23 listopada 2009 o godz. 10:26

Dokąd zmierza książka?

Miesięcznik „Poligrafika” w numerze 10/2009 zamieszcza obszerną rozmowę z Łukaszem Gołębiewskim, poświęconą tezom z jego książki „E-książka|Book. Szerokopasmowa kultura”.

Dzisiejsi czytelnicy wciąż są przywiązani do tradycyjnych publikacji, zapachu farby drukarskiej i dotyku papieru. Jednak już teraz, w dobie globalizacji i szybkiego rozwoju kultury cyfrowej, jesteśmy świadkami wyłaniania się coraz to nowszych tendencji i wzrostu znaczenia wydań elektronicznych. Czy i w jakim stopniu e-booki oraz audiobooki są zagrożeniem dla tradycyjnej książki? Na to i inne pytania odpowiedział nam Łukasz Gołębiewski, wydawca i prezes „Biblioteki Analiz” oraz autor książki „E-książka|Book. Szerokopasmowa kultura”.

Poligrafika: Tak jak mówi się o rynku książek, czy można dziś mówić o odrębnym rynku audiobooków i e-booków?
Łukasz Gołębiewski: Myślę, że rynek audiobooków jest z rynkiem książki tożsamy. Różny jest jedynie nośnik, te same są jednak formy dystrybucji i promocji, w wielu przypadkach ci sami wydawcy. Oczywiście mam tu na myśli audiobook w formie materialnej, a więc wydany na płycie CD. W przypadku dystrybucji on-line w formacie MP3 audiobook staje się produktem zbliżonym do e-booka. Książka elektroniczna rządzi się własnymi prawami; nie bez znaczenia jest tu zerowy koszt powielenia, składowania i dystrybucji pliku. Wartość ma jedynie treść, a więc – mówiąc językiem wydawców – copyright. W przypadku e-booków producent (wydawca) może pozostać ten sam, lecz nie ma już na rynku miejsca dla tradycyjnego pośrednika w sprzedaży treści: księgarza, hurtownika. Radykalna zmiana może nastąpić, kiedy dotychczasowe księgarnie zostaną zastąpione przez wielkie międzynarodowe korporacje, takie firmy jak Google czy operatorów telekomunikacyjnych lub producentów telefonów komórkowych – firmy Nokia czy Sony Ericsson. Coraz większe znaczenie będzie też odgrywał hardware do odczytu (i pobierania on-line) treści, urządzenia typu PDA, nowe generacje palmtopów czy iPhone oraz jego następcy.

P.: Kiedy pojawiły się pierwsze książki elektroniczne i w jakim tempie rozwija się ta dziedzina?
Ł.G.: Pierwsze e-booki zaczęto udostępniać w latach 70. XX wieku, a historia audiobooków jest jeszcze dłuższa, sięga lat 50. Rynek ten eksplodował jednak dopiero w ostatnich latach, a zadecydowało o tym kilka przyczyn. Po pierwsze – możliwość kompresji wielogodzinnego nagrania w formacie MP3, który umożliwia zmieszczenie książki na jednej płycie CD, co też bardzo obniża koszty produkcji. Po drugie – upowszechnienie się przenośnych odtwarzaczy MP3 (coraz częściej jest nim po prostu telefon komórkowy), co sprawia, że nie jesteśmy ograniczeni np. do słuchania audiobooka wyłącznie w samochodzie. Po trzecie – wydania audio potaniały o 70 proc., stały się łatwo dostępne. Po czwarte – skutecznie udało się wykreować modę na książkę audio, zarówno dzięki popularności takich urządzeń jak iPod, jak i inicjatywom w rodzaju „Mistrzowie Słowa” – kolekcji „Gazety Wyborczej”, w której nagrania audiobooków udostępniono w gigantycznych nakładach (w zależności od tytułu sprzedaż sięgała od 38 tys. do 150 tys. egz.) czy audiowydań lektur szkolnych (sprzedaż powyżej 110 tys. egz.). Pod koniec 2008 roku na rynku było dostępnych już ponad 1100 tytułów w formacie audio, a wartość ich sprzedaży sięgała 16,8 mln. zł. Rok wcześniej było ich nieco ponad 400 (wartość sprzedaży na poziomie 10,1 mln zł), dwa lata wcześniej – ok. 120 (z wartością sprzedaży 2,7 mln zł). Rynek, przynajmniej patrząc na ofertę, rozwija się błyskawicznie. Powstają nowe wydawnictwa, nowe serie, nawet nowe sklepy specjalizujące się wyłącznie w audiobookach.

P.: Czy na polskim i światowym rynku da się wyszczególnić głównych graczy działających w branży audiobooków i e-booków?
Ł. G.: Na rynku e-booków na zdecydowanego lidera wyrasta Google, który ma już zeskanowanych 7 mln książek. Tyle, że Google – dopóki amerykański sąd nie uprawomocni ugody zawartej z amerykańskimi wydawcami – nie może sprzedawać e-książek. Na dużą skalę działa księgarnia Amazon ze swoim modnym czytnikiem Kindle, którego kolejna wersja została wprowadzona do sprzedaży w tym roku. W przyszłości znaczącą rolę powinny odegrać też takie firmy jak Sony (producent czytników tekstu) czy Apple (właściciel serwisu iTunes, który z powodzeniem może docelowo służyć do sprzedaży e-booków). Jak widać, są to firmy spoza tradycyjnej branży książkowej. Natomiast na rynku wydań audio trudno wskazać lidera. Tu prawa do nagrań i korzystania z tekstu są (i raczej pozostaną) rozdrobnione. Jestem jednak przekonany, że dystrybucja audiobooków szybko przeniesie się na platformy cyfrowe.

P.: Kto jest odbiorcą e- książek?
Ł. G.: Audiobooków słuchają ludzie młodzi oraz osoby spędzające dużo czasu za kierownicą. Często wydanie audio zastępuje lekturę tradycyjnej książki; dotyczy to zwłaszcza lektur szkolnych. Myślę, że dzieje się tak z wielką szkodą dla percepcji tekstu, ale też bądźmy realistami – młodzi ludzie szukają dziś innego medium i innej formy kontaktu z treścią. Natomiast rynek e-booków dopiero się rodzi. Obecnie ich użytkownikami są albo ludzie, którzy lubią być na bieżąco z nowinkami technologicznymi, albo np. polscy emigranci mieszkający w Wielkiej Brytanii czy Irlandii, dla których jest to najprostsza forma kontaktu z literaturą lub informacją z kraju. Także osoby, wykorzystujące tekst dla celów zawodowych – prawnicy, menedżerowie, pracownicy działów księgowości, kadr czy nawet marketingu. Docelowo jednak grupa będzie się poszerzać, zapewne najpierw o studentów, a wraz z upowszechnieniem się e-czytników o kolejnych odbiorców.

P.: Czy mają one do zaoferowania odbiorcom coś, czego brakuje tradycyjnym książkom?
Ł. G.: Wiele. Wymienić można przede wszystkim wewnątrztekstowe wyszukiwanie, dzięki któremu nie musimy kartkować, przeszukiwać zasobów bibliotecznych, ba… nie musimy nawet czytać całości. Ważny jest także hipertekst, czyli możliwość swobodnego poruszania się od jednej partii tekstu do drugiej oraz globalny zasięg. Z punktu widzenia młodego odbiorcy niesłychanie istotnymi elementami cyfrowej kultury są z kolei kopiowanie i kompilowanie. Plik góruje nad zadrukowanym papierem także ze względu na możliwości tworzenia własnych notatek „dopiętych” do oryginalnego tekstu, powiększania lub zmiany czcionki (dla osób słabiej widzących), przetwarzania tekstu na syntezę mowy (przydatne nie tylko dla niewidomych, ale też dla dzieci) czy wreszcie szybkiej zamiany formy cyfrowej na analogową (domowa drukarka). Poważną przewagą biznesową nad tradycyjną formą publikacji jest też cena pliku, którego powielenie nic przecież nie kosztuje, przechowywanie i transmisja też niewiele. Teoretycznie można kulturę transmitować za darmo. Tak też praktycznie się dzieje, tyle że nielegalnie w sieciach peer-to-peer. Kiedy jednak nielegalne stanie się przeszłością, a stanie się, wówczas wydawca uzyska całkiem satysfakcjonującą marżę za powielony plik. Przyszłość handlu kulturą cyfrową zasadzać się będzie na skali oferty i liczbie transakcji, nie zaś na cenie pojedynczego tytułu, który w sensie materialnym pozostanie niebytem. Drugą istotną z ekonomicznego punktu widzenia cechą obrotu handlowego plikami jest natychmiastowość. Książkę czy gazetę można pobrać w kilka sekund, plik z piosenką lub ścieżką audiobooka w ciągu minuty, plik z filmem, całą płytę czy książkę audio – w ciągu ok. dziesięciu minut. Nawet najbardziej niecierpliwi przyznają chyba, że tyle można wytrzymać. Nie trzeba sznurować butów, iść do księgarni, stać w kolejce, moknąć na deszczu. Wystarczy kliknąć. Natychmiastowy dostęp w równym stopniu co niska cena wyeliminuje m.in. księgarnie, drukarnie, tłocznie płyt kompaktowych oraz wypożyczalnie DVD.

P.: Czy wydawcy książek drukowanych również powinni obawiać się o swoją przyszłość?
Ł. G.: Sytuacja wydawcy jest korzystniejsza niż drukarzy czy księgarzy. Może on sprzedawać treści na rozmaite sposoby i już to zresztą z sukcesem robi, wystarczy spojrzeć na dynamiczny rozwój takich firm jak Wolters Kluwer czy Reed Elsevier – światowych potentatów na rynku e-informacji, którzy wywodzą się przecież z tradycyjnej branży książkowej. Ale także u nas, np. PWN znakomicie potrafi zdywersyfikować przychody i wykorzystywać nowe platformy prezentacji treści (ponad 50 mln zł w 2008 roku uzyskała spółka PWN.pl realizująca wyłącznie produkty elektroniczne). Tekst wymaga redakcji, korekty, promocji, ktoś też powinien zarządzać prawami autorskimi, tak więc trudno sobie wyobrazić, że wydawcy szybko zabraknie… choć przykład Wikipedii dowodzi, że można przygotować produkt na wysokim merytorycznie poziomie korzystając tylko z wolontariatu entuzjastów „wolnej kultury”.

P.: Jakiego typu literatura jest najbardziej zagrożona?
Ł. G.: Nie mówiłbym o zagrożeniach, bo wolę postrzegać digitalizację w kategoriach szansy. Jeśli będziemy skupiać się na zagrożeniu, wówczas możemy stracić szansę na udział w tej cyfrowej rewolucji, a wówczas rynek mediów zostanie zgnieciony przez takie firmy jak Google, Microsoft czy Amazon. Na pewno najdłużej opierać się będzie digitalizacji beletrystyka. Na pierwszy ogień już poszły wydawnictwa fachowe, następne będą zapewne podręczniki.

P.: Jaką ma Pan receptę dla wydawców tradycyjnych książek?
Ł. G.: Trzeba digitalizować zasoby i udostępniać treści na możliwie wiele sposobów, także w formie poszatkowanej na fragmenty. Przykład YouTube pokazuje, że młody konsument woli mieć kontakt z fragmentami niż z całością. Z kolei przykład iTunes dowodzi, że można sprzedawać pojedyncze piosenki, a nie całe płyty. Rynek muzyczny powinien być dla wydawców swego rodzaju drogowskazem – jak zarabiać na kulturze w dobie digitalizacji. Można czerpać zyski poprzez hasła dostępowe, abonament, ale także dzięki reklamom, czy to we współpracy z Google, czy to szukając źródeł przychodów na własną rękę. Oczywiście, polscy wydawcy są w znacznie trudniejszej sytuacji niż ich koledzy z Wielkiej Brytanii czy USA, gdyż Internet w ekspresowym tempie upowszechnia umiejętność korzystania z tekstów w języku angielskim.

P.: W jakim kierunku zmierza więc rynek książki?
Ł. G.: Trudne pytanie, gdyż wiele będzie zależało od preferencji przyszłego odbiorcy, a tych nie znamy. W ciągu ostatniej dekady technologie komunikacyjne poszły tak szybko naprzód, że stosunkowo łatwo jest snuć prognozy dotyczące samej Sieci – jej technologii, ekonomii, społeczności. Musimy jednak pamiętać, że życie toczy się także poza Siecią, że poza światem on-line jest też rzeczywistość off-line, a w niej wciąż wiele pytań dotyczących uczestnictwa w kulturze, na które nie znajdujemy odpowiedzi. Największy problem związany z przewidywaniem przyszłości książki nie dotyczy obecnie ani technologii odczytu, ani nośnika, ani nawet formy transmisji. Kierunek, w jakim zmierza kultura, jest dziś już oczywisty dla każdego, kto śledzi rynek dóbr cyfrowych. Nie jesteśmy wprawdzie do końca pewni tego, co nam zaoferują technologie jutra,  możemy jednak przyjąć, że będą one oparte – po pierwsze – na digitalizacji, czyli cyfrowej postaci dzieła; po drugie – mobilności, możliwości bycia on-line w dowolnym momencie; po trzecie – na zasadzie powszechnego dostępu – każdy, kto będzie miał dostęp do Sieci, będzie jednocześnie miał dostęp do cyfrowych repozytoriów kultury; po czwarte – na globalnym zasięgu, ponieważ pomimo lokalnych potrzeb (a także ograniczeń wynikających ze znajomości języków obcych) transmisja kultury będzie miała charakter ponadnarodowy; i po piąte – na unifikacji, bowiem udostępniane w Sieci cyfrowe dobra będą przechowywane w jednolitych formatach i możliwe do odtworzenia na dowolnym urządzeniu mobilnym. Jest też oczywiste, że z gospodarczego punktu widzenia płatne treści będą konkurowały z darmowymi, a produkty amatorów będą wystawione  na rynku dóbr na tych samych zasadach, co produkty profesjonalistów. Urządzenia do cyfrowej obróbki dzieł, a także sama struktura Sieci pozwalają każdemu uczestniczyć nie tylko w odbiorze kultury, lecz także w jej transmisji. Każdy może być zarówno odbiorcą, jak i nadawcą, konsumentem i twórcą. Zacierają się granice między producentem i konsumentem. Zmiany w procesie wytwarzania i konsumpcji wywierają ogromny wpływ na gospodarkę. Rynki dążą ku uwolnieniu, a coraz więcej dóbr będących efektem wspólnej pracy będzie dobrami darmowymi. Na tej idei zasadzają się m.in. idee „wolnej kultury” czy ruchu Open Source.

Rozmawiała Dorota Armiak

4 komentarzy dla “Dokąd zmierza książka?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

23 września 2018 o godz. 08:57

Kartka ze Speyside – Heilan coo

SONY DSC

Szkoci mówią na nie Heilan coo, cudzoziemcy Hippie cow. Mają długą grzywkę i leniwe miny. Nie dają zbyt dobrego mleka. Hoduje się je na mięso. Szkoda, bo miło wyglądają jak są żywe. Potem już mniej miło. Przywędrowały z Hebrydów. Wzmianki o nich pochodzą już z VI wieku. W czarnej wersji nazywają się w Szkocji Kyloe i jedna taka czarna krowa z grzywką znajdzie się na okładce najbliższego numeru „Aqua Vitae”.

22 września 2018 o godz. 09:42

Kartka ze Speyside – Dunnottar Castle

Dunnottar Castle (37)

Kiedy spytać Szkota, dlaczego nie czuje pokrewieństwa z Irlandczykami, choć to podobna kultura, podobny język i podobne zamiłowanie do spokojnego wiejskiego życia ze szklaneczką whisky, odpowie, że z Irlandczykiem w ogóle nic go nie łączy, bo oni są celtami, a Szkoci to piktowie. Dla mnie tyle samo w tym sensu, co w stwierdzeniu, że nic mnie nie łączy z ludźmi z południa Polski, bo oni to Wiślanie, a my to Polanie. Ale tak całkiem serio, kulturowa tożsamość w Szkocji i Irlandii jest bardzo wysoka, a nawiązania do kultury piktów i celtów są jej częścią.

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.