21 lutego 2013 o godz. 12:10

Janusz R. Kowalczyk o „Krzyku Kwezala”

Janusz R. Kowalczyk, jeden z najwybitniejszych polskich krytyków teatralnych, na łamach portalu Culture.pl obszernie recenzuje powieść "Krzyk kwezala".

„Krzyk kwezala” Łukasza Gołębiewskiego jest emocjonującą powieścią o podboju Meksyku. Historyczny przekaz o kresie azteckiej cywilizacji wzbogacił autor wysokiej próby awanturniczo-przygodową narracją. Przede wszystkim jest to jednak wspaniała przypowieść o przypadłościach ludzkiej natury. Wciągająca lektura nie pozwala na chwilę odpoczynku, bo czytającemu nie sposób się oderwać od niezrównanych opisów przyrody, jednych z najznakomitszych, jakie kiedykolwiek wyszły spod pióra polskiego pisarza.
Jest rok 1521. Hiszpanie pod wodzą Hernana Cortesa atakują Tenochtitlan, stolicę azteckiego imperium. Liczące ćwierć miliona mieszkańców, największe miasto ówczesnego świata, musi – w myśl kapłańskich przepowiedni – przetrwać 80 dni oblężenia. Dopiero wtedy uda się odwrócić gniew bogów i raz na zawsze przegnać żądnych złota konkwistadorów.
Ostatni azteccy obrońcy zginęli z rąk atakujących pięć dni przed przepowiedzianym terminem. Tenochtitlan, arcydzieło inżynieryjnej precyzji, usadowione na wodzie słonego jeziora – na naturalnych, ale i na sztucznie zbudowanych wyspach – zostało zrównane z ziemią. Zburzenie wspaniałego miasta i wycięcie w pień jego obrońców i bezbronnych mieszkańców, nie przyniosło spodziewanych zysków.
Legendarny skarb Montezumy – azteckiego władcy, który pertraktacje z Hiszpanami przypłacił życiem, jak i wzgardą swoich poddanych za zdradę – przepadł. Oblegani ulegli sile wroga, ale nie dopuścili, żeby w jego ręce trafiły jakiekolwiek dobra. Nieustraszony król Cuauhtémoc, następca Montezumy, nie wydał miejsc ukrycia złota i klejnotów.
Hiszpańska metoda zostawiania za sobą jedynie pogorzelisk zaprzepaściła nie tylko trwały majątek Azteków, ale również ich wielopokoleniowy dorobek kulturalny i cywilizacyjny. Najbliżsi władcy kapłani celowo spopielili zawartość królewskiej biblioteki, żeby nie dostała się w ręce rabusiów. Gigantyczne, nie do oszacowania straty, to jeszcze jeden aspekt dyktowanej chciwością, krwawej konkwisty.
„Postanowiono zatopić pozostające w ukryciu skarby, które teraz na niewiele się zdadzą, a mogłyby stać się łupem wroga. Już po odparciu Hiszpanów, pod osłoną nocy dziesiątki skrzyń ze złotem i drogocennymi kamieniami zatopiono w najgłębszych miejscach jeziora. Kapłani zniszczyli większość ksiąg i dokumentów dotyczących ekonomii, astronomii i magii, wszystkie inwentarze zgromadzonych bogactw i wiele zwojów zgromadzonej wiedzy. Jeśli zaślepieni złotem Hiszpanie mają kiedykolwiek zdobyć to miasto, to znajdą tam jedynie zgliszcza”.
Do Cortesa informacja o zatapianiu skarbów dotarła z opóźnieniem. Wydał rozkaz, aby brygantyny kontrolowały jezioro także w nocy, pomimo niebezpiecznych raf, skał i mielizn. Przewidział to Sowa Kwezal, jeden z najodważniejszych i najsprytniejszych indiańskich dowódców.
„Kobiety przez cały dzień przetykały złotymi nićmi olbrzymie maty z sitowia, które mężczyźni porozkładali na tafli wody. O zmierzchu Hiszpanie ujrzeli przedziwne zjawisko – w świetle księżyca cały jezioro mieniło się oślepiająco, iskrzyło, rozświetlone, jakby na wodzie poustawiano tysiące kandelabrów. Ogarnięci gorączką złota, natychmiast posłali statek. Pod jego ciężarem zakotwiczone w dnie maty złożyły się niczym podrażnione kwiaty rosiczki. Żywochwytna pułapka szczelnie zatrzasnęła się, więżąc okręt i ściągając go na dno”.
Łukasz Gołębiewski z pełną swobodą korzysta z warsztatu autora powieści historycznej, co mu pozwala zapisane w dziejach fakty i postacie łączyć z fikcyjnymi. „Krzyk kwezala” wyróżnia nie tylko wartka akcja – bo w tej nie mierze nie ustępuje nawet literaturze spod znaku sensacji – ale też pozwala czytelnikowi odpocząć przy niedoścignionych opisach przyrody, niekiedy zmierzających do zaskakujących konstatacji: „Kremowobiały kwiat tlilxochtl – wanilii – po zerwaniu zmienia kolor na czarny, tak też zmieniły się w ostatnich dniach barwy miasta”. Zachwycająca niezwykłym odwzorowaniem w słowie egzotyczna flora i fauna, staje się z nagła żywym świadkiem, albo i uczestnikiem niepokojących zdarzeń.
„Woda w kanałach zaczerwieniła się od krwi. Nad taflą co chwila widać wyskakujące jaszczurki – to ambystomy, jest ich tu zatrzęsienie, ale są lubiane, gdyż wyłapują komary. Małe poczwarki: ciemnopopielate, oliwkowe, brązowe z marmurowym deseniem, białe z różowym nalotem. Z pluskiem dają nura, po chwili znów wyskakują. Krew podniosła temperaturę wody, co płazom wyraźnie się nie podoba”.
„Krzyk kwezala” jest zarazem rodzajem ponadczasowej przestrogi przed podejmowaniem pochopnych decyzji, przynoszących nieodwracalne skutki. „Niespodziewana waleczność mieszkańców Tenochtitlanu powoduje, że zamiast rabować, Hiszpanie zmuszeni są niszczyć to wszystko, co budzi ich podziw”. To także zawsze i wszędzie aktualna przypowieść o perfidii wrogów wykorzystujących miejscowe antagonizmy i buntujących jedne plemiona przeciw drugim: „Trudno też powstrzymać indiańskich sojuszników, którzy niszczą i rabują bez umiaru”.
Krwawe rytuały Azteków, z wyrywaniem serc pojmanych wrogów włącznie, którymi Europa zwykła się brzydzić, zupełnie inaczej wyglądają w oczach młodej Indianki: „Zabijanie ludzi w ofierze, nawet najokrutniejsze, to dar dla bogów, ale zabijanie w celu posiadania? Jak odległe i niezrozumiałe są ich światy”. Zwłaszcza w zestawieniu z wyobrażeniami jednego z konkwistadorów z arcykatolickiej Hiszpanii:
„Wyrzuty sumienia? Nic podobnego. Złotowłosy oficer sypia spokojnie, najczęściej w objęciach pięknej Indianki, koniecznie wcześniej ochrzczonej, bo pogaństwem się brzydzi”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

18 maja 2018 o godz. 21:29

Kolejny odcinek w Koktajle.tv

Zapraszamy na drugi odcinek z serii Akademia Brandy Pliska z Koktajl.TV. Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu o alkoholach „Aqua Vitae” opowie jak powinno się pić i podawać koniak, dlaczego w takim kieliszku oraz czy powinno się go podgrzewać. Zapraszamy!

18 maja 2018 o godz. 13:04

Przyjaciel książki

frend2-001

Jak ktoś w dzieciństwie zaprzyjaźni się z książką, to mu tak na resztę życia zostaje.

15 maja 2018 o godz. 12:46

Mocne alkohole w Polsce 2018

OkladkaRMA

Książka „Mocne alkohole w Polsce 2018” to pozycja pionierska, bo choć mieliśmy na rynku różne publikacje w podobnym tonie, czy to własne wydawnictwa ówczesnych Polmosów czy „Almanach wódek polskich”, wszystkie one były kroplą w morzu potrzeb. Co więcej, ograniczały się do swojego „poletka”.

15 maja 2018 o godz. 08:15

Kartka z podróży – Spacerem po Treviso

_DSC6498

Z Włoch wracałem z lotniska Treviso, a że miałem jeszcze kilka godzin do odlotu, więc postanowiłem zrobić spacer po mieście. Przecina je rzeka Sile, wzdłuż jej lewego brzegu ciągną się fragmenty murów starego miasta, w które wbija się systemem fos i kanałów. Tu gdzieś zostawiłem samochód (znalezienie wolnego miejsca do parkowania zajmuje sporo czasu) i ruszyłem w labirynt uliczek.

14 maja 2018 o godz. 08:43

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Castagner

Castagner-010

W małej wiosce Vazzola, u podnóża gór Conegliano, w samym sercu win prosecco, kilkanaście kilometrów od Treviso, swoją ogromną, nowoczesną destylarnię ma rodzina Castagner. Roberto Castagner założył firmę w 1996 roku i bardzo szybko stał się jednym z największych producentów (6 mln l rocznie, ok. 12% udziału w rynku grappy). – Być może dlatego, że nie miałem w rodzinie poprzedników związanych z wytwarzaniem grappy, podszedłem do jej produkcji w sposób innowacyjny. Nie wstydzę się tego, że produkujemy grappę na skalę przemysłową, że nie jesteśmy firmą rzemieślniczą, bo wiem, że nie mielibyśmy tak mocnej pozycji na rynku, gdyby nie przemawiała za nami jakość produktów – mówi Roberto Castagner.

13 maja 2018 o godz. 08:03

Kartka z podróży – Valdobiaddene

_DSC6441

Valdobiaddene, stolica prosecco, miasteczko otoczone wzgórzami i winnicami (ponad 6500 ha upraw w regionie), na każdym wzgórzu kościół, w dole winiarnie, wśród nich m.in. Mionetto, producent najbardziej popularnego w Polsce wina musującego, ale też Altaneve, Masottina i innych – jest tu ponad 3000 winiarzy, którzy rocznie dostarczają na światowe rynki ok. 600 tys. hektolitrów wina. Szlak prosecco ciągnie się przez miasteczko, przez wzgórza, przez winnice. Jak na stolicę wina z bąbelkami miasteczko jest zaskakująco senne, przy rynku jest dobrze zaopatrzony sklep z winem, jest kilka restauracji, wine-bar, ale życie towarzyskie nie koncentruje się w mieście, lecz na otaczających je pagórkach, na winnicach, do których autokary każdego dnia przywożą setki turystów z całego świata. Większość winnic ma parcele, które pozwalają na posługiwanie się oznaczeniem DOCG Prosecco di Conegliano Valdobbiadene lub po prostu DOCG Valdobbiadene Prosecco. Nie wszystkie są winami musującymi, bo w Valdobbiadene z tych samych winogron glera robi się też wina spokojne, w dodatku także z nazwą Prosecco na butelce (z dopiskiem tranquillo). Tańsze butelki robione są w zbiornikach ciśnieniowych, czyli metodą Charmata, droższe metoda tradycyjną, z fermentacją w butelkach. Właściwie każdy liczący się producent stosuje tu obydwie metody. Ze względu na ciśnienie w butelce wina dzielone są na spumante (minimum 3 bary) i frizzante (1-2,5 bara i to jest zdecydowana większość produkcji), a także wspomniane spokojne wina tranquillo. Drugi podział charakteryzuje poziom cukru, od najbardziej wytrawnych brut, przez extra dry, dry i demi sec. Robione zawsze z białych winogron (lub prawie wyłącznie, bo apelacja dopuszcza niewielki udział winogron pinot noir), ale coraz częściej spotykamy różowe prosecco, które nie jest czystym winem, lecz zawiera dodatek soków owocowych.

12 maja 2018 o godz. 08:17

Kartka z podróży – Bassano del Grappa

_DSC6217

Otoczone górami Grappa miasto Bassano jest kolebką włoskiej grappy, tu działa m.in. najstarsza wciąż czynna destylarnia – Blo. Nardini z 1779 roku, jest tu piękne muzeum grappy zorganizowane przez Jacopo Poli, w promieniu kilku kilometrów są jeszcze dwie destylarnie – Poli i Capovilla. Nie od regionalnego trunku, lecz od gór pochodzi drugi człon nazwy miasta, dodany zresztą dopiero w 1928 roku. Krystalicznie czyste źródła spływające ze wzgórz, a także porastające je winnice, niewątpliwie przyczyniły się do tego, że to tu właśnie grappa jest alkoholem absolutnie wyjątkowym.

11 maja 2018 o godz. 08:21

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Poli

Poli-098

Firmę założył w 1898 roku Giobatta Poli, wciąż jest ona w rodzinnych rękach, zarządzana już przez czwarte pokolenie. Firma mieści się w wiosce Schiavon, tuż obok kolebki grappy – miasteczka Bassano del Grappa. Rodzina Poli żyje w tym regoionie od XIV wieku, kiedyś prowadzili tawernę w wiosce Gomarolo, potem przenieśli się do Schiavon, zajmowali się handlem winem i otworzyli mała destylarnię. Na początku XX wieku Giovanni Poli był pierwszym w okolicy właścicielem samochodu i telefonu. Obecnie destylarnia mieści się w tym samym miejscu, w którym powstała, z charakterystycznym kominem z czasów, kiedy alembiki były ogrzewane węglem. Firmą zarządzają Jacopo, Andrea i Barbara Poli. Destylarnia jest otwarta dla zwiedzających, działa też przy niej wspaniale urządzone muzeum grappy. Drugie muzeum grappy rodzina Poli ma w Bassano del Grappa – w XV-wiecznym pałacu (Poli Museo Della Grappa). W obu prezentowane są stare maszyny, książki, butelki, jest to część wielkiej kolekcji Jacopo Poli, który ma także wielką bibliotekę książek o alkoholach, a i sam jest autorem książki o grappie. Wizyty są bezpłatne, a Jacopo Poli często sam oprowadza swoich gości po zakładzie w Schiavon.

10 maja 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Capovilla

Capovilla-013

Vittorio Capovilla założył destylarnię w 1986 roku, na przedmieściach Bassano del Grappa. Wcześniej pracował w branży winiarskiej. Swój pierwszy alembik samodzielnie skonstruował w 1975 roku z części, które przewoził z Austrii. Pozwalał na destylację 300 l. Obecnie Capovilla robi 40-50 tys. butelek rocznie, mają też małą destylarnię Marie-Galante na Gwadelupie, gdzie robią rum typu agricole (m.in. marka Rhum Rhum). Mają też 4 ha własnych sadów, poza grappą i brandy w ofercie jest szeroki wybór wysokiej jakości destylatów owocowych, a nawet destylaty z piwa.

9 maja 2018 o godz. 17:03

Koktajle TV o koniaku