27 listopada 2007 o godz. 22:57

Crass na żywo w Londynie – zobaczyć i umrzeć!

Wróciłem właśnie z dwudniowego festiwalu The Feeding of 5000 w Shepherd's Bush Empire w Londynie. Niezwykły koncert, uświetniony dwukrotnym występem Steve'a Ignoranta i jego gości oraz wielkim recitalem utworów Crass. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek usłyszę wykrzykiwane ze sceny: "Punk is dead", "Figth war not wars", "So what?" czy "Do they owe us a living?". W kilku utworach pojawiła się Joy De Vivre. Nie było Penny'ego Rimbauda, nie było Eve Libertine, nie było mojego ulubionego utworu Crassa - "Asylum" (no bo jak to zaśpiewać bez Eve?), ale i tak było cudownie.

Ten wyjazd obfitował w dziwne zbiegi okoliczności, więc pierwszą noc w Londynie spędziłem śpiąc w barze St. Christophers Inn przy stacji metra Shepherd’s Bush. Miałem spać w hostelu nad pubem i tam rezerwowałem nocleg… tyle, że coś mi się popieprzyło i zarezerwowałem na… styczeń 2008! Wyobraźcie sobie, wchodzę z plecakiem już dobrze po północy, tam właśnie zamknęli pub, więc się dobijam, gość sprawdza rezerwację i – konsternacja. Ale koleżka, cały w dziarach, patrzy na mnie, i pyta czy na Crassa przyjechałem z Polski. Potem zaczyna się balanga, bo gość sam gra w punkowej kapeli, dzwoni po znajomych, puszcza na full Discharge, piwo się leje, na koniec, około 4 nad ranem, mówi mi, że mogę spać na fotelu w piwnicy pod barem. Bez przykrycia, ale co tam – promille trzymają ciepło. Następnego dnia odbyłem długą pielgrzymkę od drzwi do drzwi rozmaitych beds&breakfast, zanim znalazłem pokoik przy Earl’s Court – klitkę 2 na 3 metra bez łazienki, no ale punk rock to nie rurki z kremem, nie?
Zanim zaczął się koncert, pognałem jeszcze na Camden Town i odrobinę pooddychać ciepłym londyńskim powietrzem. Koncert zaczynał się o 19, ale już od 16 okolice Shepherd’s Bush Empire wypełnione były irokezami i skórami z symbolami Crass na plecach:) To samo w okolicznych pubach. Tu mnie czekała kolejna niespodzianka – źle zarezerwowałem bilet na koncert, ale jakoś się udało kupić, nawet taniej niż przez Net. Wnętrza sali koncertowej przypominały teatr, trochę głupio bo wiele osób z irokezami wykupiło droższe bilety i siedzieli w lożach. Notabene z tych górnych loży co chwila ktoś polewał publiczność na dole piwem. W Anglii nigdzie nie wolno palić w pubach czy klubach, więc jedyny kibel szybko zamienił się w palarnię, zresztą palono tu wszystko – od haszyszu po cracka, co chwila ktoś wciągał koks, a mniej więcej co pół godziny czarny ochroniarz robił nalot na kibel i wszystkich wypierdalał z powrotem na salę.
Na początek zagrali Restarts i Disrupters. Po pierwszej kapeli niczego fajnego się nie spodziewałem, druga mnie rozczarowała. Stary punkowy skład, ale zagrali tak, że równie dobrze mogliby nadal zajmować się wieloma innymi fajnymi rzeczami, ale nie koniecznie graniem.
No a potem był Conflict. Widziałem już kiedyś Conflict na scenie w Warszawie, ale ten koncert to było mistrzostwo świata. Głównie stare kawałki, zagrane z wielką mocą, gościnnie ze Stevem Ignorantem, który przecież kiedyś był drugim wokalistą Conflictu. Ignorant organizował cały ten show, on dobierał gości, i on był głównym bohaterem wieczoru – czyli występu pod znakiem Crass (trzy wielkie telebimy wyświetlały filmy Crassa i logo zespołu, które noszę od lat wytatuowane na lewym ramieniu). Cóż, że nie pojawił się pełny stary skład, ale Ignorant śpiewał a z nim cała sala skandowała: „Do they owe us a living? Of course they fucking do!”.
Następny dzień festiwalu był jeszcze ciekawszy. Na rozgrzewkę wypuszczono wprawdzie nieudaczników Deviated Instinct – hard core najgorszego sortu z ciągotami do metalowych solówek, ale potem była już poezja smaku – Zounds. Pierwszy raz widziałem ich na scenie, a to jeden z moich ulubionych zespołów ze stajni Crass. Ta kapela powstała 30 lat temu, a jej wokalista Steve Lake jest już po pięćdziesiątce, co wprawdzie widać było patrząc na rzadkie włosy, ale na pewno nie było tego słychać – Zounds zabrzmiało jak z czasów nagranej w 1981 roku płyty „The Course of Zounds” (wydanej dla Crass), i zresztą zagrali niemal cały repertuar z tego krążka, kończąc koncert sztandarowym „Dancing”. Następnie zagrało Flux of Pink Indians – jedna z tych kapelek, od których zaczynałem słuchania punk rocka. Lata całe ich nie słyszałem, bo wciąż mam ich nagrania na starych kasetach marki Stilon-Gorzów, z których dziś słychać już jedynie szumy, ale po koncercie wiem, że muszę skompletować na nowo ich dyskografię. A potem był znów Crass… trochę szkoda, że dokładnie taki sam set, jak dzień wcześniej.
Obydwa koncerty kończyły się punktualnie o 23., zresztą wszystko odbywało się jakby z zegarkiem w ręku – zero bisów, zero improwizacji, dokładność jak w szwajcarskim zegarku, co trochę irytowało. Ale to była jedyna szansa by ludzie zdążyli na metro, a wiele osób przyjechało z odległych części miasta. Spotkałem masę Polaków, zresztą wracaliśmy potem jedną grupą, popijając na ulicy i skandując w metrze „Do they owe us a living? Of course they fucking do!”.
I myślę sobie, że ten wyjazd do Londynu wart był wszystkich pieniędzy, i myślę też sobie ze smutkiem, że czegoś takiego już drugi raz nie przeżyję.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wasz sprawozdawca na Camden Town

 

 

 

 

 

 

 

 

 

najlepiej smakował zimny cider, szkoda że z plastikowegio kubka:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

miss irokeza

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Conflict

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Conflict

 

 

 

 

 

 

 

 

 

przyszło kilka tysięcy osób…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Steve Ignorant i Crass

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Crass

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zounds – drugi dzień festiwalu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Flux of Pink Indians

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Crass drugiego dnia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

a to ja nad Tamizą

5 komentarzy dla “Crass na żywo w Londynie – zobaczyć i umrzeć!

  1. Londyn

    Recenzja i fotki pierwsza klasa-muszę z ogromnym żalem to przyznać ): i szczerze zazdroszczę Ci tego krótkiego ale odlotowego pobytu w Londynie. Na przyszłość proszę więcej takich sprawozdań proszę;) REWELKA!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

22 maja 2019 o godz. 23:44

THX 1138 – zakurzona utopia

Portada-1497642684-726x388

Próbowałem dzisiaj obejrzeć debiutancki film George’a Lucasa „THX 1138”, ale mnie zmęczył i wyłączyłem. Wizje dehumanizacji przyszłości, jakie snuli fantaści lat 50. i 60. dzisiaj są zwyczajnie nie do oglądania. Nic się z tego nie sprawdziło. Zamiast zmechanizowanego świata sterowanych debili, mamy świat wysoko wyspecjalizowanych ekspertów i ludzi, którzy po prostu żyją, ciesząc się pokojem, względnie zdrowiem, rodziną, jako takim dobrobytem. Pomijam biedne kraje świata, ale kraje bogate, które miały być awangardą dehumanizacji, są po prostu krajami jeszcze bogatszymi niż były te 60-70 lat temu i tyle. Nic się nie wydarzyło, końca świata nie było. A nas dzisiaj dużo bardziej martwią zmiany pogody i ekologia, niż widmo cyborgów, robotów i dyktatorów mechanicznego świata. Bo i nie ma świata mechanicznego. Jest świat cyfrowy. Nie masowy, a głęboko zindywidualizowany. Na statkach kosmicznych Lema astronauci mieli biblioteki pełne wydrukowanych książek. A w debiucie Lucasa są pompy, guziki, zegary, masa hydrauliki i mechaniki, natomiast nie ma elektroniki, lub jest analogowo archaiczna. Utopie i lęki z połowy XX wieku nie sprawdziły się i raczej nie sprawdzą. Nie będzie komunizmu, nie będzie rządzących masą maszyn, ani też żadnych dyktatorów maszyn. Prędzej wykończy nas komputerowy wirus niż cyborg-despota. Wydrukowanych książek na Marsa też nikt nie będzie zabierał. Zresztą i samego marsa coraz mniej jesteśmy ciekawi. Zamiast utonąć w masie współczesny człowiek podąża zupełnie przeciwną drogą – chowa się za awatarem indywidualizmu i egoizmu.

21 maja 2019 o godz. 22:24

Jak zostałem pisarzem?

Pisarzem zostaje się bardzo prosto. Wystarczy nic innego, prócz pisania, nie umieć. Jeżeli w młodym wieku odkryjemy smykałkę do innego zawodu, to trzymamy się tej drogi. Jeśli nie potrafimy nic, wówczas zawsze możemy spróbować szczęścia w pisaniu.

13 maja 2019 o godz. 14:32

Kartka z podróży (18) Braga i Bom Jesus

Braga-024

Braga to religijna stolica Portugalii. W czasie Wielkiego Tygodnia, Semana Santa, (od niedzieli Palmowej) centrum miasta zarezerwowane jest dla niezwykle zdobnych procesji. Jest to jedno z najstarszych miast Portugalii – ma ponad 2 tys. lat historii. Jej założycielem był cesarz August.

12 maja 2019 o godz. 14:13

Kartka z podróży (17) Guimarães

Guimares-021

W Guimarães zostałem złapany w pułapkę niekończących się procesji, od kapliczki do obrazu, od rzeźby do kościoła, falujący kolorowy tłum, młodzież z bębnami, strażacy z trąbami, górnicy z tamburynami, winogradnicy z dzwoneczkami, wielkie figury Chrystusa, Matki Bożej, trzech królów, baranki, wianki, obwarzanki, palemki i śliczne panienki. Książa każący i księża śpiewający. Zgiełk, hałas i wielka radość na ulicach. Przebić się przez te tłumy nie sposób, trzeba falować razem z nimi, tańczyć jak zagrają.

10 maja 2019 o godz. 20:04

Kartka z podróży (16) Mateus

Mateus-013

Jakie jest najbardziej znane portugalskie wino? Porto? Madera? Vinho Verde? Nic podobnego. Lekko musujące, różowe, półsłodkie… podobno ulubione wino Saddama Husajna, w piwnicach jego pałacu odnaleziono pokaźne zapasy. Wino Mateus powstało w latach 40. XX wieku w miasteczku Mateus niedaleko Vila Real. Właścicielem marki jest Sogrape, największy producent win w Portugalii. Kiedy się wjeżdża do miasteczka wina Mateus stają właściwie wszędzie, przy każdej budce z hot-dogami, przy każdym sklepiku z pamiątkami. Restauracje wystawiają butelki, wabiąc turystów, choć wino cieszy się raczej kiepską sławą. Gdzie jednak pić Mateusa jak nie w mieście Mateus?

9 maja 2019 o godz. 19:57

Kartka z podróży (15) Amarante

Amarante-004

Miasto nierozerwalnie związane z miłością. Nazwa pochodzi od słowa „amar”, czyli kochać. Każda pierwsza sobota i niedziela czerwca to czas Festa de São Gonçalo, podczas której panowie ofiarowują swoim wybrankom ciasteczka, ciasta czy torty w kształcie fallusa. Dostępne na wielu straganach, w różnych rozmiarach, choć nie wiem czy rozmiar ciastka robi na wybrankach wrażenie…

8 maja 2019 o godz. 19:55

Kartka z podróży (14) Peso da Regua, Pinhão, Sabrosa, Murça i Vila Real

SONY DSC

Dzisiaj nie o winach, lecz o kilku miastach i miasteczkach w regionie Douro, które miałem okazje odwiedzić. Region zawsze był ubogi i rolniczy, więc nie ma tu wielu spektakularnych średniowiecznych katedr czy zamków, a życie płynie wolno, zwłaszcza w miesiącach poprzedzających zbiory i winifikację.

7 maja 2019 o godz. 09:37

Kartka z podróży (13) Wizyta w Quinta da Roêda

Quinta da Roeda

Jedna z najstarszych winnic w Dolinie Douro, mieszcząca się w niewielkiej odległości od centrum miasta Pinhão. Często określana jako klejnot winnic w Dolinie Douro. Firma Croft nabyła posiadłość w 1889 roku i jest to ich flagowa winnica. To z jej winnic głównie tworzy się Vintage Port Croft.

6 maja 2019 o godz. 08:54

Kartka z podróży (12) Wizyta w Quinta das Carvalhas

SONY DSC

Flagowa winnica należąca do Real Companhia Velha. Położona na zboczach nad lewym brzegiem zakola rzeki Douro w Pinhão i na stokach prawego brzegu rzeki Torto. Powierzchnia wynosi aż 600 ha. To największa z winnic w regionie. Na samym szczycie znajduje się Casa Redonda (550 m n.p.m.), obecnie w remoncie, będzie tu hotel, restauracja i miejsce uroczystych degustacji.

5 maja 2019 o godz. 09:24

Kartka z podróży (11) Wizyta w Quinta do Bomfim

Quinta do Bomfim-017

Siedziba porto Dow’s. Nazwa winnicy pochodzi od vale do bomfim – „dobrze położonej doliny”. Parcela została kupiona przez George’a Warre’a dla firmy Dow w 1896 roku. W winnicach Dow pracowało wiele pokoleń rodziny Symington. W 1912 roku Andrew James Symington został partnerem w Dow. Od tego czasu Quinta do Bomfim stała się niemalże domem rodzinnym Symingtonów.