5 kwietnia 2010 o godz. 23:51

Bomba w windzie

Oto fragment nowej powieści, która zostanie wydana zapewne w styczniu 2011 roku, czyli jeszcze przed końcem świata. Potem choćby i potop :)
Akcja tej książki dzieje się w Londynie, bohater - Richard Burton - został uwięziony w szybie windy, prawdopodobnie w wyniku wybuchu podłożonej przez terrorystów bomby. Niepewny czy i kiedy nadejdzie pomoc, bez wody i jedzenia, snuje opowieści o swoich wcześniejszych spotkaniach ze śmiercią.
To książka o umieraniu, o lękach, o samotności, ale napisana z humorem i pełna przygód.

Nie byłem przygotowany na śmierć, ani mentalnie, ani technicznie. Niby każdego ona spotyka i może przyjść w dowolnym momencie, ot choćby kiedy przechodzimy na przejściu dla pieszych, ale to, że może, nie oznacza wcale, że jest oczekiwana. Myślałem, że wieczór spędzę na koncercie, że wypiję kilka kufli Carling, może wypalę blanta, po koncercie pojadę metrem do Emmy i będziemy mieli udany seks w jej wielkim miękkim łóżku ze szkarłatną atłasową pościelą, o jakiej w mojej obecnej sytuacji mogę jedynie pomarzyć. Takie miałem plany, nie było w nich miejsca na nagłą śmierć. Nie było miejsca na zamach terrorystyczny, bombę, spadającą windę i ciemność betonowego lochu, w którym nawet jeśli jeszcze nie umarłem, to sczeznę bez wątpienia w męczarniach z braku powietrza lub wody. Gdybym spodziewał się śmierci choć trochę, miałbym przy sobie dużą butelkę wody, więcej papierosów, butelkę Jamesona żeby lżej było znosić stres, pudełko z kanapkami, latarkę lub świecę, albo jedno i drugie, ciepły koc bo w tej dziurze chłodno straszliwie. Nie wiem jak bym to wszystko pomieścił w plecaku, ale gdybym choć trochę spodziewał się śmierci to na pewno zapakowałbym jeszcze choćby książkę do czytania. A co mam? Zobaczmy: bilet tygodniowy na trzy strefy metra, moją travelcard ze zdjęciem, kartę rabatową Tesco, kartę kredytową MasterCard, prawo jazdy, siedemdziesiąt sześć funtów i dwadzieścia pięć pensów, zapalniczkę i dwa ostatnie papierosy, bezużyteczną komórkę, bezużyteczny klucz do pokoju, plastikowy kalendarzyk na 2010 rok z podobizną premier Julii Tymoszenko – gadżet przywieziony przez Patricka z wycieczki autostopem po Ukrainie, mały scyzoryk szwajcarski z pilnikiem i obcinaczem do paznokci w zestawie, opakowanie bibułek OCB, breloczek z otwieraczem do butelek reklamującym Guinnessa, notes i długopis, dzięki którym mogę spisywać wspomnienia trupa – dobre i to, niezapłacony rachunek z British Telecom, miętowe cukierki i tyle. Przetrząsnąłem plecak i kieszenie, nie mam nic, lub prawie nic, co może być człowiekowi przydatne w chwili śmierci. Jak zwykle nieprzygotowany. A gdybym miał na przykład latarkę, to mógłbym rozejrzeć się w sytuacji. Albo gdybym miał butelkę Jamesona i najlepiej garść proszków uspokajających, to mógłbym spokojnie zasnąć i poczekać, co będzie dalej; może przyjdzie jakaś pomoc? Przecież jeżeli faktycznie wybuchła bomba, to tam na górze jest już Scotland Yard, saperzy i brygady antyterrorystyczne, już prowadzą dochodzenie i poszukiwania, przecież recepcjonista, jeśli przeżył wybuch, musiał powiedzieć, że wsiadałem do windy, przecież tam na górze już z pewnością wiedzą, że winda zapadła się wraz z szybem i może ktoś tam na dole tkwi i oczekuje uwolnienia. Wszystko to logicznie brzmi i jedno z drugiego wynika, o ile rzeczywiście był wybuch i spadłem, o ile nie jest to mój kolejny psychodeliczny sen, z którego zbudzę się z mokrymi od potu włosami i pełnym pęcherzem, i o którym do południa zdążę zapomnieć.
Hej, jeśli to sen, to wybudź się, wołam do siebie, takie wołanie często pomaga.

Kiedyś już zdarzyło się podobnie. Przeżyłem swoją śmierć w czerwcu 1985 roku niedaleko Stonehenge. Zjechaliśmy tam wtedy z całej Anglii, na kolejny Wolny Festiwal. Była to pierwsza taka impreza w moim życiu, upojony byłem kolorowym tłumem, atmosferą podniecenia, dźwiękami drum’n’bass, bliskością tak wielu i tak skąpo ubranych dziewcząt. Słyszeliśmy, że policja zablokowała drogi, że wiele osób nie może dojechać, że być może zostaniemy przepędzeni, ale po wielu puszkach piwa nie przejmowałem się tym, jeszcze bardziej podekscytowany wizją walki. Ktoś podszedł do mnie z rozpostartymi ramionami, był to długowłosy starszy mężczyzna w białej szacie, obwieszony naszyjnikami i bransoletkami z korali, z wielkim turkusowym kamieniem na piersi, wręczył mi długą rzeźbioną w kości słoniowej fifkę. Dziwne, że zapamiętałem wycięty na niej ornament gałęzi winogron z rozczapierzonymi liśćmi i kiściami okrągłych owoców. W fifkę nabity miał biały płaski brykiecie, przypominający filtr do skrętów. Podał mi i zaciągnąłem się, słodki smak upajał, wypaliliśmy razem zawartość fifki, potem załadował następną, potem jeszcze następną. Muzyka coraz wyraźniej wnikała mi w mózg, wraz z krwią pulsowała w każdej tkance, w każdej komórce. Moje serce biło drum’n’bass. Kolory stały się jaskrawe i intensywne, fluorescencyjna zieleń trawy, słońce jak światło jarzeniowe – przyprószone i rozproszone. Pamiętam, że odszedłem, zostawiłem długowłosego starca, świat chwiał się i wirował, a ja wchodziłem w spiralę dźwięków i kolorów.
Gdzieś tam trwały walki z policją, bitwa w polu fasoli, a ja leżałem upalony crackiem i nie potrafiłem się ruszyć. Zapadałem się w głąb własnego umysłu, głębiej i głębiej, tracąc kontakt z rzeczywistością. Najpierw straciłem możliwość ruchów, potem ostrość widzenia, następnie zamazały się dźwięki, nie rozpoznawałem słów, ludzie wokół mnie mówili w niezrozumiały sposób. Próbowałem za wszelką cenę utrzymać choćby najlżejszy kontakt z otoczeniem, który dawałby mi nadzieję, że nie odchodzę z tego świata, ale wysiłki ograniczyły się do skurczu palców dłoni, a po chwili i ten ruch nie był możliwy. Zupełnie jak teraz, dźwięki całkowicie zniknęły, pogrążyłem się w ciszy, a chwilę później także w ciemności, jakby ktoś zgasił światło, jakby ktoś zgasił fonię, jakby ktoś do cholery zgasił we mnie życie. I pamiętam, że wtedy także się nie bałem, że wtedy także czułem jedynie smutek, że nie napiję się już z kumplami piwa przy ognisku i nie pośpiewamy „Guns of Brixton”. Smutek umierania. Tak, to cholernie smutna rzecz. Ale wtedy nie umarłem, po godzinie czy dwóch ktoś przyszedł i zapalił mi światło, włączył fonię aż za mocno podkręcając głośność i znów żyłem.
Ominęło mnie pałowanie i armatki wodne, kiedy się ocknąłem pakowano do radiowozów ostatnich uczestników wolnościowego – o ironio – festiwalu, a karetki odwoziły najciężej rannych, w tym matki z dziećmi.
Może i tu w windzie doznałem podobnego stanu tymczasowej utraty świadomości? Może koma jeszcze trwa, ale zaraz zadzwoni budzik, przecież o dziewiętnastej w Shepherd’s Bush zaczyna się koncert.

15 komentarzy dla “Bomba w windzie

  1. winda w dół

    Tak apropo tematu to mi sie przypomniala ostatnia BARDZO SMUTNA historia u naszych czeskich kamratów. Otoz gitarzyscie (bardzo dobrego notabene) zespolu LVMEN zjezdzajaca winda uciela glowe!
    Massskara!

  2. tutuł

    czemu dopiero za rok?
    uwielbiam Twoje ksiązki ;D i postanowiłam odgapić trochę pomysł festiwalu win prostych i zorgasnizować takowy jutro w Sosnowcu ;D

  3. winda w dół

    Raz tak uniknęłam tego, wycofałam się stwierdzając, że jednak przejdę się po chodach. Akurat jak zeszłam na dół to dowiedziałam się, że winda się urwała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

14 listopada 2017 o godz. 23:38

Fynf und cfancyś

„Cały Zachód jest jak elektryczne wesołe miasteczko podłączone do prądu. Tak samo migające światełkami, bez względu na to, czy się weselisz, czy właśnie zdychasz w metrze”. ~Michał Witkowski

10 listopada 2017 o godz. 23:05

Udany eksperyment

20171110_213351-001

Wynik 0:0 w Warszawie w meczu z Urugwajem, ale mecz mógł się podobać. Dynamiczny, dużo akcji, dużo dalekich podań, jednocześnie efektywna gra obrony. Zagraliśmy w eksperymentalnym ustawieniu i z tak utytułowanym rywalem dawaliśmy sobie dobrze radę. Polska była w tym meczu lepsza, zwłaszcza w drugiej połowie stwarzaliśmy dużo sytuacji. Niestety, zabrakło skuteczności.

3 listopada 2017 o godz. 19:48

Nowe wydanie przewodnika po Albanii

albania light

W Wydawnictwie Pascal ukazało się nowe wydanie przewodnika po Albanii, którego jestem współautorem. Dwa poprzednie ukazały się: w 2013 roku w serii „Praktyczny Przewodnik” i w 2014 roku w serii „Przewodnik Ilustrowany”. Obecna edycja ukazała się w podręcznej, kieszonkowej, serii „Light”. Więcej informacji można znaleźć na stronie wydawnictwa Pascal: http://pascal.pl/albania-pascal-lajt,8,4814.html, ja tymczasem polecam zwiedzania Albanii, najbardziej niezwykłego zakątka Europy.

1 listopada 2017 o godz. 00:08

Kryzys w Hydrozagadce

SONY DSC

8 listopada w klubie Hydrozagadka (Warszawa, ul. 11 Listopada 25) zagra Kryzys, a wcześniej ID. Bilety: 25 zł w przedsprzedaży i 35 zł w dniu koncertu. Start – godz. 20.00.

31 października 2017 o godz. 19:35

Prowadź swój pług przez kości umarłych

„Najlepiej rozmawia się samemu ze sobą. Przynajmniej nie dochodzi do nieporozumień”. ~Olga Tokarczuk

26 października 2017 o godz. 00:53

Pierwsze urodziny Pogłosu

22712382_1889093428086292_4620225699089097730_o

26 października na Pierwszych urodzinach Pogłosu (Warszawa, ul. Burakowska 12) zagrają: The Stubs, Brudne Dzieci Sida i Bräinëater. Start – godz. 19.30, bilety – 20 zł.

18 października 2017 o godz. 18:21

Pijak

23195d99-62cf-4d42-8d0c-fb6cfc50e330

„Oczywiście piłem nie zawsze, właściwie to od niedawna zacząłem pić. Przedtem czułem wstręt do alkoholu, co najwyżej wypiłem kufel piwa, wino wydawało mi się kwaśne, a sam zapach wódki przyprawiał mnie o mdłości. Ale potem nadszedł czas, kiedy zaczęło mi się źle powodzić…” ~Hans Fallada.

8 października 2017 o godz. 20:39

Szampan na Narodowym

wc russia

Ostatni mecz w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Rosji dostarczył kibicom sporo emocji. Błyskawicznie strzelona bramka Mączyńskiego, nieco przypadkowa, Zieliński strzelał niecelnie, ale stał tam Mączyński, nie patrzył, huknął, bramkarz mógł tylko patrzeć jak piłka wpada do siatki. Przez chwilę Czarnogóra próbowała podjąć równorzędną walkę, przeprowadzili trzy groźne akcje, ale w 17. minucie dostali drugi cios. Świetnie wypracował akcję Zieliński, wrzucił w pole karne Lewandowskiemu, a ten precyzyjnie podał do wbiegającego Grosickiego i 2:0.

8 października 2017 o godz. 13:55

W „Aqua Vitae” o książce „Irlandzka whiskey”

W numerze 5/2017 magazynu „Aqua Vitae” Bogumił Rychlak recenzuje najnowszą książkę Łukasza Gołębiewskiego pt. „Irlandzka whiskey”.

8 października 2017 o godz. 13:52

Irlandzka whiskey (2017)

cover_irish whiskey

Zamieszkujący tereny dzisiejszej Szkocji Piktowie malowali jeszcze na niebiesko ciała, kiedy Irlandczycy destylowali swój trunek. Po latach posuchy irlandzka whiskey wraca szturmem na światowe rynki. Obecnie jest najszybciej rosnącą kategorią alkoholi. Nowe destylarnie powstają każdego roku w każdym regionie wyspy. Książka jest pierwszym w języku polskim przewodnikiem po świecie irlandzkiej whiskey. Można ją wziąć ze sobą w podróż, mieć w kieszeni odwiedzając puby, słuchając takich pieśni jak „Whikey In The Jar” czy „Molly Malone”. Najpopularniejsze zespoły wykonujące irlandzki folk, to The Dubliners i The Pogues. Obydwie grupy mają własne whiskey! Książka przedstawia nie tylko whisky, lecz także zabytki i miejsca w Irlandii warte odwiedzenia, kiedy podróżujemy szlakiem starych i nowych destylarni.