Komentarze autora

2 listopada 2008 o godz. 18:21

Jesień

/wp-content/uploads/2008/11/kornik

Niezwykle barwną mamy tego roku jesień, zroszone liście wszelkimi kolorami mienią się w promieniach słońca. Jakże ciepłych o tej porze roku! Żałuję, że nie umiem robić dobrych zdjęć, bo chciałbym sfotografować dzisiejszą wieczorną mgłę, w której rozmazują się światła latarni na mojej ulicy. Mgłę, z której niczym duchy wyłaniają sie postacie ludzkie… niczym duchy, w końcu są zaduszki Nie chodzę na cmentarze, choć bardzo lubię ten zapach płonących zniczy. Nie chodzę, choć mam do kogo, wolę sobie wyobrażać, że zmarłe bliskie mi osoby wyłaniają się z wieczornej mgły.

19 października 2008 o godz. 14:56

Maraton po Wielkopolsce

/wp-content/uploads/2008/10/DSC08636

Wróciłem właśnie z czterodniowego maratonu po Wielkopolsce – serii spotkań, jakie odbywałem wspólnie z Piotrem Stróżyńskim, zwanym Marchewą, utorem punkowo’alkoholowej powieści "Chaos i świńska skóra". Odwiedziliśmy: Wrześnię, Jarocin, Środę Wlkp i Gniezno. We Wrześni byłem drugi raz w życiu (za pierwszym razem, kilka lat temu, spędziłem noc głównie grając w bilard i w lotki) – mieliśmy spotkanie w LO im. Henryka Sienkiewicza. Nie pamiętam takiego audytorium! Szczerze mówiąc, nie widziałem nigdy szkoły wyposażonej w taką salę i nagłośnienie (niejeden teatr mógłby pozazdrościć). Piotr, niczym skandalista Larry Flint, wybrał do przeczytania na głos chyba najbardziej obsceniczny fragment swojej książki, co było mimo wszystko przegięciem, biorąc pod uwagę średnią wieku na sali. Ale ten facet w ogóle jest nonkonformistą w każdym calu, do tego niesamowicie pogodny. Nasze zdjęcia ze spotkań wrzuciłem do galerii, możecie się przekonać, że bez przerwy jest uśmiechnięty Z Wrześni pojechaliśmy do Jarocina – świetne spotkanie w Bibliotece pod Ratuszem, przyszła masa osób w różnym wieku, młodzi oraz tacy, którzy pamiętali występ Piotra na scenie jarocińskiego festiwalu w 1986 roku, gdzie w atmosferze skandalu wystąpił z mocno antysocjalistycznym przekazem ze swoim ówczesnym zespołem Schizofreniczna Prostytutka Maria (do słuchania na Youtube), który opisał w pierwszych rozdziałach powieści. Po spotkaniu w bibliotece wieczór spędziliśmy z Savaną (dzięki za gościnę!!!), współtwórcą legendy jarocińskiego punk – zespołu Acapulco, oglądając w barze Alibaba beznadziejny mecz Polska-Słowacja (omal nie doszło do rękoczynów w sporze, kto winien – lokalni kibice chcieli ukrzyżować Krzynówka, niżej podpisany po kilku piwach z lokalnego browaru Fortuna z Miłosławia przepojony rozpaczą domagał się głowy Rogera). Kolejny dzień to występ w Środzie Wielkopolskiej, rodzinnym mieście Piotra. Na sali było kilka "obsmarowanych" przez niego osób, nie wyłączając prowadzącego nasze spotkanie redaktora naczelnego "Gazety Średzkiej" Zbigniewa Króla, który bynajmniej nie czuł się urażony, przeciwnie – raczej rozbawiony konfabulacjami autora (dzięki Zbyszku za wsparcie). Ostatni dzień – spotkanie w Miejskim Ośrodku Kultury w Gnieźnie. Tu organizator dał dupy, więc przyszło tylko kilka osób "wtajemniczonych". Ogólnie jednak wielkopolski maraton niezwykle udany – Piotrze, do następnego razu, i do następnej książki!Do Wielkopolski mam szczególną słabość. Większą część życia spędziłem w Warszawie, skąd pochodzą obydwoje moi rodzice, a także ich rodzice, był jednak czas, kiedy przez pięć lat mieszkałem w mieście Odolanów (dawne województwo kaliskie), mam tam wielu znajomych z lat podstawówki, no i siłą rzeczy znam większość miast i miasteczek. Wielkopolska ma zresztą bardzo charakterystyczny układ urbanistyczny swoich miasteczek, koncentrujący się przy dawnych rynkach targowych, wzdłuż szlaków komunikacyjnych oraz niedaleko najczęściej XIX-wiecznych budynków dworców kolejowych, rynki z kamienicami o niskich parterach, wieżyczki i wykusze, blaszane hełmy licznych na tym terenie neogotyckich kościołów, wszystko to nadaje specyficzny koloryt tym terenom, gdzie mieszają się wpływy polskie i niemieckie, tradycje powstań narodowych i niemiecka skrupulatność.

11 października 2008 o godz. 22:38

Oj jacy Czesi są słabi

Zły czas chyba nastał dla czeskiej piłki. Mają świetnych zawodników… i od dawna nie mają sukcesów – blamaż na Mistrzostwach Świata 2006, bardzo nieudane Euro 2008, zła passa trwa. Z Irlandią Północną w eliminacjach do Mistrzostw Świata w RPA zremisowali 0:0, teraz porażka z Polską, jeśli 15 października nie poradzą sobie ze Słowenią, to będą mieli duże trudności z zajęciem pierwszego miejsca w grupie. Tymczasem na pierwszym miejscu wciąż jest Polska. Mecz z Czechami w wydaniu biało-czerwonych nie był może olśniewający, mieliśmy sporo szczęścia, bo na boisku nie było wyraźnego faworyta i wynik remisowy nie byłby niesprawiedliwy, ale podziwiałem konsekwencję i ogromną skuteczność w obronie. Paweł Brożek – mam nadzieję, że to będzie jedna z gwiazd eliminacji w naszej grupie, świetnie zagrali: Błaszczykowski, Mariusz Lewandowski, Żewłakow, Dudka, jak zwykle dobrym duchem był Krzynówek, kóry w 43 minucie zastąpił kontuzjowanego Wawrzyniaka, ciężko pracowali Smolarek i Murawski. Czesi wystąpili bez kontuzjowanych zawodników, jak Polak czy Rosicky – ale też trzeba powiedzieć, że Baros jest w bardzo słabej formie, stąd ich ataki były bardzo chaotyczne.Mam nadzieję, że 15 października wygramy ze Słowacją. Wydaje się, że Polska powinna ławto wyjść z grupy 3. Ale też wydaje mi się, że wciąż nie mamy mocnego zespołu, i myślę, że jest w tym sporo winy Leo Beenhakkera, który bez przerwy eksperymentuje ze składem wprowadzając coraz to nowych debiutantów. Raz lepszych, raz gorszych, jedną z najbardziej niezrozumiałych pomyłek jest dla mnie Roger, który nie potrafi utrzymać piłki, słabo dośrodkowuje, kopie piłkę przed siebie, byle do przodu – nie wiem, co Leo w nim widzi…

5 października 2008 o godz. 14:04

Kabotyn Rotten

/wp-content/uploads/2008/10/lydon

Pisałem o kabotyństwie Rottena (vel Johna Lydona) przy okazji relacji z koncertu Sex Pistols w Gdyni na początku lipca br. Przy okazji moich złośliwych uwag o pozach i mimozach wokalisty Sex Pistols pojawiło się sporo komentarzy. Tymczasem kolega przysłał mi dzisiaj linka, do filmiku, który mnie absolutnie powalił. Obejrzyjcie sami jaki piękny Rotten, jak pięknie reklamuje angielskie masło Tu macie link.

4 października 2008 o godz. 12:59

Zadyma w piłce

Czy odbiorą nam prawa do Euro 2012 a nasze druzyny wycofają z rozgrywek europejskich? Będziemy wiedzieli w poniedziałek, 6. 10. UEFA grozi Polsce odebraniem prawa organizacji Euro jeśli do poniedziałku nie zostanie wycofany kurator PZPN, który swoją drogą znalazł się tam z powodu głupoty polityków. Z kolei FIFA zapowiada wykluczenie polskich reprezentacji oraz drużyn klubowych z wszelkich rozgrywek międzypaństwowych. Brawo. Trzeba było być skończonym idiotą by takich reakcji nie przewidzieć. Gówno mnie obchodzi polityka, ale wkurw mnie chwyta jak pyszałkowaci nadęci ignoranci wsadzają swoje brudne łapy tam, gdzie nie powinni. A nie powinni także we własnym zasranym politycznym interesie, bo jak nam odbiorą Euro, jak za tydzień Polska nie będzie mogła zagrać o punkty ze Słowacją i  Czechami, jak Lecha wycofają z pucharów to społeczne poparcie dla rządu spadnie na łeb na szyję – i to nie na chwilę, bo utraty szansy na Euro, szansy nie tylko sportowej, ale i cywilizacyjnej, Polacy nie wybaczą szybko. Niech durnie myślą jak do poniedziałku się z tej afery wyplątać.A mi tylko kolejny raz pozostaje marna satysfakcja – ja na tych idiotów nie głosowałem! Tak samo jak na poprzednich i jeszcze poprzednich bo z zasady nie głosuję na nikogo. Ale co mam z tego prócz wątpliwej satysfakcją? Nic!

2 października 2008 o godz. 10:43

Melodramatyczna Elegia

Obejrzałem wreszcie film "Elegia", zrealizowany na podstawie jednej z moich ulubionych powieści, "Konającego zwierza" Philipa Rotha. Obejrzałem z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony film bez wątpienia oddaje treść książki, z drugiej – moim zdaniem nie oddaje klimatu. "Konające zwierzę" w boleśnie szczery sposób pokazuje rozterki starzejącego się mężczyzny, który "załapał" się nie tylko na erotyczną przygodę ze studentką, ale – jak się okazuje wbrew jego pragnieniom i woli – na wielką, beznadziejną miłość. Lęk przed porzuceniem miesza się z pożądaniem, lęk przed śmiesznością – z samozadowoleniem samca, to jednak lęki biorą górę nad namiętnością, a obłęd nad cynizmem. O tym wszystkim książka. Film tylko po części. Bo film nie ma dynamiki! Poczynając od doboru aktorów do głównych ról (łysy Ben Kingsley ze smutnymi oczami zbitego psa wybitnie nie pasuje do roli bohatera, Penelope Cruz… cóż, pomijając, że nie podoba mi się ta aktorka – w czym pewnie przynależę do męskiej mniejszości – to ona zupełnie pozbawiona jest w filmie pazurków, ot zapatrzona w sławnego krytyka cizia), przez bardzo stonowaną muzykę, po niemiłosiernie melodramatyczne sceny miłosne, momentami jako żywo przywołujące "Love Story" – wszystko to może piękne, ale do Rotha nie pasuje. Wściekły i obłąkany Kepesh powinien z furią walić w klawisze fortepianu, a nie spokojnie wygrywać suity, zabrakło namiętnego seksu, zabrakło dramatu – nawet zakończenie jest obrzydliwie ckliwe.W tle tego filmu jest jednak bardzo widoczna wielka literatura, bo przecież rozmowy bohatera z przyjacielem, poetą, Goeorgem O’Hearnem to prawdziwa kopalnia cytatów obnażających męskie słabości. Są też znakomite zdjęcia, świetna gra światłem, co buduje nastrój może nie koniecznie dla scenariusza na podstawie powieści Rotha (pisarz nie był scenarzystą, swoją drogą ciekawe jak przyjął rolę Kingsleya, wszak bohater to po części alter ego samego Rotha – w wolnej chwili poszperam za wywiadami w Necie), ale wracając do zdjęć – zasługują na uznanie. W jakimś stopniu jest to jednak film wierny prozie, i film bardzo literacki. Mam z nim ten sam problem, co z "Faktotum" zrobionym na podstawie prozy Bukowskiego, bo w obu przypadkach w bliski mi świat wrzucono postaci "z innej bajki". Nie mniej "Elegię" polecam.

21 września 2008 o godz. 17:58

Świecą medale, umrzemy w chwale…

… tak jakoś chyba leciał kawałek Deutera. Mój śp. wujek był wybitnym sportowcem, a poza tym wojskowym. Miał w domu masę medali, jako dziecko lubiłem je oglądać, a on opowiadał mi za co, który dostał. Miał nawet jakiś medal olimpijski, a może kilka takich medali… Wiedzę o nich zabrał ze sobą na zawsze.Przypomniał mi sie wujek, kiedy wręczano mi odznakę Zasłużony dla Kultury Polskiej. Miło jest być docenionym, choć wcale nie jestem pewien czy sobie na to zasłużyłem, ale też powiedzmy szczerze – medal ląduje gdzieś w szufladzie i porasta kurzem. Dostałem w życiu kilka medali i tak po prawdzie, to nawet nie wiem gdzie je mam, bo w szufladach jest potworny bałagan, a i przy kolejnych przeprowadzkach zawsze coś się zawieruszy, a dyplomy, medale, puchary i statuetki gubią się zwykle szybciej niż np. ulubione płyty czy książki. Poza tym myślę, że pomijając może osiągnięcia sportowe, to medale dostaje się z jakichś bliżej niewyjaśnionych powodów, nie koniecznie dlatego, że człowiek naprawdę na nie zasłużył. A zwłaszcza w dziedzinie kultury, gdzie ocena wartości czyjegoś dzieła jest sprawą względną. A twórca nie pracuje dla medali, lecz po pierwsze z własnej potrzeby, bo musi wyrazić SIEBIE, po drugie – dla odbiorcy. I najwyższym wyróżnieniem jest ciepłe przyjęcie jego dzieła właśnie przez odbiorców, w przypadku książek – zainteresowanie czytelników. A medal.. cóż, fajna rzecz, może w wolnej chwili pojadę pokazać go babci, na pewno będzie znów dumna z wnuczka

14 września 2008 o godz. 19:06

We Lwowie

/wp-content/uploads/2008/09/Lwow-almanach

Przez cztery dni gościłem we Lwowie podczas 15. targów książki "Book Forum" oraz jako gość 3. Międzynarodowego Festiwalu Literackiego. W festiwalu wzięło udział 180 autorów z 16 krajów, spotkania odbywały się głównie na scenach lwowskich teatrów, ja miałem spotkanie autorskie w Teatrze Woskriesinija, niedaleko Uniwersytetu, w jednej z pięknych secesyjnych kamienic. Czytałem po polsku fragmenty "Xenny" i "Melanży z Żyletką", a tłumaczka Bożena Antoniak przeczytała opowiadanie "Sylwia" we własnym przekładzie (tłumaczyła m.in. na ukraiński prozę Marka Krajewskiego). Przekład "Sylwii" ukazał się w towarzyszącej festiwalowi pięknie wydanej antologii.Byłem zdziwiony, bo na spotkanie przyszło sporo osób. Ze mną swoje utwory czytał Andrzej Kokotiuch, autor ukraiński – prozaik i scenarzysta, nie rozumiem dobrze języka ukraińskiego, ale jego utwory musiały być zabawne, gdyż sala co chwila wybuchała śmiechem. A przede wszystkim świetnie potrafi czytać.Festiwal był bardzo dobrze rozpropagowany, a same targi odwiedzała codziennie masa ludzi. Dla mnie była to także okazja do rozmów z ukraińskimi wydawcami i księgarzami, którzy mają dziś mniej więcej takie same problemy, jakie my mieliśmy 15 lat temu, kiedy książki trafiały do księgarń w komis, a głównym zmartwieniem wydawcy była egzekucja należności.A pomijając sam festiwal, Lwów jest cudownym miastem i szkoda, że spacerowałem jego ulicami w deszczu, który przez te cztery dni z rzadka tylko ustępował. Chwilą zadumy nad historią miasta była przechadzka alejami Cmentarza Łyczakowskiego, mijałem groby Konopnickiej, Zapolskiej, Ordona… – Dużo tu Polaków, na cmentarzu - poklepał mnie po ramieniu młody Ukrainiec i poczęstował papierosem, razem pojechaliśmy tramwajem w stronę placu, na którym stoi najwspanialszy na świecie pomnik Adama Mickiewicza. Z placu z pomnikiem Mickiewicza szedłem ulicą Kopernika, minąłem Pałac Potockich, gmach Ossolineum, skręciłem w ulicę Słowackiego by dojść na mój wieczór autorski. Jak te ulice przyjemnie się nazywają.

8 września 2008 o godz. 21:49

Ptak nakręcacz

Przeczytałem właśnie "Kronikę ptaka nakręcacza" Murakamiego, książkę dość starą, ale jakoś nie miałem wcześniej czasu po nią sięgnąć… I cóż, to jest właśnie to, co sam chciałem napisać. I teraz jestem w rozterce, zacząłem kolejny raz od początku pisać moją opowieść "We śnie", coraz bardziej jednak przekonany, że nic to nie da. Murakami przedstawił przenikające się światy – snów, podświadomości, reminiscencji i aktualnych wydarzeń, to wszystko świetnie zmiksowane, z klarownie poprowadzoną fabułą (co mi się nijak nie udawało, powstawały zlepki porozrywanych scen), silnie nacechowane emocjami, z wyrazistymi postaciami. Jednocześnie czytelnik do końca nie wie gdzie w "Ptaku nakręcaczu" przebiega granica pomiędzy snem a rojeniami, wyczuwa ją – tak samo jak bohater – jedynie intuicyjnie, bo tej jasnej granicy nie ma… Tak jak na codzień nie ma jasnej granicy pomiędzy naszymi snami a zdarzeniami, pomiędzy wspomnieniami a rzeczywistością, lękami a pragnieniami. Polecam, to najlepsza książka Murakamiego, książka, której mu bardzo zazdroszczę. 

27 sierpnia 2008 o godz. 17:37

Bezkarność mocarstw

To, co Rosjanie wyprawiają od kilku tygodni w Gruzji, napawa świat nie tylko niesmakiem, ale i słusznym niepokojem. Ignorancja rosyjskiego prezydenta, straszącego nową zimną wojną, prawdopodobnie obróci sie przeciwko Rosji, a politycznym efektem będzie m.in. wzrost wydatków na zbrojenia w USA i większa izolacja Rosji na międzynarodowej arenie. Najgorsze jest jednak to, że tak na prawdę świat nic nie może zrobić, poza niewiele znaczącymi gestami politycznymi (mimo wszystko, wielkie brawa dla władz Ukrainy za odważną solidarność z Gruzją). Tak samo świat jest bezradny, gdy Stany Zjednoczone uprawiają imperialną politykę międzynarodową gwałcąc suwerenność granic i narodów w imię własnych partykularnych interesów – strategicznych i gospodarczych.Nie wiele można, gdyż nikt nie chce być w otwartym konflikcie z mocarstwem (dotyczy to obecnie także Chin, które są potęgą porównywalną z Rosją). Nie jestem specjalistą w sprawach konfliktów międzynarodowych, nie trzeba być jednak ekspertem by wiedzieć, że Gruzini nie są bez grzechu, jednakże Rosja zachowuje się jak typowy imperator, który w granicach swoich wpływów chce "dzielić i rządzić". Niestety, obawiam się, że nikt i nic jej nie powstrzyma, a Gruzja będzie musiała pogodzić się z utratą Abchazji i Osetii Południowej (wystarczy spojrzeć na mapę, by zrozumieć, że oderwanie Osetii oznacza niekończący się konflikt, falę terroru na skalę konfliktu Pakistan-Izrael). Niezależnie od naszej bezradności, powinniśmy jednak – mam tu na myśli społeczność międzynarodową – głośno krzyczeć NIE, bo przecież taki sam los może spotkać niedługo Białoruś… a przecież i o odebraniu Ukrainie Krymu słyszymy coraz częściej. Wydawałoby się, że przykład Jugosławii pokazał światu, że czasem lepiej jest się trwale rozdzielić w imię pokoju i poszanowania praw drugiego narodu, a przykład Unii Europejskiej powinien być dla wszystkich rządów doskonałą lekcją budowania stabilnej jedności z poszanowaniem niezależności i inności. Władcom Kremla, jak i Waszyngtonu, jak i Pekinu, zajmie jednak jeszcze z pewnością wiele lat, zanim zrozumieją, że gwałt rodzi odwet. Jak to trafnie ujął zmarły w ubiegłym roku wybitny francuski filozof Jean Baudrillard: Terror rodzi terror. (…) Kiedy siła rośnie w siłę, nasila się także wola jej zniszczenia. I siła ta jest współwinna własnego zniszczenia ("Duch terroryzmu", Warszawa 2005). Niestety, ignorancja takich ludzi jak prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew niesie za sobą konsekwencje dla całego świata, który staje się mniej stabilny. Znów w wyniku zamachów terrorystycznych ginąć będą niwinni ludzie.

12 sierpnia 2008 o godz. 15:07

Moja ignorancja

Rosjanie bombardują gruzińskie miasta, w Chinach gospodarze zbierają jeden złoty medal za drugim, a mi właśnie jeden z Czytelników uświadomił, że chyba od dwóch miesięcy nie włączałem telewizora. Gazety nie czytałem jeszcze dłużej, do szczęścia w zupełności wystarcza mi serwis E-Prasa, w którym kilka lat temu wykupiłem abonament, i który codziennie dostarcza mi na skrzynkę pocztową około 50 artykułów z różnych gazet, wyłącznie na interesujące mnie tematy. Te tematy obracają się jednak wokół książek i literatury, a nie wokół wojen czy dajmy na to lekkoatletyki, więc czasem uzupełniam wiedzę przeglądając serwis wiadomości portalu Interia i strony internetowe "Rzeczpospolitej" (przez sentyment bo przez ponad 10 lat tam pracowałem). I oczywiście żal mi Gruzinów, oczywiście kibicuję Otylii Jędrzejczak, piłkarzom ręcznym i polskim siatkarzom, ale też prawda jest taka, że w gruncie rzeczy niewiele mnie to wszystko obchodzi, odkąd wróciłem z Albanii nie odrywam niemal nosa od monitora komputera, z narastającym poczuciem, że czas ucieka, a jest tak dużo do zrobienia. Zbyt dużo, bym mógł sobie pozwolić na śledzenie relacji z Tbilisi czy Pekinu. Życie bez wiadomości jest takie lekkie i przyjemne Życie ignoranta jest takie…

9 sierpnia 2008 o godz. 22:06

Kartka z Albanii (6)

/wp-content/uploads/2008/08/DSC07865

Ostatnia już kartka, więcej przeczytacie jak napiszę do przewodnika Pascala. Odwiedziłem w Albanii 49 miast i wiosek, przejechałem ten kraj wzdłuż i wszerz, w ostatniej kartce napiszę, co jest najbardziej warte zobaczenia oraz kilka słów o tym, co warto konsumować.

9 sierpnia 2008 o godz. 20:22

Kartka z Albanii (5)

/wp-content/uploads/2008/08/DSC07402

Napisałem o pięknej dziewiczej przyrodzie w Albanii, teraz trochę o ludziach. Równie nieskażonych jak górskie ostępy. To zaskakujące, że lata krwawego reżimu, który przecież dopiero co się skończył, nie zniszczyły w tych ludziach pogody ducha i życzliwości.

8 sierpnia 2008 o godz. 14:09

Kartka z Albanii (4)

/wp-content/uploads/2008/08/mini-DSC07960

Albania to wciąż niemal dziewiczy kraj, bez wątpienia ostatnia taka enklawa spokoju w Europie. Puste plaże, niemal puste drogi, brak problemów z noclegiem nawet w najpiękniejszych nadmorskich miejscowościach, gdyż turystyka jeszcze się tu nie rozwinęła. Myślę, że to kwestia dwóch, trzech lat i Albania stanie się takim samym kurortem, jakim jest Chorwacja, a wtedy kraj ten straci swój niezwykły, dziewiczy urok. Jedynym mankamentem są wszechobecne śmieci… Albańczycy to potworni śmieciarze, rzucają butelki, puszki i papiery gdzie popadnie, także do morza. W rezultacie można trafić na dziewiczą plażę pełną śmieci, które przyniosły na brzeg fale. Okropny widok!

6 sierpnia 2008 o godz. 22:46

Kartka z Albanii (3)

/wp-content/uploads/2008/08/DSC07428

Zmarły w 1985 roku Enwer Hodża był nie tylko najdłużej sprawującym władzę przywódcą komunistycznego państwa, ale też niewątpliwie najbardziej obłąkanym. Odizolował Albanię od całego świata (przez długi czas była w jednym blosku z Chinami – do dziś widać np. jeżdżące po wiejskich drogach traktory z wymalowanymi chińskimi literami), zakazał posiadania samochodów (w rezultacie nie rozwinęłą się sieć dróg, do dziś wiele dróg nie jest pokrytych asfaltem), wyburzył zabytki, nakazał natomiast budowę miliona bunkrów, co było nie małą inwestycją, zważywszy, że koszt budowy jednego z nich był porównywalny do budowy dwupokojowego mieszkania.

31 lipca 2008 o godz. 15:45

Kartka z Albanii (2)

/wp-content/uploads/2008/07/Tirana3

Tirana – jedna z najbrzydszych europejskich stolic, brzydszy jest chyba tylko Erewań, ale można się spierać czy to Europa czy już Azja. Mieszanka socrealistycznego monumentalizmu, nowoczesnych biurowców najczęściej należących do zachodnich banków (np. Raiffeisen) i samowolki budowlanej wzniesionej przez biednych mieszkańców. Architektoniczny chaos.

25 lipca 2008 o godz. 19:31

Kartka z Albanii (1)

/wp-content/uploads/2008/07/mini-DSC07288

Dojazd do Albanii zajął mi prawie trzy dni, jednak to kawał drogi! Pierwszą noc spędziłem na Węgrzech, drugą w Serbii, potem przebiłem się przez góry Czarnogóry (potwornie męcząca trasa) i dojechałem do Szkodry w Albanii.

20 lipca 2008 o godz. 22:57

Wybrałem Olsi zamiast Jarocina

/wp-content/uploads/2008/07/DSC07072

W tym roku zamiast na festiwal do Jarocina, pojechałem do Olsi, w Czechach, niedaleko miasta Tabor, jakieś 750 km od Warszawy… I warto było Czeskie festiwale są zupełnie inaczej organizowane niż nasze. Przede wszystkim ochrona jest po to by chronić imprezę, a nie zatruwać ludziom życie. W Polsce nie mogę wejść na koncert w skórze, bo ma ćwieki, no chyba, że koncert jest na skłocie… W Czechach nikomu nie przeszkadzała nawet obroża z ostrymi jak gwoździe ćwiekami. Nikt niczego nie zabrania, bo i nie trzeba – ludzie wiedzą jak się bawić i z natury jakoś nie robią bydła. Zabawne sytuacje miały miejsce pod sceną, gdy ktoś z tłumu wdzierał się na scenę by przez chwilę pobyć w bliskości zespołu, ochroniarze z uśmiechem od ucha do ucha zdejmowali go, czasem przybijali z delikwentem piątkę i zabawa trwała w najlepsze dalej. Dodajmy, że rzecz miała miejsce poza jakimkolwiek miastem, Olsi to biwak, pole namiotowe było za darmo, na miejscu gastronomia, na miejscu dystrybucja wszystkiego, czego punkowa dusza zapragnie… przyczepić się można jedynie o brak pryszniców.A festiwal, cóż, absolutna rewelacja. Kapele z czołówki scen punk, ska i rockabilly plus trochę reggae i trochę HC. Powiem tylko, że zagrali m.in. Vice Squad, Subhumans i Citizen Fish oraz z 50 innych kapel (w tym ciepło przyjęta Paprika Korps z Polski), było pięć scen, na każdej wykop przez blisko 12 godzin. Świetnie nagłośnione, zero obsów z czasem, wieczorem efekty świetlne. Hm, Jarocin niech sobie umiera, ja od tego roku mam zamiar być stałym bywalcem festiwalu Mighty Sounds w Olsi. To była czwarta edycja. Festiwal trwa trzy dni.

15 lipca 2008 o godz. 10:44

Wieczór z Lou Reedem

/wp-content/uploads/2008/07/DSC01785

Sala Kongresowa, parter, rząd 16, miejsce 31. Jak w teatrze. Panowie w garniturach, panie w sukniach (czy tam kostiumach; co za głupia nazwa na kreację), bo dla wielu Sala Kongresowa to przecież jak Teatr Wielki, zwłaszcza, że w teatrze nigdy nie byli, a teraz mają okazję. A Lou Reed ze swoim wielkim zespołem rzeczywiście dał przedstawienie. Oglądałem je z mieszanymi uczuciami. Wykonywany przez Lou Reeda „Berlin” to jedna z moich ulubionych płyt, ale też z żalem myślałem sobie, że wolałbym tego pełnego charyzmy barda, świetnego kompozytora, słuchać ponad 35 lat temu, kiedy grał z Doug i Billy Yule’ami oraz Sterlingiem Morrisonem w klubie Max’s Kansas City. Bardziej by tam pasował. 

7 lipca 2008 o godz. 12:04

Kabotyn Rotten, Sex Pistols dziady

/wp-content/uploads/2008/07/DSC00042

Wielkie rozczarowanie, tak bym w skrócie opisał występ Sex Pistols w Gdyni. Choć zasadniczo tego można się było spodziewać po występie na festiwalu Open’er, to jednak wracałem długą drogą do namiotu zniesmaczony… i dotąd mi nie przeszło. A najgorsze jest to, że zagrali bardzo fajnie, tyle, że patrząc na kabotyńskie gesty i miny Rottena i na znudzenie zdziadziałych pozstałych członków zespołu, doszedłem do bardzo smutnego wniosku, że punk umiera, skoro jego ikoną są żałośni kabotyni grający na festiwalu dla złotej polskiej młodzieży i dla rodziców, bo akurat w namiocie, w kórym grało Sex Pistols średnia wieku w tłumie to było jakieś 40 lat.