Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Złam prawo - fragment części II
2. Mrówa-punkówa
3. Xenna na ekranie
4. Xenna - alternatywne zakończenie
5. Chaos i świńska skóra
6. Disorder i ja
7. Kolejny projekt okładki
8. Kabotyn Rotten, Sex Pistols dziady
9. Jarocin 2008
10. Sylwia
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Gazeta Literacka
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Urządzenia biurowe
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Wydawnictwo Jirafa Roja
 
Xenna - fragment z III części Sobota, 13 Stycznia, 2007
Disorder
  z dziennika Xenny - 22 maja
Od rana lało. Od rana kochaliśmy się. Wciąż brudni, skacowani, ale znowu spragnieni siebie. Obudziłam go, zaciskając palce na zwiotczałym, ale pomału rosnącym, penisie. Chwycił mnie mocno, przewrócił na bok i odwrócił się tak, że obydwoje mogliśmy pieścić ustami nasze intymne części ciała. Nie bardzo lubię taką pozycję, wolę kiedy całuje piersi, a tam wsuwa palce, ale chciałam mu zrobić przyjemność. Pieściliśmy się długo, bardzo długo. Nie miałam orgazmu, ale kiedy on wytrysnął na kołdrę, udawałam spazmy i jęczałam, żeby myślał, że też było mi dobrze. Zresztą było dobrze, orgazm nie jest przecież najważniejszy. Uważam, że podstawą udanego seksu są uczucia.

Przestało padać, ale na dworze było strasznie mokro i pochmurno. Po skromnym śniadaniu wybłagałam wyjazd do Oachaki. Zgodził się pojechać na jeden dzień, pod warunkiem, że obiecam nie marudzić o dłuższy pobyt. Obiecałam. Cieszyłabym się nawet z kilku godzin. Tak chciałam żeby poznał Marysię, a ona jego. Ciekawe jak go odbierze.

Długo studiował atlas samochodowy, ale nie wyglądał na zadowolonego. Myślę, że i tak nie zdawał sobie sprawy z tego, co go czeka. Do przejechania było jakieś pięćset czy nawet sześćset kilometrów, w dodatku głównie przez góry. Znałam tę trasę. Wąska, bardzo kręta droga, trudno wyprzedzać, bo większość zakrętów ma ostry kąt. Raz w górę, raz w dół, dziesiątki kilometrów bez żywego ducha. W dodatku na szosę spadają kawałki wielkich głazów lub drzew, które często uniemożliwiają dalszą drogę i trzeba je usuwać. Ale nie mówiłam mu tego wszystkiego. Po co zniechęcać.

Trzeba przyznać, że był dzielny. Jechał, słuchaliśmy muzyczki z odtwarzacza CD. Okazało się, że wziął z Polski płyty, których przed laty lubiłam słuchać. Analogs, Zielone Żabki, Patyczak i Brudne Dzieci Sida. Bo ja jestem punk i w ramach walki ze wszystkimi schematami lubię laski z małymi cyckami. Czyli takie jak ja. Jechaliśmy, on się koncentrował na drodze, a ja wykrzykiwałam bez ładu i składu fragmenty piosenek, które przypominały mi się. Wiem, że zachowywałam się trochę niepoważnie jak na panią w moim wieku, ale byłam taka szczęśliwa. Czasami możemy sobie pozwolić na kompletną beztroskę. Oczywiście bose stopy trzymałam na przedniej szybie, a założyłam najkrótszą spódniczkę jaką tylko znalazłam w szafie. Do tego białą bawełnianą koszulkę bez rękawków, zwieńczoną przy szyi koronką. I tyle. Zero majteczek, zero staniczka. Wiedziałam, że prędzej czy później sprowokuję go tym.

Na meksykańskich drogach przed niebezpiecznym zakrętem ostrzega napis: curva peligrosa. Na naszej trasie taki napis był co kilkadziesiąt metrów. Śmialiśmy się, że tyle tych niebezpiecznych kurew, więcej niż u nas na trasie poznańskiej.

Pogoda była brzydka. Nie lało straszliwie, ale prawie cały czas padało. W dodatku w górach było zimno, więc choć chciałam go kusić, to jednak przykryłam się kocem, który szczęśliwie wzięłam głównie z myślą o seksie, gdzieś na górskiej polance.

To dziwne, że przez ostatnie lata nie miałam mężczyzny i wcale go nie potrzebowałam. Oczywiście pieściłam się często pod prysznicem czy leżąc w łóżku, ale bardziej z nudów, niż z potrzeby seksu. Doskwierał mi nie tylko brak znajomych, ale także telewizora. Miałam stare radio i tyle. Od kilku lat radziłam sobie bez komputera, bez gazet i bez telewizji. Marysia przywoziła mi czasami książki, głównie jakieś hiszpańskie czytadła, ale to mi wystarczało na kilka dni, a potem albo czytałam od początku, albo przesiadywałam bezmyślnie na ganku, paląc papierosy i rozmyślając o swoim głupim losie. Może dlatego on zjawił się jak wybawiciel. Przyjechał i odmienił moje życie. Nie ma już nudy, nie ma samotności. I ma mnie kto pieścić.

Postanowiłam jednak sprawdzić jego reakcję. Jak się zachowa widząc, że się przy nim onanizuję. Wsunęłam rękę pod koc i zaczęłam bardzo wolno poruszać palcami. Nie zauważył tego skupiony na drodze. Wciąż przykryta podwinęłam wysoko bluzeczkę obnażając piersi. I wtedy zsunęłam koc, jęcząc jednocześnie i wijąc się na fotelu, z palcami zatopionymi w cipce, którą przed drogą zdążyłam jeszcze wydepilować. Była łysa jak kolano. Omal nie wypadliśmy z zakrętu jak zobaczył co robię.

Zjechaliśmy na pobocze i zaczęliśmy się kochać. Było chłodno, ale to nie miało znaczenia. Przesiadł się na mój fotel, który opuściliśmy do pozycji leżącej. Podkurczyłam nogi i usiadłam na nim. Bolały mnie kolana, którymi szorowałam o tapicerkę. Poruszałam się bardzo szybko. Rozpalała mnie świadomość, że ktoś może nas zobaczyć. Mógłby to być pan policjant, albo przemytnik narkotyków. On był wyraźnie zestresowany. Leżał pode mną z wytrzeszczonymi oczami, w których było więcej strachu, niż pożądania. Wiedziałam, że w tym stanie szybko nie wytryśnie, więc sama nie muszę się spieszyć. Pomęczę go. Niech ta przyjemność trwa jak najdłużej. Wyminęły nas dwa samochody dostawcze i jeden autobusik z meksykańskimi robotnikami. Musieli nas widzieć, bo podnieśli się z miejsc, a kierowca bardzo zwolnił. Na szczęście nie zatrzymał się. Taki ekshibicjonizm jest podniecający, ale nie chciałabym być zgwałcona w górach przez bandę brudnych muchachos.
Ten autobus sprawił, że jednak doszłam przed nim. Wciąż z podwiniętą spódniczką i obnażonym biustem przesiadłam się na fotel kierowcy i popieściłam go ręką. Miałam w tym dużą wprawę, więc nie trzeba było długo czekać na fontannę. Spodnie i koszulę mógł już wrzucić do prania. Sam sobie winien. Mógł się rozebrać jak porządny człowiek, albo wytrysnąć wcześniej do środka.

Zanim ruszyliśmy dalej musiałam obiecać, że więcej nie będę go prowokować. Straszył, że w przeciwnym razie zawraca. Przejechaliśmy już szmat drogi, była czwarta po południu i wątpiłam, by tak zrobił, ale po co było ryzykować. Czasami można coś obiecać. Najwyżej przecież nie dotrzymam słowa. Uśmiechnęłam się zadowolona z tej przewrotności moich kosmatych myśli i pojechaliśmy.

Przed wyjazdem nie tankował benzyny. Jechał nerwowo, wypatrując stacji, Kiedy tylko wjeżdżaliśmy do jakiejkolwiek wioski wychylał głowę i pytał zdumionych mieszkańców donde esta la gasolinera? I każdy odpowiadał mu co innego, co wprawiało go w coraz większą złość. Widziałam, że jest głodny, zmęczony, że najwyższy czas na postój w jakimś większym miasteczku. Problem jednak w tym, że byliśmy w górach. Pierwszym większym miastem na naszej trasie, i zarazem ostatnim, była Oachaka.
Siedziałam cicho jak trusia, kiedy samochód stanął. Uznałam, że lepiej się nie odzywać. Wyszedł na drogę, zapalił papierosa i się nie ruszał. Nie było sensu iść w poszukiwaniu paliwa, bo przecież najbliższa stacja mogła być kilkadziesiąt kilometrów stąd. Też zapaliłam, wyjęłam z bagażnika dżinsy i bluzę, bo szczękałam już zębami.

Stał i zatrzymywał samochody. Meksykanie nie są dżentelmenami, ale chętnie pomagają innym mężczyznom. Benzyny jednak nikt nam odlać nie chciał. Dowiedzieliśmy się tylko, że do stacji nie jest tak daleko, około piętnastu kilometrów, głównie drogą w dół. Jest tam rzeka i niewielkie miasteczko. Piętnaście kilometrów... mała pociecha. Wreszcie zatrzymało się dwóch młodych chłopców, którzy zaproponowali, że nas poholują pod górkę, a dalej to już sami się stoczymy do miasteczka na jałowym biegu. Dobre i to. Trzeba było zaryzykować.

Jazda w dół przy wyłączonym silniku nie bardzo mi się podobała, bo co chwila były ostre zakręty. Były też krótkie odcinki pod górę, ale samochód był na tyle rozpędzony, że ani razu nie stanęliśmy. Czułam się jak na rollercosterze. Ostatecznie jednak wtoczyliśmy się na stację, która była zaraz za mostem na początku miasteczka. Podsumowując – kolejna fajna przygoda.
Miasteczko okazało się zapadłą dziurą, w której był tylko mały sklepik i budka z tacosami. Kupiliśmy kilka toreb ostrych paprykowych chipsów, dla mnie gumy do żucia, zjedliśmy po tacosiku i ruszyliśmy dalej. Zrobiła się godzina siódma wieczorem, a my mieliśmy przed sobą jeszcze ponad dwieście kilometrów. Wciąż przez góry.

Jechaliśmy jeszcze dwie i pół godziny. Ostatnie pół godzimy w straszliwej mgle. Nie wiedzieliśmy już, czy dobrze jedziemy, nie wiedzieliśmy, czy coś na nas zaraz nie wyjedzie z naprzeciwka, albo czy my nie przejedziemy jakiegoś zbłąkanego meksykańskiego dziecka. Wypatrywaliśmy noclegu, co wydawało się równie jałowe, jak szukanie stacji benzynowej. Byliśmy bardzo wysoko. Prawdopodobnie na wysokości ponad czterech tysięcy metrów. Meksyk w ogóle jest bardzo górzysty, więc mnie to nie dziwiło. Ale widziałam, że mój mężczyzna nienawidzi teraz mnie i mojego pomysłu wyprawy do Oachaki. Chciałam mu to jakoś wynagrodzić, ale wolałam siedzieć cicho.

Jakimś trafem wypatrzyliśmy motel, prawie u szczytu góry. Po prostu motel przydrożny, bez adresu, bez nazwy. Chłopak w recepcji nawet nie potrafił pokazać nam dokładnie na mapie gdzie jesteśmy.
Zapłaciliśmy ogromne pieniądze, jak na Meksyk i jak na standard, jaki nam zaoferowano. Ulokowano nas w drewnianym domku. Było zimno, więc ktoś przyszedł napalić w kominku. Staliśmy przed domkiem, a pod nami były wierzchołki innych gór. Widać było tylko te najwyższe. Albo mgła była bardzo gęsta, albo byliśmy ponad chmurami. Spytałam go o to, ale odpowiedział, że sam nie wie.
Poszedł z powrotem do recepcji i wrócił wściekły. Okazało się, że o tej porze nie dostaniemy nic do jedzenia. To by zniósł mężnie. Okazało się jednak, że mają tylko dziesięć butelek piwa i nic więcej. W Meksyku piwo sprzedawane jest w małych butelkach, o ile oczywiście nie jest to litrowa butelka typu familiar. Nie braliśmy ze sobą alkoholu, bo planowaliśmy spędzić noc w knajpach w Oachace. On miał tylko swoją piersiówkę, ale w niej resztkę tekili. Wreszcie, po długich negocjacjach, wyżebrał u pana parkingowego, że ten w nocy wsiądzie na rower, pojedzie pięć kilometrów do miasteczka i wróci z jakimś alkoholem.
Spokojniejsi, usiedliśmy przy kominku, grzejąc się i popijając piwo. Było mi trochę przykro, że nie poprosił pana parkingowego, żeby kupił też coś do jedzenia. Ale co tam, w końcu powinnam się cieszyć, że mnie zabrał taki kawał i że nie wyrzeka.

Pan przyjechał po ponad godzinie, kiedy mój mężczyzna był już znowu zdenerwowany, bo z dziesięciu butelek piwa pozostały nam dwie. To co dostaliśmy, za duże pieniądze, absolutnie nie nadawało się do spożycia. Parkingowy przywiózł nam jedną trzecią litra mezcalozy. To jest świństwo, które w Meksyku piją najgorsze lumpy. Mezcal piątej destylacji. Smakuje jak oliwa, ma około dwadzieścia procent alkoholu. Już od samego zapachu zachciało mi się wymiotować. Widziałam, że on też ma nietęgą minę. Zmieszał mezcalozę z resztką tekili z piersiówki i poszedł dokupić do tego butelkę jakiegoś refresco. O dziwo, pomyślał, że ja też mogę chcieć napić się czegoś bezalkoholowego. A potem popijał, prychał, zapalał papierosa, znowu popijał i tak dalej.

Tej nocy nie kochaliśmy się. Tak cuchnął mezcalozą, że nie mogłabym go pocałować. Niestety, to są przykre strony zadawania się z pijakiem.
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Wtorek, 18 Maja, 2010 klutka klutka1@wp.pl
***
Odpowiedz
Witam, Książka niesamowicie mnie urzekła. Myślę, że każdy znajdzie w niej coś co odniesie w jakiś sposób do siebie. Muzykę, miłość, jakieś fragmenty, a może nawet całą historię. Szczerze powiedziawszy jeśli chodzi o zakończenie spodziewałam się czegoś podobnego. Generalnie facet jest wiecznym Piotrusiem Panem, nigdy nie dorósł do poważnego związku i z przykrością stwierdzę, że w środowisku punka, że tak to nazwę takich facetów jest mnóstwo, nie wiem z czego to wynika. Być może to chęć bycia wiecznie młodym, bawiącym się, unikającym odpowiedzialności i obowiązków. Bardzo spodobały mi się zabiegi typu przeplatanie podróży do Meksyku z przygodami w Polsce :) Z niecierpliwością czeka się, aż w końcu on tam przyleci :D Jako, że zawsze znajduje jakieś ciemne strony i minusy w książkach i w filmach to napiszę też co mi się nie podobało, żeby nie było tak słodko ;) Przeczytałam tą treść praktycznie jednym tchem, ale w momencie gdy on już jest w Meksyku ze swoją Xenną i podróżują, jeżdżą, przyglądają się roślinkom- zaczęło mnie to nudzić. Wiadomo, zależy co kto lubi. Nawet miałam chęć opuścić te strony i przewertować kartki na koniec :D jednak nie zrobiłam tego i na szczęście :) Pozdrawiam Naprawdę świetna książka, dawno czegoś takiego nie miałam w swoich rękach :D
Wtorek, 24 Kwietnia, 2007 alfa kazamuko@wp.pl
wyobrażenia
Odpowiedz
Czy kochamy nasze wyobrażenie o kimś ? Myślę, że miłość jest tak silnym uczuciem, że pozwala nam pokochać kogoś, kto ma jak każdy również wady... Przeczytałam kiedyś, że z miłością mamy do czynienia wtedy, gdy kochamy kogoś, kto nie jest nam do niczego potrzebny...Myślę, że to jest błędne rozumowanie, bo właśnie jak kochamy, to bardzo tej osoby potrzebujemy. Umieramy z tęsknoty za nią. Chcemy z nią być, myślimy o niej itd. W Xennie to się wszystko miesza. Miłość i chęć bycia z tą osobą, z tym, że z drugiej strony tak ciężko czasem być z nim (z nią), pomijając momentu seksu i zbliżeń, bo to nas jakoś tam ogranicza, tłamsi. Po prostu jesteśmy wszyscy bardzo różni, totalnie odjechani i niepokorni :-)
Sobota, 3 Lutego, 2007 Siwa(M.)
ostatnia.
Odpowiedz
Tutaj kończy się powoli szczęście, którego i tak za mało jej dał. Gdybym wiedziała, że po 23 maja będzie tak, jak było, to chyba nigdy nie doczytałabym wierząc, że jednak nie jest takim głupcem, jak w rzeczywistości.
Niedziela, 11 Lutego, 2007 zolwica 5268300
ostatnia.
Odpowiedz
Jakie szczęście? Ułuda szczęścia... Ale fakt, że każdy mierzy szczęście swoją skalą :/ Nigdy nie byłaby z nim szczęśliwa... Kochała wyobrażenie mężczyzny z którym chciała żyć. Nie kochała jego samego, takim jakim był :( On nie mógł się zmienić i ona nie potrafiła go przez taki długi czas zmienić na "swoją" modłę, ani zaakceptować jego sposobu na życie. Więc po co wierzyć, że mogli by być ze sobą już zawsze? Na tym polega cały wic, że bohater nigdy nie potrafił Z KIMŚ być. On jest sam, czasem tylko miał towarzyszki... I nie jest głupcem. Wiedział, że i tak nic by z tego nie było. Tylko jej szkoda, głupiej baby, która wierzyła, że IM się uda... Więc nie mierzcie gościa swoją miarą.. on nie byłby szczęsliwy na Wasz sposób :) yip!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Podaj słownie sumę 3 + 1
Dodaj
 
AntyRadio - Radio BEZ Zasad
Landsberg Hardcore Crew
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny
Aktualny PageRank strony xenna.com.pl dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO
© 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2