5 czerwca 2014 o godz. 22:13

Buntownik się starzeje

W numerze 3-4/2014 "Notesu Wydawniczego" powieść "Kobiety to męska specjalność" jest wybrana "książką numeru". W artykule pt. "Buntownik się starzeje" recenzuje Kuba Frołow.


Czy najnowsza powieść Łukasza Gołębiewskiego wnosi coś nowego do katalogu dzieł i dziełek, które powstały na fali zainteresowania „różową” literaturą? I nie, i tak. Kolejna partnerka/partner, kolejny stosunek, kolejne akcesorium (u tego autora niekoniecznie)… Wystarczy wyobraźnia i w miarę porządny warsztat (ten pisarski). Myślę, że „Kobiety to męska specjalność” (nawiązanie do jednej – a nawet dwóch – książek Charlesa Bukowskiego wydaje się jak najbardziej na miejscu) może zginąć w oceanie „Greyopodobnych” literackich dokonań. Z drugiej jednak strony na korzyść Gołębiewskiego przemawia fakt, że nie wyskakuje on niczym królik z kapelusza – jest to jego już bodaj ósmy utwór prozatorski (nie licząc literatury „turystycznej”, nie mówiąc już o branżowej), co więcej czwarty o zabarwieniu erotycznym. Idźmy dalej – książki z tej dziedziny pisane są najczęściej przez kobiety, co na tym tle także go pozytywnie wyróżnia (podobnie jak to, że jest nie jest autorem zagranicznym – będące pod wpływem jego twórczości czytelniczki bez trudu się z nim skontaktują, niektórym może nawet „pan pisarz” odpisze, grzecznie acz stanowczo dając kosza).
Tyle ogólników. Jaka jednak ta książka jest? Hm, z jednej strony podobna do poprzednich z tzw. nurtu buntowniczego (trzy pierwsze, „Xenna moja miłość”, „Melanże z żyletką” i „Disorder i ja”, nazwane zresztą zostały „brudną trylogią”). Z grubsza wiadomo, o co chodzi: seks and drugs and rock’n’roll. Z drugiej – mocno od nich odstająca. Eksponująca bohatera, alter ego Gołębiewskiego, zdecydowanie doroślejszego. Choć nie jestem pewien, czy dojrzalszego. To nie imprezowicz, a samotnik celebrujący swą samotność. Mieszka z ukochaną kotką i dobrze mu z tym. Goście (głównie płci odmiennej, bo nie zawsze pięknej), jeśli się pojawiają, szybko znikają, pozostawiając nie zawsze miłą gospodarzowi woń. Kobiety stanowią sposób na konieczny do uzupełnienia fizjologiczny niedobór. Traktowane są zgoła instrumentalnie – chociaż bywa, że nie bez emocji. Niechętnie oglądane o poranku irytują – pytają o kawę, której zapachu bohater nie znosi, przeszkadzają w pracy, a czasem po prostu… nadal TU są. W takim życiu nie ma miejsca na stałą partnerkę, nawet jedną z kilku. Pisarz, facet po czterdziestce, nie akceptuje tak daleko idącej ingerencji w pielęgnowaną przez siebie prywatność, którą określają rutynowe (choć wykonywane z zaangażowaniem, by nie powiedzieć z pasją) czynności jak karmienie i mizianie kotki, praca nad nową powieścią czy delektowanie się dwunastoletnim Ballantine’sem, bez porównania lepszym niż Finest i bez porównania tańszym niż siedemnastoletni… I tu kolejny wątek.
Zamiast chlania na umór mamy dziś delektowanie się wyrafinowanymi trunkami, które Gołębiewski (prywatnie ich pasjonat) opisuje z wielkim znawstwem i pieczołowitością. Wlewam oleisty alkohol o barwie mokrej dębowej kory do dużego kieliszka z mocnego hartowanego szkła. Celebruję. Kładę na sitku kostkę brązowego trzcinowego cukru, podpalam absynt i czekam, aż ścieknie rozgrzany karmel. Trunek ma zachwycający aromat, wrzosowo-iglasty, szałwiowo-piołunowy, niemal nie czuć anyżu. W ustach przyjemne ciepło. Czytam, że jest tu 35 mg tujonu na litr, czyli ponad trzykrotnie więcej, niż zwykło się przyjmować za dawkę obojętną dla układu nerwowego. To mi się bardzo podoba. Nastawiam na gramofonie siedmiocalowego singla The Adolescents z 1980 roku. To takie staroświecko pogodne, a zarazem młodzieńczo proste. Osobiście nie wyobrażam sobie podobnego passusu jeszcze kilka lat temu. Raczej refleksję z porannego opróżniania butelki z pozbawionego już gazu, ciepłego piwa, bywa że z petem w środku.
Nie wiem jak Państwo, ale ja kupuję takiego nowego Gołębiewskiego. Jako pisarza, rzecz jasna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

8 kwietnia 2019 o godz. 18:01

Kartka z podróży (8) Wizyta w Distillerie Trentine SAS

Distillerie Trentine-003

Destylarnia powstała w 1864 roku w miasteczku Mezzocorona. Dzisiaj w rękach piątego pokolenia, firmą kieruje Fabio Andreis wraz z żoną. W 1998 roku wybudowali nowy zakład na przedmieściach, pod pnącą się pionowo czarną skałą, która jest ulubionym miejscem tutejszych paralotniarzy. Zdarza się, że któryś z nich ląduje na dachu destylarni.

7 kwietnia 2019 o godz. 21:39

Kartka z podróży (7) Wizyta w destylarni Bertagnolli

Bertagnolli-004

Distilleria Bertagnolli została zbudowana niemal naprzeciwko stacji kolejowej w miasteczku Mezzocorona, w Trydencie. U podnóża surowych, czarnych, niemal wyrastających pionowo skał – gór o tej samej co miasteczko nazwie. To nowy, duży zakład, jednak początki firmy sięgają 1870 roku, kiedy potentat ziemski i właściciel wielkich winnic, Edoardo Bertagnolli, ożenił się z Giulią de Kreutzenberg, córką farmaceuty. Tak połączyły się winogrona i sztuka destylacji, jak to ujmuje rodzinna historia. Destylarnia została nazwana Premiata Distilleria G. Bertagnolli, na cześć Giulii. W 1886 roku uzyskali kontrakt na dostarczanie alkoholi na dwór królewski Habsburgów.

7 kwietnia 2019 o godz. 08:51

Kartka z podróży (6) Villa de Varda

Villa de Varda-009

Rodzinny producent wina i grappy oraz likierów z Trydentu, z miasteczka Mezzolombardo. Marka należy do rodziny Dolzan, nazwa pochodzi od posiadłości de Varda. Jak podają, uprawiali w regionie winogrona już w XVII wieku, początki datują się na 1678 rok. Destylarnia funkcjonuje od pięciu pokoleń. Do lat 80. XX wieku butelkowali grappy pod własnym nazwiskiem Dolzan. Dopiero kiedy kupili pałacyk zasłużonego dla regionu starego rodu Varda, zmienili też nazwę produktów. W pałacyku znajduje się dzisiaj destylarnia, a w jego piwnicach leżakują beczki z grappą. Jest tu także urocze muzeum historii grappy i winiarstwa w Trydencie, zgromadzono ok. 1600 eksponatów i blisko 300 starych dokumentów.

6 kwietnia 2019 o godz. 22:22

Kartka z podróży (5) W destylarni Walcher

Walcher-015

W 1966 roku Alfons Walcher uruchomił na rodzinnej farmie małą destylarnię z prostym alembikiem. Farma o niemieckiej nazwie Turmbachhof należy do rodziny Walcher od dziewięciu pokoleń i ulokowana jest w regionie winiarskim, w miasteczku Appiano, w Górnej Adydze. Proces destylacji odbywał się w XIII wiecznej wieży, która znajduje się na terenie należącym do rodziny Walcher.

6 kwietnia 2019 o godz. 08:48

Karta z podróży (4) Wizyta u Psennera

Psenner-039

Drugi po Ronerze największy producent grappy i owocowych destylatów w regionie Górna Adyga, zresztą obydwie destylarnie położone są po sąsiedzku, przy tej samej drodze w miasteczku Tramin, w odległości około dwustu metrów od siebie.

5 kwietnia 2019 o godz. 22:32

Kartka z podróży (3) Z wizytą u Ronera

Roner-014

Roner to jedna z najważniejszych marek na włoskim rynku producentów grappy i owocowych brandy. Mieszczą się w Górnej Adydze, u podnóża Alp, w pięknym otoczeniu winnic i sadów owocowych, w małym miasteczku Tramin, które uważane jest za miejsce, w którym po raz pierwszy zaczęto świadomie uprawiać szczep gewürztraminer.

5 kwietnia 2019 o godz. 08:23

Kartka z podróży (2) Wizyta w Borgo Vecchio

Borgo Vecchio

W kotlinie Alp, nad rzeką Brenta, przy drodze SS47 leży mała rodzinna destylarnia Borgo Vecchio – producent grappy z Ospedaletto w Trydencie. Przez przeszkloną salę z alembikami rozpościera się widok na alpejskie szczyty.

4 kwietnia 2019 o godz. 17:13

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover 26

Ukazał się nowy numer (2/2019) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

4 kwietnia 2019 o godz. 16:46

Kartka z podróży (1) Winnice Górnej Adygi

Roner-068

Północy region Włoch, zdominowany przez pasma wysokich Alp, w dolinie ciągnie się rzeka Adyga oraz winnice, które zajmują prawie każdy wolny skrawek ziemi. Winnice i sady owocowe, zwłaszcza jabłonie i grusze, drzewka owocowe zwykle poprzedzają winnice, te ciągną się ku wzgórzom.

24 marca 2019 o godz. 22:56

Wymęczone zwycięstwo

68017

Mecz Polska-Łotwa w Warszawie zaczął się od ataków Łotyszy. Już w drugiej minucie Szczęsny musiał interweniować. Po kilkunastu minutach gra się wyrównała, potem Polska zaczęła przeważać, ale przeciwnik grał bez kompleksów, a my bez pomysłów. W 36. minucie Lewandowski trafił w słupek, poza tym Polska groźnych sytuacji w pierwszej połowie nie stworzyła. Na domiar nieszczęścia nasi obrońcy sprawiali wrażenie, jakby nie nadążali. W drugiej połowie gra się poprawiła, choć przez długi czas brakowało skuteczności, mieliśmy też sporo szczęścia, że nie straciliśmy gola po akcji sam na sam Karasausksa, ach te nazwiska. Gra zaczęła się jakby lepiej układać po wejściu Błaszczykowskiego. W 77. minucie Lewandowski głową strzelił bramkę po bardzo dobrym podaniu Recy. W 85. minucie strzelił Glik, po tym jak bił z rzutu rożnego Błaszczykowski. Wygraliśmy 2:0, ale męczyliśmy się strasznie. To nie jest ta sama drużyna, która tak dobrze sobie radziła na poprzednich Mistrzostwach Europy. Jest jakaś niemoc, jakaś ślamazarność. Obrona grała słabo, na szczęście przeciwnik nie potrafił egzekwować swoich szans. Jakie wnioski z tego meczu? Na pewno więcej wnosi w ataku Piątek od Milika. Klich jest słabym punktem w pomocy, z obrońców dobrze grał tylko Glik. Wygraliśmy, ale tak naprawdę przeciwnik był mało wymagający. Zresztą podobnie jak i wcześniej Austria.