11 grudnia 2008 o godz. 21:33

Degeneracja przyciąga

/wp-content/uploads/2008/12/1_PASAZER_25
W najnowszym numerze największego polskiego fanzinu "Pasażer" (4000 egz.) ukazała się obszerna rozmowa pt. "Degeneracja przyciąga". Z Łukaszem Gołębiewskim rozmawiał przy piwie i winie domowej roboty Bezkoc, reaktor naczelny i wydawca pisma. Oto pełny zapis rozmowy - w wydaniu papierowym wzbogacony licznymi archiwalnymi zdjęciami.

Nie skandalizująca płyta i nie obrazoburcza piosenka, a dwie książki wywołały niedawno w polskim światku punkowym (i nie tylko zresztą punkowym) reakcje oscylujące między zachwytem a obrzydzeniem. Kilka miesięcy temu „Xenna – moja miłość”, i dopiero co wydane „Melanże z Żyletką”. Obie przesiąknięte alkoholem i brudem pijackich libacji, seksem niebezpiecznie młodych dziewcząt, oraz… punk rockiem! Dla jednych te powieści to śmierdzący leksykon alkoholowych imprez, dla drugich dwie historie niespełnionej miłości, dla jeszcze innych Charles Bukowski w swojskim, bo polskim i punkowym emploi…
Ich autor – Łukasz „Disorder” Gołębiewski – jest warszawskim załogantem, a jednocześnie człowiekiem sukcesu. Przed laty dziennikarz „Rzeczpospolitej”, dziś prezes wydawnictwa i ekspert w dziedzinie polskiego rynku książki, a jednocześnie bywalec skłoterskich koncertów i miłośnik punk rocka. Postać w niekonwencjonalny sposób punka promująca poprzez książki jakie nie tylko pisze, ale i wydaje.
Posłuchajcie, co opowiada o swoim barwnym życiu, punk rocku kiedyś i teraz, biznesie (!), swojej zawodowej specjalności, no i oczywiście pełnych tych wszystkich świństw książkach. (Bezkoc)

– Pochwal się na początek swoim punkowym stażem. Zawstydzisz nim dzieciaków czy niekoniecznie?
– Chyba nie… Jestem rocznik 71 i zaczęło się to dla mnie około 1982 roku. Wcześniej słuchałem Oddziału Zamkniętego i Listy Przebojów Programu Trzeciego. Ale nagle pojawiło się kilka, przegranych od kumpla kaset z Bikini, Xenną, WC, Korpusem X, potem był singiel Dezertera… i tak to się zaczęło.
– Jaki był Twój pierwszy koncert?
– Oj, nie pamiętam, ale to było coś w klubie Riviera-Remont w Warszawie… W 1984 roku byłem pierwszy raz w Jarocinie. Uciekłem z domu jako totalny szczawik. To był chyba najfajniejszy Jarocin, bo Moskwa, Siekiera, Prowokacja… Wszystkie te zespoły i cały festiwal na 13-latku, którym byłem, zrobiły ogromne wrażenie. Choć wiadomo, że człowiek był młodszy i wszystko inaczej odbierał. Ale swojego pierwszego koncertu nie pamiętam. Na pewno byłem na koncertach Xenny, Tiltu, Dezertera, Siekiery – większości ważnych ówczesnych kapel.
– Pytam oczywiście, aby się przekonać czy nie konfabulowałeś w książce na temat koncertów Xenny czy Deutera.
– Xennę pamiętam, choćby z niesamowitego koncertu w Stodole, kiedy Zygzak oblewał publiczność białą farbą i głównie improwizował. Kawałków które wszyscy znamy, było może ze 20%, reszta to improwizacja… Chyba zresztą grał wtedy też Deuter, a może stary Tilt, nie pamiętam już. Byłem też na UK Subs w 1982 rok na Torwarze i to pewnie mógł być mój pierwszy punkowy koncert… Poszedłem wtedy oczywiście ze względu na Republikę, choć nigdy nie nosiłem grzywki. Ogromne wrażenie zrobił Exploited, którego płyta „On stage” wyszła jakoś wtedy w Polsce. Ale pierwszym zespołem, który naprawdę mnie chwycił i wciąż lubię go słuchać, a do dziś nie ukazał się w żadnej reedycji, było toruńskie Bikini. Rewelacja z pogranicza nowej fali i punka. Za to kapele takie jak Sex Pistols czy Clash, co się może wydać teraz dziwne, w ogóle nas nie brały, bo się wydawały za bardzo popowe w zderzeniu z Exploited czy GBH.
– To dlaczego zacząłeś słuchać punk rocka, a nie zostałeś przy Oddziale Zamkniętym?
– Oczywiście dlatego, że miałem takich kolegów… Ale takie wytłumaczenie wydaje mi się zbyt proste. Ta muzyka od razu zaskoczyła, nie zmuszałem się do niej… Mam teorię, która może nie wszystkim się spodoba, bo sprowadza słuchanie punka do pewnej koncepcji psychologicznej. Wydaje mi się, że ludzie, którzy słuchają punka z przekonaniem, a nie dlatego, że koledzy słuchają, gdyż tak naprawdę to im się najwyżej Pidżama Porno podoba, robią to, bo urzeka ich w tej muzyce jej bunt. Kontestacja i odrzucenie wszystkiego. Takie proste „ja nie chce tego!”. A o to najłatwiej, kiedy w domu coś nie gra. W wieku 11-12 lat było to dla mnie odrzucenie rodziny i szkoły. Bardzo wcześnie przestałem chodzić na religię, szkoła też mnie nie interesowała – źle się uczyłem, wagarowałem. Byłem dzieciakiem z rozbitego domu, zostałem sam z matką, która sobie popijała. Ponieważ nie znajdowałem w domu akceptacji dla irokeza czy pofarbowanych włosów, dla pewnego stylu życia, który łączył się z alkoholem czy popalaniem samosiejki, uciekłem. Zacząłem sam zarabiać na siebie mając 15 lat. Wybrałem życie na swój koszt, pracowałem na przykład w fabryce pustaków… Ale jednak jakoś udało mi się skończyć szkołę, a potem nawet studia.
Kiedy patrzę na dzieciaki, które słuchają punka, to często widzę, że u nich coś tam nie gra w domu. To niekoniecznie nawet musi być dom, gdzie ojciec odchodzi, czy gdzie się dużo pije… Oczywiście sama muzyka też może chwycić za serce. Ale głównie chodzi w tym o bunt, a dzieciak może się buntować przede wszystkim przeciw szkole i rodzicom. Nie powiem, że się buntowałem wtedy przeciw systemowi, PZPR albo milicjantom, bo jako 11-latek miałem cały stan wojenny głęboko w dupie. Wtedy było tak śmiesznie, że można było postawić włosy i jednocześnie nosić znaczek z Matką Boską w biało czerwonej otoczce, bo obie rzeczy były anty i za obie można było dostać wpierdol od milicjantów. Dzisiaj się to nie mieści w głowie. To były tak głupie czasy, że bywałem spisywany jako „podejrzany w czerwonych spodniach”. Kiedyś siedzieliśmy z kolegą na przystanku, graliśmy w kości i zostaliśmy spisani za uprawianie hazardu!
– Bardzo ciekawe te historie, ale takich się spodziewałem. Bardziej mnie zastanawia, jak to się stało, że cały czas Cię to interesuje, mimo upływu tylu lat. Dzisiaj np. zażyczyłeś sobie płyt Złodziei Rowerów, którzy są już z zupełnie innego i pokolenia, i jakby odłamu punk rocka. Tymczasem taką mam obserwację, że ci, którzy mieli pierwsze przygody z punkiem na początku lat 80-tych, dziś mogą się zainteresować najwyżej reedycją Siekiery w ramach sentymentalnego powrotu do czasów młodości. A ty cały czas chodzisz na punkowe koncerty i nie słuchasz tylko piosenek, które pamiętasz sprzed 20 lat. Nowe też do Ciebie docierają.
– Ja też miałem pewną przerwę. Okres, kiedy poszedłem do pracy, założyłem rodzinę, a zrobiłem to bardzo wcześnie i dziś mam osiemnastoletniego syna, a z żoną rozstałem się 10 albo i więcej lat temu. Chociaż całkiem muzyki nie przestałem słuchać, to faktycznie nie byłem na bieżąco. To było zresztą w latach 90-95, kiedy w punk rocku wiele się nie działo, bo te Gagi i Sedesy wszystkie to nie bardzo…
– Ale przecież wtedy najaktywniejsze były zespoły ze sceny niezależnej. Alians, Apatia, pierwsza Schizma, Ahimsa…– Faktycznie, początek tego mnie ominął i na koncerty Aliansu zacząłem chodzić, kiedy nagrali już trzecią płytę, chyba w 1996, prawda? Było mniej koncertów, ja wypadłem ze środowiska, bo mniej czasu, bo małe dziecko. Ale kiedy rozstałem się z żoną, miałem znów więcej czasu…
– Ha, ha. Teraz wszystko doskonale rozumiem. Baby i dzieci to wróg punk rocka. (śmiech)
– Wróciły dawne potrzeby. A kiedy chodzisz regularnie na koncerty, nie możesz żyć ciągle tym, że kiedyś grała Xenna, bo ona już nie gra. A sentyment do słuchania nagrywanych na Grundigu kaset dawno mi minął, choć trochę ich pewnie jeszcze mam, o ile dałoby się te kasety jeszcze odtworzyć. Scena ewoluuje i to jest bardzo dobre. Nadal mam sentyment do Xenny. Nawet mi się podoba, że niektóre zespoły, jak np. Berurier Noir, grają od 20 lat na jedno kopyto. Ale pojawiło się też mnóstwo nowych rzeczy, jak choćby ten emo-core i Złodzieje Rowerów. Nigdy może nie przekonałem się do crusta i hard core’u, ale jeśli chodzisz na koncerty, to nie możesz ignorować tego, co jest nowe i fajne, bo świat idzie do przodu. Jeśli El Banda gra rewelacyjnie, to głupotą byłoby wiecznie wspominać Post Regiment. Też był świetny, ale go nie ma. Nie będę siedział w domu, puszczał sobie w kółko Post Regiment i trzepał konia, wspominając, jakie to były piękne czasy.
– A wydaje mi się, że masa ludzi tak ma.
– Bywam czasami na koncertach w Stodole. To jest teraz taki szpanerski klub, gdzie są drogie bilety i dzieciaki nie są wpuszczane do sali, gdzie się sprzedaje piwo, a z piwem nie możesz wejść na salę, gdzie jest koncert. Kiedy patrzę, jacy tam ludzie przychodzą, to widzę kolesi, którzy zrzucili garnitur, wrzucili na siebie szybko koszulkę z napisem Kult, Dezerter czy Pidżama Porno i w gruncie rzeczy fajnie, że mogą sobie tego Dezertera posłuchać, bo to taki zespół interdyscyplinarny – może go słuchać i młodzież i – przez sentyment – białe kołnierzyki. Ale na skłocie tych ludzi już nie zobaczysz. Tam już nie ma przypadkowych osobników. A ja się wciąż bardzo dobrze czuję wśród ludzi, których ta muzyka kręci, niekoniecznie małolatów zresztą. Ze wstydem muszę przyznać, że nie bardzo żyję czymkolwiek innym, polityka mnie nie interesuje, religia mnie nie interesuje. Czytam książki, bo zawsze czytałem i lubiłem to. Praca mnie interesuje o tyle, o ile – tak się ustawiłem w życiu, że mogę robić to, co lubię, i nie harować, bo nigdzie nie pracuję na etacie.

ŻYĆ Z CZYTANIA KSIĄŻEK
– Opowiedz, jak stałeś się takim człowiekiem. Nie skończyłeś jak wielu punków, którzy nie potrafili nic ze swoim życiem zrobić, w scenerii osiedlowej żulerki. Wręcz przeciwnie – w życiu zawodowym stałeś się poważnym gościem, zajmującym się specyficzną dziedziną. Opowiedz o tym.

– Mój syn, który ma 18 lat, nie słucha punk rocka, tylko hip hopu. Kompletnie nie wie, co w życiu robić, i nie ma żadnej koncepcji. Jest totalnym looserem i jest bardziej no future niż niejeden punkowiec. Trzeci raz powtarza trzecią klasę gimnazjum. Jak go pytam „synek, co ty chcesz robić w życiu?”, to mi odpowiada: „mieć dużo kasy i się nie narobić” – „ale jak to chcesz zrobić?” – „nie wiem, może hip hopowe piosenki będę pisał?” – „a napisałeś już jakąś?” – „no jeszcze nie”. Tak więc odpowiedź na twoje pytanie jest prosta, i często staram się młodszym od siebie ludziom, z którymi się spotykam i rozmawiam, przekazywać. Możesz robić wszystko – możesz słuchać takiej czy innej muzyki, palić jointy, możesz pić alkohol, ale ważne, żebyś miał jakiś cel. Żebyś w wieku 15-18 lat wiedział, co chcesz w życiu robić. Jeżeli nie wiesz, co chcesz osiągnąć, to nie masz też żadnej możliwości, żeby do czegokolwiek dojść, bo do tego trzeba mieć jakiś plan. Ja miałem koncepcję w wieku chyba już 15 lat, że będę żył z czytania książek. W PRL pomysł zupełnie idiotyczny. Mój ojciec pukał się w czoło i mówił: „Idioto! Zamiast czytać Dostojewskiego czy Freuda pomyślałbyś o studiach prawniczych”. Zresztą wtedy faktycznie karierę mogłeś zrobić tylko wstępując do partii, albo będąc urzędnikiem na poczcie. Czytając książki, mogłeś być redaktorem w wydawnictwie Książka i Wiedza, które wydawało dzieła Lenina czy dziennikarzem w „Trybunie Ludu”. Ale w 1989 roku, nagle wszystko się uwolniło – myśl, papier, możliwość druku, zniesiono cenzurę i wprowadzono wolność gospodarowania. To wszystko miało nieprawdopodobne znaczenie! Będąc facetem, który czyta książki, nie miałem perspektyw, a tu dzięki przemianom 1989 roku, uwolniło się tysiące możliwości. Zostałem dziennikarzem piszącym o książkach mając lat bodaj 19. To była trochę kariera Nikodema Dyzmy. Przyszedłem z ulicy do jednego z warszawskich dzienników i powiedziałem, że jestem specjalistą od książek. Pani powiedziała „OK, proszę mi napisać, co się czyta w Wielkiej Brytanii”. Poleciałem do British Council, za bardzo nawet nie znałem angielskiego, ale przejrzałem kilka tygodników typu „Bookseller” i coś tam skleciłem, zaniosłem i pani stwierdziła – „faktycznie, znasz się na książkach”. Przyjęli mnie do pracy z ulicy – dzisiaj nie do pomyślenia. Okazało się, że z tego czytania książek mogę żyć. Przez 10 lat byłem specjalizującym się w książkach dziennikarzem „Rzeczpospolitej”. Odnosiłem w tym nawet pewne sukcesy typu nagrody dziennikarskie etc. Stałem się też, można powiedzieć, największym w Polsce ekspertem od rynku wydawniczego. Chodzi o funkcjonowanie książki w realiach gospodarczych, czyli jakie są nasze preferencje jako czytelników, co chcemy czytać, dlaczego akurat to chcemy czytać, co kupujemy, ile pieniędzy chcemy na to wydać, jak chcemy żeby książki były wydawane. Wyspecjalizowałem się w tym i rzuciłem dziennikarstwo, bo dziennikarstwo jest zawodem, który strasznie wypala wrażliwość. Zostałem analitykiem, konsultantem – facetem, który ma jakąś wiedzę i ją sprzedaje za duże pieniądze, bo nikt inny tej wiedzy nie ma.
– Oprócz tego wydajesz książki, jesteś prezesem wydawnictwa…
– Jest taka firma, która się nazywa Biblioteka Analiz. Wydaje 4 fachowe czasopisma i książki, ale przede wszystkim zajmuje się konsultingiem. Z tym że ja się tym zajmuje już w bardzo małym stopniu. Moja idea biznesu – jeśli nie jest faux pas mówienie o biznesie w piśmie takim jak „Pasażer” – polega na tym, że zgromadziłem odpowiednich ludzi, którzy są w stanie wykonać za mnie większość pracy i nie muszę latać z wywalonym jęzorem i pilnować wszystkiego samemu, tylko ceduję obowiązki na innych. A przy tym niech oni dobrze zarabiają, jeśli zarabiają na mnie. Nie jestem człowiekiem pazernym i bardzo chętnie oddam pieniądze innym, żeby tylko mieć więcej wolnego czasu, który jest dla mnie rzeczą nadrzędną. Gdybym chciał zarabiać dużo pieniędzy zaharowując się, to bym pewnie zapieprzał po 12-14 godzin dziennie w garniturze. A tak, stoję sobie z boku i patrzę jak moi pracownicy fajnie pracują i chodzą w garniturach.
– Tobie brak garnituru nie przeszkadza?
– Ostatni raz garnitur założyłem, kiedy brałem ślub… Ja się spotykam z bardzo różnymi ludźmi, na przykład z zagranicznymi inwestorami. Na takim spotkaniu siada prawnik, siada jeden klient, drugi klient i siadam ja. Ja siadam tak, jak wyglądam, czyli mam kolczyki w uchu, pofarbowane włosy, a do niedawna nosiłem dready. Prawnik włącza taki zegar, jakiego się używa przy grze w szachy, bo płaci mi za każdą godzinę konsultacji. I oni w ogóle nie zwracają uwagi na to, jak wyglądam. Ich interesują informacje, które ja im mogę przekazać i moja wiedza… Być może niektórzy się uśmiechają pod nosem – „facet ma swoje lata, a tak się wygłupia”, patrząc trochę jak na kabotyna. Ale kiedy idę na koncert punkrockowy i spotykam się z 17-latkami, pewnie też patrzą z przymrużeniem oka i myślą „tatuś przyszedł się pobawić”. Ale nie spotykam się z reakcjami jawnie niechętnymi… Jestem teraz konsultantem w ministerstwie kultury odnośnie strategii promocji czytelnictwa. Rozmawiałem parę dni temu z panią dyrektor Departamentu Dziedzictwa Narodowego, mniej więcej tak jak teraz siedzę, i ona się wcale nie dziwiła, ani nie widać było, żeby choćby pomyślała, że zaprosiła nie tego pana, którego chciała zaprosić.
– Trochę to jest zaskakujące, ale może faktycznie warszawka jest już taka liberalna i wiele się zmienia w społecznej percepcji…
– Znam wiele, przede wszystkim dziewczyn, które mówią, że nie mogą znaleźć pracy, bo dready, bo piercing, ale prawda jest taka, że nie możesz znaleźć pracy, bo nie masz żadnych kwalifikacji. To, że masz dready, pewnie nie pomaga, ale jak nie masz kwalifikacji i masz dready, to lepiej przyjąć kogoś, kto może nie ma kwalifikacji, ale nie ma też dreadów, bo pewnie spokojniejszy i nic mu nie odbija. Ale jak masz kwalifikacje, to nie ma znaczenia, jak wyglądasz. Może też jest tak, że w pewnym momencie, kiedy ludzie już wiedzą co sobą reprezentujesz, możesz sobie na to pozwolić…

OSWOJONY PUNK
– Kiedyś zastanawialiśmy się z kolegą, jak sobie radzą w życiu ci, którzy wyrośli ze środowiska punkowego. On mi podał sporo przykładów ludzi, którzy coś tam osiągnęli i są już kimś w świecie mediów na przykład, a ja jemu sporo przykładów takich, którzy skończyli nieciekawie. Jak ty to widzisz ze swojej perspektywy? Czy wielu jest ludzi z którymi 20 lat temu chodziłeś na koncerty, którzy sobie poradzili? Ciekaw jestem o tyle, że przecież w ten punkowy styl nie jest wkomponowane przesłanie robienia kariery i zarabiania pieniędzy, a wręcz przeciwnie…

– W twoim czasopiśmie w ostatnim numerze jest wywiad z Charliem Harperem, którego pytacie o dzieci punkowców. I on odpowiada, że z jego obserwacji wynika, że radzą sobie nawet lepiej niż inne, bo mają inaczej ukierunkowaną wrażliwość. Wydaje mi się, że to jest ważne w punku, i to moją postawę ukształtowało – to, że nie masz roszczeniowego stosunku do życia. Że nie chcesz tylko brać jak najwięcej i nikomu nic nie dawać. Zamiast tego instynktu gromadzenia wszystkiego dla siebie, masz postawę outsidera i w zasadzie jest ci wszystko jedno. To jest postawa, przy której faktycznie przegrywasz jeśli nie masz żadnej koncepcji życiowej. Jeśli nie wiesz, co chcesz w życiu robić, to zostajesz z jabolem, najwyżej jako robotnik najemny. Natomiast jeśli wiesz, co chcesz w życiu robić, a jednocześnie masz to poczucie, że nie musisz, to coś z tego może wyjść. Nie muszę zrobić czegoś, żeby zarobić kolejny tysiąc złotych. Bo co mi z tego? Nie marzę o willi, ani wakacjach na Majorce. Oczywiście, potrzebuję zarobić na benzynę do samochodu, i na to, żeby dziewczynę gdzieś zabrać. Są ludzie, którzy mając zapewnione podstawowe potrzeby, będą zabijać się, żeby mieć więcej. Ja się nie zabijam. Taka postawa chroni przed zagrożeniami, jakimi najeżony jest kapitalizm. Pokusa tego, żeby mieć więcej, łączy się z tym, żeby zrezygnować z siebie. Bo jeżeli chcesz mieć więcej, to musisz w to włożyć więcej pracy, zaangażowania i musisz się temu zacząć bez reszty poświęcać. Można jednak myśleć inaczej – świadomie rezygnować czasami z zarabiania kolejnych pieniędzy, bo pieniądze nie są wartością nadrzędną. To znaczy, że w gruncie rzeczy nie musisz zapierdalać za kasą i za zaszczytami. Miałem sporo różnych zaszczytów i medali w życiu, ale nigdy ich nie kolekcjonowałem. Chyba je wyrzucałem od razu…
– A czy wielu jest takich, z którymi chodziłeś kiedyś na koncerty, i którym udało się tak jak tobie? Którzy robią coś ciekawego i są zadowoleni ze swojej pracy?
– Są tacy, którzy zrobili kariery, ale ze smutkiem muszę powiedzieć, że nikogo z nich już ta muzyka nie interesuje. Poszli gdzie indziej – jeden zaczął handlować chińskimi koszulkami, inny został prawnikiem. Niektórzy oczywiście zostali żulami albo wpadli w narkotyki. Ale nikt z moich znajomych, którzy zaczęli słychać ze mną punka, nie siedzi już w tych klimatach. Ale tacy ludzie są – popatrz, kto gra dzisiaj punk rocka! Raczej ludzie z mojego pokolenia niż dzieciaki. Popatrz na chłopców z LD50.
– Chyba sporo jest tych czterdziestolatków, którzy punka pamiętają, choć pewnie nie interesują się nim już tak jak Ty. Ale ten temat jest chyba nośny, skoro parę dni temu jakiś sitcom się pojawił, którego bohaterem jest 40-letni punkowiec.
– Faktycznie… Były kiedyś te koncerty zapoczątkowane przez książkę Lizuta i jakoś tam aranżowane przez „Gazetę Wyborczą”, i powiem ci, że na pierwszym Punk Rock Later spotkałem ludzi, których w życiu bym nie posądzał o to, że ich ta muzyka interesuje. Ludzi, którzy są dyrektorami, managerami, a tego dnia przyszli przebrani w inne ciuchy. Normalnie gały na nich wytrzeszczałem, bo to byli ludzie których np. znam zawodowo z mojej działki książkowej. Tutaj dyrektor marketingu w dużym wydawnictwie, tam szefowa działu sprzedaży Empiku… Nigdy ich nie posądzałem o sympatie do takiej muzyki, bo na co dzień chodzą w garniturach. Więc ten sentyment do punka, o którym mówisz, przejawia się zrywami: pójść na PRL i po 20 latach sobie przypomnieć, że „zapomniana skóra wisi w szafie”, jak to śpiewał Ramzes w „Oswojonym punku”. Ja nigdy nie zerwałem kontaktu z tą muzyką, nigdy nie polubiłem innej muzyki. Wprawdzie mogę bez obrzydzenia posłuchać hip hopu – w sumie jest o podobnych problemach jak kiedyś punk, ale bardziej brutalny i nihilistyczny. Punk jednak dawał nadzieję na przyszłość. Jeśli chcesz walczyć, to możesz coś osiągnąć.
– To chyba Krzysiek z Dezertera powiedział kiedyś coś w tym guście, że różnica między punkiem a hip hopem polega na tym, że w punku widzisz świat z perspektywy barykady, a w hip hopie z perspektywy ławki przed blokiem na dużym osiedlu.
– Dokładnie. Ale i tak bez obrzydzenia mogę tego posłuchać. Niemniej, nigdy poza punk nie wyskoczyłem. To jest tak, że jeśli jesteś zorientowany na kobiety, to trudno, żebyś nagle został homoseksualistą.

FANABERIA PREZESA
– W swojej firmie zacząłeś w pewnym momencie wydawać zbuntowane, punkowe książki, odkrywając chyba zupełnie nie wyeksploatowaną niszę. Jak na to wpadłeś? Normalnie wydajesz zupełnie inne rzeczy…

– Trudno powiedzieć, że wpadłem na to jako na pomysł na jakiś biznes, bo to biznes nie jest. Jeżeli do tego nie dopłacam, to dobrze… W pewnym momencie firma, którą kieruję, stała się na tyle duża i silna, że mogłem sobie pozwolić na ekstrawagancję. Wszyscy patrzą tam na to jak na fanaberię prezesa. Nikt nie podchodzi do tego na serio i to jest główny problem. Bo jest problem z promocją, dystrybucją, nikt wokół tego nic nie robi, bo nie traktuje serio, więc to kuleje. Ja bym więc raczej mówił o tym jako pewnej pasji, na którą mogę sobie pozwolić. Nie wiem, jak to jest w twoim przypadku, ale chyba też tak czasami masz, że wydając jakąś płytę zdajesz sobie sprawę, że na tym nie zarobisz, że to jest kwestia twojego gustu, wrażliwości, tego że chcesz to zrobić po prostu.
– Ha, ha. U mnie tak jest zazwyczaj.
– Więc ja pomyślałem, że chciałbym wydać książkę Penny’ego Rimbauda, zakładając z góry, że do tego dołożę. Ku mojemu zaskoczeniu pewnie wyszedłem na zero, albo może, półtora roku po wydaniu, zarobiłem na tym 300 zł. Co jest – patrząc na koszt pieniądza w czasie – równoznaczne z niezarobieniem…
– Muszę też opanować kiedyś takie pojęcia jak „koszt pieniądza w czasie”.
– …I jeśli chodzi o moje książki, które napisałem teraz, to w ogóle nie jest żaden biznes, bo ja na nich w ogóle nic nie zarabiam, nie biorę honorariów. Zarabiam na czymś innym.
– Nie wiem, jak to się przekłada handlowo, bo na pewno w Twoich realiach trzeba sprzedać więcej, żeby wyjść na swoje niż w moich, ale jednak jakieś tam zainteresowanie wokół Twoich książek się pojawiło.
– Przede wszystkim robię to dla fanu, dla czytelników, czy raczej czytelniczek, dla spotkań autorskich i całej przyjemności obcowania z ludźmi, których spotykam. Są rzeczy, na których chcesz zarabiać pieniądze, bo nie lubisz tego robić, umiarkowanie to lubisz, albo wydaje ci się, że dlaczego by nie zarabiać pieniędzy na ludziach, którzy i tak mają ich bardzo dużo. Natomiast w przypadku książek, które napisałem, czy które wydajemy w Jirafa Roja, zarabianie nie jest główną ideą. Świadomie zrezygnowałem z honorariów na tej zasadzie, że „sprzedaję się” gdzie indziej. Piszę, spotykam się z ludźmi i sprzedaję swoje kompetencje gdzie indziej, co nie sprawia mi już jakiejś wielkiej frajdy. I pisząc powieść, co jest samo w sobie przyjemne, chyba sam bym się źle czuł, gdybym brał za to pieniądze. Wystarczającą gratyfikacją jest to, że się to komuś podoba, że ludzie piszą listy, że coś to dla nich znaczy. Gdyby tego nie było, na pewno bym następnych książek nie pisał. Nie chciałbym nigdy z tego żyć… Chociaż gdybym miał perspektywę 100 tysięcy zł zaliczki, jaką na przykład Pilch dostaje, to może nie byłbym takim chojrakiem.
– Wszelkie deklaracje można zweryfikować, kiedy masz przed sobą realny wybór.
– Dokładnie. Więc może pobrzmiewa w tym, co mówię, faryzeuszowska nuta. Ale póki co, mogę sobie pozwolić na komfort nie brania tych, nie tak znów wielkich honorariów, nawet jeśli to tylko moje wydumane idee fixe.

ŻYCIE PIJACKO-PUNKOWO-EROTYCZNE
– Porozmawiajmy o tych książkach w końcu, bo już się pewnie niecierpliwisz. Jak to się stało, że zająłeś się nurtem pijacko-punkowo-pornograficznym, że go tak nazwę?

– To jest moje życie w pewnym sensie… pijacko-punkowo-erotyczne. Zdecydowanie nadużywam alkoholu od wielu lat, choć dzisiaj mniej niż kiedyś. Ale ciągle to lubię. I trudno mi sobie wyobrazić, żebym nie mógł z tej przyjemności korzystać. Jeśli chodzi o punk rock, to już dużo mówiliśmy. W jakiej scenerii miałem osadzić swoje książki? Rockendrolowej? Elvis Presley i w tle Beatlesi? Nie mógłbym, bo nic innego poza punkiem mnie nie interesuje. I tak „Melanże” osadziłem trochę w klimacie Pidżamy Porno i Strachów Na Lachy, co zresztą wcale nie było komercyjnym zagraniem, nastawionym na gówniarzy, którzy tego słuchają. Może bym sobie tych kapel nie włączył jadąc samochodem z Warszawy do Rzeszowa, ale są imprezy, kiedy lubię sobie ich bez wstydu i bólu posłuchać. Zaś jeśli chodzi o wątki erotyczne… Kobiety też lubię. I pewnie gustuję w takich kobietach, jakie opisuję.
– Nie napełnia Cię obawą to, co spotkało doktora Samsona?
– Nie, ponieważ bohaterki moich książek są pełnoletnie. Powiem więcej. Pomijając okres, kiedy miałem lat 14-18, nie poszedłem nigdy do łóżka z kobietą, która miała mniej niż 18 lat.
– Czytujesz może komiksy z Likwidatorem? Rysiek, który je rysuje, w przeciwieństwie do ciebie jest akurat zafascynowany takim, jak to się mówi, „elokwentnymi i oczytanymi”.
– Nie czytałem. Akurat z komiksami zostałem na poziomie Baranowskiego i „Tytusa Romka i A’Tomka”.
– W każdym razie ta Twoja „pornografia” jest trochę szokująca.
– Czy szokująca? Ja lubię kobiety…
– Zapytam trochę zgredziarsko, ale tak mi jeden z kolegów podsunął dzisiaj – „nie wstyd Ci takie świństwa wypisywać”? (śmiech)
– Powiem ci tak. Jeżeli mają to być takie świństwa, że laska robi bohaterowi loda w samochodzie, albo w kinie, albo bzykają się w przebieralni w Galerii Centrum, to mi nie wstyd. Ale w sytuacji, kiedy piszę, że myślałem, że ruchałem ją w dupę, ale w sumie nie jestem pewien, czy to była dupa, bo byłem tak pijany, że nie pamiętam, w który otwór wsadzałem, to mi wstyd. To już jest niegrzeczne w stosunku do kobiety i nie jest też dobrze, jeśli jesteś w takim stanie, że nie wiesz, w który otwór wsadzasz. I to może być wstydliwy fragment… Jako analityk rynku książki i prezes wydawnictwa…
– Stwierdziłeś że to będzie klucz powodzenia tych książek?
– Nie. Miałem bardzo duże opory przed publikowaniem Xenny. Trzy lata leżała u mnie w szufladzie i tylko krążyła w wydrukach wśród znajomych. Wszyscy się tym jarali, mówili „fajna książka, wydrukuj”, a ja myślałem, że jak to wydrukuje to stracę całkowicie swój autorytet. Ale okazało się, że nie. A teraz to już się niczego nie boję.

TIPSY TO EXTREMUM
– W obu tych książkach rzuca się w oczy duże natężenie brudu i syfu. Jest to dość obrzydliwe, kiedy piszesz o parze, która się w petach i śmieciach tarmosi. Odczuwasz chyba fascynację takim brudem, syfem, marginesem…?

– To prawda. Ewidentnie fascynuję się marginesem. Kiedy idę do knajpy, to idę do speluny, a nie do Hard Rock Cafe. Jeśli coś mnie w życiu kręci, to obserwowanie żuli obalających jabola o ósmej rano pod sklepem, a nie ciź, które robią sobie tipsy w salonie kosmetycznym. Więc ewidentnie jest we mnie fascynacja brudem. Ale to fascynacja wyniesiona z punka. W tej muzyce nie ma świata z „Bridget Jones”. I taki świat mnie mierzi. Nawet jeśli na przykład Mass Kotki ocierają się o takie klimaty, to prześmiewczo. Widzieliśmy dzisiaj w jakiejś knajpie fragment „Big Brothera” i laskę z tipsami, tlenionymi włosami… Odrzucające! Nienawidzę lasek, które chodzą na solarium, nie lubię makijażu, lakieru na paznokciach, a tipsy to w ogóle jest jakieś extremum. Nawet nie lubię jak kobieta pachnie perfumami. Wolę jak pachnie swoim potem, kobiecością… Tego brudu jest sporo zwłaszcza w „Melanżach”, bo tam w tle się pojawia jak nie prostytutka bez zębów, to matka bijąca dziecko, czy żule obalający jabola na przystanku. Nie tylko lubię to obserwować, ale lubię się też po prostu znajdować w takich miejscach.
– Nie powiesz mi chyba, że tak mieszkasz?
– No nie… Wydałem w zeszłym roku książkę o Meksyku, po którym dużo jeździłem, bo bardzo lubię ten kraj. Byłem tam w różnych bardzo ekstremalnych miejscach. Opowiem jedną historię… Wylądowałem na zadupiu, o nazwie La Venta. Za dużo powiedziane, że w hotelu, bo była to noclegownia gdzie w pokoju o klaustrofobicznej powierzchni znalazłem pryczę z poprzepalanym papierosami prześcieradłem. Wyszedłem na miasto. Dwie knajpy i dwa salony, gdzie się kobiet nie wpuszcza. Nie ze względu na prostytucję, tylko dlatego, żeby nie wyciągały mężów, przeszkadzając im w przepiciu wszystkich pieniędzy. W telewizorze mecz, a chleje się tam piwo i tequilę, bo nic innego nie ma. Ale ja siedziałem w normalnej knajpie na werandzie. I podjechał w pewnym momencie samochód, odsunęła się szyba, facet mnie zawołał. Podszedłem. Gość wyjął ze swoich bezzębnych opryszczonych ust cracka. Poczęstował mnie. – Zapalisz? – zapaliłem… – Jedziesz ze mną na imprezę? – No pewnie, że jadę… Kiedy teraz opowiadam tę historie, ludzie się łapią za głowę. Obcy kraj, obca kultura; Meksykanie, którzy uchodzą za bandytów krojących gringosów – ekstremalna sytuacja. A ja sobie z nim jadę, palimy, pijemy piwo, rozmawiamy… Potem wracam i nic złego się nie dzieje. Nie mówię, że nigdy mi się nic nie stało, bo trafił mi się nieraz wpierdol od dresiarzy, jak większości punków pewnie. Ale i tak warto żyć dla takich chwil. Ja nigdy nie byłem chuliganem, nigdy nie wdawałem się w bójki, ale też jakoś specjalnie nigdy tego nie unikałem. Odczuwam fascynację obserwatora, nic nie inscenizuję, tylko obserwuję, ale jeśli coś się wydarzy… „a ja owszem, czemu nie, a ja owszem, bardzo chcę”.
– Generalnie obraz punk rocka w mediach, w książkach, w filmach jest zazwyczaj fałszywy i nieprawdziwy. Twoje książki na tym tle prezentują się o tyle wyjątkowo, że punkowy świat jest ci znany i wierzę że bywasz na koncertach, na skłotach czy w Pilonie, że znasz tych ludzi i znasz tę muzykę. Oprócz kardynalnego Twojego grepsu, że bohaterem jest bogaty koleś, który pija drogie trunki, śpi w drogich hotelach i rozbija się taksówkami. Żaden punk tak nie robi. No chyba, że Ty?
– Jak w recenzji tej książki napisał znany krytyk literacki Krzysztof Masłoń: „z niego taki punk jak z koziej dupy trąba”. Bohater „Xenny” jest pozerem i kabotynem, to nie ulega wątpliwości. Ale czy to, że słuchasz punk rocka wyklucza, że jeździsz dobrym samochodem? Można chyba łączyć jedno i drugie. To, że on płaci złotą kartą, to mały pikuś. Problemem jest to, że on tym epatuje. Zapewne gdybyś zajrzał do kieszeni gwiazd, może nie polskiego, ale zachodniego punk rocka, to podejrzewam, że oni gdzieś tam takie złote karty mają skitrane w portfelu. Problem bohatera „Xenny” nie polega na tym, ile on ma pieniędzy, tylko na tym, że jest żałosnym kabotynem, który przegrał swoje życie, bo gonił cały czas za ruchaniem i za wspomnieniami z przeszłości. A punk rock jest tylko dekoracją.
– Dla mnie najfajniejsze było to, że punk rock został w miarę autentycznie przedstawiony.– Tylko dla niego ten punk nie znaczy nic poza dobrą zabawą.
– Ale non stop cytuje teksty punkowych kapel. Musi je nieźle znać.
– Na pewno autor je zna. (śmiech)
– Faktycznie znasz je na pamięć czy wyszukujesz jakieś adekwatne do sytuacji po płytach?
– Znam na pamięć, możesz mnie odpytać. Tylko nie odpytuj mnie z Leniwca, bo ich akurat nie lubię.
– OK. To za chwilę zrobimy jakąś punkową wersję „jaka to melodia”.

„UWAGA OSTRE SCENY”.
– Kto czyta Twoje książki? Masz chyba w tym jakieś rozeznanie, zwłaszcza jako specjalista od rynku książki?

– Jako specjalista od rynku książki to ci powiem, że starałem się napisać książki, które będą się czytały. To jest z premedytacją napisane tak, że bez względu na to, czy się komuś podoba idea, treść czy bohater, te książki nie nudzą. Temu służy dynamika, konstrukcja zdań… Jako facet, który czyta średnio jedną książkę dziennie, trochę się na tym poznałem. Wiedziałem, jak napisać książkę żeby ludzi nie nudziła. Oczywiście pisałem ją też sobą, i z duszy. O rzeczach, które mnie interesują, ale w sposób nie nudny. Jak już skończyłem pisać, to nanosząc poprawki nic więcej nie dopisywałem, tylko wypieprzałem, wypieprzałem… Tak, żeby nie nudziło.
– No i finalnie kto to czyta?
– Finalnie czytają dziewczyny.
– I to podobno młode? Podobno dostajesz od nich sporo listów?
– Dostaje dużo listów i faktycznie średnia wieku to jest 15-19 lat. Nastolatki głównie, choć zdarzają się też panie po trzydziestce.
– Zabrzmi to pewnie znów zgredziarsko, ale czy to jest odpowiednia lektura dla 15-latek?
– No pewnie nie… „Xenna” była sprzedawana z opaską „tylko dla dorosłych”, na „Melanżach” było napisane „uwaga ostre sceny”.
– Co podejrzewam, tylko przyciągało.
– To faktycznie był chwyt reklamowy, bo jeśli jest książka tylko dla dorosłych, to mając lat 15-ście, tym bardziej chce się po nią sięgnąć.
– Dużą uwagę zwracasz na reklamę?
– Na reklamę, na spotkania autorskie, na kontakt z czytelnikami. Na wszystko, co buduje żywy kontakt z ludźmi. Tak dużo książek wychodzi w ciągu roku, że inaczej nie masz szansy się przebić. Literatura nie żyje, jeżeli nie masz kontaktu z czytelnikami. Nie zamieszczaliśmy reklam we „Wprost”, „Wyborczej” czy „Polityce”, bo to przede wszystkim nie ten target, ale na portalach undergroundowych czy pismach typu „Lampa”. Ale największą uwagę zwracam na kontakt z czytelnikiem. Obie książki mają swoje strony internetowe, gdzie możesz komentować w zasadzie każdą informację. A ja każdemu odpisuję, bo jeżeli lekceważysz czytelnika, to tak naprawdę go nie masz. Pisze do mnie czytelniczka, że chce mieć autograf na książce i mieszka w Warszawie. No to ja OK. „Przyjedź tu i tu, to ci podpisze”. A ona zdziwiona, że „jak to? autor? i mogę przyjechać”? Czemu nie!? Książki piszesz dla ludzi i musisz być dla nich dyspozycyjny, musisz spotykać się z nimi. Dziwiłeś się, po co przyjechałem na spotkanie do Rzeszowa, na którym nie było zbyt wielu ludzi? Możesz mieć w dupie czytelnika, ale wtedy musisz być naprawdę świetnym autorem, a ja świetnym autorem nie jestem. Jeżeli piszesz książki dla ludzi, to bądź dla nich całym swoim życiem.
– Co według Ciebie jest najlepsze w Twoich książkach? Co najbardziej przyciąga?
– Ja wiem, co przyciąga. Przyciąga degeneracja. To, co brzydkie i plugawe, ludzi wabi i nęci. Ale nie mogę powiedzieć żeby to było dobre w tych książkach. Choć właśnie przyciąga. Moim prywatnym zdaniem dobre jest w tych książkach to, że one się po prostu dobrze czytają. Raczej nikt się nimi nie znudzi, choć mogą się nie podobać. Prywatnie moim celem było pokazać, jaki jest świat. Świat, w którym ludzie się upijają, oglądają mecze, grają w lotki i się pierdolą. Oczywiście mogłem pokazać świat, w którym laska chodzi na aerobik i daje ogłoszenia w gazecie, że szuka fantastycznego faceta albo sponsora i jest najlepszą kucharką w całym bloku. Jedno i drugie może być atrakcyjne, może nawet laska codziennie chodząca do fitness clubu będzie dla większości bardziej atrakcyjna. Ale ja wybrałem inną formę ekspresji. Pokazałem faceta trochę takiego jak ja, który nie za bardzo potrafi się odnaleźć w związkach z kobietami i w jakimś sensie jest w życiu zagubiony. Wszystko.
– Dzięki. Przepytałem już w życiu naprawdę sporo zespołów, ale to był mój pierwszy wywiad z pisarzem.

Komentarz dla “Degeneracja przyciąga

  1. wywiad

    Ciekawy wywiad. Czyta się jednym tchem. Też jestem zdania, że to się bierze z domu…Ilekroć spotykałam na swojej drodze punka, takiego z krwi i kości, żadnego tam wysublimowanego sezona, to nie musiałam wiele z nim rozmawiać. Wiedziałam, że mnie rozumie. To z jaką matką żyję, jaką drogą idę. Byliśmy podobnie zbuntowani, pokręceni, poranieni, rozedrgani, złaknieni ciepła. Żylismy póki któreś z nas się nie powiesiło, nie pochlastało, nie wpierdoliło pod ciężarówkę. Póki nie zabiła nas własna wrażliwość lub ocaliła przyjaźń. Zgodzę się i z tym, że trzeba w życiu coś umieć, osiągnąć pewną pozycję, a wtedy można wyglądać jak dusza zapragnie…Moja koleżanka nie ubiera się modnie, ma wykolczykowaną twarz. Szkoli psy, specjalizuje się w tych agresywych i jest w tym bardzo dobra. Ludzie płacą za jej wiedzę i nie obchodzi ich jak wygląda, tylko to że ma wyczucie, że umie pomóc ich psom…Powtarzam to mojej córce, że jeśli będzie się uczyć, jeśli będzie coś potrafiła, to będzie mieć w życiu wybór i będzie mieć pracę, którą będzie kochać. W życiu dobrze jest coś umieć, na czymś się znać, znaleźć swoją niszę :-). W przeciwnym wypadku zostaje fabryka, etat w biurze, posada ekspedientki w markecie… Co do reszty, ja też miałam przerwę w koncertach, po tym jak założyłam rodzinę… i bardzo szybko wróciłam do tego, jak się rozstaliśmy :-). No i jestem panią po trzydziestce, bardzo grubo po :-). Ostatni spotykam sporo ludzi z klimatów, będących po czterdziestce…nadal słuchają punka i chodzą na koncerty. Jest dobrze. To nasza droga…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

14 listopada 2017 o godz. 23:38

Fynf und cfancyś

„Cały Zachód jest jak elektryczne wesołe miasteczko podłączone do prądu. Tak samo migające światełkami, bez względu na to, czy się weselisz, czy właśnie zdychasz w metrze”. ~Michał Witkowski

10 listopada 2017 o godz. 23:05

Udany eksperyment

20171110_213351-001

Wynik 0:0 w Warszawie w meczu z Urugwajem, ale mecz mógł się podobać. Dynamiczny, dużo akcji, dużo dalekich podań, jednocześnie efektywna gra obrony. Zagraliśmy w eksperymentalnym ustawieniu i z tak utytułowanym rywalem dawaliśmy sobie dobrze radę. Polska była w tym meczu lepsza, zwłaszcza w drugiej połowie stwarzaliśmy dużo sytuacji. Niestety, zabrakło skuteczności.

3 listopada 2017 o godz. 19:48

Nowe wydanie przewodnika po Albanii

albania light

W Wydawnictwie Pascal ukazało się nowe wydanie przewodnika po Albanii, którego jestem współautorem. Dwa poprzednie ukazały się: w 2013 roku w serii „Praktyczny Przewodnik” i w 2014 roku w serii „Przewodnik Ilustrowany”. Obecna edycja ukazała się w podręcznej, kieszonkowej, serii „Light”. Więcej informacji można znaleźć na stronie wydawnictwa Pascal: http://pascal.pl/albania-pascal-lajt,8,4814.html, ja tymczasem polecam zwiedzania Albanii, najbardziej niezwykłego zakątka Europy.

1 listopada 2017 o godz. 00:08

Kryzys w Hydrozagadce

SONY DSC

8 listopada w klubie Hydrozagadka (Warszawa, ul. 11 Listopada 25) zagra Kryzys, a wcześniej ID. Bilety: 25 zł w przedsprzedaży i 35 zł w dniu koncertu. Start – godz. 20.00.

31 października 2017 o godz. 19:35

Prowadź swój pług przez kości umarłych

„Najlepiej rozmawia się samemu ze sobą. Przynajmniej nie dochodzi do nieporozumień”. ~Olga Tokarczuk

26 października 2017 o godz. 00:53

Pierwsze urodziny Pogłosu

22712382_1889093428086292_4620225699089097730_o

26 października na Pierwszych urodzinach Pogłosu (Warszawa, ul. Burakowska 12) zagrają: The Stubs, Brudne Dzieci Sida i Bräinëater. Start – godz. 19.30, bilety – 20 zł.

18 października 2017 o godz. 18:21

Pijak

23195d99-62cf-4d42-8d0c-fb6cfc50e330

„Oczywiście piłem nie zawsze, właściwie to od niedawna zacząłem pić. Przedtem czułem wstręt do alkoholu, co najwyżej wypiłem kufel piwa, wino wydawało mi się kwaśne, a sam zapach wódki przyprawiał mnie o mdłości. Ale potem nadszedł czas, kiedy zaczęło mi się źle powodzić…” ~Hans Fallada.

8 października 2017 o godz. 20:39

Szampan na Narodowym

wc russia

Ostatni mecz w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Rosji dostarczył kibicom sporo emocji. Błyskawicznie strzelona bramka Mączyńskiego, nieco przypadkowa, Zieliński strzelał niecelnie, ale stał tam Mączyński, nie patrzył, huknął, bramkarz mógł tylko patrzeć jak piłka wpada do siatki. Przez chwilę Czarnogóra próbowała podjąć równorzędną walkę, przeprowadzili trzy groźne akcje, ale w 17. minucie dostali drugi cios. Świetnie wypracował akcję Zieliński, wrzucił w pole karne Lewandowskiemu, a ten precyzyjnie podał do wbiegającego Grosickiego i 2:0.

8 października 2017 o godz. 13:55

W „Aqua Vitae” o książce „Irlandzka whiskey”

W numerze 5/2017 magazynu „Aqua Vitae” Bogumił Rychlak recenzuje najnowszą książkę Łukasza Gołębiewskiego pt. „Irlandzka whiskey”.

8 października 2017 o godz. 13:52

Irlandzka whiskey (2017)

cover_irish whiskey

Zamieszkujący tereny dzisiejszej Szkocji Piktowie malowali jeszcze na niebiesko ciała, kiedy Irlandczycy destylowali swój trunek. Po latach posuchy irlandzka whiskey wraca szturmem na światowe rynki. Obecnie jest najszybciej rosnącą kategorią alkoholi. Nowe destylarnie powstają każdego roku w każdym regionie wyspy. Książka jest pierwszym w języku polskim przewodnikiem po świecie irlandzkiej whiskey. Można ją wziąć ze sobą w podróż, mieć w kieszeni odwiedzając puby, słuchając takich pieśni jak „Whikey In The Jar” czy „Molly Malone”. Najpopularniejsze zespoły wykonujące irlandzki folk, to The Dubliners i The Pogues. Obydwie grupy mają własne whiskey! Książka przedstawia nie tylko whisky, lecz także zabytki i miejsca w Irlandii warte odwiedzenia, kiedy podróżujemy szlakiem starych i nowych destylarni.