8 czerwca 2011 o godz. 10:58

Kora ma 60 lat

/wp-content/uploads/2011/06/Kora_von_Maanam_beim_Fest_Karlsruhe_1985

Zawsze pełna elegancji, o nieprawdopodobnym zdolnościach wokalnych i ekspresji. Kora kończy dziś 60 lat, trudno w to uwierzyć patrząc na jej dziewczęcy uśmiech.
Kiedyś, chyba w 1997 roku robiłem duży materiał dziennikarski o Oldze Jackowskiej "Korze" dla "Rzeczpospolitej". Rozmawialiśmy w jej warszawskim mieszkaniu, urządzonym ze smakiem z pewnymi akcentami orientu czy też zwyczajnie hippisowskiej estetyki. Trudno uwierzyć, że to minęło prawie 15 lat od tamtego spotkania. Autoryzacja tekstu była przyjemną towarzyską pogawędką, Kora nie jest kapryśna jak wiele gwiazd, a jej silna osobowość sprawia, że sama buduje swój wizerunek, nie musząc oglądać się na opinie innych. Odgrzebałem tamten stary tekst poprzetykany wypowiedziami Kory i innych osób, ukazał się pod tytułem "Olga Jackowska: Pani świata zmarłych" w cyklu "Zbliżenie".

Kora of Maanam, ‚Das Fest’ 1985 in Karlsruhe/Germany, autor: Herrzipp, Wikimedia Commons, licencja CC

– Najgorsze jest życie jałowe. Przeciwko takiemu życiu rodzi się we mnie bunt. Człowiek powinien zadać sobie pytanie, co jest istotą jego życia. Istotą mojego jest uczuciowość, otwartość na to, co się dookoła mnie dzieje. Cieszy mnie piękno. W pięknie jest Bóg, sakrum. Człowiek powinien dążyć do piękna, niestety coraz więcej widzę wokół siebie ohydy – mówi Olga Jackowska, Kora, jedna z najpopularniejszych piosenkarek rockowych.
Kora, zwana też w mitologii Persefoną, miała być córką Demeter i Zeusa. Po uprowadzeniu przez Hadesa stała się panią świata zmarłych. Pseudonim ten nadali Oldze Jackowskiej w końcu lat 60 przyjaciele-hippiesi, których niekonwencjonalny styl życia zafascynował przyszłą piosenkarkę.
Jej rodzina wywodzi się z Kresów. Ojciec wcześnie zmarł, a matka nie była w stanie sama prowadzić dużego domu – Kora miała siostrę i trzech braci. Od czwartego roku życia do drugiej klasy szkoły podstawowej wychowywała się w prowadzonym przez zakonnice domu dziecka w Jordanowie. Potem mieszkała w suterenie, żyła w ubóstwie. Jej bracia zmarli w młodym wieku, Kora-Persefona oparła się jednak urokom Hadesa, choć kilkakrotnie usiłowała popełnić samobójstwo.
– Wierzę w anioły – mówi Olga Jackowska. – Mam swojego anioła stróża, który stale nade mną czuwał, także i dzisiaj wiem, że jest gdzieś obecny. Nie wiem, jakie jest jego imię. Może jest nim dzisiaj moja mama. Ale niezależnie od tego, co w życiu zakosztowałam, zawsze wiedziałam, co jest dobre, co złe. Dlatego nigdy nie zanurzyłam się w bagnie.
Koniec lat 60. to pierwsze zloty hippiesowskie w Polsce, rewolucja w sztuce, czas „burzy i naporu”. Fascynacja wolnością. Na ten okres datują się pierwsze kontakty Kory z artystycznym światem Krakowa, w którym wówczas mieszkała. Znajomość z Tadeuszem Kantorem, artystami z Piwnicy pod Baranami, Piotrem Markiem – awangardowym bardem, którego piosenki później miała nagrać z zespołem Pudelsi na płycie „Bella Puppa”.
– Żyłam wtedy bardzo intensywnie, poznałam dużo ludzi, zetknęłam się ze zjawiskami artystycznymi typu happening  – wspomina Kora. – Lata 70. to był taki ostatni zryw ptaka. Wszystko było piękniejsze, niż dziś. Spotykałam się ze znajomymi w Krzysztoforach, tylko po to, by z nimi porozmawiać. Dzisiaj młodych ludzi w ogóle rozmowy nie interesują, liczy się dla nich przede wszystkim szmal. Rośnie pokolenie bezideowe, bez wyobraźni. Mam taką wrażliwość, że wkurza mnie, kiedy wokół widzę nudę i bezmyślną agresję. Sama zawsze starałam się iść naprzód, szukać czegoś, co nada bieg memu życiu. A dzisiaj otacza mnie potworny intelektualny marazm.
Podczas jednego z koncertów Olga poznała Marka Jackowskiego grającego wówczas z zespołem „Vox Gentis”. 
– Przyjechaliśmy z Łodzi, gdzie studiowałem do Piwnicy pod baranami w Krakowie – wspomina Marek Jackowski. – Po raz pierwszy zobaczyłem Korę, kiedy siedziała przed wejściem do Piwnicy – już po koncercie – na naszych wzmacniaczach. Miała czarne długie włosy i waziutkie dżinsy. Bardzo mi się spodobała. Potem spotykałem ją u różnych znajomych, wszystko to działo się w środowisku krakowskich hippiesów i artystów. Pobraliśmy się w niecałe dwa lata po pierwszym spotkaniu. Na nasz ślub przyszli m.in. Zygmunt Konieczny i Ewa Demarczyk.
W 1972 roku urodził im się syn – Mateusz. Marek zaczął wówczas występować z grupą „Ossjan”, a Kora po raz pierwszy – u jego boku – wystąpiła na scenie.
– Podśpiewywała sobie w domu i stwierdziłem, że ma całkiem niezły głos – mówi Marek Jackowski. – Pomyślałem, że powina występować na scenie i tak zaczęła się jej piosenkarska przygoda.
– Zawsze lubiłam śpiewać i występować publicznie. Jeszcze w domu dziecka śpiewałam i recytowałam wiersze. Potem występowałam na apelach w szkole podstawowej, doprowadzając dyrektora do łez. W liceum śpiewałam w zespole „Bazyliszki”. W Ossjanie występowałam jednak, jako żona Marka Jackowskiego i nie było to nic wielkiego. Potem graliśmy w trio z Johnem Porterem, cały czas jednak traktowaliśmy te nasze występy, jako zabawę. Dopiero, jak Porter odszedł i rozpoczął własną karierę, zaczęliśmy poważniej myśleć, co dalej.
W 1977 roku powstał Maanam – zespół, który zrobił szybką karierę, a Korze przyniósł sławę świetnej wokalistki. Najpierw śpiewali piosenki Portera, potem coraz częściej własne utwory, do których teksty zaczęła pisać Olga Jackowska. Jej pierwsze piosenki: „Hamlet”, „Stoję, stoję” mówiące o codziennych problemach człowieka trafiły do młodej publiczności.
– Pisałam i nadal piszę o sprawach, które mnie niepokoją, o swoich nastrojach, o wydarzeniach, które dotyczą mnie lub znane mi osoby. Mój pierwszy przebój opowiadał o staniu. Był w tym humor, ale nie było patetyczności. A młodzież miała dość patosu i chyba dlatego utożsamiała się z moimi tekstami.
– Według mnie Kora trochę za dużo dziwaczy – mówi Andrzej Ibis Wróblewski. – Stara się przedstawić swój dystans do świata, ale robi to w zbyt oczywisty sposób. Swojemu głosowi nadaje sztuczną artykulację. Ale jest to niezwykle urodziwa dama, co na estradzie ma ogromne znaczenie.
W 1980 roku Maanam nagrał swoją pierwszą płytę długogrającą. Znalazły się na niej takie przeboje, jak „Żądza pieniądza”, „Buenos Aires”, „Stoję, stoję” czy „Szał niebieskich ciał”. Zespół dużo koncertował, występował na największych w kraju festiwalach, m.in. w Jarocinie i Opolu.
– Na pierwszą płytę złożyły się piosenki, które stanowiły podsumowanie naszej trzyletniej działalności. Pamiętam, że wchodziłam do studia nagraniowego, bez specjalnych emocji. Szczerze mówiąc nawet nie wiedziałam, co to jest studio. Ale szybko się tam odnalazłam. Nie myśleliśmy wówczas o karierze. Nikt zresztą nie stawiał nam wówczas takich wymagań. Nikt nie mówił, ta płyta ma być taka, ten utwór tak zaśpiewany. Nie znaliśmy słowa promocja, nie mieliśmy żadnej koncepcji, jak powinna wyglądać nasza droga artystyczna. Dla mnie najlepszą nagrodą za pracę była możliwość ciągłych wyjazdów. Mam trochę cygański charakter i fascynowało mnie to życie w podróży, ciągle poza domem. Wracałam zmęczona z trasy i już chciałam być gdzie indziej. Poza tym zawsze uwielbiałam scenę. Najlepiej czuję się w łóżku i na scenie. Gdy staję przed publicznością czuję, że teraz wszystko zależy tylko ode mnie. To wielkie wyzwanie, a ja takich wyzwań wciąż potrzebuję.
W stanie wojennym zespół koncertował głównie za granicą. Pojechali w trasę po Holandii, Francji i Niemczech Zachodnich. W Danii wystąpili na festiwalu Roskilde w towarzystwie takich gwiazd, jak Simple Minds i Siouxsie and The Banshees. Nagrali także kolejne płyty: „O!” oraz „Nocny patrol” i „Wet Cat”. Przy realizacji dwóch ostatnich albumów z Maanamem współpracował angielski producent Neil Black. Wywarł on duży wpływ na stylistykę zespołu. Piosenki stały się dużo spokojniejsze, więcej w nich ciepła i melancholii, niż agresji.
W 1984 roku zaproponowano Korze, by wystąpiła z Maanamem podczas zjazdu młodzieży komunistycznej w Sali Kongresowej Pałacu Kultury. W honorowej loży na koncercie zasiąść miał premier ZSRR Nikołaj Ryżkow. Kora odmówiła. W odwecie zabroniono puszczania utworów Maanamu w radio i telewizji, atmosfera wokół zespołu była coraz gorsza. Wcześniej Kora rozstała się z Markiem Jackowskim, w zespole narastały konflikty.
– Trudno mi było godzić pracę z małżeństwem – wspomina Kora. – Cały czas spędzałam z mężem – byłam z nim w domu i na scenie. Ze sceny schodziliśmy w wojowniczych nastrojach i taką atmosferę przenosiliśmy do prywatnego życia. Sprawy osobiste z pewnością miały wpływ na decyzję o rozwiązaniu zespołu w styczniu 1985 roku. Podstawowym problemem był jednak nie mój rozwód z mężem, a moje ogromne zmęczenie uzależnieniem Marka i pozostałych członków grupy.
– Byliśmy zmęczeni psychicznie i fizycznie – mówi Marek Jackowski. – Ja i pozostali muzycy nie potrafiliśmy sobie poradzić z alkoholizmem i problemami rodzinnymi i zespół musiał się rozpaść.
Po rozstaniu z Maanamem Kora nagrała m.in. płytę z zespołem Pudelsi do tekstów Piotra Marka oraz album ze śpiewanymi przez siebie piosenkami Kabaretu Starszych Panów. Z Markiem Jackowskim nagrała także w 1986 roku płytę „Się ściemnia”. Koncertowała wykonując piosenki z repertuaru Agnieszki Osieckiej.
Kora dostawała też zaproszenia na wyjazdy z koncertami do ośrodków polonijnych w Stanach Zjednoczonych. Systematycznie odmawiała, tłumacząc że nie ma zespołu. W końcu wyjechała z Markiem Jackowskim i wynajętymi muzykami.
– Na miejscu okazało się, że z tymi nowymi ludźmi nie można pracować – mówi Kora. – Jednocześnie muzycy z dawnego Maanamu stanęli na nogi. Postanowiliśmy reaktywować zespół. Teraz moje kontakty z kolegami z zespołu są jednak dużo bardziej zawodowe, mniej osobiste.
– Wielu ludzi nie wierzyło, że Maanam przestał istnieć – wspomina Marek Jackowski. – Cały czas przychodziły nowe propozycje koncertów. Kiedy wszyscy członkowie zespołu odzyskali formę, uporali się z nałogiem, podchowali dzieci mogliśmy wreszcie reaktywować grupę w dawnym składzie. Przy okazji zmienił się system, pojawił sięe profesjonalny rynek muzyczny. Wydaje mi się, że dopiero dzisiaj mamy szansę pokazać, na co naprawdę nas stać.
Nowy Maanam nagrał dotychczas trzy płyty: „Derwisz i Anioł”, „Róża” i, ostatnio, „Kolekcjoner”. Producentem nagrań i zarazem menadżerem zespołu jest Kamil Sipowicz, z którym Olga Jackowska żyje od wielu lat, mają razem syna – Szymona. Kamil pisze także czasami teksty dla Maanamu, jest współautorem książki „Podwójna linia życia” będącej autobiografią Kory.
– Poznaliśmy się w 1974 roku – wspomina Kamil Sipowicz. – Współpracowałem z Maanamem od początku istnienia zespołu, pisałem dla nich teksty, m.in.: „Odlot”, „Derwisz”, „Jest taka pora”. Od 1991 roku jestem menadżerem zespołu, założyłem firmę Kamiling, która wydaje ich płyty. Nad koncepcją promocji Maanamu pracuję wspólnie z Korą, dużo pomysłów ma także Marek Jackowski. Korze trudno jest jednak łączyć życie prywatne z zawodowym. Brakuje jej prywatności. Zwykle gdzieś wyjeżdża, kiedy ma napisać nowy tekst piosenki.
Olga Jackowska mieszka obecnie w Warszawie, choć jej ulubionym miastem jest Kraków, w którym spędziła dzieciństwo.
– Te kamienice, uliczki, drzewa to był mój czarodziejski ogród. ĺwiat mojej młodości jednak przeminął. W miejsce tych pięknych drzew postawiono bloki. Nic dziwnego, że postrzegam świat w czarnych barwach, skoro ludzie zniszczyli tyle piękna i w to miejsce stworzyli tyle rzeczy ohydnych.
W czasie ostatnich wyborów parlamentarnych Jackowska wystąpiła z poparciem dla Kongresu Liberalno-Demokratycznego, który ostatecznie nie przekroczył wymaganego przez ordynację 5 procentowego progu i nie wszedł do Sejmu.
– Kongres proponował zindywidualizowany stosunek do świata. Nie zgłaszali roszczeń, czyli tego, do czego przyzwyczaiła nas komuna. Sama zawsze byłam indywidualistką, uciekałam od masy szukając kontaku z drugą osobą. Kora nie kryje, że zdarza jej się zażywać narkotyki. Pierwszy kontakt z narkotykami miała jeszcze w okresie, kiedy była hippieską. Teraz postuluje legalizację tzw. miękkich narkotyków.
– Rzadko w Polsce się zdaża, że osoby tak popularne, jak Kora, mają odwagę zabrać głos w tak kontrowersyjnych sprawach, jak legalizacja miękkich narkotyków – mówi profesor Mikołaj Kozakiewicz. – Kora potrafi mówić o tych sprawach w sposób, który nie jest prowokujący. Widać, że zależy jej na pewnych wartościach, pewnym ideale wolności, a demokracja daje jej prawo zabierać i w takich sprawach głos. Spotykam ją czasem przypadkowo na różnych przyjęciach i zawsze ujmuje mnie jej osobowość. Jest naturalna, bez żadnej pozy – to rzadkie u artystów tej miary.
– W Polsce panuje kołtuńskie zakłamanie. Nie ma otwartej dyskusji o narkotykach, o prostytucji, a oba te fenomeny są w nowym kapitalistycznym świecie na porządku dziennym. Myślę, że człowiek ma prawo zakosztować w życiu wszystkiego, dzięki temu wie, w czym może wybierać. Każdy sam rozporządza swoją wolą. Jeśli ktoś chce wypalać 60 papierosów dziennie, nie powinien się dziwić, że wygląda okropnie na starość, jeśli w ogóle dożyje sześćdziesiątki. Przeraża mnie myśl o bezczynnej starości, kiedy jeden człowiek skazany jest na drugiego. Starość sama w sobie jest bezwzględnym katem, a w dodatku cała nasza kultura, Kościół katolicki, w ogóle nie przygotowują człowieka do starości i śmierci. Dlatego fascynuje mnie kultura wschodu, tam od dziecka uczy się człowieka poruszania w świecie żywych i umarłych – uważa Kora, ulubienica Hadesa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

9 sierpnia 2018 o godz. 21:36

Leopold Tyrmand: Filip

filip-b-iext50293206

Ostatnia powieść jaką Tyrmand opublikował przed opuszczeniem Polski. Wyszła w 1961 roku, autor „Złego” opuścił na stałe kraj w 1965. Wojna widziana zza kulis, daleko od frontu, daleko od biedy, a przecież strach i niepewność to stałe elementy życia bohaterów, w tym tytułowego Filipa. Akcja rozgrywa się głównie we Frankfurcie, mieście, w którym jest zbyt wiele majątku Rothschildów by Alianci mieli je bombardować. Przynajmniej tak sobie mówią mieszkańcy, także cyniczni Niemcy, którym nie spieszno walczyć w imię ej mrzonki o Tysiącletniej Rzeszy. Filip jest Polakiem, byłym studentem archeologii, przedostał się do Niemiec z fałszywymi dokumentami z terenów Litwy i podjął pracę jako kelner w dość dobrze prosperującym Park Hotelu. Udaje urodzonego w Warszawie Francuza. Pracuje w międzynarodowym towarzystwie kelnerów, których walka z faszyzmem sprowadza się do tego, że plują kierownikowi hotelu do kawy. Wojnę oglądamy z boku, z przymrużeniem oka, bo łatwiej obracać lęki w żart niż stawiać im czoło. „Człowiek sam już nie wie, po której stronie jest i czego chce”, mówi bohater tej książki i tak jest istotnie. Niby każdy Niemiec to wróg, ale los zrządza, że Filip zakochuje się w młodziutkiej i pięknej Niemce. Nie waha się też korzystać z pomocy Niemców, kiedy tylko nadarza się okazja.

5 sierpnia 2018 o godz. 17:44

Miasto dla mieszkańców!

CCI20160104_0003

Dlaczego cykliści ścigają się po ulicach Warszawy a nie na torach wyścigowych? Jeszcze trochę a wypuszczą na ulice konie ze Służewca. Dużo jest w mieście bezsensownych zakazów, czy nie można by jeszcze dołożyć zakazu maratonów, wyścigów, rajdów oraz demonstracji? Biegacze do lasu, cykliści na tory, rolnicy do brony, a politycy na ring! Ulice miasta dla mieszkańców, nie dla sportowców i frustratów!

4 sierpnia 2018 o godz. 22:50

Jabłkowa Warka

Szlak-jablkowy

Zrobiłem sobie wycieczkę rowerową do Warki. Przyjemna trasa wzdłuż sadów, jabłka i gruszki, pod którymi uginają się gałęzie drzew. Im bliżej Warki, tym liczniejsze po drodze zakłady przetwórstwa jabłek, tłocznie soków, fabryki cydrów…

2 sierpnia 2018 o godz. 09:21

Kartka z podróży – w Brześciu

20180719_204822

Nocleg załatwiany przez białoruskie biuro podróży. Hotel Vesta ma trzy gwiazdki, drogie pokoje, ale wewnątrz wygląda jak skansen ZSRR. Stare, śmierdzące dywany, najbrzydsze meble z Emilki… Rozpacz.

1 sierpnia 2018 o godz. 08:42

Kartka z podróży – Białoruś

20180721_141546

Żeby pojechać do Brześcia czy Grodna nie potrzebujesz wizy czy przepustki. Na granicy w Połowcach nie ma kolejek. Jest trochę formalności. Dostaje się deklarację celną, 50 pozycji drobnym druczkiem, bukvami, po kwadransie dałem za wygraną. okazało się, że wystarczy pójść do odpowiedniego okienka, zapłacić równowartość ok. 30 zł, podać swój pesel i powiedzieć, ze nic się nie przewozi. Pani daje wydruk z komputera i gotowe. A zatem niby nie ma żadnych opłat na granicy, a jednak…

31 lipca 2018 o godz. 19:02

Akademia Brandy – odcinek 5

Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu „Aqua Vitae” opowiada jak zaczęła się historia Metaxy i dlaczego Metaxa nie jest brandy. Zapraszamy do kolejnego odcinka Akedemii Brandy z Pliską.

31 lipca 2018 o godz. 09:49

Kartka z podróży – Stara gorzelnia w Wierzchowicach

20180719_170945

Obecnie po Białoruskiej stronie granicy znajduje się wieś Wierzchowice (Вярховічы), gdzie zachowały się pozostałości dawnych dóbr magnackich Sapiehów, m.in. stary spichlerz, a także przy wyjeździe z wioski w kierunku Brześcia – okazała gorzelnia, będąca częścią późniejszego folwarku rodziny Rothów. Stanęła w miejscu wcześniejszego browaru, w 1908 roku. Długi budynek, otynkowany obecnie od frontu na błękit, zieleń, róż, wyblakłą czerwień. Spirytus produkowano tu aż do 1985 roku, kiedy to Michaił Gorbaczow, w ramach swojej kampanii abstynenckiej nie zamienił gorzelni na krochmalnię. Do dziś przerabia się tu ziemniaki zamiast na alkohol, to na mączkę skrobiową.

30 lipca 2018 o godz. 21:07

Alkoholowe dzieje Polski – czasy rozbiorów i powstań

Besala

„Alkoholowe dzieje Polski” Jerzego Besali, to książka bardziej o obyczajach Polaków, niż o alkoholu. Pełna relacji pamiętnikarskich i kronikarskich, ale też anegdot. Drugi tom, przedstawiający Polskę pod zaborami, w znacznie większym stopniu niż pierwszy opiera się na materiale źródłowym, niż na spekulacjach autora. podobnie jednak jak pierwszy, tak i ten, pisany jest w luźnym stylu publicystycznym, w myśl zasady – najważniejsze, żeby nie zanudzić czytelnika.

30 lipca 2018 o godz. 17:10

Z Prusa

„Cywilizacja ma dwa przeciwległe bieguny. Jednym jest szynk, drugim księgarnia”. ~ Bolesław Prus (1882)

28 lipca 2018 o godz. 11:14

Dzisiaj Nancy Regan

20180601_201555

Dzisiaj o godz. 18.00 koncert zespołu Nancy Regan pt. „Początki Polskiej Sceny Alternatywnej”. Martyna Załoga wykona utwory zespołów, które dały początek polskiej scenie alternatywnej. Po koncercie muzyka live przy ognisku. Wstęp wolny.