19 lutego 2014 o godz. 13:44

Dziękuję, zapłacę

Darmowy podręcznik
school wiki
21 stycznia rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty, zapowiadając jednocześnie rozpoczęcie prac nad programem nazywanym „Darmowym podręcznikiem dla pierwszaka”. Warto przyjrzeć się, ile to „darmowe” będzie kosztowało? Nie rząd, ale rynek wydawniczo-księgarski, obawiam się bowiem, że taką analizą nikt z polityków nie zaprzątał sobie głowy. Przy okazji warto też spytać o innego rodzaju koszt tej wątpliwej „reformy”? Co jeden „darmowy” podręcznik dla pierwszaka (a potem drugo-, trzecioklasisty, a może i z czasem dla studenta, dlaczego nie?) będzie oznaczał dla edukacji?


Na to drugie pytanie wyczerpująco odpowiedzą zapewne pedagodzy i specjaliści od systemu oświaty, mam nadzieję, że takie analizy powstaną i rząd weźmie je pod rozwagę. Brakuje mi w tej dziedzinie wiedzy, jednak jako obserwator uważałem dotąd, że wielość podręczników jest wielką zdobyczą zarówno polskiego systemu edukacji, jak i demokracji w ogóle. Wydawało mi się, że to dobrze, że czasy, kiedy był jeden podręcznik odeszły do lamusa, że system edukacji uwzględnia kompetencje uczniów, różnice światopoglądowe, różnice między wsią a miastem, różnice w temperamencie klasy i to wszystko, co sprawia, że nauczanie stało się żywiołowe, ciekawe, barwne. Różnorodność zawsze wydawała mi się plusem, choć oczywiście znam głosy przeciwne, że nauczyciel gubi się w nadmiarze, że nie potrzebny jest tak szeroki wybór, że to niepotrzebny koszt. Otóż stoję na stanowisku, że możliwość wyboru nie jest nadmiernym kosztem, demokracja ponosi ich więcej w sferach mniej przyjaznych obywatelowi (choćby niedawne referendum w sprawie odwołania prezydenta Warszawy). Pozbawianie nas możliwości wyboru w imię oszczędności, to droga w jak najgorszym kierunku. Brak możliwości wyboru w edukacji, może niestety skutkować obniżeniem jej jakości. Darmowe może okazać się w najlepszym razie przeciętne, ale bardziej prawdopodobne, że okaże się byle jakie.
To kwestia najważniejsza, są i inne, jak choćby prowokacyjne pytania stawiane przez Jarosława Perzyńskiego, członka Rady PIK: skoro jeden bezpłatny podręcznik dla pierwszoklasisty, to co z nauczaniem religii? Czy jeden – ten sam – podręcznik dla wierzących i niewierzących? A co z językami obcymi? Wszyscy pierwszoklasiści decyzją rządu mają się uczyć języka angielskiego z jednego podręcznika, czy jest możliwość uczenia się niemieckiego, francuskiego lub hiszpańskiego? Jak dalece „jednym podręcznikiem” państwo chce ingerować w swobodę dokonywania wyboru przez rodzica? Także w swobodę wyznaniową i światopoglądową? Być może na etapie elementarza i podstaw arytmetyki nie ma to aż tak wielkiego znaczenia, ale w gruncie rzeczy są to fundamentalne pytania dotyczące celów tego typu reformy. Czy rzeczywiście jest ona wprowadzana w trosce o portfel Kowalskiego? Przecież istnieją inne formy wspierania dzieci z biedniejszych rodzin, choćby dobrze funkcjonujący system wyprawki szkolnej, którego budżet – jak wiadomo – nie jest w pełni przez samorządy wykorzystywany. Czy nie lepiej interweniować tam, gdzie jest bieda, a nie po równi każdemu podsuwać jeden, darmowy, jedynie słuszny, państwowy podręcznik?
Pytania prowadzą do oczywistej odpowiedzi – „darmowy podręcznik” to kiełbasa wyborcza. To demagogiczne zagranie w stylu św.p. Leppera, rozdać – nie ważne czy potrzebującym – bo rozdawnictwo przysporzy głosy. Obawiam się, że jak wszystkie poprzednie tego typu pomysły na rządowe uszczęśliwienie oświaty, tak i ten nie tylko nie przyniesie oczekiwanych głosów wyborców, ale skończy się wielką kompromitacją. O wiele mądrzej byłoby rozpocząć społeczne konsultacje na temat finansowania kształcenia się Polaków, niż wdrażać odgórne sterowanie tym, co w krajach demokratycznych pozostawione jest mądrości wolnego rynku. Jeden jedynie słuszny podręcznik lokować nas będzie bliżej Azji niż Europy, o czym przed wyborami o europarlamentu warto głośno mówić.

Analiza biznesowa
Tyle publicystyki, teraz ekonomia. Wartość rynku sprzedaży publikacji dla pierwszoklasistów szacowana jest (bez podręczników do nauczania języków obcych czy religii) na 70-80 mln zł. Można się spodziewać, że rządowy projekt w następnych latach obejmie także klasy drugie i trzecie, a trzeba też pamiętać o realizowanym – zapowiadanym na 2015 rok – programie darmowego elektronicznego podręcznika. De facto oznaczać to będzie ubytek z rynku książki wartości (w cenach zbytu wydawców) rzędu 850 mln zł. Zlecenia na druk książek to ok. 50 mln egzemplarzy rocznie, ok. 5000 tytułów przygotowanych przez zespół ponad 10 tys. autorów z wieloletnim pedagogicznym przygotowaniem i ok. 15 tys. redaktorów oraz korektorów, pracujących na umowy o pracę i umowy zlecenia. Dla księgarń – zwykle niezależnych, gdyż to one są głównym sprzedawcą podręczników szkolnych – to utrata marży, w wariancie całkowicie bezpłatnego podręcznika czy e-podręcznika do wszystkich etapów nauczania, na poziomie 125 mln zł. To niewiele, mniej niż wyniósł w 2012 roku zysk netto spółki Żywiec Zdrój, jedna trzecia rocznego zysku producenta papieru Mondi Świecie, który zatrudnia nieco ponad tysiąc osób. Księgarnie zatrudniają sześć razy więcej osób, a ta niewielka z punktu widzenia budżetu państwa kwota, pozwala przetrwać ludziom i firmom, które w małych miasteczkach są często obok biblioteki jedyną placówką kulturalną.
W pierwszym roku wydawcy stracą ok. 70-80 mln zł przychodu (ok. 10 proc. łącznej wartości sprzedaży, ale dla niektórych 30 lub więcej procent) z najbardziej dochodowej części swojego biznesu, bowiem sprzedaż podręczników dla pierwszoklasistów jest najwyższa. Część sobie z tą stratą nie poradzi i ogłoszą upadłość, część przyjmie programy oszczędnościowe – ograniczy inwestycje w nowe tytuły, w nowe technologie, w szkolenia dla nauczycieli, oszczędności obejmą etaty redaktorskie i korektorskie. Scenariusz nie trudno przewidzieć, wystarczy zobaczyć, co stało się na rynku mediów po odjęciu części przychodów z reklam. Jeśli politykom trudno jest rozglądać się po prywatnym medialnym biznesie, niech przeanalizują sytuacji mediów publicznych – telewizji i radia. Presja spadających przychodów odbija się na jakości przekazu. Zwalnia się redaktorów i korektorów, likwiduje placówki zagraniczne, ogranicza wydatki na technologie. Cierpi nie tylko jakość, cierpi treść. Przekaz jest nie tylko coraz uboższy, jest też pełen błędów. Przez dekadę pracowałem w dziale kultury „Rzeczpospolitej”, w kilkunastoosobowym zespole, w którym trzy osoby zajmowały się wyłącznie książkami (w tym jedna poezją). Co dziś zostało z działu kultury „Rzeczpospolitej”? Na etatach – dwóch kierowników i jedna dziennikarka, wszyscy w wieku chronionym, przed emeryturą. Poza tym praktykanci, studenci, współpracownicy. Teoretycznie jedna dziennikarka powinna kompetentnie pisać o: książkach, operze, filmie, teatrze, muzyce rockowej i filharmonii, wystawach plastycznych i architekturze, o ekonomii kultury i polityce kulturalnej państwa. Jest to możliwe, owszem, ale jaka jest tego jakość? A ten sam problem dotyczy książek. Wystarczy spojrzeć na publikacje referencyjne i akademickie, najdotkliwiej dotknięte przez piractwo, Chomikuj i zmiany technologiczne, które dają darmowy dostęp do źródeł wiedzy (Wikipedia i inne platformy). Jakość tych publikacji stale się obniża, PWN, które kiedyś było wyznacznikiem najwyższej jakości, dziś publikuje książki pełne błędów, bo wydawcy nie stać na korektorów i redaktorów, bo zamiast fachowych tłumaczy zatrudnia się studentów. W rezultacie wiedza jest coraz mniej pewna, marka wydawcy – jako wyznacznika jakości – ulega degradacji. I nikt go nie zastępuje. Anonimowy autor Wikipedii jest darmowy, ale nie daje gwarancji, że informacje są rzetelne. Rozumiem, że rząd chciałby występować w roli gwaranta jakości, anonsując jedyny darmowy podręcznik, ale polityka z natury swej niestety nie budzi zaufania, nie daje poczucia bezstronności i nie ma ponadczasowego charakteru. Przeciwnie, cechuje ją wyrazistość poglądów, program partii politycznej adresowany jest do grupy, nie do społeczeństwa jako całości. Ten polityczny pluralizm jest częścią demokracji, ale nie częścią systemu oświaty. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ministrem edukacji znów zostaje Roman Giertych, czy jest on marką, która wzbudzać będzie zaufanie uczniów, nauczycieli, autorów podręczników? Dla jednych pewnie jest, dla innych jednak nie jest, a zatem darmowy podręcznik w żaden sposób nie będzie w społecznym odbiorze równoznaczny z najwyższą jakością. A politycy uwikłają się w światopoglądowych sporach, co powinno znaleźć się w podręczniku, a co koniecznie trzeba usunąć. Czy taki spektakl jest nam potrzebny?
Wydawcy edukacyjni w dużym stopniu dotąd finansowali pozytywne zmiany w polskiej oświacie. Dzięki szkoleniom nauczycieli i dzięki nowym podręcznikom, zwykle najwyższej jakości. Odebranie z rynku w pierwszym roku 10 proc. przychodów i kilkunastu procent zysków wydawnictw, bez wątpienia wpłynie na jakość reszty podręczników, gdyż trzeba będzie szukać oszczędności. Właściciele wydawnictw oczekują – jak w każdym biznesie – zysków. Niewiele pozostało na rynku firm „z misją”, a po wprowadzeniu darmowego podręcznika być może nie pozostanie ani jedna, bo one są najsłabsze kapitałowo, najmniej odporne na zmiany. Jeden podręcznik zakończy eksperymenty, poszukiwania nowych metod pracy z uczniem, nie będzie miejsca na takie programy jak choćby w latach 90. XX wieku „ABC” Janiny Korzańskiej, program, który merytorycznie wyprzedzał reformę nauczania właśnie pierwszaków i wyznaczał inne standardy pracy z dziećmi. Strata finansowa będzie zatem dotkliwą i długofalową stratą merytoryczną, która odbije się na jakości oświaty, nawet wówczas gdy polityczna demagogia ograniczy się do pierwszoklasistów.
A dlaczego tylko pierwszoklasistów spytają rodzice dzieci z drugich klas. Program rządu może uruchomić niebezpieczną społeczną presję na „darmoizację” oświaty, a na tą państwa polskiego zwyczajnie nie stać. Kiełbasa wyborcza może odbić się czkawką w kolejnych latach, a przecież rządzący politycy chcą rządzić także w latach następnych. Program rozdawnictwa bardzo szybko się skończy, bo kołderka jest krótka.
Darmowy e-podręcznik doprowadzi do upadłości cały biznes wydawniczo-księgarski związany z edukacją. Jeśli kogoś nie przekonuje, że ucierpi na tym jakość oświaty, to popatrzmy na wymiar ludzki. Pracę stracą autorzy i redaktorzy, czyli elita systemu oświatowego. Część z nich znajdzie zatrudnienie gdzie indziej, ale gdzie? W prywatnym biznesie? Zamiast organizować szkolenia dla nauczycieli, będą szkolić przedstawicieli handlowych czy menadżerów? A może pójdą do pracy w Ministerstwie Edukacji? Na pewno grupa ta ulegnie znacznemu przerzedzeniu, tak jak to się stało na wspomnianym rynku medialnym – rzesze bezrobotnych redaktorów gazet nie znajdują zatrudnienia w swoim zawodzie, szukają pracy w agencjach reklamowych, czy właśnie w wydawnictwach książkowych lub w jednostkach rządowych i samorządowych. Upadek prestiżu gazet jest widoczny, tak samo będziemy mówili z kilka lat o upadku prestiżu zawodu nauczyciela i samej szkoły. Jakie społeczeństwo wychowamy?
Upadek rynku podręcznikowego, to mniejsze zamówienia w drukarniach, mniejsza sprzedaż papieru i farb drukarskich, a więc i tu zwalniani fachowych, likwidowane firmy. To wreszcie – i najważniejsze – likwidacja księgarń, szacuję, że stan sieci księgarskiej już po pierwszym roku „darmowego podręcznika” zmniejszy się o jedną czwartą. A przecież już dziś ubolewamy, że Polacy mają coraz trudniejszy dostęp do książki, zwłaszcza osoby starsze, które nie robią zakupów w Empik.com. Amazonie czy Merlinie. Czy nie za łatwo zapominamy o tej grupie? Księgarnie, jako miejsca promocji książki i czytelnictwa, w małych ośrodkach są niezbędne. Media trąbią, że czytelnictwo spada, potwierdzają to badania Biblioteki Narodowej, i jaka jest odpowiedź rządu? Darmowy podręcznik, który wyniszczy księgarnie? Tyle lat mądrej polityki ministra kultury wspierającej czytelnictwo ma iść na marne przez jedną nieprzemyślaną decyzję obliczoną na chwilowy poklask?
Pomimo kryzysu na rynku książki polskie podręczniki szkolne wciąż trzymają najwyższą jakość, a nawet ją podwyższają. Nie byłoby to możliwe – w czasach niżu demograficznego – gdyby nie rozsądna dotąd polityka państwa. Kolejne reformy oświaty inicjowały nowe tytuły, dawały pracę autorom, redaktorom, pedagogom, pozwalały opracowywać nowe podręczniki i nowe rozwiązania dotyczące pracy z uczniem. Pozwalały zarabiać pieniądze, które były reinwestowane w nowe projekty. Wystarczy spojrzeć w bilanse spółek z sektora edukacyjnego by przekonać się, że to były inwestycje przekraczające rocznie 100 mln zł. Były one niezbędne by zachować konkurencyjność na trudnym rynku, ale dawały polskiej oświacie nieprawdopodobny bonus, który całkowicie zmienił wyobrażenie o szkole. Powrót do elementarza Falskiego jest dziś niemożliwy. Powrót do idei jednego bezpłatnego podręcznika dla pierwszoklasistów jest dziś szkodliwy. Z myślą o przyszłych pokoleniach Polaków trzeba się z tego jak najszybciej wycofać.
Pozostaje jednak polityczna obietnica. Można ją spełnić, oferując darmowy podręcznik dofinansowany w formie przetargu, ale na podręczniki już istniejące, na podręczniki funkcjonujące na wolnym, pluralistycznym rynku, rynku, na którym są nie tylko autorzy, nie tylko wydawcy, ale także księgarze.

 

Ile rocznie stracą na darmowym podręczniku? (szacunkowo w mln zł)

Wariant darmowy podręcznik tylko dla pierwszoklasistów

Wariant darmowy podręcznik dla wszystkich klas

Autorzy

6-7 mln zł

55-65 mln zł

Redaktorzy

8-9 mln zł

85-95 mln zł

Wydawcy

5-8 mln zł

45-60 mln zł

Księgarze

10-13 mln zł

120-135 mln zł

Drukarze

9-12 mln zł

100-140 mln zł

(dane uwzględniają dysproporcje nakładów i liczby sprzedawanych książek do wyższych klas)

 

Najważniejsze dane dotyczące rynku podręczników szkolnych

Lata 2001 2002 2003 2004 2005 2006 2007 2008 2009 2010 2011 2012
Przychód w mln zł 620 645 650 640 620 595 640 695 775 810 815 840
Liczba wydanych tytułów 3600 4000 3900 3600 3660 3420 3520 3540 4050 4470 4430 4890
Liczba pierwszych wydań 1500 1550 1700 1390 1420 1090 960 1080 1670 1850 1880 2020
Łączny nakład(w mln egz.) 72,5 67,0 60,9 55,4 54,3 49,5 50,3 49,7 52,3 53,8 53,1 47,3
Sprzedaż książek(w mln egz.) 70,0 69,5 61,3 56,7 54,9 48,9 50,8 51,4 51,8 52,2 49,8 46,6

 

 

7 komentarzy dla “Dziękuję, zapłacę

  1. Jak czytam ten bełkot, to dochodzę do wniosku, że chyba cały rynek księgarski opiera się na podręcznikach. Kiedyś w końcu cwaniactwo wydawców musiało się skończyć – można by rzec… NARESZCIE. Moje czasy edukacji to stabilny system podręczników, z których uczył się mój brat, potem ja, który jestem o kilka lat młodszy, a po mnie jeszcze inni, którzy odkupili ode mnie podręczniki. Podręczniki służyły edukacji przez wiele długich lat. Wraz z nadejściem niby demokracji, nadszedł czas cwaniaków, którzy z podręczników zrobili sobie źródło stałego dochodu. Co roku nowe wydanie, bo ktoś poprzestawiał przecinki. Nauczyciele wabieni przez wydawców i księgarzy wycieczkami i innymi bajerami, nakazywali zakup nowych podręczników itd. Totalnie chory system za który płacą rodzice dzieci chodzących do szkoły. Tak jakby wiedza się zmieniała w ciągu jednego roku. O ile dobrze wiem, to w fizyce, matematyce, geografii i wielu innych przedmiotach, w tym również w językach nic się nie zmienia, wciąż obowiązują te same prawa i reguły. To tylko lobby wydawnicze wymuszało „kopanie” w systemie edukacji, aby zaspokoić swoją pazerność.
    Najwyższy czas zacząć wydawać też inne książki, teraz jest przecież koniunktura na celebrytów, bo każdy coś tam „pisze”.

    Gdyby nie zaniedbywano przez lata podstawowych zasad współżycia społecznego, to może nie musieli by teraz tak biadolić. Święta prawda brzmi: nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe. Należy to odnieść np. do powszechnej kradzieży typu Chomik i innych złodziejskich form upowszechniania. Ciekawe jakby się czuł taki jeden z drugim, gdyby jemu ktoś kradł efekty jego pracy.
    Należy zacząć od podstaw, o ile nie jest już za późno.

    • Przede wszystkim warto porównać jakość podręczników pisanych d 1990 roku i współcześnie, to dwa inne światy, porównania nie mają sensu. Polska edukacja stoi na stosunkowo wszystkim poziomie głównie dzięki dobrym podręcznikom. Pozostawiam bez komentarza, czy to jest chore, czy zdrowe, że rodzice płacą za edukację swoich dzieci. Czy podręczniki są za drogie? Nie, kosztują tyle, ile musi kosztować profesjonalna publikacja do nauczania dzieci i młodzieży. No i na koniec sprawa księgarzy – otóż, niestety, faktycznie większość z nich „żyje” dzięki podręcznikom. A książki celebrytów… cóż, może dadzą księgarzom jakiś zarobek, ale nie za bardzo bym chciał, żeby wydawcy podręczników szkolnych zabierali się za ten akurat temat żeby uzupełnić spadające przychody. Książka kucharska Magdy Gessler jest ok., ale podręcznik do matematyki Pascala Brodnickiego – za nic w świecie.

      • Tyle, że problem leży w mentalności Polaków. Kiedyś było kilka wydawnictw wyspecjalizowanych w swojej dziedzinie (np. Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, które specjalizowało się w tym co sama nazwa mówi), obecnie jest tak jak mentalność Polaka – sąsiad wydaje książki, to ja też będę. Przykłady można mnożyć. Wystarczy przejechać się do kilku miejscowości i zobaczysz o czym mówię, np. Kalwaria Zebrzydowska – wszyscy robią meble, Chełmek – buty, Rędziny – makarony. To jest małpiarnia, która kiedyś musi dojść do ściany. I tak jest obecnie. Nie może być kilkunastu, czy kilkudziesięciu wydawnictw wydających podręczniki, bo ekonomia i logika przemawia za tym, że na dłuższą metę tak się nie da funkcjonować. Należy się przebranżowić, znaleźć swoją niszę, a nie wciąż małpować. Polacy, to niestety taki naród, że ciągle spoglądają jak Pawlak na Kargula i małpują wzajemnie. Rozwiązaniem jest wzajemne uzupełnianie się w wytwarzaniu dóbr konsumpcyjnych, a nie powielanie.

  2. Bardzo ciekawe dane byłbym wdzięczny za źródło bo zupełnie odbiegające od rzeczywistości. 10 lat pracowałem w wydawnictwie edukacyjnym więc zawsze punktem wyjścia były roczniki statystyczne GUS.
    Już pierwsze dwa zdania nie są zrozumiałe – rynek książki edukacyjnej to 70 – 80 mln a wprowadzenie darmowego podręcznika do pierwszych trzech klas to strata rzędu 800 mln zł – to nawet jak pomnożymy 80 x 6 lat (proszę policzyć dlaczego akurat 6) – nadal nie przekracza mi 800mln. Czy pan sprawdzał liczbę dopuszczonych podręczników w ministerstwie ? – polecam łatwo to znaleźć. Czy sprawdzał pan demografię uczniów z danego rocznika w konkretnym roku 2012 czy w2014 – polecam – również jest ogólnie dostępny. Bardzo proszę najpierw przeanalizować najprostsze dane przed podjęciem się pisania na ten temat. Bo przedstawione źródło dotyczy tylko fotografii. Bardzo interesuje mnie też źródło szacunkowych strat redaktorów, wydawców, księgarzy – musiał pan zrobić badania na bardzo szeroką skalę -czy takie badania dużo pana kosztowały? Na tak dokładne badania mogłyby pozwolić sobie najwyżej dwa wydawnictwa lub kilka mniejszych. Ale może zebrał je pan razem aby takie badania przeprowadziły – w każdym razie gratuluję.

  3. Nic nigdy nie jest o państwa „za darmo” … za wszystko płacimy my … łącznie z pensjami „naszych dobroczyńców” których posady istnieją tylko po to,… i to się własnie nazywa socjalizm. A to, że nauczyciele gubią się w nadmiarze ilości dostępnych podręczników – to nieprawda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

18 maja 2018 o godz. 21:29

Kolejny odcinek w Koktajle.tv

Zapraszamy na drugi odcinek z serii Akademia Brandy Pliska z Koktajl.TV. Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu o alkoholach „Aqua Vitae” opowie jak powinno się pić i podawać koniak, dlaczego w takim kieliszku oraz czy powinno się go podgrzewać. Zapraszamy!

18 maja 2018 o godz. 13:04

Przyjaciel książki

frend2-001

Jak ktoś w dzieciństwie zaprzyjaźni się z książką, to mu tak na resztę życia zostaje.

15 maja 2018 o godz. 12:46

Mocne alkohole w Polsce 2018

OkladkaRMA

Książka „Mocne alkohole w Polsce 2018” to pozycja pionierska, bo choć mieliśmy na rynku różne publikacje w podobnym tonie, czy to własne wydawnictwa ówczesnych Polmosów czy „Almanach wódek polskich”, wszystkie one były kroplą w morzu potrzeb. Co więcej, ograniczały się do swojego „poletka”.

15 maja 2018 o godz. 08:15

Kartka z podróży – Spacerem po Treviso

_DSC6498

Z Włoch wracałem z lotniska Treviso, a że miałem jeszcze kilka godzin do odlotu, więc postanowiłem zrobić spacer po mieście. Przecina je rzeka Sile, wzdłuż jej lewego brzegu ciągną się fragmenty murów starego miasta, w które wbija się systemem fos i kanałów. Tu gdzieś zostawiłem samochód (znalezienie wolnego miejsca do parkowania zajmuje sporo czasu) i ruszyłem w labirynt uliczek.

14 maja 2018 o godz. 08:43

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Castagner

Castagner-010

W małej wiosce Vazzola, u podnóża gór Conegliano, w samym sercu win prosecco, kilkanaście kilometrów od Treviso, swoją ogromną, nowoczesną destylarnię ma rodzina Castagner. Roberto Castagner założył firmę w 1996 roku i bardzo szybko stał się jednym z największych producentów (6 mln l rocznie, ok. 12% udziału w rynku grappy). – Być może dlatego, że nie miałem w rodzinie poprzedników związanych z wytwarzaniem grappy, podszedłem do jej produkcji w sposób innowacyjny. Nie wstydzę się tego, że produkujemy grappę na skalę przemysłową, że nie jesteśmy firmą rzemieślniczą, bo wiem, że nie mielibyśmy tak mocnej pozycji na rynku, gdyby nie przemawiała za nami jakość produktów – mówi Roberto Castagner.

13 maja 2018 o godz. 08:03

Kartka z podróży – Valdobiaddene

_DSC6441

Valdobiaddene, stolica prosecco, miasteczko otoczone wzgórzami i winnicami (ponad 6500 ha upraw w regionie), na każdym wzgórzu kościół, w dole winiarnie, wśród nich m.in. Mionetto, producent najbardziej popularnego w Polsce wina musującego, ale też Altaneve, Masottina i innych – jest tu ponad 3000 winiarzy, którzy rocznie dostarczają na światowe rynki ok. 600 tys. hektolitrów wina. Szlak prosecco ciągnie się przez miasteczko, przez wzgórza, przez winnice. Jak na stolicę wina z bąbelkami miasteczko jest zaskakująco senne, przy rynku jest dobrze zaopatrzony sklep z winem, jest kilka restauracji, wine-bar, ale życie towarzyskie nie koncentruje się w mieście, lecz na otaczających je pagórkach, na winnicach, do których autokary każdego dnia przywożą setki turystów z całego świata. Większość winnic ma parcele, które pozwalają na posługiwanie się oznaczeniem DOCG Prosecco di Conegliano Valdobbiadene lub po prostu DOCG Valdobbiadene Prosecco. Nie wszystkie są winami musującymi, bo w Valdobbiadene z tych samych winogron glera robi się też wina spokojne, w dodatku także z nazwą Prosecco na butelce (z dopiskiem tranquillo). Tańsze butelki robione są w zbiornikach ciśnieniowych, czyli metodą Charmata, droższe metoda tradycyjną, z fermentacją w butelkach. Właściwie każdy liczący się producent stosuje tu obydwie metody. Ze względu na ciśnienie w butelce wina dzielone są na spumante (minimum 3 bary) i frizzante (1-2,5 bara i to jest zdecydowana większość produkcji), a także wspomniane spokojne wina tranquillo. Drugi podział charakteryzuje poziom cukru, od najbardziej wytrawnych brut, przez extra dry, dry i demi sec. Robione zawsze z białych winogron (lub prawie wyłącznie, bo apelacja dopuszcza niewielki udział winogron pinot noir), ale coraz częściej spotykamy różowe prosecco, które nie jest czystym winem, lecz zawiera dodatek soków owocowych.

12 maja 2018 o godz. 08:17

Kartka z podróży – Bassano del Grappa

_DSC6217

Otoczone górami Grappa miasto Bassano jest kolebką włoskiej grappy, tu działa m.in. najstarsza wciąż czynna destylarnia – Blo. Nardini z 1779 roku, jest tu piękne muzeum grappy zorganizowane przez Jacopo Poli, w promieniu kilku kilometrów są jeszcze dwie destylarnie – Poli i Capovilla. Nie od regionalnego trunku, lecz od gór pochodzi drugi człon nazwy miasta, dodany zresztą dopiero w 1928 roku. Krystalicznie czyste źródła spływające ze wzgórz, a także porastające je winnice, niewątpliwie przyczyniły się do tego, że to tu właśnie grappa jest alkoholem absolutnie wyjątkowym.

11 maja 2018 o godz. 08:21

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Poli

Poli-098

Firmę założył w 1898 roku Giobatta Poli, wciąż jest ona w rodzinnych rękach, zarządzana już przez czwarte pokolenie. Firma mieści się w wiosce Schiavon, tuż obok kolebki grappy – miasteczka Bassano del Grappa. Rodzina Poli żyje w tym regoionie od XIV wieku, kiedyś prowadzili tawernę w wiosce Gomarolo, potem przenieśli się do Schiavon, zajmowali się handlem winem i otworzyli mała destylarnię. Na początku XX wieku Giovanni Poli był pierwszym w okolicy właścicielem samochodu i telefonu. Obecnie destylarnia mieści się w tym samym miejscu, w którym powstała, z charakterystycznym kominem z czasów, kiedy alembiki były ogrzewane węglem. Firmą zarządzają Jacopo, Andrea i Barbara Poli. Destylarnia jest otwarta dla zwiedzających, działa też przy niej wspaniale urządzone muzeum grappy. Drugie muzeum grappy rodzina Poli ma w Bassano del Grappa – w XV-wiecznym pałacu (Poli Museo Della Grappa). W obu prezentowane są stare maszyny, książki, butelki, jest to część wielkiej kolekcji Jacopo Poli, który ma także wielką bibliotekę książek o alkoholach, a i sam jest autorem książki o grappie. Wizyty są bezpłatne, a Jacopo Poli często sam oprowadza swoich gości po zakładzie w Schiavon.

10 maja 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Capovilla

Capovilla-013

Vittorio Capovilla założył destylarnię w 1986 roku, na przedmieściach Bassano del Grappa. Wcześniej pracował w branży winiarskiej. Swój pierwszy alembik samodzielnie skonstruował w 1975 roku z części, które przewoził z Austrii. Pozwalał na destylację 300 l. Obecnie Capovilla robi 40-50 tys. butelek rocznie, mają też małą destylarnię Marie-Galante na Gwadelupie, gdzie robią rum typu agricole (m.in. marka Rhum Rhum). Mają też 4 ha własnych sadów, poza grappą i brandy w ofercie jest szeroki wybór wysokiej jakości destylatów owocowych, a nawet destylaty z piwa.

9 maja 2018 o godz. 17:03

Koktajle TV o koniaku