2 listopada 2008 o godz. 18:21

Jesień

/wp-content/uploads/2008/11/kornik
Niezwykle barwną mamy tego roku jesień, zroszone liście wszelkimi kolorami mienią się w promieniach słońca. Jakże ciepłych o tej porze roku! Żałuję, że nie umiem robić dobrych zdjęć, bo chciałbym sfotografować dzisiejszą wieczorną mgłę, w której rozmazują się światła latarni na mojej ulicy. Mgłę, z której niczym duchy wyłaniają sie postacie ludzkie... niczym duchy, w końcu są zaduszki :) Nie chodzę na cmentarze, choć bardzo lubię ten zapach płonących zniczy. Nie chodzę, choć mam do kogo, wolę sobie wyobrażać, że zmarłe bliskie mi osoby wyłaniają się z wieczornej mgły.

Nie piszę już od wielu lat wierszy i nawet nie mam zamiaru więcej próbować, nie jest to forma ekspresji, która do mnie pasuje. Spacerując jednak dziś po pożółkłych liściach przypomniałem sobie wiersz, który napisałem wiele lat temu – w 1997 roku – pt. "Kasztany". Wkleję go tutaj; czasami myślę sobie, że musiała go pisać inna osoba, bo skąd we mnie budzi się czasem taka dziwna wrażliwość? Nie mam pojęcia.

W tym roku nie miałem w ręku kasztanów
przysypał je śnieg zanim jesień na dobre się zaczęła
zanim zmienił się czas z letniego na zimowy
białą kołdrą przykrył liście i ich mieszkańców
żuki, dżdżownice, ślimaki, pająki i szczypawki
i kasztany, których już nie zdążę podnieść.

4 komentarzy dla “Jesień

  1. Godfryd Listopadowy

    GODFRYD LISTOPADOWY

    Czy byliście kiedyś listopadową porą, już po zapadnięciu ciemności, gdzieś pośrodku lasu, w leśniczówce? Zresztą niekoniecznie zaraz musi to być od razu leśniczówka; wystarczy jakikolwiek samotny i najlepiej drewniany budynek. Kto z was był, ten zrozumie mnie doskonale, a ci, którzy jeszcze nie byli, niech wszystko sobie wyobrażą i pojadą, ale wyłącznie późną jesienią.
    Budynek w którym się znajdowałem leśniczówką nie był i z zewnątrz nawet niczego podobnego nie przypominał. Zbudowano go z solidnej cegły i otynkowano. Za to wewnątrz… Z wyjątkiem kuchni i łazienki, wszystkie ściany, sufity i podłogi, wszystkie schody, poręcze i parapety, prawie wszystko wykonano z drewna. Właściciel, którym oczywiście nie byłem ja, z wielkim smakiem wyposażył również wnętrza. Pokoje wypełniały antyczne meble, tykały zegary, ze ścian spoglądały groźnie, oczy sportretowanych przodków. Wszędzie natrafiało się na jakieś jelenie rogi, świeczniki, szpady, pogrzebacze i tym podobne przedmioty, wypełniające dom swoistym urokiem. W sali na parterze znajdował się kominek i właśnie to pomieszczenie, było sercem owego niesamowitego dworu.
    Tamtego dnia, pogoda należała do najprawdziwiej listopadowych. Krople deszczu bębniły o szyby. Wyjący wicher z ogromną mocą uderzał w okna, aż jęczały futryny. Ciskane wiatrem martwe liście, napierały na szkło niczym dłonie upiora, pragnąc wdusić okna do wewnątrz.
    Płomienie w kominku tańczyły niespokojnie, rzucały niezliczone refleksy i cienie, które wędrowały po ścianach, suficie i zakamarkach.
    Siedziałem w fotelu w zasięgu ciepła bijącego od paleniska. Obok mnie w takim samym fotelu siedziała dziewczyna i co ważne, w całym tym zagubionym pośród lasu domu, byliśmy tylko my dwoje.
    Śpiewałem i grałem na gitarze. Ona zasłuchana przymknęła oczy. Wykorzystując powyższy fakt, obmacywałem ją wzrokiem i zaklinam się, że nawet bez pożądania i niecnych planów; li tylko dla upojenia się niezwykłą urodą mej towarzyszki. Taki łachudra jak ja, nie mógł być atrakcyjnym partnerem dla pięknej kobiety i byłem całkowicie kontent, że ta zaledwie przedwczoraj poznana dziewczyna, przyjęła zaproszenie i jest tutaj wraz ze mną; nie myślałem od żadnych dalszych podbojach. Zresztą ta gęstwina czarnych, długich i zmierzwionych włosów, te niezwykle ciemne oczy i długie rzęsy, wydatne piersi tak wyraziście rysujące się pod swetrem, te wszystkie idealne kształty i rysy działały na mnie bardzo paraliżująco i gdyby nie przełknięte czerwone wino, byłbym na pewno mocno spięty.
    Postanowiłem dać gardłu odpocząć. Dobrnąć tylko do końca śpiewanego kawałka i odłożyć gitarę.
    … – przez ogród mój szatana szedł smutny śmiertelnie i zmienił go w straszną, okropną pustelnię. Z ponurym na piersi zwieszonym szedł czołem i kwiaty kwitnące przysypał popiołem. Trawniki zarzucił bryłami kamienia i posiał szał trwogi i śmierć przerażenia. Aż strwożon swym dziełem brzemieniem ołowiu, położył się na tym kamiennym pustkowiu, by w piersi łkające przytłumić rozpacze i smutków potwornych płomienne łzy płacze. To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny; dżdżu krople padają i tłuką w me okno. Jęk szklany… płacz szklany… a szyby w mgle mokną i światła szarego blask sączy się senny… O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny – zaakcentowałem zakończenie i nie wstając, położyłem instrument na leżącej nieopodal niedźwiedziej skórze. – Zmęczyłem się trochę – powiedziałem – chyba na razie wystarczy tego mojego chrypienia.
    Wspaniale grasz i znasz takie niesamowite teksty – wyszeptała. – Dałam się przytulić i ukołysać, odpłynęłam wraz z tym śpiewem.
    Wstałem i nalałem wina do ozdobnych pucharów. Podałem jej i zapadłem w swój fotel.
    Czy wiesz, co to znaczy tęsknota? – zapytała szeptem.
    Tak. To akurat wiem znakomicie – odszeptałem.
    To powiedz mi, cóż znaczy to określenie?
    Kiedyś przebywałem kilka lat we Francji i ciężko pracowałem fizycznie – powiedziałem wolno, tak samo jak ona, wpatrując się w tańczący ogień. – Pracowałem po czternaście i szesnaście godzin na dobę, nawet bez jednego wolnego dnia. Gdy wreszcie kończył się czas pracy, brałem butelkę wina i szedłem do swego pustego pokoju. Kładłem się do łóżka i pijąc wino, patrzyłem w okno. Oczywiście wyłączałem światło. Za oknem tym rosło olbrzymie drzewo i w ciemności jego korona przypominała głowę starożytnego wojownika w hełmie. Rozmawiałem z tym wojownikiem. Prosiłem go o siłę. Tak straszliwie tęskniłem i chciałem natychmiast wyjechać… Ale przecież nie było dokąd. Tęskniłem do kobiety, a ta od dawna spała już w objęciach innego mężczyzny. Wojowi zwierzałem swe cierpienia i prosiłem o dar zapomnienia.
    Powiedziałeś tylko, że tęskniłeś, a ja pytam, czym jest tęsknota?
    Wiem, że jest najbardziej twórczym tworzywem tego świata. Bez niej nie byłoby sztuki i w ogóle niczego. Człowiek, który nie tęskni, jest bezduszną atrapą, trupem jest. Ja wciąż przeraźliwie za nią tęsknię i spostrzegam, że dzięki tej tęsknocie mój charakter szlachetnieje.
    Tak mówisz…- skomentowała smutno.
    Tak. Człowiek nie tęskniący, to człek ubogi, który powolnie zamiera. Wszyscy co prawda powolnie zamieramy, ale nie musimy zamierać bezproduktywnie i nieestetycznie. Niedostatek i brak jest klejnotem i najcenniejszym z darów. Jakże okradłby mnie człowiek, który dałby mi tak wspaniałą kobietę jak i ty i miliony dolarów! Byłby to okrutny złodziej, który skradłby moją duszę i zamordował ją.
    Przyłożyła do ust trzymany w dłoni puchar, wychyliła kilka kropelek i postawiła naczynie na drewnianej podłodze.
    Ja tęsknię za kimś, kogo już nie mogę nigdy zobaczyć i dotknąć, a więc zawsze będę bogata?
    Tak i twoje bogactwo jest widoczne; ja je odczuwam.
    Bogactwo… Gorzkie ono jest. Bogactwo niczym ciężki worek złota na plecach, którego nie można zdjąć i zawsze trzeba dźwigać, wszędzie, gdziekolwiek się pójdzie.
    Duchowe bogactwo ma swój ciężar i czasem trudno go unieść, to prawda. Ale wiesz? To przecież tak, jak z wyprawą w góry. Możesz pójść bez ekwipunku i kroczyć swobodnie, lekko skakać sobie po skałkach, lecz gdy nagle zmieni się pogoda, bez ekwipunku zginiesz. Możesz pójść objuczona i kroczyć ociężale, uginając się pod tobołami, ale gdy spotka cię przykra niespodzianka, będziesz mogła czerpać ze swego bagażu i walczyć.
    Wspaniale pocieszasz – uśmiechnęła się niezwykle ciepło.
    Tylko siebie jakoś pocieszyć nie umiem.
    Ona odeszła na zawsze?
    W małżeństwo, a więc na zawsze. Jestem niepocieszony i jednocześnie dobrze mi z tym moim niepocieszeniem. Jestem stworzony do cierpienia. Wtedy czuję ciepło i pogodę ducha. Bez tęsknoty, cierpienia, niedostatku, odczuwam pustkę i chaos, zatracam się w nim. I cóż ja bym robił będąc szczęśliwym? – wychyliłem do dna zawartość pucharu. – Mam nawet taki wmontowany w duszę bezpiecznik. Teraz, jestem bardzo szczęśliwy, a zupełnie o tym nie wiem. bo to mam. Dopiero gdy wyjedziemy stąd, zrozumiem, że byłem tutaj szczęśliwy i będę tęsknił do tych chwil i wiele gotów oddać, aby do tych chwil wrócić.
    Tak – zgodziła się. – Człowiek ceni to co ma, dopiero wtedy, gdy to straci. Kiedy posiada, nie umie tego docenić. Myśli o tym czego nie ma, a chciałby mieć i o ulepszenia tego, co ma. Ale muszę cię rozczarować – roześmiała się. – Ja zawsze z tobą wrócę tutaj.
    Nigdy nie jest tak samo, nigdy nie można wrócić – zaprotestowałem. – Co było, przemija i nie wraca już. Przyznam się do czegoś – chrząknąłem niepewnie. – Ty bardzo mnie płoszysz. Jesteś niesamowicie piękna, a ja nie przywykłem do towarzystwa takich istot. Moje życie jest jak wędrówka w czasie takiej pogody, jak ta teraz za oknem, po jakimś ciemnym, błotnistym, pełnym chaszczy brzegu. Czasem tylko trafiam do takiej chwili jak teraz, ale chwila przemija i znowu trzeba wrócić na zimno i deszcz; tyle tylko, że za każdym razem trudniej, bo trudniej zapomnieć. Tak bardzo chciałbym zatrzymać taką chwilę na zawsze, odnaleźć swój dom, miejsce do którego się wraca, o które się dba i w którym ktoś czeka…
    Uniosłem się z fotela i wrzuciłem do ognia sporej grubości konar.
    Jeżeli chcesz posiąść dom, to zrób to – wyszeptała ledwo dosłyszalnie. – A może inaczej trzeba? – zastanowiła się. – Odnaleźć, to jakby szukać gotowego. Może samemu trzeba zbudować?
    Gdybym tylko potrafił… Wciąż mnie coś popycha, stale gdzieś trzeba iść i zostawić wszystko, niegdzie spokoju i tak pewnie będzie zawsze. Jestem napiętnowany i wyklęty.
    Wciąż trzeba iść – powtórzyła w zadumie.
    Tak. Trzeba. Chociaż wraz z upływem lat, coraz trudniej iść. Coraz mniej takich schronów jak ten, mniej takich ludzi jak ty; albo ten pisarz, który nam dzisiaj użyczył swój dom. Po prostu pozakładali rodziny i odgrodzili się od świata; nie chcą mieć kontaktu z wiecznymi tułaczami jak ja. Więc coraz częściej zdarza się chować nocą gdzieś po bramach, aby choć przez chwilę nie padało na głowę, aby jakaś ściana odgradzała od zimna, aby spokojnie obetrzeć krew z twarzy, zanim pójdę dalej.
    I nie wiesz dokąd?
    Do snu. Nadchodzi dzień, w którym wszystko stanie się nieistotne i zapadnie sen…
    Jesteś pewien? Nie za wcześnie na takie deklaracje? Nie są one zwyczajnie puste? – lekko się oburzyła.
    Myśmy rajów nie śnili – odparłem – myśmy wiosny nie znali, my w kołysce już byli, jako starcy zgrzybiali. My w żywota jutrzence, mieli czoła zmarszczone, my w dziecinnej sukience, mieli serca zmrożone.
    Powiedz mi, czy ludzie są źli? – niespodziewanie zmieniła temat.
    Zależy, co rozumieć pod pojęciem zła.
    Czy ludzie, chcą krzywdzić innych ludzi?
    Ludzie chcą jak najwięcej dla siebie i nie zwracają uwagi na to, że biorąc jednocześnie zabierają innym, a to często krzywdzi.
    I takie to proste?
    Na pewno nie, ale ja teraz nie znajduję innych słów.
    Mnie się wydaje, że ludzie są źli, bo słyszą tylko rytm bicia własnego serca i nie potrafią usłyszeć, jak biją serca innych ludzi. Nawet nie myślą o tym, że inni też mają serca.
    A ty słyszysz serca innych?
    Staram się.
    Ja chyba słyszę serce twoje…
    I ja słyszę twoje.
    I co słychać? – zainteresowałem się natychmiast.
    Zespawany dzwon. Pełno tych łączeń, same spawy…
    Taki dzwon nie może brzmieć pięknie – stwierdziłem.
    Ma swoisty dźwięk, pełen bólu; oryginalny, taki inny…
    A może fałszuje?
    Co masz na myśli?
    Ta, co odeszła, mówiła, że jestem czymś takim, jakby ktoś fiołki gównem pokrył.
    Proszę cię, nie mów tak- boleśnie skrzywiła twarz. – Nie mów, bo psujesz tę niepowtarzalną atmosferę, ten klimat listopadowy.
    Przepraszam.
    Wspominałeś coś, że chcesz pisać i kiedyś wydać powieść. A o czym będziesz pisał?
    Wciąż każesz mi mówić o sobie, a sama milczysz na swój temat – powiedziałem z wyrzutem.
    Jestem gościem i wyznaczam reguły, na prawach gościa. Mów więc – zażądała.
    Dobrze. Spójrz tutaj w ten płomień i spójrz potem za okno – powiedziałem, starając się nadać swemu głosowi ciepły i hipnotyczny ton. – Tutaj jest ogień, jest światło, ciepło i bezpieczeństwo, jesteśmy my i nasza kołysząca nas rozmowa. Tam zaś za oknem – spojrzała posłuszna sugestii – ogołocone drzewa, przez sen wpijają się w ziemię, podpierają wzajemnie i bronią przed szalejącą nawałnicą. Tam, jest zimno, deszcz wciska się w zakamarki, martwe liście skowycząc przecinają powietrze. Tam, gdzieś w tej ciemności; tam, w najgęstszych krzewach, gdzie epicentrum najparszywszej pogody, tam mieszka pewna istota.
    W oczach dziewczyny dostrzegłem rosnące zainteresowanie.
    Ma na sobie długi do samej ziemi płaszcz i zlepione deszczem włosy, o takim kolorze jak jesienne liście.
    Jak twoje włosy – wtrąciła.
    No mniej więcej. Po jego wiecznie mokrej twarzy spływa deszcz, czasem do policzków, czoła czy płaszcza, przykleją się pędzone wiatrem, spadłe liście. Istota ta wcale nie odczuwa chłodu, bo przecież w jej żyłach nie płynie krew, a właśnie jesienny deszcz. Istota powstała w większości z opadłych jesienią liści. Pojawia się gdzieś tam pod koniec września, krąży po lasach i polach, jeszcze chyłkiem, ukradkiem, niepewnie; aby wreszcie przy takiej pogodzie jak dzisiaj, nabrać pewności, wypuszczać się daleko, a często nawet tańczyć z wirującymi liśćmi. Istota przepada gdzieś w połowie grudnia, ale nierzadko pokaże się jeszcze w wigilię.
    A któż to taki? – zapytała z przejęciem.
    Nazwałem go Listopadowym Godfrydem. On jest bogiem takich ludzi jak ja. Imię jego zwiastuje hart ducha, dzielność, twardość, odwagę, siłę i moc. Listopadowym jest, bo taka go pora stworzyła. Gdy taka wietrzna smętnica jak teraz, on krąży wszędzie i zagląda do okien, podsłuchuje rozmowy. Cieszy go taki widok, jak ten u nas. Cieszy go bowiem bezpieczeństwo, zgoda, bliskość, żar ludzkich serc. On jest orędownikiem wszelkiej zgody, zbliżenia, ciepłoty, wszelakiej ludzkiej bliskości. A cóż lepiej zbliża do siebie, niż jego listopadowa noc? Wówczas ludzie zamykają się w domach, rozpalają ogień i są ze sobą razem. Są blisko siebie. Godfryd jeszcze podgrzewa ludzkie serca, a ja pisząc, chciałbym tylko wykonywać jego wolę. Chciałbym, aby mnie natchnął i pokierował piórem. Tak samo jak on, chcę czasem przyklejać martwe liście do szyb i łomotać wichrem do okien, bo dzięki temu, ludzie pochwycą się za ręce, zbliżą i docenią obecność drugiego człowieka. Godfryd jest moim ideałem, do którego szukam drogi i wiem, że on mi wskazuje kierunki. Nie jest to jednak łatwy drogowskaz… Godfryd potrafi być surowy, gniewny, wymagający, a nawet okrutny. Wymaga ode mnie serca i twardości. Jest bogiem zamyślenia, refleksji, pogody ducha i nade wszystko, jak mówiłem, bogiem żaru serc. Także bogiem samotnych. Może i to jego najważniejsza rola? Często zagląda do okien samotnych i wszystko zmienia w ich duszach. Rozpacz, ból, smutek, beznadzieja, tęsknota, wszystkie te uczucia i odcienie smutku, stają się ostoją, bezpieczeństwem i pogodą ducha. Wszystko co żyje nieustannie zamiera i jesień jest porą wielkiego zamierania. Godfryd rozpala kominki i całe to zanikanie czyni istotą poezji. Tam, gdzie on się pojawia, atmosfera tętni poezją. Przecież to właśnie on, pojawił się na bronowickim weselu; przybył pod postacią Chochoła. Przybywał wiele razy i w wiele miejsc, bo przecież znali go już starożytni słowianie. Nazywali go Prowe. Powiadali, że w starych dębach mieszka…
    Zobaczmy! – złapała mnie za rękę. – Może go gdzieś tam wypatrzymy za oknem?
    Spójrzmy, ale to bardzo trudne. Ja jeszcze osobiście go nie widziałem, jest to bowiem pewnego rodzaju zaszczyt, a tych nie dostępuję się ot tak sobie…
    Podeszliśmy do wyjścia na taras i przykleiliśmy twarze do szyby. Poczułem gwałtowne sztywnienie, ciało zmroził na wskroś przenikający dreszcz, serce łomotało jak opętane. Dziewczyna wpiła się palcami w moje ramię.
    O kilka kroków przed nami, w pełnej deszczu wichurze, stała na tarasie jakaś postać. odziana w długą do ziemi pelerynę czy płaszcz. Trwała nieruchomo przez kilka krótkich sekund, po czym odwróciła się i przepadła w listopadowej ciemności.

    Piotr Stróżyński – opowiadanie ze zbioru „Inny wymiar rzeczywistości”. ZLP – 1994 r.

  2. jesień niesie nostalgię

    Ja w tym roku zrobiłam mnóstwo jesiennych zdjęć. Wyczerpałam swój limit za całe dotychczasowe życie, w którym ten temat mnie jakoś nie pociągał :-). Byłam też na cmentarzu i zrobiłam zdjęcie porzuconemu przy ścieżce Chrystusowi, z kawałkiem starego krzyża, na którym wcześniej wisiał. Ne jestem wierząca ale ten widok mi zrobił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

9 sierpnia 2018 o godz. 21:36

Leopold Tyrmand: Filip

filip-b-iext50293206

Ostatnia powieść jaką Tyrmand opublikował przed opuszczeniem Polski. Wyszła w 1961 roku, autor „Złego” opuścił na stałe kraj w 1965. Wojna widziana zza kulis, daleko od frontu, daleko od biedy, a przecież strach i niepewność to stałe elementy życia bohaterów, w tym tytułowego Filipa. Akcja rozgrywa się głównie we Frankfurcie, mieście, w którym jest zbyt wiele majątku Rothschildów by Alianci mieli je bombardować. Przynajmniej tak sobie mówią mieszkańcy, także cyniczni Niemcy, którym nie spieszno walczyć w imię ej mrzonki o Tysiącletniej Rzeszy. Filip jest Polakiem, byłym studentem archeologii, przedostał się do Niemiec z fałszywymi dokumentami z terenów Litwy i podjął pracę jako kelner w dość dobrze prosperującym Park Hotelu. Udaje urodzonego w Warszawie Francuza. Pracuje w międzynarodowym towarzystwie kelnerów, których walka z faszyzmem sprowadza się do tego, że plują kierownikowi hotelu do kawy. Wojnę oglądamy z boku, z przymrużeniem oka, bo łatwiej obracać lęki w żart niż stawiać im czoło. „Człowiek sam już nie wie, po której stronie jest i czego chce”, mówi bohater tej książki i tak jest istotnie. Niby każdy Niemiec to wróg, ale los zrządza, że Filip zakochuje się w młodziutkiej i pięknej Niemce. Nie waha się też korzystać z pomocy Niemców, kiedy tylko nadarza się okazja.

5 sierpnia 2018 o godz. 17:44

Miasto dla mieszkańców!

CCI20160104_0003

Dlaczego cykliści ścigają się po ulicach Warszawy a nie na torach wyścigowych? Jeszcze trochę a wypuszczą na ulice konie ze Służewca. Dużo jest w mieście bezsensownych zakazów, czy nie można by jeszcze dołożyć zakazu maratonów, wyścigów, rajdów oraz demonstracji? Biegacze do lasu, cykliści na tory, rolnicy do brony, a politycy na ring! Ulice miasta dla mieszkańców, nie dla sportowców i frustratów!

4 sierpnia 2018 o godz. 22:50

Jabłkowa Warka

Szlak-jablkowy

Zrobiłem sobie wycieczkę rowerową do Warki. Przyjemna trasa wzdłuż sadów, jabłka i gruszki, pod którymi uginają się gałęzie drzew. Im bliżej Warki, tym liczniejsze po drodze zakłady przetwórstwa jabłek, tłocznie soków, fabryki cydrów…

2 sierpnia 2018 o godz. 09:21

Kartka z podróży – w Brześciu

20180719_204822

Nocleg załatwiany przez białoruskie biuro podróży. Hotel Vesta ma trzy gwiazdki, drogie pokoje, ale wewnątrz wygląda jak skansen ZSRR. Stare, śmierdzące dywany, najbrzydsze meble z Emilki… Rozpacz.

1 sierpnia 2018 o godz. 08:42

Kartka z podróży – Białoruś

20180721_141546

Żeby pojechać do Brześcia czy Grodna nie potrzebujesz wizy czy przepustki. Na granicy w Połowcach nie ma kolejek. Jest trochę formalności. Dostaje się deklarację celną, 50 pozycji drobnym druczkiem, bukvami, po kwadransie dałem za wygraną. okazało się, że wystarczy pójść do odpowiedniego okienka, zapłacić równowartość ok. 30 zł, podać swój pesel i powiedzieć, ze nic się nie przewozi. Pani daje wydruk z komputera i gotowe. A zatem niby nie ma żadnych opłat na granicy, a jednak…

31 lipca 2018 o godz. 19:02

Akademia Brandy – odcinek 5

Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu „Aqua Vitae” opowiada jak zaczęła się historia Metaxy i dlaczego Metaxa nie jest brandy. Zapraszamy do kolejnego odcinka Akedemii Brandy z Pliską.

31 lipca 2018 o godz. 09:49

Kartka z podróży – Stara gorzelnia w Wierzchowicach

20180719_170945

Obecnie po Białoruskiej stronie granicy znajduje się wieś Wierzchowice (Вярховічы), gdzie zachowały się pozostałości dawnych dóbr magnackich Sapiehów, m.in. stary spichlerz, a także przy wyjeździe z wioski w kierunku Brześcia – okazała gorzelnia, będąca częścią późniejszego folwarku rodziny Rothów. Stanęła w miejscu wcześniejszego browaru, w 1908 roku. Długi budynek, otynkowany obecnie od frontu na błękit, zieleń, róż, wyblakłą czerwień. Spirytus produkowano tu aż do 1985 roku, kiedy to Michaił Gorbaczow, w ramach swojej kampanii abstynenckiej nie zamienił gorzelni na krochmalnię. Do dziś przerabia się tu ziemniaki zamiast na alkohol, to na mączkę skrobiową.

30 lipca 2018 o godz. 21:07

Alkoholowe dzieje Polski – czasy rozbiorów i powstań

Besala

„Alkoholowe dzieje Polski” Jerzego Besali, to książka bardziej o obyczajach Polaków, niż o alkoholu. Pełna relacji pamiętnikarskich i kronikarskich, ale też anegdot. Drugi tom, przedstawiający Polskę pod zaborami, w znacznie większym stopniu niż pierwszy opiera się na materiale źródłowym, niż na spekulacjach autora. podobnie jednak jak pierwszy, tak i ten, pisany jest w luźnym stylu publicystycznym, w myśl zasady – najważniejsze, żeby nie zanudzić czytelnika.

30 lipca 2018 o godz. 17:10

Z Prusa

„Cywilizacja ma dwa przeciwległe bieguny. Jednym jest szynk, drugim księgarnia”. ~ Bolesław Prus (1882)

28 lipca 2018 o godz. 11:14

Dzisiaj Nancy Regan

20180601_201555

Dzisiaj o godz. 18.00 koncert zespołu Nancy Regan pt. „Początki Polskiej Sceny Alternatywnej”. Martyna Załoga wykona utwory zespołów, które dały początek polskiej scenie alternatywnej. Po koncercie muzyka live przy ognisku. Wstęp wolny.