Komentarze autora

9 maja 2009 o godz. 10:39

Znów w Albanii (3)

/wp-content/uploads/2009/05/Olo-na-wyspie

Tym razem więcej fotek niż tekstu, bo chciałbym wam pokazać piękno albańskiej przyrody. Pisałem o tym także w kartce z mojego poprzedniego wyjazdu, Albania to kraj niemal dziewiczy, choć rosną – niestety – góry cuchnących śmieci, a rozbudowa infrastruktury drogowej też nie przysłuży się naturze. Ostatnią kartkę pisałem z Himare – nie pewien dalszej drogi przez góry i przełęcz Llogara, otóż tam też jest nowa asfaltowa szosa, a za Fier zaczyna się nowa autostrada niemal do Durres. Jeśli w takim tempie kraj będzie się modernizował (w Tiranie powstało chyba z 50 nowych hoteli), to enklwa spokoju będzie wspomnieniem przeszłości. Szkoda. Jedźcie do Albanii, dokąd jest tam co oglądać! I dokąd jest w miarę tanio – od ubiegłego roku ceny wzrosły o ok. 20 proc. (wpływa na to także bardzo niekorzystny kurs złotego). Ludzie wciąż są bardzo gościnni, ale w coraz większym stopniu nastawieni na "dojenie" turystów, co też mi się niezbyt podoba, zwłaszcza że tu odczuwalna jest różnica w twardej walucie – podskoczyły znacząco ceny prywatnych kwater określane zwykle w euro. Niemniej wciąz jest tam znacznie taniej i wciąż jest wiele pięknych widoków – a poniżej mała porcja tego, co można tam zobaczyć.

2 maja 2009 o godz. 17:53

Znów w Albanii (2)

/wp-content/uploads/2009/05/alban16

Drugą kartkę piszę ze słoneczno-deszczowego Himare, ostatni dzień nad Morzem Jońskim, jutro czeka mnie trudna przeprawa wąską górską drogą przez przełęcz Llogara (góry tu mają ponad 2000 m n.p.m.) w stronę Vlore, pierwszej stolicy Albanii. Byłem w tym kraju niespełna rok temu, jechałem tą samą trasą (dopiero jutro odbiję na inny szlak) i jestem zaskoczony tym, jak ten kraj szybko się zmienia. W Warszawie remont torowiska dla tramwajów na Moście Śląsko-Dąbrowski zajmuje ponad cztery miesiące, a tu w niespełna rok kraj zmienił się niemal nie do poznania. Nie wiem czy są to zmiany pozytywne, z punktu widzenia rozwoju turystyki w Albanii z pewnością, z punktu widzenia spragnionego wrażeń trampa – nie koniecznie. Obecnie albańskie wybrzeże to niekończący się pas budowy. Rok temu w Ksamil można było spać tylko prywatnie w czyimś domu, teraz doliczyłem się pięciu hoteli, a co najmniej trzydzieści jest w budowie. W Butrinti działa już nie tylko hotel, ale też restauracja na terenie antycznego miasta, ale zmiany dotyczą przede wszystkim dróg. Pierwsze zaskoczenie czekało mnie po wjeździe od strony Macedonii – rok temu pomiędzy Pogradec a Korczą była szutrowa droga i jechało się dwie godziny, teraz jest nowy asfalt i przemknąłem w trzydzieści minut. Koszmarna droga wzdłuż stromych klifów Morza Jońskiego od Sarandy do Vlore jest niemal w całości wyasfaltowana – przynajmniej do Himare, w którym teraz siedzę! Jeszcze dwa lata i Albania przestanie być trudno dostępnym rajem dla wytrwałych, znikną zapewne z dróg wielkie lądowe żółwie, a z przybrzeżnych wód koniki morskie, za to będą hotele, dyskoteki, wybetonowane promenady i wszystko to, czego nie znoszę. Szkoda, bo z Albanii raz dwa zrobi się druga Chorwacja – enklawa dla turystów spragnionych wylegiwania się na ciepłych choć kamienistych plażach.Ponieważ wreszcie wyszło słońce, więc kąpałem się dziś w zatoce Porto Palermo (niedaleko jest ukryta w skale baza okrętów podwodnych). Woda cieplejsza niż w naszym Bałtyku w połowie sierpnia. Orzeźwiająca i czysta, a potem można było położyć się na białych gładkich skałach i czekać aż obeschnie skóra. Cudowne uczucie po trudach podróży.Kilka fotek, no i czekajcie na następną kartkę. Ściskam, właśnie przestało padać

1 maja 2009 o godz. 18:33

Znów w Albanii (1)

/wp-content/uploads/2009/05/alban1

Już od tygodnia jestem w trasie i dopiero teraz piszę, musicie wybaczyć, ale pokonałem 2500 km i rzadko były chwile wytchnienia. W dzień – w trasie, wieczorami, cóż, zawieram znajomości z lokalnym półświatkiem przestępczym, najpierw w Serbii, następnie w Albanii. W największym skrócie – zaczęliśmy naszą trasę od noclegu w Martinie, słowackim mieście znanym z browaru Martinem, następnie dwie noce w Serbii – w Novim Sadzie (bardzo ładne miasto z wielką twierdzą górującą nad brzegiem Dunaju) i u podnóża gór w prowincjonalnej dziurze Leskovac. Serbia to kraj stosunkowo niedrogi, pełen sympatycznych ludzi, mają znakomite rakije, pelinkovace (wódki ziołowe, gorzkie) i najlepsze na świecie wódki miodowe, zrozumiałym jest zatem, że z żalem opuszczałem ten kraj. Przez Macedonię przemknąłem, dając w Skopje łapówkę policjantowi (wymusił grożąc odebraniem paszportu). Nie lubię Macedonii, tego brudu, żebrzących dzieciaków, nachalnych sprzedawców, agresywnych policjantów. Poza miastem Ochryda nie ma tu ani jednego naprawdę urokliwego miejsca. Dlatego z ulgą przekroczyłem granicę w Albanii. O Albanii już bardzo dużo pisałem w zeszłym roku, a za kilka dni do księgarń powinien trafić przewodnik Pascala, którego jestem współautorem właśnie w części poświęconej Albanii. Jak na razie jadę szlakiem dobrze mi znanym. Pierwsza noc w Pogradec nad Jeziorem Ochrydzkim, następna w Gjirokastrze, teraz drugi dzień siedzę w Ksamil nad Morzem Jońskim, pogoda niezbyt udana, ale nie przeszkadzało mi to wynająć łódź i popłynąć na wysepki Ksamil. Dwa razy zakopał mi się samochód, a raz omal nie runął w przepaść, zatrzymał się na jakimś płocie, tratując go… A piszę z kafejki internetowej w Sarandzie, albańskim kurorcie nadmorskim, jednym z najpaskudniejszych miejsc w tym kraju.Na razie tyle, poniżej kilka fotek, trzymajcie się.

15 kwietnia 2009 o godz. 10:51

Złam prawo – moja nowa powieść

Mam już napisane ok. 2/3 mojej nowej powieści, której dałem tytuł "Złam prawo" (może się zmienić). Całość jest podzielona na trzy częśći i wzbogacona wątkiem kryminalnym. Książka opowiada o łamaniu zakazów i przełamywaniu tabu oraz wynikającym z tego konsekwencjom. Czy warto ryzykować by poznać więcej, by zaspokoić żądzę? Co można stracić, co zyskać? To książka o namiętnościach, ale też o lęku przed odrzuceniem, o zazdrości, o potrzebie dominacji, o buncie i jego źródłach. Ale także o miłości i przywiązaniu. Pierwsza część, nostalgiczna, opowiada o bardzo wczesnych latach życia bohatera, który jest świadkiem śmierci swoich dwóch najlepszych przyjaciół. Pierwsza połowa lat 80., pierwsze miłostki, pierwsze doświadczenia erotyczne. Ta część kończy się festiwalem w Jarocinie w 1984 roku. Druga część dzieje się współcześnie – w 2009 roku;  jest niczym kadry pourywane z filmu i potem chaotycznie zmontowane. Akcję budują pojedyncze sceny i zapisy dialogów. Tu mamy dużo seksu i perwersji, czytelnik wciągany jest też w śledztwo, bohaterowie próbują rozwiązać zagadkę kryminalną z przeszłości. Część trzecią wypełniają relacje uczestników wydarzeń, które prowadzą do rozwiązania zagadek.Niedługo wkleję jakiś fragment do czytania. Postaram się wydać powieść w styczniu 2010 roku, ale na razie wersja jest bardzo surowa. Chcę zakończyć pisanie pierwszej wersji a potem polerować detale żeby to się dobrze czytało. Carry on!

2 kwietnia 2009 o godz. 20:58

Barack Obama

Trochę przypadkiem przeczytałem ostatnio autobiografię pt. "Odziedziczone marzenia" aktualnego prezydenta USA, Baracka Obamy. Szczerze mówiąc jestem pod wrażeniem. Przede wszystkim pod wrażeniem, że taki facet został prezydentem! To niezwykła książka. Świetnie napisana, ale to detal, najważniejsza jest moc przekazu. Młody chłopak, który wychowywał się bez ojca, który na codzień stykał się z rasistowskimi postawami Amerykanów, który poznał smak biedy i przemocy, nie mógł nie zostać buntownikiem. Obama bez ogródek pisze o amerykańskim społeczeństwie, o rasizmie, zakłamaniu, bigoterii, także o politykach – od prezydenta Reagana po kongresmenów, pisze o nich jak o jednej wielkiej mafii załatwiającej w zaciszu gabinetów swoje ciemne interesy. Pisze też o sobie i swojej rodzinie. Pisze z wielkim ładunkiem emocji i, chyba, szczerości. O własnych tchórzostwach, o roli outsidera, o buncie, o walce w organizacjach na rzecz równouprawnienia czarnych, a przede wszystkim o swoich korzeniach (matka była biała, ojciec był kenijskim działaczem niepodległościowym, dziadkowie nie mieli żadnego wykształcenia). W tej książce jest zaskakująco dużo żalu do Ameryki, pod tym względem wspomnienia Obamy przypominają znakomitą prozę murzyńskiego pisarza Ralpha Ellisona, a nie ugrzecznione formułki politycznie poprawnych ciot. Obama doznał krzywd i jest na krzywdę uwrażliwiony, ale potrafi też skutecznie walczyć. Zdumiewają też fragmenty osobiste – zarówno te o przełamywaniu nieśmiałości, jak i o próbach okiełznania ambicji, o kontaktach z kobietami, o imprezach alkoholowych i narkotykowych!Może się rozczaruję, ale po przeczytaniu tej książki mam nadzieję, że świat może idzie w dobrym kierunku. Facet z taką wrażliwością nie może dać dupy pazernym prezesom korporacji i starzejącym się bigotom w kongresie. Obama jest wrażliwy, ale też ma jaja i odwagę. Pamiętajmy też, że wywodzi się z rodziny o muzułmańskich korzeniach – on sam to zresztą kilkakrotnie podkreśla w autobiografii. Książka Obamy napawa mnie nadzieją na świat bez wojen, bez terroryzmu, bez kolonializmu, świat, w którym największe mocarstwo traktuje z szacunkiem kraje biedne i zacofane. Mam nadzieję, że prezydentura Obamy będzie równie dobra jak jego autobiografia.

1 kwietnia 2009 o godz. 22:50

10:0, jak dla mnie bez entuzjazmu

Miło oglądać takie mecze, tylko szkoda, że takie wyniki osiągamy z kompletnymi amatorami. Przecież Fabiański mógł w ogóle zejść z boiska, większy byłby dla zespołu pożytek jakby zamiast niego wcześniej wszedł Saganowski – przeciwnik nie istniał. Gdyby sędzia nie gwizdał spalonych, to by było 13:0, a gdybyśmy mieli więcej szczęścia to by było pewnie i 20:0, tylko co z tego? Trudno patrzeć na taki mecz z entuzjazmem po kompromitującej porażce w Belfaście. Trudno też o entuzjazm gdy czołowi rywale w grupie także wygrywają mecze – Słowacy 2:1 z Czechami, Irlandia Płn 1:0 ze Słowenią. Pisałem jakiś czas temu, że czarnym koniem tej grupy jest Słowacja i powinna wyjść z niej z pierwszego miejsca… i jest teraz tego bardzo bliska. Teoretycznie mamy szansę na drugie miejsce, ale to by wymagało zwycięstw, zwycięstw i zwycięstw i to z drużynami, które nie grają tak słabo jak San Marino. Oczywiście w tej grupie każdy jest do ogrania, ale co z tego? Beenhakker znów wystawi eksperymentalny skład, jesienią wymyśli trzech debiutantów, może wynajdzie kolejnego Brazyliczyka, któremu załatwi polski paszport (ale polski paszport wcale nie gwarantuje umiejętności, czego Roger najlepszym przykładem) i będzie tak jak w Belfaście. Moim zdaniem mecz z San Marino dowiódł jedynie tego, że Beenhakkera trzeba odesłać do Holandii kiedy tylko nie trzeba mu będzie wypłacać odszkodowania (bo szkoda kasy). Trener, który najlepszego napastnika trzyma na trybunach, który pomocnikom każe grać w obronie a napastnikom w pomocy, który wciąż nie może się zdecydować, kto ma grać w reprezentacji, taki trener według mnie nie osiągnie sukcesu. Jasne, że to tylko moje czcze gadanie, bo o piłce nie wiem nawet 1/100 tego, co wie Beenhakker, ale jako kibic decyzji kadrowych trenera nie mogę rozszyfrować. I choć o piłce wiem niewiele, to pocieszam się, że w tej akurat opinii nie jestem odosobniony

28 marca 2009 o godz. 20:09

Żenada

Przegrać z Irlandią Płn i to w takim stylu… Szkoda gadać. Szkoda czasu na oglądanie takich meczów.– Jest wiele powodów, że przegraliśmy ten mecz. Źle go zaczęliśmy, przeciwnicy mieli więcej wiary, a my zrobiliśmy tyle błędów, że można nimi obdzielić całe eliminacje – powiedział po meczu Żewłakow.Ciekawe co powie Beenhakker, czy będzie miał dość przyzwoitości żeby przeprosić kibiców?

27 marca 2009 o godz. 10:13

Badania a rzeczywistość

/wp-content/uploads/2009/03/konferencja-o-czytelnictwie-041

Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej przeprowadził ostatnio badania, z których wynika, że czytelnictwo w Polsce spadło w ciągu dwóch lat o 12 proc., a w ciągu czterech – o 20 proc. Dla mnie to wierutna bzdura, o czym wczoraj mówiłem podczas zwołanej ad hoc konferencji w Instytucie Książki. Debata trwała dwie godziny. Poniżej mój komentarz do tych badań; niby to statystyczne niuanse i być może mało interesujące, ale w końcu stan czytelnictwa obchodzi nas wszystkich, czyż nie?

26 marca 2009 o godz. 10:49

Na sportowo

Zima to pora roku, w której przybywa mi kilogramów, bo śniegu nie lubię, wiatru tym bardziej, a rower rdzewieje pod ścianą. Nie mniej śledziłem każdego roku skoki, w tym roku trochę mniej chętnie, bo raz, że zepsuty telewizor porasta kurzem, dwa – przykro było patrzeć na naszych. Z tym większym zdumieniem przeczytałem wyniki jakiejś ankiety na Interii, w której większość pytanych uważa, że to był dla polskich skoczków jeśli nawet nie znakomity sezon, to w najgorszym razie świetna zapowiedź przyszłych olimpijskich sukcesów. Myślę sobie, że ludzi popierdoliło i to zdrowo. Jasne, bardzo bym się cieszył z kolejnych sukcesów Małysza, cieszą drugie miejsca w Planicy, ale po pierwsze sukces drużynowy wywalczony był – nie oszukujmy się – psim swędem, bo nasze miejsce jest daleko od podium, po drugie sukcesy Małysza były delikatnie mówiąc nieco spóźnione. Gdyby tak skakał na początek, nie na koniec, to sam byłbym pełen entuzjazmu. A tak, to musztarda po obiedzie. Nie mniej cieszy mnie postawa Małysza, niech będzie naszym polskim Goldbergerem, niech skacze, dokąd ma siły w nogach. Przynajmniej dobrze to znosi psychicznie, czego nie można było powiedzieć, o gwiazadch niedawnych sezonów: Hannawaldzie, Jandzie czy Benkowiciu i wielu innych, którym lęki – jak sądzę - przeszkodziły w dalszej karierze.Kolejny zaniedbany przeze mnie temat sportowy, to sukcesy Lecha w pucharze UEFA. Dawno już nie meliśmy tyle radości z występów polskiego klubu w europejskich pucharach (mi ostatnim razem podobnych emocji dostarczał śp. Groclin w meczu z Manchester City). Występy Lecha w pucharach nie były pokazem wirtuozerii, ale była w tym konsekwencja i charakter. I tu akurat nie zgadzam się z komentarzami, że Udinese pokazało Lechowi, gdzie jego miejsce. Gdzie to miejsce jest, to wszyscy, nie wyłączając kibiców Lecha, doskonale wiedzą, nie mniej mecz z Udinese wcale nie musiał zakończyć się odpadnięciem Poznaniaków z turnieju. Wiadomo, że daleko nam od ligi angielskiej, hiszpańskiej, portugalskiej, włoskiej czy niemieckiej, ale cieszy, że czasami potrafimy utrzeć bogatym nosa. Ponieważ bliskie memu sercu są postawy rodem z opowieści o Robinhoodzie, to i z przyjemnością oglądam jak Dawid pokonuje Goliata.I na koniec sprawa najważniejsza – najbliższe nasze mecze w eliminacjach do Mistrzostw Świata. Nie ma wątpliwości – musimy zdobyć 6 punktów i je zdobędziemy, bo gramy z amatorami (choć Irlandia Płn radzi sobie nadspodziewanie dobrze). Moim zdaniem czarnym koniem w naszej grupie jest Słowacja i wcale się nie zdziwię, jeśli to oni wyjdą z pierwszego miejsca. To młody, dynamiczny futbol, w dodatku z kraju spragnionego sukcesów i dysponującego coraz lepszym sportowym (a i finansowym) zapleczem.A ja doczekać się nie mogę wiosny….

22 marca 2009 o godz. 11:06

Ił-62

/wp-content/uploads/2009/03/Il-62-9

Ciekawe, że ta kapela gra już ponad 20 lat i dopiero niedawno nagrała pierwszą profesjonalną płytę "Opuszczamy Babilon". Tak naprawdę to materiału przez te ponad dwie dekady mieli pewnie na pięć płyt – część tego ukazywała się na kasetach, część na demówkach, część krążyła jako nagrania z koncertów… Przez te lata zespół wielokrotnie zmianiał brzmienia – od prostych punkowych rytmów, po grane obecnie noise. Materiał zebrany na płycie "Opuszczamy Babilon" to pulsujący klimat, który można porównywać z dorobkiem Ewy Braun. Do tego znakomite teksty, ale to zawsze było mocną stroną zespołu. Rzadko kto dziś tak gra, noise nie cieszy się popularnością, a jeśli już – to zwykle w połączeniu z HC, tymczasem niespokojne utwory Iła są niemalże recytowane.Byłem w piątek na ich koncercie w Dobrej Karmie, zagrali w towarzystwie Magury Góralskiego, który melorecytował "Dziękuję ci Ameryko". Koncert podzielili na dwie części – noise’owy materiał z płyty oraz stare kawałki z różnych okresów działalności, zakończone coverem G.B.H. – "Alkohol", było też kilka coverów Kryzysu. Obydwie części znakomite, wcześniej kilkakrotnie byłem na koncertach Iła, ten był chyba jednak najlepszy. I bardzo mi się podoba to nowe oblicze zespołu, "Opusczamy Babilion" to jedna z najlepszych wydanych ostatnio płyt; przynajmniej dla mnie.

18 marca 2009 o godz. 15:40

Jara się LD 50

/wp-content/uploads/2009/03/LD50-w-No-Mercy-6

Z wielkim opóźnieniem w stosunku do zapowiedzi, jest wreszcie nowa płyta LD50. Tak samo przebojowa jak poprzednia i staranniej wydana (np. dołączono wkładkę z tekstami). Wiele z tych kawałków znanych jest już z koncertów oraz z singla-demo (zresztą wersje nagrań singlowych bardziej mi się podobały). 14 utworów, z czego 9 rewelacyjnych, cztery niezłe i jeden zdecydowanie odstający ("Kupować raus!"). Płyta bardzo dynamiczna, jednocześnie nieco popowa, bardzo odmienna od wizerunku LD50 z koncertów (na tej płycie brzmią jak Offspring czy inny american punk dla nastolatek). Ta przebojowość wpada jednak w ucho i ta płyta zdecydowanie może liczyć na szerszy odbiór niż środowisko dla którego dotąd zespół grał. Czy to dobrze? Mi to nie przeszkadza, zwłaszcza, że wiem, że na koncertach te same kawałki zabrzmią inaczej. Pewnym zaskoczeniem jest partiami brzmiący jak stary Kryzys utwór "Już jest ciemno" no i chórki – czasami dograne bez sensu. No i nie wiem co realizator zrobił z wokalem Piotrka, ale w porównaniu z pierwszą płytą i z koncertami to jakby dwie inne osoby. Wydobył z tego głosu jakąś miękkość, której nie znałem.Przesłuchałem tej płyty kilka razy i choć jest inna od poprzedniej to nie jest gorsza, choć nie umiem szczerze odpowiedzieć, która podoba mi się bardziej. Ważne, że zespół utrzymał wysoki poziom i nie musi grać na koncertach wiecznie tego samego, spokojnie co najmniej połowa kawałków z "Jara się" należeć będzie zapewne do stałego koncertowego repertuaru.

7 marca 2009 o godz. 15:02

Miłość to ingerencja

Bardzo lubię Jeanette Winterson. Jej najnowsza książka nie jest bynajmniej najlepszą (ja najbardziej lubię "Zapisane na ciele"). Miałem kiedyś okazję poznać ją osobiście – jest niezbyt ładną i dość nieśmiałą kobietą, ale bardzo otwartą (rozmowę z Winterson, którą publikowałem w lutym 2005 roku w "Rzeczpospolitej" zamieszczam pod recenzją z jej nowej książki). Opublikowana przez Rebis powieść "Kamienni bogowie" jest nieco inna od poprzednich – poniżej macie moją krótką recenzję, zachęcam też do sięgania po starsze tytuły tej pisarki.

7 marca 2009 o godz. 11:01

Berlin

/wp-content/uploads/2009/03/457-Berlin

Kosmopolityczne, tętniące życiem miasto, do niedawna przedzielone ponurym murem, którego kolorowe fragmenty można dzis kupować w sklepikach z pamiątkami. Byłem w Berlinie kilkakrotnie, jednak ostatni raz chyba 11-12 lat temu. Od tamtego czasu stolica Niemiec bardzo się zmieniła, przede wszystkim trudno byłoby dziś w centrum miasta znaleźć różnice pomiędzy wschodem i zachodem (widać je bardziej na wschodnich robotniczych przedmieściach, choćby w okolicy Ostbanhof, gdzie niedaleko jest znany berliński skłot). Centrum tętni życiem, reklamami, drogimi samochodami, luksusowymi sklepami. I widać nostalgię czy też swoistą modę na DDR – począwszy od gadżetów po lokale nawiązujące stylem do epoki minionej. Kosmopolityczny charakter Berlina sprawia, że jest on znacznie mniej "niemiecki" od innych miast – ludzie są otwarci i nie tak zasadniczy jak we Frankfurcie, Kolonii czy Monachium.

2 marca 2009 o godz. 19:16

Punk & Disorderly

/wp-content/uploads/2009/03/477-PnD

W dniach 20-22.02 w Berlinie odbyła się kolejna edycja festiwalu Punk & Disorderly, który od 2002 roku jest największym punkowym gigiem w tej części Europy. Tradycyjnie impreza przebiegała pod znakiem Oi i streetpunka, a największą gwiazdą był w tym roku Cock Sparrer. Zacząć należy od tego, że w ostatniej chwili organizatorzy przenieśli festiwal i to o jakieś 40 km – z przedmieść wschodniego Berlina na przedmieścia zachodniego, do hali Kabelwerk, gdzie normalnie odbywają się targi i wystawy. Prawdopodobnie zrobiono słusznie bo i tak drugiego dnia, gdy grał Cock Sparrer, było więcej chętnych niż miejsc i zaprzestano sprzedawania biletów.Do Berlina wybrałem się z ekipą z Torunia, z kolegą Krakosiem – jechaliśmy jego busem, w nocy, sypał straszliwy śnieg i trochę nam się zeszło… Jeszcze wizyta w Core Tex – punk shopie w centrum Berlina, gdzie mieliśmy nadzieję dostać karnety (już nie było), poczym wjechaliśmy busem na halę i rozłożyliśmy stoliki z distro. Powiem od razu, że ruch był przy kramiku non stop, sprzedawaliśmy koszulki, naszywki, badziole i inne takie, a właściwie to głównie Krakoś sprzedawał, bo ja skoncentrowałem się na przemyconym na halę piwie i muzyce. Spaliśmy kilka kilometrów od festiwalu, w hostelu prowadzonym przez Ruskich – w dzielnicy Spandau. O samym Berlinie będę jeszcze pisał (innym razem), a teraz o festiwalu.Zrobiłem ponad 500 zdjęć. Oczywiście pełny przegląd irokezów, tęcza kolorów, przegląd mody i urody punkowej – może nie tak jak w Londynie, ale widać, że tam młodzież ma nadmiar euro na zbyciu. Browar był po 2,50 euro (straszliwe kolejki do kraników, których rozstawiono stanowczo zbyt mało), poza tym można było kupić destylaty. Ochrona nie sprawiała kłopotów, poza bombą atomową i granatem na ryby można było wnosić co się komu podoba, nie było żadnego mordobicia, żadnych krawych ofiar, zero faszystowskich akcentów, a policja nudziła się w dwóch radiowozach przy najbliższym przystanku autobusowym. Nie wiem czy całą imprezę obsługiwało więcej niż 15 ochroniarzy i 10 policjantów. A przyszło jakieś 7000 ludzi! Pod tym względem, niestety, daleko jesteśmy za Europą. Chuj z irokezami w kolorach tęczy, ale chciałbym żeby u nas na koncertach można było wchodzić z najeżonym gwoździami łańcuchem i żeby jednocześnie każdy mógł się bezpiecznie bawić. Pamiętamy jednak, co się działo choćby w Gdyni na Cockney Rejects…

1 marca 2009 o godz. 19:03

Zaległości

Oj, straszne mam zaległości. Dotąd nie napisałem Wam jak było na Punk & Disorderly w Berlinie, a szczerze mówiąc to nawet nie miałem czasu zgrać zdjęć. Relację z Berlina podzielę na dwie, a może nawet trzy części i zabiorę się za to już niebawem… Na razie wróciłem wykończony z Tczewa, gdzie było świetne spotkanie autorskie i koncert, w ogóle nie wiedziałem, że Tczew to takie ładne miasto z XIX wiecznym mostem na Wiśle, niegdyś najdłuższym mostem kolejowym w Europie (zdjęcia ze spotkania w Tczewie dodam niebawem do galerii).W marcu postaram się ze wszystkim nadgonić, przede wszystkim odpowiem na Wasze zaległe listy, obiecuję też, że zacznę czytać te wszystkie teksty, które mi w ostatnich tygodniach wysyłaliście, a ja nie miałem kiedy się za to zabrać. Z dobrych wiadomości natomiast, ukończyłem nową książkę o szerokopasmowej kulturze, która wyjdzie w maju.

17 lutego 2009 o godz. 11:12

Tour de Wlkp

Przepraszam, że trochę ostatnio zaniedbywałem stronę, ale tydzień spędziłem w Wielkopolsce z moim przyjacielem Piotrem Stróżyńskim zrobiliśmy wspólną trasę promującą moją nową powieść. W Kaliszu spotkaliśmy się z czytelnikami w klubie "Blaszak", potem było spotkanie w liceum w Środzie Wlkp, wreszcie grand finale w Jarocinie. Nasz kumpel Adam "Sawana" z Acapulco zarganizował w JOKu dużą imprezę, był koncert, była masa ludzi. Szkoda, że nie dojechał zapowiadany Patyczak – przy okazji, sprawdziłem, w każdej z moich powieści pojawia się Patyczak! Jest w takim razie trzecim bohaterem tych książek W Kaliszu i w Środzie byłem zaskoczony liczbą Waszych pytań, mam nadzieję, że się nie nudziliście. Wielkie dzięki też za dobre przyjęcie "Disordera", bo trochę się bałem czy Wam się ta książka spodoba.Przy okazji podziekuję też organizatorom wcześniejszej imprezy, o której nie było czasu pisać – o promocji "Disordera" na warszawskim skłocie Elba (dzięki Darek!). Szkoda, że gitarzysta El Bandy złamał rękę, ale zabawa była na 102. Do zobaczenia!!! Aha, w galerii znajdziecie trochę zdjęć ze spotkań autorskich.

1 lutego 2009 o godz. 14:41

Kobiety w literaturze

Temat kobiet-twórczyń często powraca w rozmaitych dyskusjach, także w Waszych pytaniach do mnie. Faktycznie, jest z tym pewien problem – jak weźmiemy jakikolwiek wybór najwybitnieszych dzieł prozatorskich, to właściwie książek pisanych przez kobiety w nim nie ma, to samo dotyczy zazwyczaj wyborów dzieł filozoficznych. Przyczyn takiego stanu jest zapewne wiele, począwszy od wielowiekowej tradycji związanej z rolą kobiety-matki przez trudniejszy często start edukacyjny, po wielość codziennych obowiązków. Czy należałoby tu także dodać inną wrażliwość? To sprawa oczywiście sporna, choć bezspornie kobiety piszą zazwyczaj inaczej, koncentrując się bardziej w obszarze uczuciowości, mniej na sprawach społecznych, a te – przynajmniej do połowy XX wieku – były domeną tego, co zwykło się uważać za "wielką prozę". Moim zdaniem zresztą niesłusznie, bo aspekty polityczne szybko ulegają przedawnieniu, uczucia zaś są ponadczasowe.Niemniej, gdy myślę o moich ulubionych książkach, o tych, które pozostawiły trwały ślad, bardzo w nich mało miejsca zajmują kobiety. To znaczy bardzo wiele, jako temat literatury, ale jednak temat z punktu widzenia mężczyzny – od "Anny Kareniny", przez "Lolitę", "Wybór Zofii", "Miłość w czasach zarazy", itd, itp, wszystko to dzieła pisane przez mężczyzn. Wielkie dzieła.Dwie najważniejsze dla mnie piszące kobiety wcale nie poruszały się w świecie literatury. Były to Hannah Arendt i Karen Horney. Tej pierwszej szczególnie ważną dla mnie książką jest "Wola", ta książka, jeśli dostatecznie głęboko wnikniemy w jej sens, daje bardzo dużo nadziei i wiary w ludzkie możliwości. Wszak, jak pisze Arendt, wola zawsze nakierowana jest na przyszłość. Z kolei Horney, autorka "Neurotycznej osobowości naszych czasów" czy "Nowych dróg w psychoanalizie" potrafiła lepiej niż ktokolwiek zdiagnozować nasze współczesne lęki i wynikające z nich obronne postawy, które są źródłem tylu konfliktów i niepowodzeń. Lektura jej książek pozwala z większym spokojem patrzeć na świat, lepiej rozumieć innych.Do tego grona piszących kobiet zaliczyłbym jeszcze może Barbarę Tuchamn, za jej rozumienie powikłanych losów człowieka, jak i Hannę Krall – ale to wszystko wciąż nie jest literatura. A co w powieści? Lubię Jeanette Winterson, za jej delikatność w wyrażaniu emocji a jednocześnie śmiałość w manifestowaniu inności, bardzo lubię Annie Proulx, za to jak potrafi przedstawić samotność i odrzucenie, a także życie na prowincji. I lubię Marię Nurowską za jej szczerość w obnażaniu kobiecych słabości, książki Nurowskiej mężczyznom pozwalają lepiej rozumieć "drugą płeć". Podoba mi się też bezpretensjonalność języka Masłowskiej. Gdy jednak patrzę na regały z moimi ulubionymi książkami, myślę, że jednak tej kobiecej prozy na nich bardzo, bardzo mało…A z kobiet przedstawionych w literaturze najbardziej lubię bohaterkę "Wyboru Zofii" Styrona. Tak, wiem, to dość zaskakujący wybór. Podobają mi się jednak kobiety, które ani na chwilę nie pozwalają o sobie zapomnieć – nawet jeśli uczuciowy kontakt z nimi ocierać się ma o obłęd. Oczywiście, podobają mi się takie kobiety w literaturze W realu wolę zachować bezpieczny dystans i obserwować.

28 stycznia 2009 o godz. 15:55

Zmarł Updike

W wieku 76 lat, na raka płuc, zmarł John Updike. Słusznie uważany był za jednego z najlepszych prozaików i eseistów amerykańskich, bo choć jego sposób obrazowania świata był nieco staroświecki, to z wielkim rozmachem potrafił kreślić realia życia swoich bohaterów. Jego prozę cechowała też ogromna różnorodność stylistyczna i tematyczna, potrafił sięgać do wątków antycznych, do legend i podań ludowych, jak i do najbardziej ważkich wydarzeń współczesnych.Do najważniejszych utworów Updike’a należy – wyróżniony dwiema nagrodami im. Pulitzera – cykl powieściowy o Harrym Angstromie, nazywanym  „Królikiem”. Jego kolejne tomy: „Uciekaj, Króliku”, „Przypomnij się, Króliku”, „Jesteś bogaty, Króliku” i „Królik odpoczywa” ukazywały się regularnie, co dziesięć lat, począwszy od 1960 roku. Dzięki temu autor mógł oddać w nich klimat poszczególnych dekad. Na jego łączny dorobek składa się ponad 50 książek. Nazwisko Updike’a było regularnie wymieniane wśród kandydatów do literackiego Nobla.

19 stycznia 2009 o godz. 19:29

Koncert Stranglers

/wp-content/uploads/2009/01/stranglers

Nigdy nie byłem fanem zespołu The Stranglers i pewnie nigdy nie będę. Szczerze mówiąc, moje zainteresowanie tym zespołem skończyło się na płycie "Rattus Norvegicus", a przypomnę, że był to ich pierwszy album. Jedyną płytę jaką kiedyś miałem (kupioną na jakiejś przecenie) dawno wymieniłem na coś innego. Dla mnie Stranglers to taki sam rock jak U2 czy Dire Straits i jak ktoś mi mówi o punkowych korzeniach tej kapeli, to patrzę jak na wariata.No dobra, ale poszedłem wczoraj na ich koncert. Poszedłem, bo kumpel dziennikarz wysłał maila, że ma darmowe zaproszenia, nigdy bym nie wydał 99 pln na żadne Stranglers ani inne tego typu klimaty. No i wcale się nie przekonałem. Na pewno koncert dali bardzo dobry, choć ich nie słucham, to jednak znałem większość utworów, czyli zagrali największe przeboje, bez chwili oddechu, przez dwie godziny solidnie grali swoje. Przyszły tłumy, średnia wieku na oko lat 40+, no ale w tym wieku towarzystwo chodzi do chujowego klubu Proxima (zostałem z niego kiedyś wywalony przez bramkarza na zbity pysk bowiem głośno protestowałem przeciwko opieszałości barmana), zwanego klubem "studenckim". W ogóle jakaś taka dziwna prawidłowość jest, że kluby "studenckie" w większości są dekowniami dla emerytów i jebanych erotomanów, którzy napalają się, gapiąc dziewczynom za dekolt. Wracając jednak do The Stranglers, to koncert ten uświadomił mi jak bardzo hermetyczne są moje muzyczne upodobania. Właściwie poza punk rockiem mogę posłuchać jedynie starego Oddziału Zamkniętego i kilku płyt z lat mego nastolęctwa (bo sentyment) oraz muzyki z pogranicza punk, jak Lou Reed, Patti Smith, Bauhaus czy Joy Division (fucking dobry jest film o nich pt. "Control"). Reszta mnie cholernie nudzi. Jakiś mało rozgarnięty kurcze jestem

9 stycznia 2009 o godz. 21:12

Nie ma ciszy w bloku

A teraz o innej płycie i pozytywnie. Nadeszła niedawno przesyłka z Pasażera, a w niej kilka nowości ze sceny niezależnej. Słucham tych płyt po mału, bo po pierwsze roboty nawaliło jak śniegu, po drugie… włączyłem Eye For An Eye i nie bardzo mi się chce zmieniać krążek w odtwarzaczu. Dla niewtajemniczonych, jest to załoga z Bielska-Białej z przejmująco-donośnym kobiecym wokalem, prywatnie zresztą bardzo sympatyczni ludzie. Świetni na koncertach, potrafią rozgrzać publiczność, zresztą zawsze gromadzą sporą grupę pod sceną, ale ich płyty moim zdaniem były dotąd nierówne. Najbardziej lubiłem ich krążek pt. "Dystans" z 2004 roku, z przebojowym "Warriors", punktem obowiązkowym każdego koncertu. Od tamtego czasu zespół przeszedł jednak długą drogę. Ance i Tomkowi urodziło się dziecko (co nie przeszkodziło grać koncerty i nagrywać), wyszła moim zdaniem niezbyt udana płyta "Gra", no i teraz jest nowy materiał "Cisza". Materiał bardzo dojrzały, spójny artystycznie, oczywiście nie ma mowy o żadnej ciszy, jest hałaśliwie i ostro, ale to taki hałas, który najbardziej lubię, bo jest w nim masa emocji. Jest w tym krzyku i ból ("bólem przeszywa mnie mój tożsamości brak"), i strach ("dotykam lustra dna, wyławiam tylko strach"), i rozpacz ("Spójrz! Będziemy drapać gryźć, palcami ściany ryć, na jeden znak!"), i zniechęcenie ("Znajdź mi świat lepszy, znajdź mi sens głębszy, znajdź mi byt trwalszy, pusty śmiech wstrząsa mnie")… Ale jest też masa pozytywnych emocji. Przede wszystkim doświadczenia macierzyństwa, ale i miłość w ogóle, w obliczu której reszta to "stracony czas". Trudno tu wyróżnić jeden utwór, bo całość stanowi jednolity przekaz, lubię takie płyty.