Komentarze autora

17 kwietnia 2008 o godz. 00:16

Nie palę :)

… ostatniego papierosa wypaliłem w sobotę, po koncercie Profanacji. W niedzielę kupiłem rewelacyjne plastry – NiQuitin – które sprawiają, że człowiek wchłania do organizmu nikotynę przez skórę, a nie przez płuca. Nie mam po tym głodu nikotynowego typowego po odstawieniu szlugów. A rzucałem palenie już kilka razy w życiu, więc wiem jak ten głód męczy i doprowadza do szału. Zacząłem palić mając lat 12, trochę wcześnie, i trochę mam już tego świństwa dość. Wprawdzie myślę sobie kilka razy dziennie, że fajnie by było zapalić, ale trwam w tym jakoś i zamiast papierosa ssę miętówkę. Nie mam wprawdzie pewności, że do nałogu nie wrócę, ale może… Papierosy są do dupy!

13 kwietnia 2008 o godz. 17:58

Festiwale Win Prostych

Pogoda nam nie dopisała. Miał być przyjemny słoneczny dzień, tymczasem od rana padał deszcz. Pod wieczór trochę się przejaśniło, nie mniej było kurewsko zimno, wiał wiatr, odczuwalny nawet za winklem skłotu Elba, gdzie rozpoczęliśmy 12 kwietnia nasz III Festiwal Win Prostych. Ustawiliśmy się najpierw w sześć osób w kółko, podając sobie kolejne butelki jaboli. To nasz „zegar winny” – jabol symbolizuje wędrującą wskazówkę, każdy ustawia się na wyznaczonej godzinie. Potem osób na cyferblacie przybywało, choć ani razu nie osiągnęliśmy chyba 12, gdyż jedni dochodzili, inni odpadali… Zaczęło się od wina „Smaki lasu”, potem było wino kokosowe – zdecydowanie za słodkie, nie polecam do konsumowania w nadmiarze. Kolejny był „Ziomal” – to kultowe wino, które przywiozłem z Białegostoku – moc, smak i aromat! Po „Ziomalu” – „Cytrynka”, pyszota w wielkiej litrowej butli. Zdecydowanie za szybko się skończyła. Dalej: „Bukłaczek jabłkowy” w plastikowej butli oraz wino wiśniowe, następnie jakieś dwa wina w kartonach, jedno chyba malinowe, drugie bodaj leśne, jeszcze jakiś jabol w szklanej butli, ale nazwy nie pamiętam, a na koniec – „Owoce lasu”, dla odróżnienia od „Smaków lasu”, w ogóle jakaś moda na wina z jeżyn i jagód zapanowała. A potem grała Profanacja, „wyrzygaj to”… Z bogactwem smaków w ustach ruszyliśmy w pogo.

11 kwietnia 2008 o godz. 10:22

O szkodliwości czytania

Jakkolwiek by się to nie wydawało absurdalne, zaczynam nabierać przekonania, że czytanie jest szkodliwe. Mam na myśli, rzecz jasna, książki, gazet nie czytam już od wielu lat – właściwie odkąd wiadomości sportowe na bieżąco podawane są w Internecie. Czytam dużo, powiedziałbym, że zdecydowanie za dużo, jest tego coś pewnie ze 150 pozycji rocznie. Zawsze czytam kilka książek na raz, nie potrafię czytać jednej, chyba w ogóle w życiu nie potrafię się koncentrować na czymkolwiek w całości i niepodzielności mojej uwagi. Są książki, które czytam np. przez rok, po kilka stron dziennie i wracam do nich wciąż, niczym do ulubionych kochanek, są takie, które czytam użytkowo, bo sam coś piszę i muszę się dowiedzieć, co na ten temat myślą inni, i są książki które czytam niejako z nałogu czytania, albo dla zabicia czasu, czytam, tak jak inni oglądają TV, czyli absolutnie bezmyślnie, czytam bo akurat wyszła nowa książka, a ja nie mam nic lepszego do roboty. Ta ostatnia grupa jest przytłaczająco największa. Dla przykładu czytam aktualnie: „Nexusa” Millera (po stronie dziennie), „Annę Kareninę” Tołstoja (trochę szybciej, ale też z umiarem), skończyłem właśnie „Radio Armageddon” Żulczyka (w wolnej chwili napiszę tu więcej o tej powieści, bo jest warta polecenia), a jeszcze czytam poradnik „NLP w 21 dni” i studiuję przewodnik po Słowenii, dokąd niebawem zamierzam wyruszyć. Kiedy czytam, zazwyczaj świat powieści pochłania mnie całkowicie. W rezultacie, zapominam o swoim świecie. Unikam ludzi, bo mnie rozpraszają. Irytują mnie spotkania, telefony, maile, sms-y, bo to przeszkadza w czytaniu. Unikam jakiejkolwiek komunikacji. Jeśli już z kimś rozmawiam, to go nie słucham. Jeśli odpowiadam, to bezmyślnie. Kiedy czytam, niewiele mam własnych myśli, bez reszty pochłania mnie świat wyobraźni autora. A zatem jeśli czytam przez tydzień non stop, to tracę tydzień własnego życia! Stąd moje przekonanie o szkodliwości czytania, zwłaszcza, że z wiekiem czytam jakby więcej, niż kiedyś, i jakby coraz mniej chcę robić cokolwiek innego. Unikam ludzi jak zarazy, bo mam nieprzeczytane książki. To chore. To obłęd. To gorsze niż TV. Chyba zrobię sobie odwyk i będę przez tydzień jeździł na rowerze. To będzie zdrowsze. Może otworzę się na świat… choć i to nie jest pewne, bo zazwyczaj – żeby nie marnować czasu – kiedy akurat jestem poza domem (w samochodzie, na zakupach, u fryzjera, gdziekolwiek), to uczę się języka hiszpańskiego, a aktualnie słucham idiotycznej książki po hiszpańsku o jakimś azteckim duchu zamkniętym w szkatule, dzięki czemu poznaję masę do niczego mi niepotrzebnych hiszpańskich słów z dziedziny okultyzmu. Dodam, że skoro są niepotrzebne, to zaraz je zapominam… Obłęd.

1 kwietnia 2008 o godz. 13:08

Nowy Oz

Ostatnio czytałem głównie książki związane z technologiami komunikacji i z e-handlem, a także kilka bardzo ciekawych prac poświęconych przyszłości praw autorskich w Internecie (np. znakomitą pracę Lawrence Lessinga „Wolna kultura”). Siłą rzeczy mniej miałem czasu na beletrystykę. Polecam jednak przeczytaną przeze mnie kilka dni temu nową powieść izraelskiego pisarza Amosa Oza „Rymy życia i śmierci”. Poniżej moja recenzja.

26 marca 2008 o godz. 17:08

Pewne prawa zastrzeżone

Niezwykła łatwość, z jaką rozpowszechniane są w Internecie utwory, powoduje, że wielkie koropracje chcą za wszelką cenę bronić swoich interesów, wprowadzając coraz bardziej restrykcyjne przepisy prawa autorskiego. Dla przykładu, w Polsce prawa autorskie przechodziły do domeny publicznej (były powszechnie dostępne bez opłat licencyjnych) po 25 latach od śmierci twórcy – i tak było do 1994 roku, kiedy to okres ochrony (pod naciskami korporacji amerykańskich na europejskie ustawodawstwo) wydłużono do 50 lat. Następnie, w 2000 roku (w związku z kolejnymi naciskami i dyrektywą UE) okres ten wydłużono do 70 lat, pozbawiając domenę publiczną kilkunastu tysięcy dzieł, z których większość i tak nie jest eksploatowanych. W ciągu zaledwie sześciu lat wydłużyliśmy okres ochrony o 45 lat! Na dodatek w następnych latach wprowadzono kolejne obszary ochrony prawnej, m.in. na bazy danych, wprowadzono także inne ustawy dotyczące np. ochrony kodu komputerowego.

19 marca 2008 o godz. 17:24

Pracowite święta

Tak jakoś mi się co roku składa na Wielkanoc, że mam masę roboty. Rok temu kończyłem książkę o Meksyku, teraz pracuję intensywnie nad obszernym esejem o przyszłości książki (na dowód wkleiłem wprowadzenie do tej nowej książki, która liczyć będzie zapewne ok. 200 stron). Co roku też uciekam z laptopem w okresie świąt – od miasta, od ludzi, od jajek święconych – jadę do puszczy, gdzie cisza i spokój, i ani śladu zbędnego człowieka, który będzie za mną w lany poniedziałek biegał z plastykową polewaczką. Jakże jednak technika poszła do przodu! Jeszcze dwa lata temu miałem w puszczy problem z łączeniem się przez GPRS z Internetem, a od roku ma tam zasięg Internet bezprzewodowy. Można dziś uciec w dowolne niemal miejsce, zachowując kontakt ze światem. Miejsce zamieszkania, miejsce pracy – przestają odgrywać rolę. Technologie dają nam większą swobodę, z czego cieszę się spędzając czas na łonie natury.

19 marca 2008 o godz. 17:19

No Future Book – wprowadzenie do nowej książki

„Śmierć książki” to tytuł, mam tego pełną świadomość, prowokacyjny. Sam bowiem nie wierzę, że książka – jako utrwalona myśl ludzka – może zginąć. Zmienić się może jednak jej nośnik, co – według mnie – pociągnie za sobą ogromne reperkusje kulturowe, edukacyjne i ekonomiczne. Wraz ze śmiercią książki w jej dotychczasowej, drukowanej postaci, głębokim przeobrażeniom ulegnie rynek wydawniczy i księgarski, zmieni się rola bibliotek, zmianie ulegną preferencje i kompetencje czytelnicze, zmieni się nasz sposób obcowania z kulturą, a w szczególności z tekstem, w tym także tekstem literackim. Podtytuł tej książki „No Future Book” świadomie jest niegramatyczny i świadomie odwołuje się do języka angielskiego, który jest dominującym językiem przekazu hipertekstowego. Powinniśmy raczej użyć zwrotu „No Future for The Book” lub „Books without The Future”. Język nowoczesnego przekazu, o którym także będzie tu mowa, rządzi się jednak swoimi prawami i własną gramatyką, unika poprawności, w imię symboliki liter i wyrazów. Nawiązujące do stylistyki kultury punk hasło „No Future”, samo w sobie stanowi symboliczny przekaz. Świadczy o dekadencji, a nie o rzeczywistym końcu. Przewrotnego sloganu „No Future” (bez przyszłości) użyłem jako podtytuł eseju, który w całości poświęcony jest właśnie przyszłości. Przyszłości książki (book) i wszystkich elementów powiązanych z kulturą druku. Przyszłości, która wyrasta z dotychczasowych form ekspresji. Gdybyśmy zrezygnowali z partykuły „no”, podtytuł tej książki równie dobrze mógłby brzmieć „Future of Books”. Tym samym jednak pozbawilibyśmy ten tytuł jego symbolicznej siły wyrazu, a użycie angielskich słów nie miałoby żadnego uzasadnienia.

13 marca 2008 o godz. 10:34

No Future Book

Rzadko teraz piszę nowe komentarze, bo i w niewielkim zaledwie stopniu śledzę, co się wokół mnie dzieje. Od kilku tygodni intensywnie pracuję nad obszernym esejem zatytułowanym „No Future Book”. Zostanie on opublikowany prawdopodobnie w maju br., a więc już całkiem niedługo, dlatego pracuję nad nim bez przerwy po dziesięć godzin dziennie. Będzie to moja prywatna wizja świata, w którym relacje interpersonalne pomiędzy ludźmi zostały zastąpione kontaktem wirtualnym – przez różnego rodzaju komunikatory internetowe. Chcę pokazać kondycję współczesnego człowieka – samotnego, pomimo ciągłej interaktywności. Nazywam go Człowiekiem Cyfr lub E-człowiekiem. Nabiera on zupełnie nowych kompetencji językowych, potrafi przeszukiwać wielkie zbiory informacji, selekcjonować dane, ale źle czuje się w fizycznym kontakcie z drugim człowiekiem. To także esej o zmierzchu naszej kultury, kultury druku, zapoczątkowanej w 1455 roku przez wynalazek Gutenberga. Piszę o śmierci książki, o zmierzchu księgarń, o zmianach w języku i konstrukcji literatury, o hipertekście i cyberprzestrzeni, o takich zjawiskach jak open source, e-book, e-ink czy print-on-demand czy choćby blog, i ich wpływie na przemiany kulturowe.Nie będzie to być może książka interesująca dla każdego, ale staram się ją pisać przystępnym językiem, bez przypisów i nadmiaru cytatów, bez zbędnej terminologii fachowej. Chcę uchwycić nowe zjawiska, które na równi mnie fascynują, co przerażają.A esej zaczęłem pisać chyba w zastępstwie mojej powieści „We śnie”, z którą nie bardzo sobie radzę. Pisząc ją, sam poczułem się jak człowiek, który na codzień posługuje się kodem, wyuczonym zestawem zachowań, które zastępują mu emocje. Najpierw więc muszę z samego siebie wyrzucić Człowieka Cyfr, by ponownie usiąść do pisania o uczuciach. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie, a „No Future Book” czytać będziecie z zainteresowaniem.

2 marca 2008 o godz. 14:46

Złodzieje Rowerów w Ciechanowie

Wiem, dawno nic nie pisałem. Nie dlatego, że nie było o czym, ale jakoś tak się nie składało. Zacząłem pisać nową książkę, co pochłania mi wolny czas. A jak nie piszę, to słucham na okrągło nowej płyty czeskiej komandy Houba – może kiedyś coś o nich napiszę, bo to bardzo fajne chłopaki. Ale odrywając się na chwilę od szarej rzeczywistości pojechałem wczoraj do Ciechanowa na koncert Złodziei Rowerów (teoretycznie gwiazdą wieczoru było CF98, ale mnie interesowała wyłącznie grupa z Zambrowa). Złodzieje kontynuują to, co na polskiej scenie grały takie kapele (nieistniejące już) jak Guernica y Luno, wczesna Ewa Braun czy La Aferra. Działają od 15 lat, trochę na uboczu, ale dla mnie to obecnie najlepsza grupa emocore, inna sprawa, że gatunek ten niemal zanikł (z młodych zespołów wyróżnić można Juliette i Die Last, tradycyjnego hard core nie jestem w stanie słuchać). W Ciechanowie Złodzieje zagrali m.in. swoją wersję znanego utworu Guerniki: „Bo tylko w faszyście, nie ma wątpliwości, on wszystko widzi przez biało-czarne szkła. I jeśli jednoznacznie oceniamy ludzi. Faszystą jesteś Ty. Faszystą jestem ja”. Poza tym było sporo melorecytacji i sporo ostrego czadu.Drugi raz byłem na koncercie w Ciechanowie w kawiarni tamtejszego Domu Kultury. Zdumiewa przekrój publiki – z jednej strony dzieciaki w wieku licealnym, z drugiej – starzy recydywiści, a pomiędzy nimi generacyjna przepaść, prawie w ogóle nie widziałem ludzi w wieku lat dwadzieściakilka. Ale za to jakie oni tam potrafią wykręcić pogo!

14 lutego 2008 o godz. 11:19

Miłosne historie

Miłość i towarzyszące jej uczucia, to bodaj najważniejszy wątek w literaturze. Z okazji Walentynek, życząc Wam moje Drogie Czytelniczki wielu szczęśliwych chwil w ramionach namiętnych kochanków, postanowiłem dokonać krótkiego, subiektywnego, przeglądu moich ulubionych książek o miłości. Ze smutkiem stwierdzam, że w większości przypadków opowiadają one o miłości nieszczęśliwej. Być może jednak miłość spełniona jest zbyt banalna, by mogła stać się tematem dojrzałego dzieła literackiego, a nie tylko szmirowatym romansem?Na pierwszym miejscu mojej listy jest „Wybór Zofii” Williama Styrona, opowieść o miłości obciążonej przeszłością, miłości tragicznej, pełnej lęków, brutalności i upokorzeń, zakończonej śmiercią kochanków. Dalej „Lolita” Nabokova, czyli historia miłości naznaczonej piętnem dewiacji. Proszę jednak zwrócić uwagę, ileż w „Lolicie” jest ukrytego ciepła, i jawnej fascynacji dziewczęcym pięknem! Kolejna książka to „Miłość w czasach zarazy” Marqueza, pozycja klasyczna, powieść o wytrwałości w uczuciach, choć ta wytrwałość naznaczona jest przecież jakże licznymi „błahostkami”, czyli dziennikiem erotycznych podbojów starzejącego się w miłości Florentino Arizy. Następna wielka, moim zdaniem powieść o miłości, to „Homo Faber” Maxa Frischa, jakże smutna historia o tym, jak można odnaleźć się po latach, by za chwilę siebie na zawsze stracić. To opowieść o miłości, która umiera, obok „Wyboru Zofii” najsmutniejsza książka jaką czytałem. Niewesoła jest też historia „Baltazara i Blimundy” z wielkiej powieści portugalskiego noblisty Jose Saramago. To także opowieść o rozłące, ale też o niespełnionych marzeniach, i o wierności uczuciom, nawet w sytuacjach które zagrażają życiu. Historia miłości wyidealizowanej. Dalej umieściłbym jedną z nowszych powieści, moim zdaniem najlepszą książkę w dorobku Philipa Rotha – „Konające zwierzę” – pełną namiętności opowieść o graniczącej z obłędem miłości starzejącego się profesora do jego studentki. Tu warto może powiedzieć, że wielkie literackie miłości zwykle graniczą z obłędem, wielka miłość jest bowiem uczuciem bliskim utracie zmysłów. I może dobrze, że w realnym życiu z reguły nasze zakochania bardziej przypominają romanse rodem z Harlequina, a nie z wymienionych dzieł. Z książek dla mnie ważnych, traktujących o uczuciach, dorzuciłbym jeszcze „Pogardę” Alberto Moravii, powieść ukazującą bardzo częsty w literaturze temat kobiecej niewierności, czy wręcz brutalnego odtrącenia ukochanego. Moravia doskonale połączył jednak oddalanie się kochanków wraz z narastającymi obsesjami bohatera. Z drugiej strony mamy kobiece rozterki, wyczekiwanie, wreszcie obłęd, we wspaniałej „Niecierpliwości serca” Stefana Zweiga. Mistrzem opisów erotycznych uniesień jest dla mnie współczesny prozaik hiszpański Antonio Munoz Molina (szczególnie polecam „Nieobecność Blanki”), choć lubię też łagodny seks malowany przez Jeanette Winterson, a jakby na drugim biegunie wspomnianego Rotha czy Henry’ego Millera. Kończąc na nazwisku tego ostatniego pisarza, do którego często powracam wieczorami, chciałbym zwrócić uwagę jak wiele ciepłych uczuć znaleźć można w jego słynnej trylogii „Różoukrzyżowanie”. Ciepła skrytego za ocierającą się o pornografię gwałtownością.

3 lutego 2008 o godz. 13:11

Political fiction Rotha

Nakładem Czytelnika ukazała się nowa powieść jednego z moich ulubionych pisarzy, Philipa Rotha. „Spisek przeciwko Ameryce” będzie całkowitym zaskoczeniem dla miłośników jego prozy, przyzwyczajonych do mocnych erotycznych scen, przeplatanych z narcystycznymi rozterkami bohaterów płci męskiej. Jeśli jednak pominiemy tło obyczajowe prozy Rotha, to w „Spisku przeciwko Ameryce” znajdujemy wątek jakże charakterystyczny dla prozy autora „Kompleksu Portnoya” – alienację żydowskiej społeczności w Ameryce, a zwłaszcza młodego pokolenia, które nie zawsze potrafi odnaleźć się wśród rówieśników, a jednocześnie często buntuje przeciwko tradycji i nakazom ojców. W nowej powieści mamy jednak obszerną panoramę historyczną – Stany Zjednoczone w latach 1940-1942. Roth bawi się w political fiction. Wybory prezydenckie 1940 roku wygrywa faszyzujący kandydat Charles A. Lindbergh i przystępuje do paktu z Trzecią Rzeszą. Lindbergh to postać autentyczna, legenda amerykańskiej awiacji, w latach 30. i 40. zwolennik Hitlera, odznaczony Krzyżem Zasługi Orła Niemieckiego, antysemita i populista. Pozostałe postaci występujące w książce także są prawdziwe, a główni żydowscy bohaterowie to sam Philip Roth i jego najbliższa rodzina. Na szczęście rzeczywiste wybory w 1940 roku wygrał (na trzecią kadencję) Franklin Delano Roosevelt, a w grudniu 1941 roku, po ataku Japończyków na Pearl Harbor, Stany Zjednoczone przyłączyły się do II wojny światowej.Antysemityzm, narastający strach, alienacja to tylko jedne z wątków nowej powieści Rotha. „Spisek przeciwko Ameryce” to przede wszystkim książka o sztuce manipulacji. A także o kruchości demokracji, która w obliczu demagogii jakże często okazuje się być bezradna. Skąd my to znamy?

31 stycznia 2008 o godz. 19:46

John Fante

Ukazały się niedawno po polsku dwie książki Johna Fantego, zmarłego w 1983 roku amerykańskiego pisarza. Fante dawno odszedłby w niepamięć, gdyby z literackiego niebytu nie wygrzebał go Charles Bukowski, przyznając w połowie lat 70., że wzorował się na twórczości autora „Pyłu”. „Fante był moim bogiem” – to stwierdzenie Bukowskiego sprawiło, że po 40 latach zapomnienia książki zaczęto wznawiać, a niebawem także tłumaczyć na inne języki. A sam Fante stał się szybko pisarzem „kultowym”, nie dziwi zatem, że polskie wydanie ukazuje się w serii „Kultowa” wydawnictwa G+J.

29 stycznia 2008 o godz. 18:24

Ostry melanż na skłocie

26 stycznia promowałem „Melanże z Żyletką” na skłocie Elba w Warszawie. Dzięki gościnności dwóch Darków (z Liberation i z LD50 – wielkie dzięki!!!), miałem okazję wystąpić przed liczącą chyba 300 osób publicznością, podczas koncertu tak znakomitych kapel jak m.in.: Uliczny Opryszek, Babayaga Oio, LD50 czy Stan Wojenny. Impreza pod nazwą „Warsaw Punk Atak Fest” odbyła się po raz czwarty. Koncert był zajebisty. Spotkanie autorskie… moim zdaniem kompletna porażka.Początek był całkiem obiecujący. Spotkanie prowadził Maciek Zalewski, znany jako „Kolski”, dziennikarz radia Roxy FM. Weszliśmy na scenę po występie (zresztą świetnym) zespołu Nerw. Było sporo pytań, na które odpowiadaliśmy przez 20 minut. Potem na scenę weszło LD50, które rozgrzało atmosferę. Druga odsłona nastąpiła po występie LD50. Najpierw na skłocie zgasło światło, prawdopodobnie padł agregat, potem słabo działały mikrofony. Starałem się czytać fragment książki, ale to było bardziej krzyczenie do mikrofonu. Mało co było słychać, zwłaszcza, że skutecznie nas zagłuszano. Mało kto był już o tej porze trzeźwy. Po 15 minutach prób na scenie, daliśmy za wygraną, i udaliśmy się w kierunku baru, by szybko zapić gorycz porażki Cóż, punk rock to nie rurki z kremem.Pomijając nasz mało udany występ, atmosfera na skłocie była w sobotę wspaniała, przyszła masa znajomych, miałem też okazję porozmawiania z wieloma czytelnikami, których spotkałem po raz pierwszy. Przede wszystkim wielkie dzięki dla organizatorów. A nauka na przyszłość – przedstawiać książkę przed koncertem, a nie w trakcie, kiedy jest już za głośno, i zbyt wesoło, by skupiać się na literaturze.Wklejam kilka fotek z naszego „scenicznego” występu.

22 stycznia 2008 o godz. 11:46

We śnie

Dość mam już trochę degenerackich wątków i odpowiadania na pytania w rodzaju: „czy ty też tyle pijesz, co twój bohater?”. Piję trochę mniej, bo tak dużo się nie da – książka to nie życie, niestety. Ale tak serio, to zabrałem się za pisanie nowej powieści, której dałem roboczy tytuł „We śnie”. Zero degeneracji, zero alkoholu, zero punk rocka Nawet nie ma tam zdrad i krętactw. „Just love”, można by powiedzieć, tyle, że kochankowie być ze sobą nie potrafią, no ale to stały motyw u mnie, sam nie potrafię z nikim być, to jak niby moi bohaterowie mieliby sobie z tym radzić? Książka bardzo ciepła, wręcz melancholijna (fuj, nie znoszę tego słowa), złożona ze snów, strzępów rozmów, zbliżeń i uników Równolegle staram się skończyć powieść „Disorder i ja”. Powieść degeneracką, zapowiadaną już od dawna, planowaną na styczeń 2009. Zostało mi zaledwie kilka stron do napisania by połączyć niektóre wątki, no a potem kilka miesięcy poprawiania… Mam nadzieję, że przed wakacjami całość będzie ukończona i „Disorder” wyjdzie w zapowiadanym terminie.To tyle wieści z frontu. Do zobaczenia na spotkaniach autorskich, zapowiada się tego w najbliższych miesiącach naprawdę sporo.

6 stycznia 2008 o godz. 13:28

Inna Ameryka

Nakładem wydawnictwa Rebis ukazała się kapitalna książka ‚1491’ Charlesa C. Manna o Ameryce przed Kolumbem. Temat mnie szczególnie interesuje, z racji fascynacji Ameryką Południową i jej historią. Polecam – poniżej kilka zdań recenzji.

4 stycznia 2008 o godz. 11:24

Nowy Murakami

Wiem, że Haruki Murakami ma wielu wiernych czytelników, sam z przyjemnością czytałem kilka jego powieści, bo choć lokuje akcję w realiach japońskich, to jego bohaterowie myślą i czują w sposób uniwersalny. A uczuć w tej prozie zawsze było sporo. Nakładem wydawnictwa Muza ukazała sie właśnie jego najnowsza powieść „Po zmierzchu”, o której napisałem kilka zdań – bez większego entuzjazmu.

3 stycznia 2008 o godz. 18:21

Biografia Bukowskiego

W ostatnich dniach przeczytałem sporo ciekawych książek, wśród nich biografię Charlesa Bukowskiego, którą polecam fanom autora „Szmiry”. Napisana jest świetnie, szkoda że w polskim wydaniu roi się od literówek (im dalej, tym gorzej). Autorem jest Howard Sounes, dziennikarz, który nie znał osobiście Bukowskiego, ale dotarł do wielu jego znajomych i kochanek. Tytuł: „Charles Bukowski w ramionach szalonego życia”, tłum. Magdalena Rabsztyn, Twój Styl, Warszawa 2007. Poniżej kilka zdań moich refleksji o samej książce.

25 grudnia 2007 o godz. 17:10

Anarchy in the UKR

Skończyłem właśnie czytać świetną książkę „Anarchy in the UKR” ukraińskiego pisarza Serhija Żadana, która ukazała się w wydawnictwie Czarne. Podoba mi się sposób obrazowania tego młodego autora i jego bunt. Polecam, a poniżej zamieszczam kilka zdań recenzji od siebie.

23 grudnia 2007 o godz. 11:59

X-mas

Nie lubię ryb, a już w szczególności karpii. Nie lubię grzybów, a już w szczególności z kapustą. Nie lubię choinek, kolęd, składania fałszywych życzeń, nie lubię prezentów, a najbardziej nie lubię świątecznych promocji w hipermarketach i korków na ulicach. Nie lubię też jak jest przeraźliwie zimno. Kto wymyślił Boże Narodzenie? Skoro nie lubię kolędować i stać w kolejkach po prezenty, to poszedłem sobie na Punk Rock Christmass – zajebisty gig w klubie Pretekst na Kolejowej w Warszawie. I jakoś, o dziwo, nie wkurwiały mnie mikołajowe czapeczki na głowach męskiej części zespołu Bang Bang. LD50 jak zwykle zagrało rewelacyjnie, Nowy Świat rozgrzał nas kilkoma coverami i nawet narzeczony mojej siostry, który przyjechał z Argentyny, przestał narzekać, że mu zimno. Kupiłem mu w prezencie butelkę Tyskiego – była bez promocji i bez kolejki.

28 listopada 2007 o godz. 15:55

Rodziny nie są szczęśliwe

Kilka dni temu skończyłem czytać najnowszą książkę jednego z moich ulubionych pisarzy – Meksykanina Carlosa Fuentesa – pt. „Wszystkie szczęśliwe rodziny”. Polecam, poniżej kilka zdań recenzji.