2 lutego 2012 o godz. 14:20

Book is Dead

/wp-content/uploads/2012/02/literadar-15-small

Ukazał się 15. numer BiblioNETkowego magazynu o książkach "Literadar", a w nim m.in. obszerny wywiad z Łukaszem Gołębiewskim pod tytułem "Book is dead?". W rozmowie znalazło się m.in.  miejsce na podsumowanie sytuacji na polskim rynku książki w 2011 roku, perspektyw dla książki papierowej i elektronicznej oraz twórczości pisarskiej bohatera wywiadu. 

Literadar: Jaki był rok 2011 dla branży wydawniczej?
Łukasz Gołębiewski:
Można powiedzieć, że był najgorszy od czasów zniesienia cenzury i limitów na papier. Jeszcze nigdy nie było tak dużego spadku sprzedaży książek. Wyniósł on, według wstępnych szacunków, co najmniej 8%. Ponadto towarzyszył mu znaczący wzrost cen książek, wynoszący około 12%, a VAT na książki wyniósł 5%, czyli widzimy, że ceny książek wzrosły znacznie powyżej podatku VAT.
L: Jaka jest w takim razie przyczyna dekoniunktury? VAT? Pazerność wydawców?ŁG: Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka i VAT nie jest jedyną, choć przyszedł w najgorszym możliwym momencie – gdy przed książką stają zupełnie nowe wyzwania, choćby digitalizacja, która rewolucjonizuje ten rynek. Badania pokazują, że czytelnictwo od wielu lat spada i wrażliwość inteligencji na wzrost cen książek jest znacząca.
L: Mówi się, że od lat dziewięćdziesiątych wydawcy ubrdali sobie, że cały czas funkcjonują w warunkach kryzysu. ŁG: Lata dziewięćdziesiąte nie były kryzysem dla wydawców, a dla księgarstwa. Pojawiły się alternatywne kanały dystrybucji i sprzedaż książek w tamtym okresie cały czas rosła, tyle że nie poprzez księgarnie. Cały czas obserwowaliśmy wzrost, choć księgarze go nie dostrzegali. Dlatego zawsze byli oni grupą tworzącą ferment, powtarzającą, jak mało się czyta i kupuje książek.
L: Na naszych oczach upadają kolejne wydawnictwa.ŁG: W 2011 roku upadły Wydawnictwa Naukowo-Techniczne i Wiedza Powszechna, obydwa były reliktami poprzedniej epoki, tak jak bliski bankructwa Państwowy Instytut Wydawniczy. Te firmy powinny były być dawno temu sprywatyzowane, zrestrukturyzowane. Prywatne wydawnictwa, choćby niszowe, radzą sobie – fakt, że często z trudnościami, często dzięki pasji ich właścicieli, czasem ze stratą, czasem z minimalnym zyskiem. Patrząc z perspektywy lat na przeobrażenia rynku pamiętajmy, że pojawiły się zachodnie wydawnictwa zajmujące się przygotowywaniem słowników, czy podręczników do nauki języków obcych. Mimo wszystko mamy coraz większy wybór tytułów.
L: W 2011 roku widać było mniej nowych tytułów.ŁG: To prawda, ale pamiętajmy, że rynek książki jest tylko częściowo rynkiem nowości. W dużej mierze to rynek tzw. „evergreenów”, tytułów wielokrotnie wznawianych, pozostających cały czas w ofercie. Tacy autorzy jak Hemingway, Faulkner czy Miłosz zawsze powinni być na półkach księgarskich.   Dodruki sprzed 2011 roku miały stawkę 0%, a nowe wydania 5%. Spowodowało to ogromne zamieszanie. Księgarze nie chcieli brać tych nowych dodruków, gdyż mieszały się rekordy w programach obsługujących sprzedaż, trzeba było przemetkować wszystkie ceny, przeprowadzić remanenty itd. W efekcie sprzedaż do maja 2011 roku funkcjonowała bardzo słabo.
Kolejnym powodem niskiej sprzedaży była decyzja wydawców o zmniejszeniu liczby wydawanych nowości. Wiele książek zaplanowanych na 2011 rok wypadło z oferty i prawdopodobnie ukaże się w tym roku, co daje nadzieję, że 2012 będzie trochę lepszy. W gruncie rzeczy było bardzo niewiele książek, które by się sprzedały w wyraźnie wysokich nakładach.
L: A te, które się sprzedawały, ukazały się pod koniec roku.ŁG: W dużej mierze tak. Jednak nie było takich wydarzeń, czy społecznych debat wokół książki, jak w latach poprzednich. Zwłaszcza dotyczy to beletrystyki, dla której, można powiedzieć, był to rok zupełnie stracony. Nie było żadnych ważnych premier, a te książki, które osiągały najwyższą sprzedaż stanowiły dodruki z lat poprzednich albo książki fantasy, jak George R.R. Martin. Ale nie oszukujmy się, Martin to nie jest literatura, którą by się interesowała krytyka, wokół której byłby jakiś szum w mediach. Ma swoich wiernych odbiorców, ale w wymiarze debaty publicznej o książkach, tego typu literatura nigdy nie funkcjonowała i nie funkcjonuje. Zresztą nawet tego nie potrzebuje.
L: Czyli najbardziej po uszach dostała beletrystyka?ŁG: Między innymi. Również – i to kolejny rok z rzędu – publikacje referencyjne, czyli encyklopedie i słowniki. W świetle badań przeprowadzonych kilka lat temu przez „Nature”, porównujących Wikipedię z Britannicą, która notabene zbankrutowała, w Wikipedii jest o 4% więcej błędów, jednak Wikipedia poprawia je w ciągu miesiąca, a Britannica czeka dwa  lata na nowe wydanie papierowe. Brockhaus, najstarsza po Laroussie encyklopedia europejska, także zbankrutowała w 2010 roku. Podsumowując, rynek encyklopedii i słowników papierowych się w zasadzie skończył
L: Rozumiem, że niedługo na półkach naszych rodaków Kopalińskiego zastąpią wazony?ŁG: Owszem. Mało tego, lada moment znikną także wydania klasyki w formie papierowej. Może kupujemy jeszcze takie pozycje po to, żeby sobie ładnie umeblować regał. Równie dobrze można by tam wstawić atrapy, gdyż do tych książek się nie zagląda.
L: Czytelnictwo przeniesie się do Internetu, w którym treść dość powszechnie jest uważana za darmową?ŁG: Zastanówmy się, za co możemy oczekiwać od czytelnika pieniędzy w Internecie? Tylko za treść, do której obowiązują prawa autorskie. Oczywiście istnieją różne platformy pozwalające pozyskać skany książek w sposób nielegalny. Z mojego punktu widzenia jest to złodziejstwo, a z punktu widzenia kultury szkodnictwo, bo choć dostęp jest szerszy, to kultura nie przetrwa, jeśli twórcy nie będą wynagradzani.
L: A czy nie jest tak, że ci sami ludzie, którzy teraz czytają książki ściągane z sieci, za kilka lat, będąc już wykształciuchami, zaczną je kupować?ŁG: Niezależnie od społecznej roli dostępności do bezpłatnych treści, z biznesowego punktu widzenia nie ma wątpliwości, że nie można rozdawać za darmo czegoś, czego wytworzenie dużo kosztuje, chyba że ma się inne źródła dochodu. Być może za kilka lat dojdzie do sytuacji, w której wszystkie treści będą darmowe, a koszty poniosą na przykład providerzy telefonii komórkowych, którzy wezmą na siebie honoraria autorów książek publikowanych w ten sposób. Nie może to jednak być model finansowy typu Chomikuj.pl.
L: Rozmawiałem z pewnym znanym w branży wydawniczej konsultantem, który stwierdził, że książki w Polsce są za tanie. Co Pan o tym sądzi?ŁG: Znam tę tezę Jacka (Jacek Włodarczyk, właściciel firmy Book Media Research przyp. red.) i się z nią nie zgadzam. Powtarza ją od dwudziestu lat i faktycznie, dwie dekady temu książki były za tanie, ale do dziś zdążyły trzykrotnie zdrożeć i aktualne ceny są porównywalne do tych w innych krajach, odpowiednio do zarobków inteligencji. W Polsce ceny książek pozostają na poziomie dającym wydawcy oraz księgarzowi w miarę godziwy zarobek. Z drugiej strony ogromnie wzrosła podaż taniej książki, co widać na przykładzie ubiegłego roku. Ten trend hamował wydawanie nowych pozycji, gdyż czytelnicy zamiast kupować w drogich księgarniach szli na tanią książkę, gdzie mieli do wyboru 20-30 tysięcy różnych tytułów, w tym bardzo wartościowych, dostępnych już za 10 złotych.
L: Czy uważa Pan, że powinna powstać regulacja zakazująca sprzedaży książek poniżej określonej ceny?ŁG: Pewne regulacje byłyby na miejscu, ustawa o książkach jest nam potrzebna. Jej podstawowym założeniem winno być wprowadzenie obowiązku nadruku ceny na okładce przez wydawcę. Obecnie księgarz może przylepić własną metkę, co prowadzi do dezorientacji wśród klientów, którzy nie są w stanie oszacować wartości danego tytułu. Oczywiście, dalej należałoby pozostawić pole  dla kilkunastoprocentowych promocji i obniżek cen, ale nie mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której książka schodzi za kwotę zbliżającą się do kosztów wydruku.
L: W USA mieli się niesprzedane książki.ŁG: Owszem, ale również tam wydawcy się wściekają na politykę firmy Amazon, sprzedającej książki w zasadzie po kosztach zakupu. U nas podobna sytuacja ma miejsce z bestsellerami, ponieważ sieci supermarketów sprzedają tytuły za połowę ceny księgarnianej. To polityka szczególnie irytująca dla księgarza, który nie może sobie pozwolić na tak wysoki rabat.
L: Jest Pan entuzjastą digitalizacji i ebooków?ŁG: Nie jestem entuzjastą, raczej realistą. Czytam książki na papierze, ale zdaję sobie sprawę, że papier nie ma szans przetrwać również z ekonomicznego punktu widzenia. Można oczywiście mówić o przyjemności korzystania z książki papierowej – zapach farby drukarskiej, szelest kartek, można ją postawić na półce, ale książka cyfrowa daje nam dodatkowe elementy, np. wewnątrztekstowe przeszukiwanie treści i szybkie lokalizowanie cytatów. W czasach przeglądarek internetowych chcemy z takiej funkcji korzystać. Nie wyobrażamy sobie, że mielibyśmy pójść do biblioteki i wertować dzieła w poszukiwaniu jednej frazy.
L: Jednak, o ile wiem, ebooki nie są edytowalne, pozwalając na swobodne manipulowanie tekstem?ŁG: Zgadza się i jest to nieszczęście, niemniej mamy obecnie okres przejściowy. Za kilka lat nikt nie będzie wykorzystywał zabezpieczeń na plikach, zniechęcających do korzystania.
L: Kto jest winien temu, że książki cyfrowe obciążono 23% VAT?ŁG: Winne jest, moim zdaniem, Ministerstwo Finansów. Interpretuje sprzedaż książki drogą elektroniczną jako usługę, stąd stawka 23% VAT. To interpretacja absurdalna, lecz zgodna z przepisami UE. Wydaje mi się, że jeszcze w tym roku się to zmieni, ponieważ ten temat jest szeroko dyskutowany na forum UE. Biorąc pod uwagę, że obecna stawka sprzyja piractwu, nie ma żadnego społecznego, ani fiskalnego interesu w tym, aby podtrzymać obecną stawkę VAT. W ogóle obciążanie podatkiem VAT książek nie ma w skali budżetu żadnego znaczenia, bo pamiętajmy, że wartość rocznej sprzedaży książek jest mniejsza niż roczny obrót pojedynczej spółki PKN Orlen. Książki są bardzo ważne z punktu widzenia nauki, oświaty i kultury, ale z punktu widzenia biznesowego, czy podatkowego stanowią absolutny margines. Nie oszukujmy się, że ta branża odgrywa jakąkolwiek gospodarczą rolę.
L: Kto robi w Polsce biznes na książkach? ŁG: Dwie grupy wydawców. Pierwsza to wydawnictwa specjalizujące się w podręcznikach szkolnych, bo dzieci muszą kupić podręczniki. Druga to wydawcy publikacji fachowych, dostarczających treści na przykład prawnikom – to bardzo wdzięczna grupa, bo cały czas zmieniają się ustawy, trzeba im zapewnić nowe książki i oni te książki kupują.
L: A co z beletrystyką? Czy może Pan wskazać prężnych i dobrze zarabiających wydawców? ŁG: Jeśli chodzi o beletrystykę, to bardzo specyficzny i nieprzewidywalny obszar rynku. Znając populację uczniów można przewidzieć, ile w danym roku sprzeda się podręczników, natomiast trudniej ustalić, ile zejdzie książek Grocholi, nie wspominając już o książce debiutanta, nawet odpowiednio zareklamowanego. Rynek książki właściwie kształtują bestsellery. W latach sprzedaży serii Harry Potter jeden tytuł potrafił dołożyć 25-30 milionów złotych do rynku beletrystyki, który w całości był wart około 300 milionów. Fabrykami bestsellerów są z pewnością: Znak – absolutny lider, Albatros, Wydawnictwo Literackie, Prószyński i Spółka oraz Świat Książki. Oprócz tego Rebis, Zysk i S-ka, Amber, ostatnimi laty Czarna Owca czy W.A.B., w zeszłym roku przejęte przez Empik. Co ciekawe, bardzo mały wydawca może odnieść sukces w gruncie rzeczy nie dysponując ani kapitałem, ani doświadczeniem redaktorskim, ani jakąkolwiek „backlistą” (już wydanymi, funkcjonującymi na rynku tytułami przyp.red.). Przykładem może być wydawnictwo Drzewo Babel. Jego właścicielka, Basia Stępień, pojechała do Paryża. Tam na targach książki poznała Paulo Coelho, zapragnęła wydawać jego książki i dzięki Alchemikowi odniosła wielki sukces. Drugim przykładem jest Świat według Clarksona, bestseller firmy Insignis. Właściwie każdego roku można znaleźć kolejną osobę, która znikąd pojawia się w tej branży i nagle jej się z czymś udaje. Przecież Harry’ego Pottera wydało małe wydawnictwo Media Rodzina, a nie  Znak, czy inna wielka firma. Musierowicz jest w maleńkim wydawnictwie Akapit Press, Chmielewska w wydawnictwie Klin, Sapkowski w wydawnictwie Nova. Często ci autorzy, którzy się znakomicie sprzedają, są związani z bardzo małymi oficynami, budując ich pozycję. Bez nich te firmy praktycznie by nie funkcjonowały. To pokazuje dużą atrakcyjność branży. Jeżeli ma się szczęście, „nos wydawniczy”, nawet bez dużego kapitału można wejść na rynek i odnieść sukces.
L: A tego „nosa” da się nauczyć, czy to jest dar?ŁG: [śmiech] Podręczniki dotyczące rynku wydawniczego twierdzą, że w 80% to dar i oczywiście dużo szczęścia.
L: Wracając do podsumowania roku. Zawierucha wokół Empiku była istotna, czy to raczej rozdmuchana sprawa?ŁG: Empik odgrywa niesłychanie ważną rolę, zwłaszcza jeśli chodzi o sprzedaż literatury pięknej. Dzięki sieci ponad stu księgarń w całej Polsce nie tylko sprzedaje dużą część, bo około 20% wszystkich nakładów, ale jednocześnie kreuje w jakiejś mierze gusta i buduje popularność książek. Tytuły, które się dobrze sprzedają w Empiku, automatycznie zaczynają się dobrze sprzedawać gdzie indziej dlatego, że wszyscy podglądają „Top 10” Empiku. Książki, które znajdują się na ich liście od razu są zamawiane przez hipermarkety, bo kupcy w hipermarketach mają dużo gorsze rozeznanie w rynku książki. Wystarczy jednak, że popatrzą, co schodzi w Empiku i od razu wiedzą, iż prawdopodobnie te książki u nich też będą się dobrze sprzedawać. Dziennikarze też przedrukowują listy bestsellerów Empiku. Jeśli książka dobrze się tam sprzedaje, to w zasadzie sygnał dla czytelników, że warto po tę książkę sięgnąć.
L: A czy są jakieś przeboje, które w Empiku leżą, a gdzie indziej sprzedają się doskonale?ŁG: Jeżeli chodzi o literaturę piękną to w gruncie rzeczy takich nie ma, chyba że Empik pokłóci się z którymś z wydawców i wtedy okresowo dana książka może nie być dostępna. Nie chodzi tylko o fachowość kupców – choć zatrudniani są tam wysokiej klasy specjaliści – wydawcy sami bardzo dbają o to, by ich książki trafiły do Empiku. Wiadomo, jaką sławą cieszy się Empik: firmy, która źle płaci i ma siłę, aby dyktować warunki. Empik zachowuje się tak, jak duże sieci hipermarketów, np. warunkując wystawienie książek na półce od opłacenia drogich reklam w gazetce lub ekspozycji, dyktując wysokość rabatów, czy wymuszając czasową wyłączność na dany tytuł. Taka postawa denerwuje tak wydawców, jak i innych księgarzy, tracących klientów na rzecz Empiku. Mimo tego niezadowolenia z silnej pozycji firmy na rynku nigdy się nie zdarzyło, aby wydawcy solidarnie przeciwko niej wystąpili.
L: W 2011 roku. Empik przejął trzy wydawnictwa: W.A.B., Buchmanna i Wilgę. To ważna zmiana?ŁG: Oczywiście tak, choć bardzo trudno jest teraz oceniać, co z tego dalej wyjdzie. Teoretycznie można patrzeć na to jak na zagrożenie, najbardziej atrakcyjne miejsca sprzedażowe w salonach Empiku być może zajmą książki wydawców należących do firmy. A trzeba pamiętać, że umiejscowienie książki ma znaczenie.

***
L: Dlaczego krytyka nie interesuje się poczytną beletrystyką? ŁG: Krytyka interesuje się książkami z górnej półki, ponieważ krytycy sami są z górnej półki.
L: Ale to krytycy najpierw decydują, które książki trafiają na górną półkę, kierując gusta ambitnych czytelników na określone, niekoniecznie wartościowe tytuły.ŁG: Krytycy na całym świecie zadzierają nosa. Jest pewien gatunek literatury, który – z góry wiadomo – będzie się cieszył ich zainteresowaniem.
L: Dlaczego w takim razie nie ma rozpoznawalnych krytyków interesujących się popularnymi, łatwymi w odbiorze pozycjami i autorami?ŁG: Po pierwsze dlatego, że nie licząc fantastyki, do niedawna nie funkcjonowały media udostępniające łamy krytyce zainteresowanej lżejszą literaturą. Poza tym wykształcenie polonistyczne, pewna kultura związana z edukacją uniwersytecką, ma wpływ na późniejsze gusta krytyków. Natomiast dzisiaj sytuacja jest trochę inna. W porównaniu do głosów samych czytelników krytyka literacka ma bardzo nieduży wpływ na sprzedaż książek. Dużo bardziej liczą się wypowiedzi na Biblionetce, Merlinie, czy stronie Empiku. Może w Polsce zmiana roli krytyki nie jest jeszcze tak odczuwalna, jak na Zachodzie, ale jeśli spojrzymy np. na Amazon.com, posiadający niebywale bogatą bazę recenzji pisanych przez klientów nie będących fachowymi krytykami, zdamy sobie sprawę, że to ich opinie decydują o sprzedaży, a nie to, czy książkę opisano na prestiżowych łamach New York Times Books Review. Zmiany w mediach postawiły nas w punkcie, w którym nikt nie czyta już sążnistych recenzji, czy analiz krytyczno-literackich, sięgając do komentarzy pojawiających się na portalach pokroju Biblionetki.
L: Wspomniał Pan Amazon. Godot jednak nadchodzi?ŁG: Tak naprawdę nie wiadomo. Jeśli Amazon ma wejść na polski rynek, to na pewno nie wejdzie sam, tylko kogoś kupi, np. Merlina, którego nie zdołał kupić Empik, lecz summa summarum niewiele się zmieni. Nie wydaje mi się, żeby Amazon stanowił realne zagrożenie dla już funkcjonujących, silnych sprzedawców. Amazon wchodziłby jako trzeci gracz i trudno by mu było odebrać klientów pozostałym dwóm. A nawet, gdyby odebrał, dla przeciętnego czytelnika nie ma znaczenia, czy książka przychodzi do niego z Merlina, czy z Amazonu – grunt, by przyszła szybko i w dobrym stanie. Nawet walcząc jakością obsługi, Amazon nie przeskoczy Empiku, szczycącego się dużą siecią sprzedaży oraz punktami odbioru we wszystkich większych miastach.
L: Jakie jeszcze wyzwania, poza Amazonem, czekają branżę wydawniczą w 2012?ŁG: Największe wyzwanie to z pewnością digitalizacja i spadek atrakcyjności – zwłaszcza cenowej – książki drukowanej. Jednak, aby e-booki wyparły książkę tradycyjną potrzebne jest tanie, a najlepiej bezpłatne urządzenie do czytania.
L: A który czytnik wygra?ŁG: Moim zdaniem nie wygrają czytniki typu Kindle, ale tablety, a największe szanse ma Apple. Ta firma potrafi produkować fajne gadżety i zdobywać sympatię użytkowników. Moda na urządzenia Apple’a oraz interesujący design mają tutaj decydujące znaczenie, choć nie wiadomo jak będzie po śmierci Steve’a Jobsa.
L: Co z audiobookami?ŁG: Ich popularność wzrosła w ostatnich latach dzięki rozwojowi telefonii komórkowej. Powoduje to, że słuchanie audiobooków stało się niezwykle wygodne. A wracając do czytania na ekranie – urządzenia oferowane obecnie dają duży komfort lektury. Pytanie, czy sprzęt typu i-pad oraz inne tablety będą oferowane przez operatorów sieci komórkowych na warunkach atrakcyjnych abonamentowo dla czytelników. Myślę, że na gwiazdkę 2012 ludzie będą się masowo zaopatrywać w tablety.

***

L: Pisze Pan powieści dla zbuntowanej młodzieży, jednak wydaje się, że ma cokolwiek lekceważący stosunek do swojej twórczości?ŁG: Twórczość literacka cały czas mnie bawi. Przyjemnie jest spędzać kilka tygodni w roku w świecie wyobraźni. Jednak ten stan nie może trwać przez dwanaście miesięcy. Potem muszę zająć się zarabianiem na życie. Nie oznacza oznacza to jednak, że nie traktuję serio moich czytelników. Prowadzę dla nich bloga, widuję na spotkaniach autorskich, odpisuję na wszystkie listy i generalnie staram się pisać książki, które mają szanse ich zainteresować.
L: Gdybyśmy sobie zadali trud zaklasyfikowania gatunkowego pańskich powieści to …ŁG: … pewnie byśmy powiedzieli, że to powieści obyczajowe, z elementami erotyki i punk rockową playlistą w tle.
L: A dla kogo Pan pisze?ŁG: Piszę dla młodych, zbuntowanych ludzi, niezależnie od płci, choć tworząc mam na myśli głównie piękne dziewczyny.[śmiech] W każdym razie na pewno nie dla pań w sanatoriach.
L: Dla punków też? Czytając pańskie książki, odniosłem wrażenie, że raczej ociera się Pan tylko o te klimaty. Jak pracujący w mieście syn, który przyjeżdża na kilka dni do rodziny na wsi. W końcu prowadzi Pan firmę, jest konsultantem, robi biznes. Mało punkowo, w garniturze.ŁG: Może trochę tak jest, choć garnituru w ogóle nie mam. Wydaje mi się, że jeśli człowiek wie, co chce robić w życiu i robi to rzetelnie, może sobie pozwolić nawet na ekstrawagancję określonego stroju, czy konkretnych poglądów. Z drugiej strony, jakkolwiek mało punkowo to zabrzmi, na taki luksus trzeba sobie zapracować. Jeśli mając dziewiętnaście lat zdecydujesz, że masz wszystko gdzieś, świat odpłaci ci tym samym.
L: Rodzice tych dziewczyn [Pana czytelniczek] powinni być Panu wdzięczni? One zamiast giganta, tłamszenia się po pijaku w piwnicy z byle kim, kirania, sznitowania i szlajania po Polsce,  mają erzac w postaci Pana książek.ŁG: Nie jestem pewien. Myślę, że jedno drugiego nie wyklucza. W każdym razie nie mam misji pedagogicznej, nie chcę poprawiać świata, wyznaję zasadę, że każdy odpowiada za własny los i ta wolność robienie głupstw jest wielkim darem jaki nam dał Pan Bóg.
L: Czy ma Pan jeszcze przyjaciół z młodości – punków, czy może wszyscy się stoczyli, a Pan miał po prostu szczęście?ŁG: Jeżdżę na prawie wszystkie większe imprezy punkrockowe w kraju, stąd mam dużo przyjaciół punków, którzy są ode mnie młodsi. Ludzie w moim wieku na pewno rzadziej punkami, po prostu zajęli się czymś innym. Może raz do roku pójdą z sentymentu na koncert Dezertera… Ale na pewno nie jestem jakimś dinozaurem, ostatnio na koncercie grupy TZN Xenna w Warszawie myślę, że średnia wieku była chrystusowa, jakieś 33 lata, pod sceną w pogo pięćdziesięciolatkowie pocili się obok nastolatków. Ja mam lat czterdzieści, mam gdzieś tam poczucie, że przekroczyłem „smugę cienia”, ale nie czuję z tego powodu dyskomfortu.
L: Czy w swoich powieściach, na przykład w Xenna – moja miłość, puszcza Pan oko do czytelnika, sugerując lekki wątek autobiograficzny?ŁG: Faktycznie, moje powieści są pisane w pierwszej osobie, mocno sugerując, że ich bohater to autor, choć niekonieczne tak jest. Akurat Xenna, którą czytelnicy lubią najbardziej, jest już książką dla mnie obcą, w takim sensie, że pisałem ją dawno. Dziś ani bym jej nie popełnił, ani nie ma już we mnie tych emocji, które targają bohaterem powieści – tak naprawdę nawet go nie lubię. Najwyżej ze swoich książek cenię Melanże z żyletką, choć oczywiście szanuję preferencje moich odbiorców. Na każdym z moich spotkań autorskich to właśnie Xenna stanowi większość sprzedanych egzemplarzy. Muszę się z tym pogodzić, bo w końcu to moje dzieło.
L: Jak wyglądają te spotkania autorskie? Kto na nie przychodzi?ŁG: Bardzo różnie, zależy gdzie się odbywają. Lubię spotkania w bibliotekach, bo przychodzą ludzie, którzy naprawdę interesują się literaturą. Nie lubię spotkań w księgarniach czy na targach bo przychodzą głównie przypadkowi łowcy autografów, nie ma bliskiego kontaktu. Ze spotkaniami w klubach, zwykle połączonymi z koncertami jest różnie. Z jednej strony przychodzą ciekawi ludzie i jest pełna sala, z drugiej – jest świadomość, że 80% osób przyszło na koncert i niecierpliwie czeka, kiedy ten facet skończy gadać, a w ekstremalnych sytuacjach słyszę: „kurwa mać, punka grać”. Nie peszy mnie to, bo rozumiem tych ludzi, niemniej, nie sprzyja to rozmowie o książce.
L: Łukasza Gołębiewskiego porównuje się czasem do Charlesa Bukowskiego. Pana to cieszy?ŁG: Z jednej strony tak, gdyż ten pisarz – nie będąc autorem bestsellerów – ma, tak samo jak ja, wierną grupę czytelników. Można nawet powiedzieć, że to ta sama grupa. Jednak nie uważam, żeby Bukowski był mi bliski literacko. Gdybym miał szukać porównań, skłaniałbym się raczej ku Philiphowi Rothowi. Uwielbiam także Nabokova, który mistrzowsko obrazuje świat, choć z nim trudno mi się porównywać. W Bukowskim tak naprawdę brakuje emocji, a moje książki są ich pełne – jakkolwiek to emocje negatywne.
L: Występuje w nich dziwna kontaminacja liryki z obsceną. ŁG: Chyba dlatego, że bardzo lubię kontrasty. Obscenę trochę też. Niedawno skończyłem niezapowiadaną do tej pory książkę Bandyci Rodriguez, która ma się ukazać w roku 2013. Mimo, że znalazło się w niej niewiele scen erotycznych, czy jawnie obscenicznych, sam fakt, że bohaterami uczyniłem bliźnięta – dziewczynę i chłopaka żyjących ze sobą – już jest obsceną trudną do wytrzymania kulturowo. Kazirodztwo to w końcu coś prawie tak nieakceptowanego jak pedofilia.
L:Takie pisarstwo to nisza, czy też mierzy Pan w czytelniczy sukces podlany sosem skandalu?ŁG: Chyba ani jedno, ani drugie. Mam krąg dość wiernych czytelników i właściwie piszę głównie z myślą o nich, choć zdarzają mi się odstępstwa, choćby najnowsza powieść historyczna Krzyk kwezala. Pisarz – może poza najwybitniejszymi – szybko staje się niewolnikiem swoich czytelników, pisze z myślą, żeby ich nie rozczarować. A skandale? Na pewno nie szkodzą w promocji książki, zwracają uwagę mediów, tyle że skandal w żaden sposób nie wyznacza jakości literatury.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

22 października 2018 o godz. 19:01

Gin (2018)

GinOkładka-2

Gin to jedna z najszybciej rosnących kategorii alkoholi w ostatnich latach – zarówno jeśli chodzi o liczbę marek, destylarni i innowacyjność, jak i o zwiększającą się konsumpcję, a przede wszystkim, wartość koszyka zakupowego. Zmienia się postrzeganie ginu. Nadal jest ulubionym składnikiem prostych, orzeźwiających koktajli, ale w szalonym tempie wzrasta liczba ginów premium i superpremium, w cenach często przekraczających 50 euro za butelkę, a nie rzadko i powyżej 100 euro. Gin wraca na salony, do dobrych barów i restauracji. Powstaje coraz więcej barów wyspecjalizowanych wyłącznie w ginie, kilka z nich działa już także w Polsce, a na ich półkach znaleźć możemy po sto i więcej różnych butelek z całego świata.

22 października 2018 o godz. 18:57

Książka o ginie

GinOkładka-2

Nakładem M&P ukazała się kolejna książka w serii „Świat wykwintnych alkoholi”. Łukasz Gołębiewski zabiera czytelników w podróż po świecie botaników, zapachu kwiatów, korzeni, ziół, czyli na poznawanie świata ginu.

22 października 2018 o godz. 18:37

Wybory samorządowe

Z wyników wyborów samorządowych można wywnioskować, że ludzie lubią swoje władze lokalne. Poparciem cieszą się zwykle ci, którzy są od dawna w samorządach.  W sumie to bardzo optymistyczna wiadomość.

10 października 2018 o godz. 17:52

Nowy numer Aqua Vitae

AV_cover 23-001

Ukazał się nowy numer (5/2018) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

7 października 2018 o godz. 20:08

Kartka z podróży – Chateau Dereszla

Dereszla-008

Jedne z najpiękniejszych piwnic w regionie Tokaj, ciągnące się ok. półtora kilometra pod ziemią, to Chateau Dereszla, czyli Dereszla Pincészet. Piwnice pochodzą z początku XV wieku. W wiekach XV i XVI była to część posiadłości królewskich. Winnice pod nazwą Dereszla zostały założone w XVIII wieku, w czasach panowania Habsburgów. Obecnie jest to wspólne przedsięwzięcie kapitałowe węgiersko-francuskie. Poza niewątpliwa atrakcją dla zwiedzających, czyli starymi piwnicami, mają 40 ha własnych winnic oraz dodatkowo 25 winnic powiązanych biznesowo, dodatkowych 100 hektarów, czyli są to m.in. winnice: Dereszla, Lapis, Henye, Hatalos, Zsadány, Várhegy. Pozwala to tworzyć bardzo zróżnicowane wina. W ofercie jest zarówno wino dla sieci dyskontów (dostępne w Polsce w Lidlu – Dorombor), jak i wytrawne furminty, tokaje samorodne i tokaje aszú z esencją na czele. Eksportują do ponad 40 krajów. Wszystkich win można spróbować na miejscu, odwiedzając piwnice Chateau Dereszla w Bodrogkisfalud, około dziesięć kilometrów od miasta Tokaj.

5 października 2018 o godz. 17:50

Kartka z podróży – Winnice Hétszőlő i piwnice Rakoczego

Tokaj Hetszolo-012

Tokaj Hétszőlő to jeden z największych, najbardziej utytułowanych producentów win tokajskich, obecny na polskim rynku poprzez import firmy Vininova. Winnice rozciągają się pod górą Tokaj, zajmując powierzchnię 55 ha. Zostały założone w 1502 roku przez rodzinę Garai. Wówczas było to siedem osobnych parceli, które z czasem zostały połączone. Ich właścicielami byli na przestrzeni wieków m.in.: Gáspár Károli (tłumacz Biblii na język węgierski), Gábor Bethlen, książę Transylwanii czy rodzina Rákóczi. W okresie CK Monarchii były cesarskimi winnicami Habsburgów. Po pierwszej wojnie światowej przejęte przez państwo. Przez wszystkie wieki słynęły z szlachetnej pleśni, która pokrywa dojrzewające na zboczach góry winogrona i służy do produkcji najlepszych tokajskich win aszú.

4 października 2018 o godz. 09:13

Kartka ze Speyside – Katedra w Elgin

Rothes (5)

Ruiny katedry Świętej Trójcy w Elgin to jeden z najpiękniejszych zabytków regionu. Od XIII wieku była siedzibą biskupstwa. Kilkakrotnie płonęła, kilkakrotnie była przebudowywana. Zachowana ruina pokazuje imponujące rozmiary nawy głównej, długiej na niemal sto metrów. Z jej początków pochodzą dwie masywne prawie trzydziestometrowe wieże obronne, na których ustawione były działa armatnie. Zachwyca lekkość żebrowego sklepienia zachowanego (częściowo zrekonstruowanego) kapitularza. Niestety, po zwycięstwie reformacji w XVI wieku straciła swój sakralny charakter i z wolna zaczęła obracać się w ruinę. W 1560 roku przestało funkcjonować biskupstwo w Elgin. Teren wokół katedry wykorzystywany była jako cmentarz, stąd wśród ruin liczne kamienne nagrobki. Część murów prostaczkowie rozebrali, wykorzystując budulec do własnych celów. Dopiero w XX wieku otoczono ją parkanem i zabezpieczono jako zabytek. Obecnie jest to muzeum.

3 października 2018 o godz. 22:32

Kartka ze Speyside – Huntly

Huntley (9)

Huntly to jedno z miasteczek w centrum Speyside, świetnie się nadaje jako baza wypadowa do zwiedzania destylarni whisky. Spędziłem tutaj tydzień. Cisza, spokój, pięć tysięcy mieszkańców. Wąskie uliczki, ruiny renesansowego zamku, kilka kościołów. Znakomity sklep Whiskies of Scotland. Duncan Taylor będzie tu budował destylarnię, poprzednią zamknięto jeszcze w XIX wieku. Przez długi czas miasteczko wraz zamkiem należało do możnego klanu Gordon. Zamek zbudowano jeszcze w średniowieczu, w XII wieku, ale został przebudowany w stylu renesansowym. Przez długi czas był nie tylko siedzibą rodu Gordonów, ale też ważną twierdzą. Jego upadek nastąpił dopiero w XIX wieku. Obecnie jest tu muzeum. Naturalnie otoczony przez wodę – łączące się tutaj rzeki Bogie i Deveron. Przy Placu Gordonów, głównym placu miasta, można podziwiać starą renesansową studnie. Nieopodal jest ratusz z czworoboczną wieżą.

3 października 2018 o godz. 21:28

Debata o kondycji polskiego wina

wine_expo_poland

Wine Expo Poland & Warsaw Oil Festival zaprasza 26 października o godz. 11.30 na debatę ekspercką pt. „WINO, czy w tej branży się przelewa?”. Moderatorem debaty będzie Paweł Grotowski, w panelu uczestniczą: Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny „Aqua Vitae”, Jakub Nowak, wiceprzewodniczący Polskiej Rady Winiarstwa, prezes firmy Jantoń, Kamila Klajman z łódzkiego laboratorium autentykacji win, prof. dr hab. inż. Aneta Wojdyło z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu Wydział Biotechnologii i Nauk o Żywności Katedra Technologii Owoców, Warzyw i Nutraceutyków Roślinnych – o kierunku studiów Technologia Winiarstwa oraz Sławomir Brzózek – prezes zarządu Fundacji Nasza Ziemia.

2 października 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – Wizyta w Duncan Taylor

SONY DSC

Jedna z najważniejszych szkockich niezależnych firm pośredniczących na rynku whisky, powstała w 1938 roku w Glasgow na bazie kolekcji starych whisky, które zgromadził nowojorski biznesmen Abe Rosenberg. Po zniesieniu prohibicji Rosenberg prowadził dobrze prosperujące przedsiębiorstwo dystrybuujące alkohole, z magazynami w: Nowym Jorku, Connecticut i Miami. Po II wojnie światowej był m.in. wyłącznym dystrybutorem w USA bardzo popularnego wówczas szkockiego blendu J&B (Rosenberg sprzedawał rocznie 3,5 mln skrzynek J&B). Założona przez niego w Glasgow firma Duncan Taylor & Co. zajmowała się skupowaniem whisky single malt, bardziej z myślą o prywatnej kolekcji, niż na sprzedaż. Do śmierci, w 1994 roku, zgromadził kolekcję ok. 4000 beczek whisky single malt. Skupował świeży destylat i napełniał nim własne beczki. Niewielką część z tego wykorzystywał do własnych blendowanych whisky, reszta była lokatą kapitału.