6 maja 2018 o godz. 08:03

Kartka z podróży – Vinska cesta Goriška Brda

Buzinel (2)
U mnie w rodzinie to jest tak, opowiada pan Blažič i nalewa wina, białe i zimne, aromatyczne i rześkie, że dziadek urodził się w Cesarstwie Austro-Węgierskim, ojciec we Włoszech, ja w Jugosławii a moja córka na Słowenii. Znam już tą historię, słyszałem ją z innych ust, w innej wsi, ale w podobnych słowach relacjonowaną, to historia wszystkich ludzi, którzy tutaj wraz z winoroślą zapuścili korzenie w skalistej ziemi. Wino nazywa się Jakot, ale sąsiad mówi na nie inaczej, kiedyś nazywało się Tokay, ale Węgrzy zastrzegli dla siebie tą nazwę, pięćset metrów stąd, za granicą z Włochami, nazywa się Friulano, ale mieszkająca dwie chałupy powyżej pana Blažiča pani Bužinel mówi na nie cvetko. Pytam o to nazw pomieszanie, wszystko tu u nas pomieszane, odpowiada pan Blažič, takie miejsce, takie czasy, zawsze dziwne czasy. Prawdziwa nazwa szczepu to sauvignon vert, nikt jej jednak poza ampelografami nie używa, źle brzmi, o niczym nie mówi, zimne wino ma aromaty kwiatów, trawy, posmak ziemisty, mineralny, jakby winne grono chciało wessać trochę tych skał z ziemi i przekazać w owocu. Tu biegła granica, pokazuje mi pan Blažič. Wskazuje kamień niemal całkiem przykryty przesuszoną ziemią. Rozciera końcem buta, widać jakieś znaki na kamieniu. Idziemy dalej, odgrzebuje kolejny kamień. Po wojnie podzielili nas. Dom i winiarnia znalazły się w Jugosławii, winnice we Włoszech. Codziennie musiałem iść pięć kilometrów do przejścia granicznego i potem znów pięć żeby dostać się tu – staje dwa kroki ode mnie – bo to już było za granicą. Nadal jest za granicą, tyle, że nie ma już drutów i celników, kamienie graniczne przykryła ziemia, Unia Europejska skróciła panu Blažičowi drogę do jego winnic, nie musi pokazywać paszportu, kiedy przewozi grona z winnicy do winiarni, ale wciąż pije w domu wino z winorośli, która rośnie w innym kraju. Wina butelkuje z apelacją ZGP Brda, ale kiedy sprzedaje grona sąsiadom po włoskiej stronie, efekt ich fermentacji znajduje się w butelkach z apelacją DOC Collio. Podatki za wino pan Blažič płaci do skarbu państwa Słowenii, za obfitość winorośli do skarbu państwa Włoch. Popijamy zimne wino o mineralnym smaku i przekraczamy granice raz w jedną, raz w drugą stronę. Najbliższa chałupa poniżej pana Blažiča, przedsiębiorstwo Gradnik, ma słoweńską nazwę, ale jest już w stu procentach włoskie, tam Jakot to zawsze Friulano, choć pamięta czasy, kiedy po obu stronach dzisiejszych granic był Tokayem. Na bramie do osiemnastowiecznego, mocno zniszczonego domu, jest wielki szyld Gradnik. Choć pokryte czarną pleśnią i grzybem, mury przetrwały wszystkie zmiany, pamiętają czasy Leopolda II, kiedy wino płynęło na stoły habsburskiego dworu.


Biorę na drogę butelkę białego wina, żona pana Blažiča obdarowuje mnie kawałkiem zrobionej przez siebie pizzy na drogę, obficie ozdobionej kawałkami kolorowych papryk, zielone, żółte i czerwone, żegnamy się z sympatią, połączeni wspólną pasją wszystkich ludzi, którzy piją wino, niezależnie od tego, gdzie przebiegają ich granice. Zrobiło się ciemno, idę pod górę, wchodzę na chwilę do pani Bužinel. Jest lokalną gwiazdą, jej lodowe wino Ledana opisał i wysoko ocenił „Decanter”, trzyma egzemplarz na barze, wraz z albumem o tym jak w 2009 roku wraz z mężem zbierali zamarznięte winogrona. Nieoczekiwanie spadło wówczas trochę śniegu, w regionie Brda śnieg spada raz na ćwierć wieku, od Morza Śródziemnego idą ciepłe prądy powietrza, zatrzymywane od północy przez Alpy, to klimat ciepły, umiarkowanie wilgotny, temperatury nie spadają w ciągu roku poniżej dziesięciu stopni, a tu taka anomalia, śnieg, w ogóle lato było chłodne, wszyscy winogradnicy to pamiętają, owoce na lozach były wyjątkowo długo, ale tylko pani Bužinel miała fantazję by je trzymać do grudnia i na cztery dni przed Bożym Narodzeniem wczesnym świtem zebrać przemrożone i szybko przefermentować, bo po południu szronu już nie było, wyszło słońce, małe oazy śniegu zamieniły się w wodę i wsiąkły w wiecznie spragnioną ziemię. Słodkie lodowe wino pani Bužinel wycenia na 150 euro za małą buteleczkę, trzyma swój skarb w specjalnej gablotce, to pierwsze i być może ostatnie lodowe wino w historii regionu Goriška Brda, globalne ocieplenie nie zapowiada, że śnieg jeszcze tu kiedyś zawita, chociaż, kto wie, życie jest piękne, bo niczego przewidzieć się nie da, poza tym, że po nocy na pewno będzie dzień.
Z mężem pani Bužinel wypijam mały kieliszek tropinovca, kilkaset metrów od ich domu ten alkohol nazywa się grappa. Ostry, o zapachu lakieru, smaku gorzkim i trawiastym. Przepędzony w miedzianym kotle z wytłoczyn winogron, nie dla smaku zrobiony, ma udrzać do głowy i to zadanie spełnia, pięćdziesiąt procent szybko łączy się z krwioobiegiem w jedną ciepłą rzekę życia i szczęścia. Mąż pani Bužinel coś głośno nuci, nalewa nam jeszcze jeden kieliszek, potem macha rękoma jakby chciał odlecieć i już go nie ma, trzaska drzwiami, wychodzę za nim w ciepłą szarość majowej nocy, wsiada do swojego starego dostawczego auta, puszcza na cały regulator skoczną muzykę i jedzie w górę, już znika za zakrętem, jedzie dwa czy trzy kilometry do Medany, ma tam jakieś swoje sprawy, swoje marzenia, swoje potrzeby, które załatwić można tylko po kilku kieliszkach rozgrzewających krew.
A ja idę kawałek jego śladem, jeszcze słyszę muzykę, a może już tylko w uszach mi dudni. Skręcam w prawo, stroma ścieżka w dół, winiarnia Ščurek. Nie od szczura, Ščurek to konik polny, wymalowany ze skrzypkami na każdej beczce, nazwisko rodziny i symbol miejsca. Śliczna winiarnia, doskonałe wina, długo dojrzewające w beczkach na gronach, nie filtrowane. Artystyczne piwnice z pomalowanymi beczkami, pachnie wino w slawońskim dębie. Mógłbym tu usłyszeć znaną już historię, dziadek żył w CK Monarchii, ojciec we Włoszech, ja w Jugosławii, dzieci na Słowenii… Co będzie dalej? A jakie to ma znaczenie, co dalej? Coś było, coś będzie. Stojan Ščurek nie mówi o rodzinie, ani o historii, opowiada o plenerach malarskich, właściwie to nie plenery, bo malowanie odbywa się w piwnicy, malowane są beczki, narzędzia winogradnicze, a nawet same lozy, oczywiście już te martwe, ususzone. Ludzie tu przyjeżdżają i malują, chwali się Stojan Ščurek, nikt nie ma tak kolorowych piwnic, bardziej przypominają salę zabaw dla dzieci, jaskinię krasnoludków, niż miejsce, w którym dojrzewa do picia alkohol. Stojan Ščurek częstuje dziesięcioletnią brandy z tych kolorowych beczek, wydestylował ją brat, jest bardzo taniczna, slawoński dąb daje dziwną mieszankę aromatów – starej skóry i wanilii, w ustach jest jak herbata słodka i gorzka jednocześnie. Nalewa kolejne wina, jest z nich dumny tak samo jak z malowideł na beczkach, które pozostawili mu niemieccy artyści, Ribolla Gialla – aromaty miodowe, korzenne, owocowe, w ustach jabłka, gruszki, brzoskwinie, mój przyjaciel Jakot – jak zwykle mineralny, ale u Ščurka objawia nowe skrywane oblicza, nuty serowe, a i lekko słone, Sivi Pinot – to słodka eksplozja brzoskwiń, Stara Brajda – dwa lata w slawońskim dębie dało jej smak miodu i wanilii, Dugo – już cztery lata w beczkach i długa maceracja, czuję jabłka, gruszki, wanilię, ale i czekoladę mleczną wyławiam końcem języka, a na koniec Kontra – duma rodziny Ščurek, wino przez dziewięć miesięcy macerowane z całymi winogronami, nie filtrowane, mętne, w nosie jabłka i miód, w ustach propolis, nuty klasztorne, piwniczne, ziemiste. Nic więcej nie chcę.
Idę, idę, idę. Pnę się pod górę. Noc jest już ciemna, psy pojedyncze wyją. Idę, pnę się, zataczam radośnie raz w lewo, raz w prawo, upojony ciepłem majowej nocy. Idę, pukam do drzwi, otwiera mi młoda, chuda kobieta, woła męża. Boruta Mužic wita mnie jak starego druha, choć przecież pierwszy raz uściskujemy sobie prawice, prowadzi za dom, otwiera piwnicę, pokazuje swoje skarby, jest Jakot, jest i Ribolla Gialla. Winiarnia na wzgórzu, gdyby nie było ciemno, miałbym piękny widok na ciągnące się kilometrami, pomiędzy granicami, winnice. W piwnicy migoczą małe lampiony, imitujące świece, przyjemny chłód zimnych murów, swojski zapach winnej pleśni. Kieliszek tropinovca za zdrowie, za zdrowie wasze i nasze, to lepiej brzmi niż za wolność waszą i naszą, bo czym jest wolność? Wolność u Habsburga, u Mussoliniego, u Tito? Taka czy siaka, wolność to idea, a zdrowie to życie. Za zdrowe wino pijemy, za zdrowie z wina w nas spływające pijemy. Biorę na drogę butelkę, tą od pana Blažiča gdzieś już wypiłem, nie wiem kiedy i gdzie, może zgubiłem, nie wypiłem, może oddałem, jakoś postradałem, w dół schodzi się łatwo, schodzi się szybko, w podskokach, skaczę chodząc po wzgórzach i pagórkach, nade mną nietoperze, przede mną światła domu pani Bužinel. Mija mnie głośna stara furgonetka, jakieś jugosłowiańskie disco na cały regulator, żeby cała wieś usłyszała, żeby słyszeli też we Włoszech, niech słyszą wszyscy policjanci w okolicy, że oto jedzie pijany, wraca do domu szczęśliwy. Ale policjanci nie słyszą, najbliższy w okolicy policjant jest kilkanaście kilometrów stąd. Strefa nadgraniczna nie gra roli. To są winiarskie wioski, każdy robi co chce, byle by nie fałszował wina, nie mordował sąsiada i żony jego nie pożądał.
Na tarasie domu pani Bužinel nalewam sobie do kieliszka brinjevac. Ostry zapach i smak – jałowiec, żywica, zielone szyszki, i igliwie. Po tylu winach czas oczyścić oddech odrobiną lasu. Pode mną ciągną się winnice, wyrastają ponad granice, ale ja tego nie widzę, zobaczę rano, kiedy wzejdzie znów słońce. Ono zawsze wschodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

17 listopada 2018 o godz. 08:31

Kartka z podróży – Wizyta w Numisi

Numisi 2018-11-06 09-18-57

Kilka lat temu Mikheil Giorgadze, wraz z żoną, Nuno, kupili stare ruiny na przedmieściach wioski Mukuzani, w Kachetii, w regionie znanym ze znakomitych win. Chciał tu postawić niewielki zajazd – pensjonat i restaurację. Przy usuwaniu cegieł odkryli 33 stare kwewri, które mają podobno ponad 500 lat i piwnice na wino, w których utrzymuje się stała temperatura 15 stopni. Postanowił uporządkować teren założyć własną winiarnię i muzeum. Zebrał masę pamiątek, nie tylko związanych z winiarstwem, ale także ogólnie z kulturą ludową regionu.

16 listopada 2018 o godz. 21:13

Rosyjska apokalipsa

„Wódka jest podobna do piosenki. Piosenka może mieć byle jakie słowa i prosta melodię, lecz ich połączenie (jak spirytusu z wodą) może piosenkę zamienić w szlagier”. ~Wiktor Jerofiejew

16 listopada 2018 o godz. 08:46

Kartka z podróży – Wizyta w Georgian Wine & Spirits

SONY DSC

Firma Georgian Wine & Spirits (GWS) powstała w 1993 roku na przedmieściach Telavi, na bazie dawnych radzieckich zakładów Telavi 2, które działały od 1976 roku. Mają 400 ha winnic w regionie Kachetii (m.in. w DOC Mukuzanii oraz Tsinandali, Tvishi, Napareuli, Kindzmarauli, Khvanchkara czy Akhasheni), ale dodatkowo skupują winogrona. Aż 70% upraw, to szczepy lokalne. Około 280 ha zajmują nasadzenia czerwonych winogron – głównie saperavi, resztę białe, poza szczepami europejskimi są to: rkatisteli, mtsvane czy tsolikouri. Właścicielem GWS są szwedzcy inwestorzy, którzy mają także znaną gruzińską winiarnię Mukhrani. W Polsce wina GWS są w ofercie Vininova.

15 listopada 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Shalauri

Shalauri 2018-11-05 13-10-58

Położona kilka kilometrów za Telavi, przy drodze do Tsinandali, malutka winnica Shalauri powstała w 2013 roku. Mają tylko 2 ha, ale jakież tu robią wybitne wina! Wyłącznie z kwewri, żadnych beczek, żadnych europejskich winifikacji. Wszystko po bożemu, to znaczy po gruzińsku. Ich rkatsiteli ma smak miodu, mtsvane pachnie jak rieslingi późnego zbioru, pomarańczowe khikhvi jest jak polne kwiaty i agrest. Mają dwa rodzaje saperavi, bardzo wytrawne i taniczne oraz niemal słodkie, ale nie w stylu win Kindzmarauli, to jest słodycz soczystej czarnej porzeczki, fig i wędzonej śliwki. W niewielkiej piwnicy na tyłach domu wkopane są kwewri, w drugiej piwnicy leżakują wina w butelkach, jest też jedna izba zamieniona na winiarnię, tu także są kwewri. Chacha ze swoich wytłoków destylują u sąsiada, ma aromat dojrzałego słonecznika. Produkty nie są bynajmniej tanie, butelka 30-40 lari.

14 listopada 2018 o godz. 08:23

Kartka z podróży – Twierdza Chailuri

07 Chailuri 2018-11-04 11-36-26

Stanąłem przy głównej drodze wiodącej z Tbilisi do Kachetii, zaraz za winiarnią KTW, dokąd każdego dnia przyjeżdżają autokary pełne Rosjan, którzy wypijają wprost ze stalowych tanków zasiarczone, bardzo młode i bardzo podłe wina. Stanąłem, bo tu cisza i spokój, a chwilę wcześniej musiałem przebijać się przez rosyjską ciżbę, żeby kupić butelkę wina kisi i kompot z owoców fejhoa w sklepiku firmowym KTW. Mają tam nie tylko wstrętne wina, ale Rosjan Gruzini prowadzą prosto do cystern, i poją paskudztwem ku własnej uciesze, zwłaszcza, że Rosjanie chwalą, siarka i kwas im nie przeszkadzają. Stanąłem tu, gdyż na lewym brzegu rzeki stoi sporych rozmiarów twierdza Chailuri (znana też jako Niakhura). Bastion jakich w Europie wiele, typowy dla fortyfikacji osmańskich. Pierwotna twierdza powstała tu w późnym średniowieczu i wraz z drugą fortyfikacją – Monavi – strzegła przejścia przez wąwóz Iori w stronę Tbilisi. Miała trzy pietra i dwie bramy. Zniszczona w 1801 roku, podczas walk o niepodległość Gruzji, odbudowana w latach 80. XX wieku, dziś częściowo porośnięta trawą. W sumie, nic ciekawego, punkt na mapie, chwila odpoczynku pomiędzy jedną winiarnią a drugą. Nieciekawe miejsca też potrafią jednak cieszyć, gdy świeci słońce, za plecami masyw Kaukazu, z lewej strony winnica, a powietrze wypełnia przyjemny zapach wypalanej za płotem trawy.

13 listopada 2018 o godz. 09:54

Kartka z podróży – Wizyta w Château Mukhrani

Mukhrani 2018-11-03 16-32-57

Obecna firma powstała w 2002 roku, powołana przez inwestorów ze Szwecji, którzy są też właścicielami firmy Georgian Wines & Spirits w Kachetii. W 2007 roku rozpoczęła działalność nowoczesna winiarnia połaczona z destylarnią chacha. Nazwa nawiązuje do najważniejszej gruzińskiej dynastii książęcej, która panowała od początku XVI do XIX wieku. Wspaniały pałac Mukhrani – dostępny dla zwiedzających – jest tu restauracja, a jednocześnie zakład produkcyjny – winiarnia i destylarnia, a w piwnicach znajduje się 60 tys. beczek z winem. Większość starzenia odbywa się we francuskim dębie. Mury zapewniają stała temperaturę 15 stopni Celsjusza. Piwnice powstały w 1878 roku, château zostało zaprojektowane przez francuskiego architekta. Była tu letnia posiadłość Romanowów. W piwnicach są kwewri, które mają 150 lat i pamiętają czasy założyciela winiarni, Ivana Mukhranbatoni. Ivan produkował w XIX wieku 1,2 mln l wina rocznie.

12 listopada 2018 o godz. 09:11

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Askaneli Brothers i Jimsher

Askaneli Brothers 2018-11-02 15-45-36

Na przedmieściach Tbilisi ulokowana jest nowoczesna winiarnia i destylarnia Askaneli Brothers. Właścicielami firmy są bracia Gocha i Jimsher Chkhaidze, nazwa Askaneli pochodzi od wioski Askana w prowincji Guria. Wedle ludowej opowieści niejaki Antimoz Askaneli zbudował tutaj piwnicę pełną kwewri do produkcji wina. Faktem jest, że we wsi można odnaleźć kwewri, które pochodzą z lat 80. XIX wieku.

11 listopada 2018 o godz. 15:56

Kartka z podróży – Come back to Tbilisi

SONY DSC

Trzeci raz jestem w Tbilisi. Zaliczyłem już trzy pory roku – lato, jesień i zimę. Nieodmiennie miasto tętni życiem. Zawsze w kolorach oferowanych na straganach owoców – granatów, szaronów, pomarańczy, zielonych fig oraz zwisających wszędzie poskręcanych, wypełnionych orzechami, churcheli. Nieodmiennie pachnie winogronami. Kuszą wine-bary i bazary. W dawnych tureckich łaźniach kwitnie rozpusta, damy wprawdzie nie mają dostępu do kapiących się panów, co jednak nie przeszkadza alfonsom by prezentować całe katalogi ze zdjęciami oczekujących prostytutek. Gorąca miłość po gorącej parowej kąpieli, do tego sto gram rozgrzewającej chacha i zawał jak w banku.

8 listopada 2018 o godz. 14:18

Gin – Świat wykwintnych alkoholi

Jeden destylowany prawdopodobnie w najmniejszym alembiku pod słońcem, inny z dodatkiem surowego mięsa wołowego, a jeszcze inny z dodatkiem soku wiśniowego. Po takim opisie trudno stwierdzić, że chodzi o gin, a jednak właśnie ten trunek jest bohaterem najnowszej książki Łukasza Gołębiewskiego. Podobnie jak producenci perfum, tak i my, czytelnicy jesteśmy zaproszeni do świata zapachów, aromatów, bo i trunek nad wyraz aromatyczny. Z jednej strony wymagający użycia raptem paru składników, więc najbardziej typowych: jałowca, dzięgla, kolendry czy kosaćca, z drugiej zachwycający ich mnogością (liczba dwucyfrowa), a zarazem zaskakujący efektem końcowym. Gin ma wiele twarzy i wiele odsłon. Choć historia ginu jest troszkę okrojona i dość zwięzła, największe pole do popisu daje przegląd jałowcówek zgromadzonych na kolejnych stronach książki. Czytając opisy tychże odnosimy wrażenie, że owszem nastąpił swoisty renesans ginu, co powinno cieszyć, ale z drugiej strony mamy do czynienia z postępującą osobliwością receptur, co jednakowoż daje pewność, że o ginie jeszcze nie raz usłyszymy i posmakujemy w przyszłości naprawdę ciekawe, nieszablonowe trunki.

30 października 2018 o godz. 22:10

GBH w Warszawie

45132932_1986854171397006_2456786589699801088_n

19 listopada w klubie Pogłos (Warszawa, ul. Burakowska) zagrają weterani punk rocka, GBH. Towarzyszyć im będą warszawskie zespoły Kara i The DamNation. Start – 19.00, wjazd: 60/70 zł.