19 lutego 2014 o godz. 13:44

Dziękuję, zapłacę

Darmowy podręcznik
school wiki
21 stycznia rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty, zapowiadając jednocześnie rozpoczęcie prac nad programem nazywanym „Darmowym podręcznikiem dla pierwszaka”. Warto przyjrzeć się, ile to „darmowe” będzie kosztowało? Nie rząd, ale rynek wydawniczo-księgarski, obawiam się bowiem, że taką analizą nikt z polityków nie zaprzątał sobie głowy. Przy okazji warto też spytać o innego rodzaju koszt tej wątpliwej „reformy”? Co jeden „darmowy” podręcznik dla pierwszaka (a potem drugo-, trzecioklasisty, a może i z czasem dla studenta, dlaczego nie?) będzie oznaczał dla edukacji?


Na to drugie pytanie wyczerpująco odpowiedzą zapewne pedagodzy i specjaliści od systemu oświaty, mam nadzieję, że takie analizy powstaną i rząd weźmie je pod rozwagę. Brakuje mi w tej dziedzinie wiedzy, jednak jako obserwator uważałem dotąd, że wielość podręczników jest wielką zdobyczą zarówno polskiego systemu edukacji, jak i demokracji w ogóle. Wydawało mi się, że to dobrze, że czasy, kiedy był jeden podręcznik odeszły do lamusa, że system edukacji uwzględnia kompetencje uczniów, różnice światopoglądowe, różnice między wsią a miastem, różnice w temperamencie klasy i to wszystko, co sprawia, że nauczanie stało się żywiołowe, ciekawe, barwne. Różnorodność zawsze wydawała mi się plusem, choć oczywiście znam głosy przeciwne, że nauczyciel gubi się w nadmiarze, że nie potrzebny jest tak szeroki wybór, że to niepotrzebny koszt. Otóż stoję na stanowisku, że możliwość wyboru nie jest nadmiernym kosztem, demokracja ponosi ich więcej w sferach mniej przyjaznych obywatelowi (choćby niedawne referendum w sprawie odwołania prezydenta Warszawy). Pozbawianie nas możliwości wyboru w imię oszczędności, to droga w jak najgorszym kierunku. Brak możliwości wyboru w edukacji, może niestety skutkować obniżeniem jej jakości. Darmowe może okazać się w najlepszym razie przeciętne, ale bardziej prawdopodobne, że okaże się byle jakie.
To kwestia najważniejsza, są i inne, jak choćby prowokacyjne pytania stawiane przez Jarosława Perzyńskiego, członka Rady PIK: skoro jeden bezpłatny podręcznik dla pierwszoklasisty, to co z nauczaniem religii? Czy jeden – ten sam – podręcznik dla wierzących i niewierzących? A co z językami obcymi? Wszyscy pierwszoklasiści decyzją rządu mają się uczyć języka angielskiego z jednego podręcznika, czy jest możliwość uczenia się niemieckiego, francuskiego lub hiszpańskiego? Jak dalece „jednym podręcznikiem” państwo chce ingerować w swobodę dokonywania wyboru przez rodzica? Także w swobodę wyznaniową i światopoglądową? Być może na etapie elementarza i podstaw arytmetyki nie ma to aż tak wielkiego znaczenia, ale w gruncie rzeczy są to fundamentalne pytania dotyczące celów tego typu reformy. Czy rzeczywiście jest ona wprowadzana w trosce o portfel Kowalskiego? Przecież istnieją inne formy wspierania dzieci z biedniejszych rodzin, choćby dobrze funkcjonujący system wyprawki szkolnej, którego budżet – jak wiadomo – nie jest w pełni przez samorządy wykorzystywany. Czy nie lepiej interweniować tam, gdzie jest bieda, a nie po równi każdemu podsuwać jeden, darmowy, jedynie słuszny, państwowy podręcznik?
Pytania prowadzą do oczywistej odpowiedzi – „darmowy podręcznik” to kiełbasa wyborcza. To demagogiczne zagranie w stylu św.p. Leppera, rozdać – nie ważne czy potrzebującym – bo rozdawnictwo przysporzy głosy. Obawiam się, że jak wszystkie poprzednie tego typu pomysły na rządowe uszczęśliwienie oświaty, tak i ten nie tylko nie przyniesie oczekiwanych głosów wyborców, ale skończy się wielką kompromitacją. O wiele mądrzej byłoby rozpocząć społeczne konsultacje na temat finansowania kształcenia się Polaków, niż wdrażać odgórne sterowanie tym, co w krajach demokratycznych pozostawione jest mądrości wolnego rynku. Jeden jedynie słuszny podręcznik lokować nas będzie bliżej Azji niż Europy, o czym przed wyborami o europarlamentu warto głośno mówić.

Analiza biznesowa
Tyle publicystyki, teraz ekonomia. Wartość rynku sprzedaży publikacji dla pierwszoklasistów szacowana jest (bez podręczników do nauczania języków obcych czy religii) na 70-80 mln zł. Można się spodziewać, że rządowy projekt w następnych latach obejmie także klasy drugie i trzecie, a trzeba też pamiętać o realizowanym – zapowiadanym na 2015 rok – programie darmowego elektronicznego podręcznika. De facto oznaczać to będzie ubytek z rynku książki wartości (w cenach zbytu wydawców) rzędu 850 mln zł. Zlecenia na druk książek to ok. 50 mln egzemplarzy rocznie, ok. 5000 tytułów przygotowanych przez zespół ponad 10 tys. autorów z wieloletnim pedagogicznym przygotowaniem i ok. 15 tys. redaktorów oraz korektorów, pracujących na umowy o pracę i umowy zlecenia. Dla księgarń – zwykle niezależnych, gdyż to one są głównym sprzedawcą podręczników szkolnych – to utrata marży, w wariancie całkowicie bezpłatnego podręcznika czy e-podręcznika do wszystkich etapów nauczania, na poziomie 125 mln zł. To niewiele, mniej niż wyniósł w 2012 roku zysk netto spółki Żywiec Zdrój, jedna trzecia rocznego zysku producenta papieru Mondi Świecie, który zatrudnia nieco ponad tysiąc osób. Księgarnie zatrudniają sześć razy więcej osób, a ta niewielka z punktu widzenia budżetu państwa kwota, pozwala przetrwać ludziom i firmom, które w małych miasteczkach są często obok biblioteki jedyną placówką kulturalną.
W pierwszym roku wydawcy stracą ok. 70-80 mln zł przychodu (ok. 10 proc. łącznej wartości sprzedaży, ale dla niektórych 30 lub więcej procent) z najbardziej dochodowej części swojego biznesu, bowiem sprzedaż podręczników dla pierwszoklasistów jest najwyższa. Część sobie z tą stratą nie poradzi i ogłoszą upadłość, część przyjmie programy oszczędnościowe – ograniczy inwestycje w nowe tytuły, w nowe technologie, w szkolenia dla nauczycieli, oszczędności obejmą etaty redaktorskie i korektorskie. Scenariusz nie trudno przewidzieć, wystarczy zobaczyć, co stało się na rynku mediów po odjęciu części przychodów z reklam. Jeśli politykom trudno jest rozglądać się po prywatnym medialnym biznesie, niech przeanalizują sytuacji mediów publicznych – telewizji i radia. Presja spadających przychodów odbija się na jakości przekazu. Zwalnia się redaktorów i korektorów, likwiduje placówki zagraniczne, ogranicza wydatki na technologie. Cierpi nie tylko jakość, cierpi treść. Przekaz jest nie tylko coraz uboższy, jest też pełen błędów. Przez dekadę pracowałem w dziale kultury „Rzeczpospolitej”, w kilkunastoosobowym zespole, w którym trzy osoby zajmowały się wyłącznie książkami (w tym jedna poezją). Co dziś zostało z działu kultury „Rzeczpospolitej”? Na etatach – dwóch kierowników i jedna dziennikarka, wszyscy w wieku chronionym, przed emeryturą. Poza tym praktykanci, studenci, współpracownicy. Teoretycznie jedna dziennikarka powinna kompetentnie pisać o: książkach, operze, filmie, teatrze, muzyce rockowej i filharmonii, wystawach plastycznych i architekturze, o ekonomii kultury i polityce kulturalnej państwa. Jest to możliwe, owszem, ale jaka jest tego jakość? A ten sam problem dotyczy książek. Wystarczy spojrzeć na publikacje referencyjne i akademickie, najdotkliwiej dotknięte przez piractwo, Chomikuj i zmiany technologiczne, które dają darmowy dostęp do źródeł wiedzy (Wikipedia i inne platformy). Jakość tych publikacji stale się obniża, PWN, które kiedyś było wyznacznikiem najwyższej jakości, dziś publikuje książki pełne błędów, bo wydawcy nie stać na korektorów i redaktorów, bo zamiast fachowych tłumaczy zatrudnia się studentów. W rezultacie wiedza jest coraz mniej pewna, marka wydawcy – jako wyznacznika jakości – ulega degradacji. I nikt go nie zastępuje. Anonimowy autor Wikipedii jest darmowy, ale nie daje gwarancji, że informacje są rzetelne. Rozumiem, że rząd chciałby występować w roli gwaranta jakości, anonsując jedyny darmowy podręcznik, ale polityka z natury swej niestety nie budzi zaufania, nie daje poczucia bezstronności i nie ma ponadczasowego charakteru. Przeciwnie, cechuje ją wyrazistość poglądów, program partii politycznej adresowany jest do grupy, nie do społeczeństwa jako całości. Ten polityczny pluralizm jest częścią demokracji, ale nie częścią systemu oświaty. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ministrem edukacji znów zostaje Roman Giertych, czy jest on marką, która wzbudzać będzie zaufanie uczniów, nauczycieli, autorów podręczników? Dla jednych pewnie jest, dla innych jednak nie jest, a zatem darmowy podręcznik w żaden sposób nie będzie w społecznym odbiorze równoznaczny z najwyższą jakością. A politycy uwikłają się w światopoglądowych sporach, co powinno znaleźć się w podręczniku, a co koniecznie trzeba usunąć. Czy taki spektakl jest nam potrzebny?
Wydawcy edukacyjni w dużym stopniu dotąd finansowali pozytywne zmiany w polskiej oświacie. Dzięki szkoleniom nauczycieli i dzięki nowym podręcznikom, zwykle najwyższej jakości. Odebranie z rynku w pierwszym roku 10 proc. przychodów i kilkunastu procent zysków wydawnictw, bez wątpienia wpłynie na jakość reszty podręczników, gdyż trzeba będzie szukać oszczędności. Właściciele wydawnictw oczekują – jak w każdym biznesie – zysków. Niewiele pozostało na rynku firm „z misją”, a po wprowadzeniu darmowego podręcznika być może nie pozostanie ani jedna, bo one są najsłabsze kapitałowo, najmniej odporne na zmiany. Jeden podręcznik zakończy eksperymenty, poszukiwania nowych metod pracy z uczniem, nie będzie miejsca na takie programy jak choćby w latach 90. XX wieku „ABC” Janiny Korzańskiej, program, który merytorycznie wyprzedzał reformę nauczania właśnie pierwszaków i wyznaczał inne standardy pracy z dziećmi. Strata finansowa będzie zatem dotkliwą i długofalową stratą merytoryczną, która odbije się na jakości oświaty, nawet wówczas gdy polityczna demagogia ograniczy się do pierwszoklasistów.
A dlaczego tylko pierwszoklasistów spytają rodzice dzieci z drugich klas. Program rządu może uruchomić niebezpieczną społeczną presję na „darmoizację” oświaty, a na tą państwa polskiego zwyczajnie nie stać. Kiełbasa wyborcza może odbić się czkawką w kolejnych latach, a przecież rządzący politycy chcą rządzić także w latach następnych. Program rozdawnictwa bardzo szybko się skończy, bo kołderka jest krótka.
Darmowy e-podręcznik doprowadzi do upadłości cały biznes wydawniczo-księgarski związany z edukacją. Jeśli kogoś nie przekonuje, że ucierpi na tym jakość oświaty, to popatrzmy na wymiar ludzki. Pracę stracą autorzy i redaktorzy, czyli elita systemu oświatowego. Część z nich znajdzie zatrudnienie gdzie indziej, ale gdzie? W prywatnym biznesie? Zamiast organizować szkolenia dla nauczycieli, będą szkolić przedstawicieli handlowych czy menadżerów? A może pójdą do pracy w Ministerstwie Edukacji? Na pewno grupa ta ulegnie znacznemu przerzedzeniu, tak jak to się stało na wspomnianym rynku medialnym – rzesze bezrobotnych redaktorów gazet nie znajdują zatrudnienia w swoim zawodzie, szukają pracy w agencjach reklamowych, czy właśnie w wydawnictwach książkowych lub w jednostkach rządowych i samorządowych. Upadek prestiżu gazet jest widoczny, tak samo będziemy mówili z kilka lat o upadku prestiżu zawodu nauczyciela i samej szkoły. Jakie społeczeństwo wychowamy?
Upadek rynku podręcznikowego, to mniejsze zamówienia w drukarniach, mniejsza sprzedaż papieru i farb drukarskich, a więc i tu zwalniani fachowych, likwidowane firmy. To wreszcie – i najważniejsze – likwidacja księgarń, szacuję, że stan sieci księgarskiej już po pierwszym roku „darmowego podręcznika” zmniejszy się o jedną czwartą. A przecież już dziś ubolewamy, że Polacy mają coraz trudniejszy dostęp do książki, zwłaszcza osoby starsze, które nie robią zakupów w Empik.com. Amazonie czy Merlinie. Czy nie za łatwo zapominamy o tej grupie? Księgarnie, jako miejsca promocji książki i czytelnictwa, w małych ośrodkach są niezbędne. Media trąbią, że czytelnictwo spada, potwierdzają to badania Biblioteki Narodowej, i jaka jest odpowiedź rządu? Darmowy podręcznik, który wyniszczy księgarnie? Tyle lat mądrej polityki ministra kultury wspierającej czytelnictwo ma iść na marne przez jedną nieprzemyślaną decyzję obliczoną na chwilowy poklask?
Pomimo kryzysu na rynku książki polskie podręczniki szkolne wciąż trzymają najwyższą jakość, a nawet ją podwyższają. Nie byłoby to możliwe – w czasach niżu demograficznego – gdyby nie rozsądna dotąd polityka państwa. Kolejne reformy oświaty inicjowały nowe tytuły, dawały pracę autorom, redaktorom, pedagogom, pozwalały opracowywać nowe podręczniki i nowe rozwiązania dotyczące pracy z uczniem. Pozwalały zarabiać pieniądze, które były reinwestowane w nowe projekty. Wystarczy spojrzeć w bilanse spółek z sektora edukacyjnego by przekonać się, że to były inwestycje przekraczające rocznie 100 mln zł. Były one niezbędne by zachować konkurencyjność na trudnym rynku, ale dawały polskiej oświacie nieprawdopodobny bonus, który całkowicie zmienił wyobrażenie o szkole. Powrót do elementarza Falskiego jest dziś niemożliwy. Powrót do idei jednego bezpłatnego podręcznika dla pierwszoklasistów jest dziś szkodliwy. Z myślą o przyszłych pokoleniach Polaków trzeba się z tego jak najszybciej wycofać.
Pozostaje jednak polityczna obietnica. Można ją spełnić, oferując darmowy podręcznik dofinansowany w formie przetargu, ale na podręczniki już istniejące, na podręczniki funkcjonujące na wolnym, pluralistycznym rynku, rynku, na którym są nie tylko autorzy, nie tylko wydawcy, ale także księgarze.

 

Ile rocznie stracą na darmowym podręczniku? (szacunkowo w mln zł)

Wariant darmowy podręcznik tylko dla pierwszoklasistów

Wariant darmowy podręcznik dla wszystkich klas

Autorzy

6-7 mln zł

55-65 mln zł

Redaktorzy

8-9 mln zł

85-95 mln zł

Wydawcy

5-8 mln zł

45-60 mln zł

Księgarze

10-13 mln zł

120-135 mln zł

Drukarze

9-12 mln zł

100-140 mln zł

(dane uwzględniają dysproporcje nakładów i liczby sprzedawanych książek do wyższych klas)

 

Najważniejsze dane dotyczące rynku podręczników szkolnych

Lata 2001 2002 2003 2004 2005 2006 2007 2008 2009 2010 2011 2012
Przychód w mln zł 620 645 650 640 620 595 640 695 775 810 815 840
Liczba wydanych tytułów 3600 4000 3900 3600 3660 3420 3520 3540 4050 4470 4430 4890
Liczba pierwszych wydań 1500 1550 1700 1390 1420 1090 960 1080 1670 1850 1880 2020
Łączny nakład(w mln egz.) 72,5 67,0 60,9 55,4 54,3 49,5 50,3 49,7 52,3 53,8 53,1 47,3
Sprzedaż książek(w mln egz.) 70,0 69,5 61,3 56,7 54,9 48,9 50,8 51,4 51,8 52,2 49,8 46,6

 

 

7 komentarzy dla “Dziękuję, zapłacę

  1. Jak czytam ten bełkot, to dochodzę do wniosku, że chyba cały rynek księgarski opiera się na podręcznikach. Kiedyś w końcu cwaniactwo wydawców musiało się skończyć – można by rzec… NARESZCIE. Moje czasy edukacji to stabilny system podręczników, z których uczył się mój brat, potem ja, który jestem o kilka lat młodszy, a po mnie jeszcze inni, którzy odkupili ode mnie podręczniki. Podręczniki służyły edukacji przez wiele długich lat. Wraz z nadejściem niby demokracji, nadszedł czas cwaniaków, którzy z podręczników zrobili sobie źródło stałego dochodu. Co roku nowe wydanie, bo ktoś poprzestawiał przecinki. Nauczyciele wabieni przez wydawców i księgarzy wycieczkami i innymi bajerami, nakazywali zakup nowych podręczników itd. Totalnie chory system za który płacą rodzice dzieci chodzących do szkoły. Tak jakby wiedza się zmieniała w ciągu jednego roku. O ile dobrze wiem, to w fizyce, matematyce, geografii i wielu innych przedmiotach, w tym również w językach nic się nie zmienia, wciąż obowiązują te same prawa i reguły. To tylko lobby wydawnicze wymuszało „kopanie” w systemie edukacji, aby zaspokoić swoją pazerność.
    Najwyższy czas zacząć wydawać też inne książki, teraz jest przecież koniunktura na celebrytów, bo każdy coś tam „pisze”.

    Gdyby nie zaniedbywano przez lata podstawowych zasad współżycia społecznego, to może nie musieli by teraz tak biadolić. Święta prawda brzmi: nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe. Należy to odnieść np. do powszechnej kradzieży typu Chomik i innych złodziejskich form upowszechniania. Ciekawe jakby się czuł taki jeden z drugim, gdyby jemu ktoś kradł efekty jego pracy.
    Należy zacząć od podstaw, o ile nie jest już za późno.

    • Przede wszystkim warto porównać jakość podręczników pisanych d 1990 roku i współcześnie, to dwa inne światy, porównania nie mają sensu. Polska edukacja stoi na stosunkowo wszystkim poziomie głównie dzięki dobrym podręcznikom. Pozostawiam bez komentarza, czy to jest chore, czy zdrowe, że rodzice płacą za edukację swoich dzieci. Czy podręczniki są za drogie? Nie, kosztują tyle, ile musi kosztować profesjonalna publikacja do nauczania dzieci i młodzieży. No i na koniec sprawa księgarzy – otóż, niestety, faktycznie większość z nich „żyje” dzięki podręcznikom. A książki celebrytów… cóż, może dadzą księgarzom jakiś zarobek, ale nie za bardzo bym chciał, żeby wydawcy podręczników szkolnych zabierali się za ten akurat temat żeby uzupełnić spadające przychody. Książka kucharska Magdy Gessler jest ok., ale podręcznik do matematyki Pascala Brodnickiego – za nic w świecie.

      • Tyle, że problem leży w mentalności Polaków. Kiedyś było kilka wydawnictw wyspecjalizowanych w swojej dziedzinie (np. Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, które specjalizowało się w tym co sama nazwa mówi), obecnie jest tak jak mentalność Polaka – sąsiad wydaje książki, to ja też będę. Przykłady można mnożyć. Wystarczy przejechać się do kilku miejscowości i zobaczysz o czym mówię, np. Kalwaria Zebrzydowska – wszyscy robią meble, Chełmek – buty, Rędziny – makarony. To jest małpiarnia, która kiedyś musi dojść do ściany. I tak jest obecnie. Nie może być kilkunastu, czy kilkudziesięciu wydawnictw wydających podręczniki, bo ekonomia i logika przemawia za tym, że na dłuższą metę tak się nie da funkcjonować. Należy się przebranżowić, znaleźć swoją niszę, a nie wciąż małpować. Polacy, to niestety taki naród, że ciągle spoglądają jak Pawlak na Kargula i małpują wzajemnie. Rozwiązaniem jest wzajemne uzupełnianie się w wytwarzaniu dóbr konsumpcyjnych, a nie powielanie.

  2. Bardzo ciekawe dane byłbym wdzięczny za źródło bo zupełnie odbiegające od rzeczywistości. 10 lat pracowałem w wydawnictwie edukacyjnym więc zawsze punktem wyjścia były roczniki statystyczne GUS.
    Już pierwsze dwa zdania nie są zrozumiałe – rynek książki edukacyjnej to 70 – 80 mln a wprowadzenie darmowego podręcznika do pierwszych trzech klas to strata rzędu 800 mln zł – to nawet jak pomnożymy 80 x 6 lat (proszę policzyć dlaczego akurat 6) – nadal nie przekracza mi 800mln. Czy pan sprawdzał liczbę dopuszczonych podręczników w ministerstwie ? – polecam łatwo to znaleźć. Czy sprawdzał pan demografię uczniów z danego rocznika w konkretnym roku 2012 czy w2014 – polecam – również jest ogólnie dostępny. Bardzo proszę najpierw przeanalizować najprostsze dane przed podjęciem się pisania na ten temat. Bo przedstawione źródło dotyczy tylko fotografii. Bardzo interesuje mnie też źródło szacunkowych strat redaktorów, wydawców, księgarzy – musiał pan zrobić badania na bardzo szeroką skalę -czy takie badania dużo pana kosztowały? Na tak dokładne badania mogłyby pozwolić sobie najwyżej dwa wydawnictwa lub kilka mniejszych. Ale może zebrał je pan razem aby takie badania przeprowadziły – w każdym razie gratuluję.

  3. Nic nigdy nie jest o państwa „za darmo” … za wszystko płacimy my … łącznie z pensjami „naszych dobroczyńców” których posady istnieją tylko po to,… i to się własnie nazywa socjalizm. A to, że nauczyciele gubią się w nadmiarze ilości dostępnych podręczników – to nieprawda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

19 lutego 2019 o godz. 12:16

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover 25-001

Ukazał się nowy numer (1/2019) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

17 lutego 2019 o godz. 17:58

Kartka ze Lwowa (12) Restauracja Baczewskich

Restauracja Baczewski we Lwowie (8)

W centrum Lwowa, przy ulicy Szewskiej 8, powstała w 2015 roku restauracja Baczewskich – Ресторація Бачевських. Wchodzi się przez sklepik z oryginalnymi wódkami J.A. Baczewski z Austrii, a także z własnymi nalewkami w butelkach noszących logo restauracji, są tu też: książki, widokówki, kieliszki, gadżety. Zaprezentowano też stare materiały reklamowe oraz oryginalne stare butelki po wódkach Baczewskiego. Przy wejściu do restauracji jest recepcja, a sama sala restauracyjna prezentuje się niezwykle elegancko. Na dole zaś jest koktajl-bar oraz wybór kilkudziesięciu smaków nalewek, które dojrzewają w szklanych zbiornikach od kilku miesięcy do nawet trzech lat. Część smaków dostępnych jest wyłącznie w barze, ale ponad 30 można kupić w firmowych butelkach i w miniaturkach.

16 lutego 2019 o godz. 23:36

Kartka ze Lwowa (11) Muzeum Piwa

Browar we Lwowie (2)

Львиварня, czyli Muzeum Piwa we Lwowie, które miastu zafundował Carlsberg, właściciel miejskiego browaru. Pierwsza ekspozycja powstała w 2005 roku (290 lecie powstania browaru) i była dziełem pracowników. Obecnie kompleks jest po gruntownej rekonstrukcji i można go zaliczyć do najnowocześniejszych muzeów na Ukrainie. Zebrano tu eksponaty związane z lwowskim piwowarstwem, ale również z samym miastem i jego biesiadną historią. Szeroko została przedstawiona technologia produkcji. Zwiedzanie jest interaktywne, można niemalże stworzyć własne piwo, wsłuchać się w gwar lwowskiej ulicy, baciarskich melodii. Budynek jest trzykondygnacyjny. Na drugim piętrze stworzono przestrzeń kulturalną z salami wystawienniczymi i konferencyjnymi. Jest tu również obszerna sala degustacyjna. Za niewielką dopłatą do biletu można skosztować czterech piw: Lager (Lvivskie 1715), Unfiltered Lager (Biały Lew), Ale i Dark Lager (Ciemne Lwowskie).

15 lutego 2019 o godz. 20:11

Kartka ze Lwowa (10) Dawna fabryka wódek Jana Muszyńskiego

Muszynski Old Distillery (1)

Na ulicy Drukarskiej, która dochodzi do lwowskiego Rynku, pod numerem 3 znajduje się kamienica „Pod Matką Boską”, która kiedyś należała do lwowskiego kupca Stancla Szolca. W podwórzu budynku mieściły się liczne magazyny towarów. W lokalu parterowym na początku XIX w. mieściła się fabryka likierów i wódek Jana Muszyńskiego.

14 lutego 2019 o godz. 09:10

Kartka ze Lwowa (9) Muzeum Farmacji

Muzeum Farmacji we Lwowie (11)

Przy samym Rynku na ulicy Drukarskiej pod numerem 2 mieści się niezwykłe muzeum. Wejście do sal muzealnych biegnie przez działającą tu od 1775 roku do dziś aptekę. Poszczególne pomieszczenia to interesujące wnętrza apteczne z bogatym wyposażeniem. Trasę kończy się w świetnie zachowanych piwnicach wraz z pracownią alchemiczną. Czynne w godzinach 9.-19.00. Bilet kosztuje 30 hrywien.

13 lutego 2019 o godz. 15:34

Kartka ze Lwowa (8) Muzeum Etnografii i Rzemiosła Artystycznego

Muzeum Etnograficzne (2)

Pod numerem 15 Prospektu Swobody w dawnym budynku Galicyjskiej Kasy Oszczędności, wybudowanej w latach 1874-1891 wg projektu Juliana Zachariewicza, mieści się obecnie Muzeum Etnografii i Rzemiosła Artystycznego. Utworzone w 1951 roku na bazie Muzeum Przemysłu Artystycznego oraz Muzeum Towarzystwa Naukowego im. Szewczenki. Na attyce budynku zauważyć można grupę rzeźb pt. Oszczędność, której autorem był Leonardo Marconi. Wnętrze jest imponujące – monumentalne marmurowe schody, bogato zdobione ściany i sufity. Znajdują się tu zbiory folklorystyczne akcentujące przeszłość Ukrainy. Ciekawa ekspozycja znajduje się na pierwszym piętrze – polski plakat Art Déco, plakaty Alfonsa Muchy, plakaty antyalkoholowe z lat 20. XX wieku, kolekcja starych butelek, w tym z zakładów Baczewski czy Kosecki. Jest też bardzo ładna kolekcja kielichów, kieliszków i karafek z różnych okresów dziejów miasta.

12 lutego 2019 o godz. 08:22

Kartka ze Lwowa (7) Wizyta w fabryce wódek Hetman

Hetman (19)

Горілчаний завод Гетьман ulokowany jest we Lwowie naprzeciwko dawnego zakładu Baczewskiego. Firma odwołuje się zresztą bezpośrednio do tradycji wódek Baczewskiego, w materiałach informacyjnych umieszczona jest data 1782, kiedy powstał zakład Baczewskiego (jeszcze nie ten po drugiej stronie ulicy, ale 44 km od Lwowa), a na butelkach wódek Monopoly jest charakterystyczna rycina przedstawiająca starą fabrykę Baczewskiego w XIX wieku. W rzeczywistości jednak historia marki wódki Hetman sięga 1996 roku, zaś obecny lwowski zakład powstał w 2002 roku w miejscu dawnej rozlewni win owocowych.

11 lutego 2019 o godz. 08:46

Kartka ze Lwowa (6) Lwowski Zakład Likierów i Wódek

Lvivski Gorichanyi Zavod (2)

Львівський лікеро-горілчаний завод mieści się w starym kompleksie fabrycznym, firma powstała w 1931 roku, jako gorzelnia i rektyfikacja. Kontynuowała działalność wcześniejszych Zakładów Produkcji Wódek nr 10 we Lwowie, działających w innej lokalizacji od 1842 roku. Znacjonalizowana w 1939 roku, w latach ZSRR była jednym z trzech największych zakładów produkujących alkohol na Ukrainie (mimo zlikwidowania własnej rektyfikacji), oferując wódki i likiery oraz ocet, działając wówczas jako Lwowski Zakład Likierów i Wódek nr 2. Obecnie firma jest własnością grupy Ukrspirt. W latach 1995-1996 zakład został zmodernizowany i rozbudowany. Mają osiem własnych sklepów firmowych, zatrudniają 360 osób. Ich oferta obejmuje ok. 70 produktów alkoholowych, w tym wiele rodzajów wódek i likierów. Wódki poddawane są filtracji węglem drzewnym i piaskiem kwarcowym. Firma nadal jest jednym z głównych na Ukrainie producentów octu.

10 lutego 2019 o godz. 09:54

Kartka ze Lwowa (5) Z dawnej fabryki Baczewskiego pozostały ruiny

Baczewski old distillery (2)

Brama pomalowana na mało gustowny łososiowy róż a nad nią napis Almazinstrument, za nią budynek dawnego dworu, na szczycie poddasza ozdobiony datą 1782, przy bramie tablica pamiątkowa – tutaj swoją fabrykę miał Layb Baczeles, który do historii przeszedł jako Józef Adam Baczewski. Na tablicy pamiątkowej, założonej całkiem niedawno, lakoniczna informacja, że w 1782 roku powstała fabryka alkoholi we wsi Wybranówka (to ok. 44 km od Lwowa), że obecne budynki fabryczne w większości powstały w 1908 roku według projektu architekta Władysława Sadłowskiego, a wcześniej Baczewski zakupił we Lwowie dwór hrabiów Cieleckich. Po II wojnie światowej mieścił się tutaj zakład Almazinstrument, produkujący narzędzia ścierne z diamentową warstwą roboczą. Wtedy też kolejny raz kompleks był przebudowany.

9 lutego 2019 o godz. 09:56

Kartka ze Lwowa (4) Nalewki ze Lwowa

Nalewki zi Lwowa (6)

Наливки зі Львова to sieć sklepów i barów oraz marka nalewek. Mają swoje punkty we Lwowie, Kijowie, Odessie, Charkowie, Dnieprze i w Warszawie w Blue City. Oryginalny wystrój, pastelowe kolory, grafiki w stylu galicyjskich karykatur, bańki z nalewkami, butelki różnych objętości, od setki zaczynając, możliwość degustacji także w formie „desek degustacyjnych” (4×30 ml dowolnych smaków) – to tworzy klimat. Za koncept odpowiada Holding Akurat – sieć sklepów, restauracji, kawiarni, barów, parków rozrywki, usługi hotelarskie, łowieckie i nalewkarnie. Poza nalewkami robią wina owocowe. Nalewki zestawiane są z naturalnych komponentów na: trawach, ziołach, korzeniach, jagodach, owocach i warzywach, a także kawowe i czekoladowe nalewki. To ponad 30 smaków, moc od kilkunastu procent do ponad pięćdziesięciu, w tym np.: na czerwonych burakach, dyni, korzeniu żeń-szenia, płatkach róż, liściach melisy. Jest kilka oryginalnych kompozycji ziołowych: Karpatski, 12 Ziół, Stary Lwów.