal rockowy, których w Polsce jest teraz bardzo dużo i to w dodatku w miejscowościach bardziej atrakcyjnych, jak chociażby Opene`r w Gdyni. Ludzie jadą na festiwal, w którym grają bardzo dobre kapele, i mają jeszcze morze.
W zeszłym roku pojechałem na festiwal punkowy do Czech, który był w tym samym okresie, co Jarocin. Tam były cztery sceny, gdzie za te same pieniądze można było zobaczyć światowa czołówkę punk rocka, np. Subhumans czy Vice Squad. Ten festiwal był naprawdę świetnie zorganizowany.
W przeciwieństwie do innych miast, w których odbywają się festiwale, na pochwałę zasługuje zachowanie jarocińskiej policji. Być może są to doświadczenia ze starych festiwali. Np. w Węgorzewie policja niepotrzebnie zaczepia młodzież wypytując o dokumenty, pouczając. Za to fatalne doświadczenia mam z ochroniarzami w Jarocinie. Z festiwalem dla młodzieży alternatywnej wiążą się różne gadżety, jak np. pasek z ćwiekami. Takich rzeczy, niestety, nie można wnosić na teren festiwalowy. Polska jest jedynym krajem, w którym się na takie rzeczy nie pozwala. Ponadto nigdzie nie spotkałem się z taką ilością formalności przy zameldowaniu na polu namiotowym. Paranoją jest również zakaz wnoszenia swojego alkoholu na pole namiotowe, gdy obok stoi stanowisko, gdzie się sprzedaje alkohol. To zakrawa na hipokryzję.
Oczywiście, w latach 80. w ogóle nie można było alkoholu sprzedawać, jednak to nie zdawało egzaminu. Ludzie i tak handlowali pokątnie, a milicja przymykała na ten proceder oko.

O ile dobrze pamiętam, to jeszcze w latach 90. podczas festiwalu panowała prohibicja. Alkoholu nie można było kupić w całej gminie Jarocin.
Próby wprowadzenia prohibicji na czas imprez muzycznych zupełnie nie mają sensu, dlatego że ci, co mają się upić, to i tak to zrobią. Zresztą nie przypadkiem największy festiwal w Polsce organizuje Heineken, producent piwa.

Na twojej stronie internetowej zestawiłeś ranking swoich ulubionych płyt. Większość, jak chociażby czarny album Brygady Kryzys, to nagrania pochodzące sprzed ponad 20 lat. Czy są jeszcze dobre kapele punkowe – i nie tylko – w Polsce?
Pozostałem w gatunku punk rocka, ale to nie oznacza, że słucham wciąż tej samej muzyki. Słucham dużo nowych zespołów, ale z reguły tak jest, że nawet jak jest to kapela, która gra pod jakąś nową nazwą, to osoby tworzące ten zespół są przynajmniej w połowie ludźmi, którzy pamiętają początki polskiej sceny punk. To są ludzie najczęściej po 40-tce, a jak popatrzymy na światową scenę punk, to aż włos się jeży na głowie, że na scenie występują panie i panowie po 50-tce czy 60-tce.

Chyba najlepszym przykładem będzie wokalista U.K. Subs, który dawno już przekroczył 60 lat…
No właśnie, Charlie Harper urodził się w 1944 r. Jest starszy od mojego ojca! Trudno jest mi sobie wyobrazić mojego ojca z wielkim brzuchem, który skacze gdzieś po scenie i krzyczy: Oi! Oi! Oi! To jest smutne, że nie ma młodych kapel. Z drugiej strony bardzo fajnie, że dużo młodych ludzi przychodzi na koncerty punkowe. Jeżeli chcą słuchać punka, to być może zaczną też grać.

Obecny festiwal w Jarocinie też nie promuje jakoś specjalnie młodych muzyków. Mała Scena już nie odgrywa tak ważnej roli jak w latach 80.
To jest bardzo duży błąd, bo jak się popatrzy na stare festiwale, to oczywiście występowały na nim również gwiazdy, ale jednak najciekawszą częścią była prezentacja młodych kapel. Jeżeli popatrzymy na czołówkę sceny alternatywnej w Polsce, to prawie wszyscy przed szerszą publicznością debiutowali w Jarocinie. To były festiwale, które wyłaniały dobre zespoły, a teraz prawie nikt nie słucha tych kapel konkursowych. Zresztą wydaje mi się, że poziom wykonawców na Małej Scenie był podczas ostatnich przeglądów bardzo niski. Zapraszanie zagranicznych wykonawców jest niepotrzebne, bo jak ktoś będzie chciał posłuchać największych gwiazd, to pojedzie na Opene`r do Gdyni.

Bohater twojej powieści pt. „Disorder i ja”, którą promowałeś w Jarocinie, to człowiek – mówiąc delikatnie – nadużywający alkoholu. Jest podstarzałym, trzydziestokilkuletnim punkowcem, któremu nic w życiu się nie udaje. Też pisze, jak ty. Czy spisałeś w tej książce swoje własne doświadczenia?
We wszystkich trzech powieściach, które tworzą cykl „Brudna trylogia” („Melanże z żyletką”, „Xenna moja miłość”, „Disorder i ja”, bardzo dużo czerpię ze swoich doświadczeń. Natomiast nie są to żadne wspomnienia czy pamiętniki. Jeżeli piszesz książki to do pewnego stopnia korzystasz z własnych doświadczeń czy życiorysu. Do pewnego stopnia korzystam też z tego, co zaobserwuję lub podsłucham, co inni mówią. Jest takie ładne zdanie, że „pisarz kradnie ludziom życiorysy”.
Trzeba mieć szeroko otwarte oczy. Ja lubię być w miejscach, gdzie jest brudno, niebezpiecznie, w obskurnych bramach, na dworcach, w przemysłowych dzielnicach i obserwować tych ludzi, którzy tam piją alpagi. Oczywiście, to nie znaczy, że ja od rana wystaję zimą na przystanku tramwajowym i obalam tanie wino, bo tak nie żyję i chyba nie chciałbym tak żyć. Pewnie bym i nie mógł, bo zdrowie by mi na to nie pozwoliło (śmiech). Niemniej dużo korzystam z własnych doświadczeń. Jeżeli piszę o kobietach, to o takich, które mnie się podobają, jeżeli piszę o problemach, to po części też o własnych, jak i o własnych gustach – choćby muzycznych.

Ulubionym pisarzem głównego bohatera „Disorder i ja” jest Günter Grass. Kiedy się przeprowadza, to jedną z nielicznych rzeczy, którą zabiera ze sobą, jest książka „Blaszany bębenek”. Czy Günter Grass to również twój ulubiony pisarz?
Kiedy byłem nastolatkiem, to spodobała mi się twórczość Grassa. Bardzo chciałem go poznać. Ten cel wciąż mi przyświecał, kiedy zdecydowałem się zostać dziennikarzem piszącym o książkach. Przez 10 lat pracowałem w „Rzeczpospolitej”. Byłem krytykiem literackim.
Z Günterem Grassem wiąże się taka zabawna historia, która pokazuje, że w pewnym momencie te dziecięce marzenia się wypalają. Otóż kilka lat temu jechałem pociągiem z przyjacielem do Gdańska, właśnie na rozmowę z Grassem. W pociągu obaliliśmy kilka piw. Na miejscu poszliśmy nad morze. Przez pół nocy chodziliśmy po plaży, pijąc cały czas browary. Dopiero nad ranem wylądowaliśmy w hotelu. Kiedy wstawałem z ciężką głową, to powiedziałem: „Kurde, fajny byłby ten wyjazd, gdyby nie ten cholerny Grass”. Bo pomyślałem, że tu trzeba jeszcze porozmawiać z Grassem, później to spisać, a następnie depeszować do Warszawy. Z wiekiem pożądania mijają, bo zamiast cieszyć się, że będę rozmawiał z moim ulubionym pisarzem, to ja go przeklinałem w duchu, bo miałem kaca. Ale żeby ten kac nie był morałem tej opowieści, to dodam, że jak jest się bardzo młodym, to nie ważne, czy lubisz punkrocka czy hip-hop, ważne jest mieć jakiś cel. Ja zawsze wiedziałem, że będę żyć z czytania książek. Mój ojciec pukał się w czoło, kiedy to mówiłem (śmiech). To były jeszcze czasy PRL-u.

Pracujesz teraz nad jakąś nową książką?Oprócz tych powieści, które wydałem, piszę również książki podróżnicze. Niedawno stworzyłem przewodnik po Albanii. W tym roku zamierzam napisać książkę o wschodniej Ukrainie, bo z kolegą przejechaliśmy autostopem po tej części kraju, która nadal jest bardzo sowiecka i bardziej biedna. Mamy ciekawe materiały zebrane.
W 2008 roku wydałem esej poświęcony kulturze cyfrowej „Śmierć książki. No Future Book”. Akurat ta książka cieszyła się największym powodzeniem. Prawie nie ma tygodnia, abym nie udzielał wywiadów w tej sprawie. Poruszam tam temat m.in. digitalizacji kultury, czyli tego, co będzie z kulturą, która zamiast w formie materialnej będzie docierać do nas w formie plików.

Jak myślisz, kiedy to nastąpi?Myślę, że dość szybko.

Komentarz dla “Kradnę ludziom życiorysy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

7 sierpnia 2020 o godz. 12:17

Nowy numer Aqua Vitae online

Udostępniliśmy już bezpłatnie do czytania najnowszy numer magazynu Aqua Vitae. Oczywiście wszyscy prenumeratorzy i sprzedawcy otrzymają egzemplarz także w formie papierowej. Jeżeli będziecie chcieli nas wesprzeć, to zajrzyjcie proszę tutaj: https://zrzutka.pl/spirits i wpłaćcie co łaska. A oto link do najnowszego numeru: https://issuu.com/spirits.com.pl/docs/aquavitae_4-34_-_internet.

12 lipca 2020 o godz. 21:57

Leniuszek vs Kłamczuszek

vote-voting-voting-ballot-box

Dane exit-pool pokazują to, o czym było wiadomo, że połowa Polaków będzie miała po wyborach kaca. Obaj kandydaci dostali prawie tyle samo głosów. Swojego głosu nie oddałem. Słuchając komunikatów obu sztabów wyborczych dowiadywałem się, że wybór jest między Leniuszkiem a Kłamczuszkiem. Jak w przedszkolu. Licytacja, kto więcej obieca przybrała poziom takiej żenady, że postanowiłem być od tego z daleka. Te wybory doprowadziły do jeszcze większych podziałów, do jeszcze większej wrogości dwóch obozów politycznych, które dawno są skompromitowane. Wygląda to słabo, ale w takiej Polsce żyjemy od lat. Nawet ogromny kryzys w jakim znalazł się świat, nie dał impulsu do czegoś nowego, pozytywnego. Przekaz wyborczy był albo negatywny, albo zbudowany na obietnicach rozdawnictwa. Którykolwiek z nich wygrał, czekają nas bardzo trudne lata.

29 czerwca 2020 o godz. 23:17

Kowid

being-alone-alone-archetype-archetypes

Brzmi jak Zbowid, albo jak Covid, ale tak sobie wyobrażam dalszą drogę Hołowni – Komitet Obrony Wolności i Demokracji. Tylko wszystko to już było. Hołownia ma lepszą aparycję, a Kukiz lepszy głos. Wynik wyborów to dla mnie zaskakująco kompromitująca porażka Kosiniaka-Kamysza, zaskakujący i niezrozumiały sukces Bosaka. Poza tym nic mnie nie dziwi. Lewica kolejny raz zakpiła sama z siebie. Polaryzacja sceny nienawiści ma się dobrze – PO-PiS to nie jest żaden wybór. Albo może delikatny, między nieudacznictwem a dyktaturą. Chciałoby się czegoś innego, ale nie ma. Nie głosowałem. Mam od cholery roboty. Nawet wsiałem na rower, podjechałem pod mój punkt wyborczy, ale zabrakło im kart do głosowania, kolejka była na dwie godziny. Sorry Vinnetou, ale aż tyle czasu to ja nie mam, muszę zapierdalać. W drugiej turze zamówię sobie głosowanie do domu. A podsumowując wątek tego jak i za ile głosować, to skoro mogę płacić blikiem, to dlaczego nie mogę tak samo głosować? Wiem, wiem, jestem obojętny na sprawy ojczyzny i narodu, ale wydaje mi się, że skoro moje 100 zł jest bezpieczne w transakcji online, to głos też jakoś przeleci. Ale to dygresja, nie jestem ekspertem od zabezpieczeń online. Gdybym miał oddać głos, to bym głosował na Kosiniaka-Kamysza, czyli dobrze, że nie oddałem, bo głupio jest głosować na sromotnie przegranych. Ale może też i głupio na wygranych… Jak listonosz przyniesie zestaw na drugą turę, to spróbuję, doświadczenie mnie jednak uczy, że wygrywa ten, kto pracuje, a nie ten, co głosuje. Chociaż, co ja tam wiem… pewnie wygrywa ten, co bliżej koryta, a ja pracuję żeby mu sfinansować podatkami pensję.

14 czerwca 2020 o godz. 18:08

Ucho igielne

Mysliwski_Ucho-igielne_500pcx

Wspaniała opowieść, kolejna jego wielka książka Wiesława Myśliwskiego. Nigdzie się nie zaczyna, nigdzie się nie kończy, zawiera w sobie wiele różnych opowieści, nie dokończonych, urwanych, ale razem składają się na opowieść o ludzkim losie, o przemijaniu, o krótkotrwałości wszystkiego. Co z tego jak się rozwinie ta, czy inna historia, skoro zawsze każda z nich będzie miała koniec, los nasz napiętnowany jest końcem. Bohater jest profesorem historii, ale to książka o tym, że nie ma jednej historii, że nie ma ogólnej historii, są tylko fragmenty, są relacje, wspomnienia, które znaczą tyle tylko, ile chcemy im poświęcić uwagi. Oczywiście, są też sprawy bezwzględne, wykraczające poza los jednostki, w „Uchu igielnym” mamy w tle drugą wojnę światową, getto, komunizm i to, co po komunizmie. Są nieszczęścia, kataklizmy, wykraczające poza te pojedyncze głosy, poza opowieści o miłościach, rozczarowaniach, ambicjach, niedomaganiach, chorobach, jakiejś śmierci, jakiejś niedogodności, jakiejś chwili radości, sukcesu. „Ucho igielne” opowiada jednak przede wszystkim o tych wszystkich drobnych rzeczach, na które składa się nasze życie, do ram historii jakoś każdy się musi dostosować, a to jak to zrobi, to już jego sztuka wyboru, albo umiejętność, dojrzałość, albo fart zwyczajny. Bohater raz jest dojrzały, raz nie jest, raz jest stary, raz młody, bo przeplatają się narracje z różnych okresów jego życia, ale i wiek nie ma znaczenia, bo człowiek może być i stary i młody zarazem, niezależnie od wieku. Czym zaś jest tytułowe „Ucho igielne”? Ludzką niemożliwością. W Biblii czytamy, że „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”. Jest też wieczną poczekalnią, miejscem, które filtruje marzenia i pragnienia, pozbawia wiary, że warto dalej próbować. Nie warto. Bohater powieści Myśliwskiego raczej ucieka niż poszukuje, raczej porzuca, niż zdobywa, raczej tęskni, niż pragnie. Nie on jest tu bowiem ważny, lecz pamięć pojedynczych osób, składająca się na pozbawioną linearności opowieść o wspólnym losie. Czy bogaty, czy biedny, czy ślepy, czy garbaty, czy wielbłąd, los każdego jest na koniec jednakowy. Dlatego powieść się urywa, znasz, czytelniku, zakończenie.

13 czerwca 2020 o godz. 17:14

Łukasz Klesyk o książce „Gin”

gin_ksiazka

„Gin wraca na salony. Taką tezę stawia Łukasz Gołębiewski w swojej książce „Świat wykwintnych alkoholi. Gin”. Nie sposób się z nią nie zgodzić. Nie sposób też nie docenić talentu dydaktycznego autora i jego ciężkiej pracy – publikacja zawiera historię jałowcowego napitku w pigułce, opis technologii jego wytwarzania i ponad sto notek degustacyjnych” – chwali Łukasz Klesyk w recenzji książki, której całość można przeczytać na stronie Winicjatywy: https://winicjatywa.pl/gin-wraca-na-salony/#post-196887.

9 czerwca 2020 o godz. 15:36

Whisky Talks

103275082_2861500544169616_8843027789163528192_o

Whisky My Life opublikowało rozmowę o whisky z Łukaszem Gołębiewskim w ramach cyklu „Whisky Talks”, także w wersji angielskiej: https://whiskymylife.wordpress.com/2020/06/05/whisky-talks-5-lukasz-golebiewski. Pytania zadawał Piotr Stachura. Wcześniej w cyklu ukazały się rozmowy z: Davem Broomem, Adamem Frankowskim, Alasdairem Day i Rafałem Nawrotem, a kolejna będzie z Fergusem Simpsonem.

30 maja 2020 o godz. 23:40

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover-33

Ukazał się nowy numer (3/2020) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

20 maja 2020 o godz. 23:10

Nowy numer Aqua Vitae online

av_3_20

Udostępniliśmy już bezpłatnie do czytania najnowszy numer magazynu Aqua Vitae. Oczywiście wszyscy prenumeratorzy i sprzedawcy otrzymają egzemplarz także w formie papierowej. Jeżeli będziecie chcieli nas wesprzeć, to zajrzyjcie proszę tutaj: https://zrzutka.pl/av i wpłaćcie co łaska. A oto link do najnowszego numeru: https://issuu.com/spirits.com.pl/docs/aquavitae_3-33_-net.

18 maja 2020 o godz. 13:05

Biedaki, nie dostali w rządzie premii!

emilewicz

Wicepremier Emilewicz zabrała głos w sprawie uposażeń pracowników państwowej administracji. „Premier Morawiecki i tak wstrzymał dodatkowe nagrody w całej administracji. To bardzo trudne dla nas” – powiedziała w rozmowie z Radiem Zet. O, to biedaki! Ludzie tracą pracę, mają obcinane zarobki, a elity płaczą nad brakiem dodatkowych nagród! Wstyd takie rzeczy mówić. Policja pałuje protestujących, a jedyna odpowiedź rządu, to użalanie się, że przyjdzie poczekać na wstrzymana premię! (nie zabraną, żeby przekazać na inne cele, a wstrzymaną, pewnie zostanie wypłacona ze stosownymi odsetkami, sic!).

17 maja 2020 o godz. 13:35

Gaz na ulicach

SONY DSC

Wczoraj rozbisurmaniona przez rząd policja w Warszawie brutalnie zaatakowała protestujących przedsiębiorców. Zasłaniając się koronawirusem policja nadużywa uprawnień z pełną dowolnością, dając po łapach tym, którzy są niewygodni. A państwowe radio, zdejmuje z anteny nieprzychylne władzy piosenki. Komuno wróć! Przedsiębiorcy wystosowali całkowicie słuszne i w części bardzo proste do natychmiastowego wprowadzenia postulaty, m.in.: „maksymalna, odpowiednia do skali kryzysu redukcja w administracji publicznej, obniżenie wynagrodzeń do minimalnej krajowej w ministerstwach, agencjach, funduszach skarbu państwa, zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na finansowanie wsparcia dla MSP i obniżki danin – ZUS, podatków i VAT”. Tylko przyklasnąć. Do tego chcieli dymisji premiera i ministra zdrowia, ale to chyba na zasadzie, że w przypadku negocjacji będzie od czego odstąpić. Urzędasy i ministrowie mogli dać godny Chrześcijan przykład solidarności ze społeczeństwem i zrezygnować z apanaży, a władza z komfortu świty służalców, korona z głowy dyrektorowi departamentu nie spadnie jak sam wykona proste czynności, które na co dzień deleguje zastępcom i podwładnym. Protestujący nie wzięli jednak pod uwagę prostego wyjścia władzy – nie będzie negocjacji, będzie przemoc. Gaz, w ruch poszły pałki, a wytłumaczenie proste – w czasach pandemii skupiska ludzi są nielegalne. Reżim kocha pandemię, a policja, tak jak w czasach, kiedy była milicją, z radością przyłącza się do tańca przemocy, wszak pacyfiści raczej nie wybierają pracy w mundurze. Bezkarna przemoc, policmajster psychopata, który nie tak dawno zamordował młodego chłopaka w Koninie pozostanie jednym z symboli tych zarażonych czasów. Wirus nienawiści rozprzestrzenił się w Polsce tak skutecznie, że stał się epidemią straszniejszą od koronawirusa.

escort bayan trabzon escort bayan yalova escort bayan edirne escort bayan manisa bursa görükle escort