15 grudnia 2010 o godz. 11:04

Bomba w windzie – jeszcze fragment

A oto drugi fragment, już po redakcji, powieści "Bomba w windzie".

W Warrington mieszkałem jeszcze półtora roku po odejściu Kathleen, u Alice McDowell, kasjerki w Mothercare przy Alban Retail Park. Wpadłem na nią przypadkiem w drodze na dworzec kolejowy. Byłem już spakowany i gotowy jechać do Liverpoolu, kolega obiecał mi pracę korektora w wydawnictwie Trinity Mirror, przebąkiwał coś o możliwości szybkiego etatu w „Liverpool Daily Post”. Podniecony, czułem, że wracam do zawodowego życia. Ale w drodze na stację wpadłem na tę rudą smarkulę, bo Alice miała dopiero dziewiętnaście lat. Dosłownie wpadłem, wywracając ją razem z torbami pełnymi zakupów. Scena jak z komedii francuskiej, na ulicę wytoczyły się jabłka, cytryny, pomarańcze, stłukł się słoik z dżemem truskawkowym, a ona się tak uroczo rozpłakała. Pomogłem jej wstać, pozbierałem owoce, szarmancko odkupiłem dżem i odprowadziłem Alice do domu. Okazało się, że mieszka sama, skończyła szkołę i zdecydowała, że chce być samodzielna. Zamiast na studia, poszła do ogłupiającej pracy, by osiem godzin siedzieć przy kasie, nabijać paragony i wydawać reszty. Była drobna, piegowata, uroczo dziewczęca, miała małe twarde piersi i sterczące sutki. Twierdząc, że bielizna jest niehigieniczna, na nagie ciało nakładała lekkie sukienki w kwiaty. Rude włosy zaplatała w warkocze, a w warkocze wplatała błękitne lub pomarańczowe wstążki. W zimne dni na lekką sukienkę nakładała ciężki wełniany płaszcz, oplatała się szalikiem i naciskała na głowę kolorową czapkę z pomponem. Kochała wolność i nie miała żadnych ambicji. Wracała ze sklepu, zrzucała sukienkę i naga wpadała w moje ramiona. Kazała tulić się do snu i mruczeć sobie kocie kołysanki. Nałogowo grała w loteryjne karty-zdrapki kupowane za funta przy kasie w Tesco. Kradła prąd z sąsiadującej z jej domkiem szkoły, dziko podłączając się do ich instalacji. Kochała muzykę zespołu Angry Samoans, którego krótka dyskografia leciała na okrągło z ustawionej przy łóżku stacji iPoda. Być może kochała też mnie, ja ją na pewno, bo kocham wszystkie moje kobiety, nawet jeśli ta miłość jest niestabilna, nietrwała i poligamiczna. Rozpieszczała mnie, przynosząc zimne piwo Carling i chipsy winegret do łóżka, spaliśmy na plamach i okruchach. W weekendy w ogóle nie wychodziliśmy z łóżka. W poniedziałki chodziliśmy do kina. We wtorki na basen. W środy na kręgle. W czwartki na zakupy. W piątki zaczynał się weekend. Uwielbiałem jej ciało, jej uśmiech i jej delikatny dotyk.
Dwadzieścia pięć dni temu wpadła pod pędzącą na czerwonym świetle ciężarówkę. Zginęła na przejściu dla pieszych. Tak, to się zdarza i zwykle nie jesteśmy na to przygotowani. Jeśli teraz umrę, to może ją spotkam, choć ona pewnie trafi do nieba, a ja będę jakiś czas gnił w tym cholernym ciemnym piekle bez czasu i zupełnie bez sensu też.

Oczywiście, mogę zapalić ostatniego papierosa. Ale jeżeli to zrobię, nic mi już ostatniego nie zostanie, chyba że resztkę benzyny w zapalniczce potraktuję w kategoriach wartości dodanej. Aha, jeszcze mi zostanie dużo kartek w zeszycie i jeszcze więcej wkładu w długopisie, ale to jakoś nie bardzo mnie pociesza. Mam też obcinacz do paznokci, pilnik i tępy scyzoryk, którym nawet żył sobie nie podetnę. Mógłbym spróbować się zdrzemnąć, ale twardo tu i zimno jak w kostnicy. Taka drzemka może oznaczać ostateczne poddanie się, brak woli życia, z takiej drzemki mógłbym już się nie wybudzić. O ile aktualnie nie śpię. O ile w ogóle żyję nadal. Nic w mojej sytuacji nie jest pewne. Ale czy rzeczom niepewnym nie nadaję niepotrzebnego znaczenia? Bo jeżeli śnię, to co w tym złego? To nawet lepiej, to znaczy, że obudzę się niebawem w wąskim łóżku w pokoju numer szesnaście na trzecim piętrze St. Christopher’s Inn, a może nawet w innym o wiele przyjemniejszym miejscu, może nawet przy boku mojej pięknej Emmy, bo może dziś wcale nie jest dziś, tylko wczoraj, albo może i jutro, i może po imprezie nic nie pamiętam, mam mętlik w głowie, amnezję i zwidy. Przecież tak już bywało i taki stan nie jest mi obcy. Budziłem się już nie raz w nieznanych mi miejscach, zagubiony w czasie, bez pamięci, nawet w nieznanych ramionach się zdarzało, żeńskich na szczęście, choć mogłem nie mieć na to wpływu, zdarzało mi się już tracić przytomność i niczego nie pamiętać, zdarzało się widzieć rzeczy, które nie mogły mieć miejsca, rzeczy, które tylko ja widziałem w danej chwili, bo każdy mózg łapie inne rejestry i inne miewa zwidy. Jeśli zatem to sen, albo halucynacja, to czym ja się martwię? A jeśli faktycznie nie żyję, to smutne, ale ostateczne, więc także nie warto się nad tym rozczulać. Właściwie też mógłbym się cieszyć, bo jeśli nie żyję, to jednak zachowuję świadomość samego siebie. Mam swoją pamięć, swoją wrażliwość, być może nawet swoje pragnienia, na przykład pragnę zapalić papierosa. Nie nastąpiła transmigracja mojej duszy do ciała kota ani jaszczura. Nadal czuję się sobą, co samo w sobie jest szczęśliwym zbiegiem okoliczności. W śmierci poza nieodwracalnością przeraża mnie perspektywa utraty wspomnień i doświadczeń. Nie żebym był specjalnie zadowolony z dotychczasowego życia, ale – do cholery – to było moje życie i lubię je. Nie chcę w zamian kociego życia, chociaż wolałbym już kocie niż psie. Ale jeżeli obecnie nie żyję, a czuję, że jestem sobą, to czegóż chcieć więcej od śmierci? Z ontologicznego punktu widzenia to nawet lepsze niż raj rafy koralowej. Nawet martwy zachowuję godność człowieczeństwa. Tylko dlaczego nie żyję w takiej zimnej i ciemnej dziurze? To kara za grzechy, ale ja ich bardzo żałuję, więc czy nie wystarczyłaby szczera skrucha zamiast pokuty?
Skoro jestem w tej norze, to jednak bardzo prawdopodobne jest, że żyję. A to komplikuje sytuację, bo dokąd oddycham, mam nadzieję, dum spiro spero, jak mnie uczono na lekcjach łaciny. Nadzieję na lepsze życie, nadzieję na jakiekolwiek życie, nawet na zasiłku dla bezrobotnych, jak to było przez ostatnie dwa lata. Nie chcę dla siebie wiele, chcę światła, powietrza, przestrzeni. Chcę czasami zapalić, czasami się napić, posłuchać muzyki i przelecieć panienkę. Panie Boże drogi czy to tak wiele? Czy to zbyt wiele, czy moje pragnienia dyskwalifikują mnie? Czy nie są to pragnienia miliardów ludzi na ziemi? Jeszcze zjeść coś, nie musi być kawior, ubrać się, niekoniecznie w Burberry. Inni chcą więcej – chcą sławy, chcą władzy, chcą milionów, a mi wystarczy zasiłek, zimny Carling, papieros i seks. Minimalista ze mnie, święty Franciszek niemalże. Dawno porzuciłem ambicje. Wyparowały jak Kathleen Ashoton uprowadzona przez brazylijskiego bandytę. Za jakie grzechy zatem teraz cierpię?
No dobra, wiem za jakie grzechy. Ale żałuję ich. To prawda, wrzucałem żaby do mrowiska i patrzyłem jak zjadane są żywcem. Obcinałem ogony jaszczurkom. Otrułem psa sąsiada, bo do szału doprowadzał mnie jego nocny skowyt. Spróbujcie kochać się z dziewczyną, kiedy za ścianą ujada pies. Nie ma szans, impotencja. Opłaciłem skrobankę mojej pierwszej dziewczynie. Zdradzałem Mary, moją żonę, a potem ją porzuciłem. Wielokrotnie kłamałem i manipulowałem faktami. Przyjmowałem łapówki. Kupowałem i sprzedawałem narkotyki, zażywałem je nielegalnie i bezczelnie. Prowadziłem samochód pod wpływem alkoholu, nawet pod wpływem potężnej ilości alkoholu, nawet kompletnie pijany. Narobiłem w życiu wiele głupstw, wiele krzywd, wiele świństw i świństewek. Bywałem złośliwy, bywałem podły, bywałem okrutny. Ale inni bywali gorsi ode mnie! Nie tylko Hitler, Stalin czy Neron byli gorsi, ale nawet Jerry Brown zamieszkały przy Manchester Road, numeru nie pamiętam, ten buldog w dresie z wytatuowanym mieczem rzymskim na przegubie prawej dłoni, jest sto razy gorszy ode mnie. I Patrick O’Hara, i George Broderick, i John Arbor, wszyscy oni są po wielokroć bardziej godni piekła niż ja. A listę padalców mógłbym ciągnąć jeszcze długo: moczymorda Frank Barrett, łobuz Larry Benton, chuligan Thomas Jackson. A John Polk, który tyranizuje żonę i bije dzieci?, a David Taylor, który na moich oczach odrąbał kotu siekierą głowę, aż się wzdrygam na samo wspomnienie, potem mówił, że kot od dawna go wkurwiał. Świat pełen jest szubrawców, złoczyńców, rzezimieszków godnych mąk najgorszych. Wydam wszystkich winnych, ale wybacz mi Panie, nie zasłużyłem na gniew Twój i męki przez Ciebie zesłane.
Trochę zasłużyłem, ale inni bardziej.

14 komentarzy dla “Bomba w windzie – jeszcze fragment

  1. dziwnie

    Skąd pomysł że pojawia się taka Alice, taka delikatna, czuła i jeszcze się rozpłakała się bo przewrócono jej torbe z zakupami? To nie pasuje do Twojego stylu pisania

    • dziwnie

      Serio nie pasuje? Mi się wydaje, że w każdej z moich książek jest nie tylko ciemna strona psychiki, ale też delikatność czy czułość. Zło często sąsiaduje z pięknem czy nawet dobrem, często w jednej osobie skupiają się sprzeczności. Mi tam Alice całkiem pasuje.

  2. \"Bomba w torcie... tfu! w windzie\"

    Witam! Wlasnie przeczytalem te dwa fragmenty zwiastujace nowa knige (na promocji ktorej wogole sie poznalismy w krakowskiej nowej hucie:o) i jestem pod ogromnym wrazeniem! Tak jak Xenna mnie wciagla momentalnie (podejrzewam, ze to przez ten zabieg podrozniczy po mexyku:o), Disorder raczej po mnie splynal(nie bylo tam dla mnie nic zaskakujacego:), a Zlam prawo troche zawiodlo (ten klimat pentagramow strasznie mnie zniesmaczyl ;o), tak tej najnowszej produkcji oczekuje z wielka nieklamana checia! Strasznie sie zajawilem! szczegolnie tym zabiegiem umiejscowienia akcji w kilku CIASNYCH realiogodzinach! Niezle! jak tylko zarobie gdzies jakas kase, to bede jej szukal. szacuneczek dla autora i Pozdrawiam serdecznie!

    p.s. ten wierszyk \”przed burza\” tez calkiem niezly jest!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

19 listopada 2018 o godz. 08:25

Kartka z podróży – Wizyta w Kindzmarauli

Kindzmarauli Co 2018-11-06 15-23-36

Na obszarze dawnej twierdzi Kvareli w mieście Baisubani w Kachetii, u podnóża Kaukazu, znajduje się winiarnia Corporation Kindzmarauli, skupiająca marki: Kindzmarauli Wine Cellar, Duruji Valley, Kakheti & Co i Koncho & Co.

18 listopada 2018 o godz. 09:02

Kartka z podróży – Zegaani

14 Zagaani (1)

Ukryty w lesie, na lekkim wzniesieniu, stoi stary klasztor Zegaani, a właściwie pozostałości po nim, czyli dwa kościoły, jeden z piątego, drugi z szóstego wieku. Freski wewnątrz są, niestety, znacznie późniejsze, pochodzą prawdopodobnie z XVI wieku. Klasztor jest częściowo ogrodzony, dostęp do niego jest otwarty, leży wśród drzew, kiedyś był to zapewne park. Porozrzucane gliniane amfory, kwewri, świadczą o produkcji wina.

17 listopada 2018 o godz. 08:31

Kartka z podróży – Wizyta w Numisi

Numisi 2018-11-06 09-18-57

Kilka lat temu Mikheil Giorgadze, wraz z żoną, Nuno, kupili stare ruiny na przedmieściach wioski Mukuzani, w Kachetii, w regionie znanym ze znakomitych win. Chciał tu postawić niewielki zajazd – pensjonat i restaurację. Przy usuwaniu cegieł odkryli 33 stare kwewri, które mają podobno ponad 500 lat i piwnice na wino, w których utrzymuje się stała temperatura 15 stopni. Postanowił uporządkować teren założyć własną winiarnię i muzeum. Zebrał masę pamiątek, nie tylko związanych z winiarstwem, ale także ogólnie z kulturą ludową regionu.

16 listopada 2018 o godz. 21:13

Rosyjska apokalipsa

„Wódka jest podobna do piosenki. Piosenka może mieć byle jakie słowa i prosta melodię, lecz ich połączenie (jak spirytusu z wodą) może piosenkę zamienić w szlagier”. ~Wiktor Jerofiejew

16 listopada 2018 o godz. 08:46

Kartka z podróży – Wizyta w Georgian Wine & Spirits

SONY DSC

Firma Georgian Wine & Spirits (GWS) powstała w 1993 roku na przedmieściach Telavi, na bazie dawnych radzieckich zakładów Telavi 2, które działały od 1976 roku. Mają 400 ha winnic w regionie Kachetii (m.in. w DOC Mukuzanii oraz Tsinandali, Tvishi, Napareuli, Kindzmarauli, Khvanchkara czy Akhasheni), ale dodatkowo skupują winogrona. Aż 70% upraw, to szczepy lokalne. Około 280 ha zajmują nasadzenia czerwonych winogron – głównie saperavi, resztę białe, poza szczepami europejskimi są to: rkatisteli, mtsvane czy tsolikouri. Właścicielem GWS są szwedzcy inwestorzy, którzy mają także znaną gruzińską winiarnię Mukhrani. W Polsce wina GWS są w ofercie Vininova.

15 listopada 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Shalauri

Shalauri 2018-11-05 13-10-58

Położona kilka kilometrów za Telavi, przy drodze do Tsinandali, malutka winnica Shalauri powstała w 2013 roku. Mają tylko 2 ha, ale jakież tu robią wybitne wina! Wyłącznie z kwewri, żadnych beczek, żadnych europejskich winifikacji. Wszystko po bożemu, to znaczy po gruzińsku. Ich rkatsiteli ma smak miodu, mtsvane pachnie jak rieslingi późnego zbioru, pomarańczowe khikhvi jest jak polne kwiaty i agrest. Mają dwa rodzaje saperavi, bardzo wytrawne i taniczne oraz niemal słodkie, ale nie w stylu win Kindzmarauli, to jest słodycz soczystej czarnej porzeczki, fig i wędzonej śliwki. W niewielkiej piwnicy na tyłach domu wkopane są kwewri, w drugiej piwnicy leżakują wina w butelkach, jest też jedna izba zamieniona na winiarnię, tu także są kwewri. Chacha ze swoich wytłoków destylują u sąsiada, ma aromat dojrzałego słonecznika. Produkty nie są bynajmniej tanie, butelka 30-40 lari.

14 listopada 2018 o godz. 08:23

Kartka z podróży – Twierdza Chailuri

07 Chailuri 2018-11-04 11-36-26

Stanąłem przy głównej drodze wiodącej z Tbilisi do Kachetii, zaraz za winiarnią KTW, dokąd każdego dnia przyjeżdżają autokary pełne Rosjan, którzy wypijają wprost ze stalowych tanków zasiarczone, bardzo młode i bardzo podłe wina. Stanąłem, bo tu cisza i spokój, a chwilę wcześniej musiałem przebijać się przez rosyjską ciżbę, żeby kupić butelkę wina kisi i kompot z owoców fejhoa w sklepiku firmowym KTW. Mają tam nie tylko wstrętne wina, ale Rosjan Gruzini prowadzą prosto do cystern, i poją paskudztwem ku własnej uciesze, zwłaszcza, że Rosjanie chwalą, siarka i kwas im nie przeszkadzają. Stanąłem tu, gdyż na lewym brzegu rzeki stoi sporych rozmiarów twierdza Chailuri (znana też jako Niakhura). Bastion jakich w Europie wiele, typowy dla fortyfikacji osmańskich. Pierwotna twierdza powstała tu w późnym średniowieczu i wraz z drugą fortyfikacją – Monavi – strzegła przejścia przez wąwóz Iori w stronę Tbilisi. Miała trzy pietra i dwie bramy. Zniszczona w 1801 roku, podczas walk o niepodległość Gruzji, odbudowana w latach 80. XX wieku, dziś częściowo porośnięta trawą. W sumie, nic ciekawego, punkt na mapie, chwila odpoczynku pomiędzy jedną winiarnią a drugą. Nieciekawe miejsca też potrafią jednak cieszyć, gdy świeci słońce, za plecami masyw Kaukazu, z lewej strony winnica, a powietrze wypełnia przyjemny zapach wypalanej za płotem trawy.

13 listopada 2018 o godz. 09:54

Kartka z podróży – Wizyta w Château Mukhrani

Mukhrani 2018-11-03 16-32-57

Obecna firma powstała w 2002 roku, powołana przez inwestorów ze Szwecji, którzy są też właścicielami firmy Georgian Wines & Spirits w Kachetii. W 2007 roku rozpoczęła działalność nowoczesna winiarnia połaczona z destylarnią chacha. Nazwa nawiązuje do najważniejszej gruzińskiej dynastii książęcej, która panowała od początku XVI do XIX wieku. Wspaniały pałac Mukhrani – dostępny dla zwiedzających – jest tu restauracja, a jednocześnie zakład produkcyjny – winiarnia i destylarnia, a w piwnicach znajduje się 60 tys. beczek z winem. Większość starzenia odbywa się we francuskim dębie. Mury zapewniają stała temperaturę 15 stopni Celsjusza. Piwnice powstały w 1878 roku, château zostało zaprojektowane przez francuskiego architekta. Była tu letnia posiadłość Romanowów. W piwnicach są kwewri, które mają 150 lat i pamiętają czasy założyciela winiarni, Ivana Mukhranbatoni. Ivan produkował w XIX wieku 1,2 mln l wina rocznie.

12 listopada 2018 o godz. 09:11

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Askaneli Brothers i Jimsher

Askaneli Brothers 2018-11-02 15-45-36

Na przedmieściach Tbilisi ulokowana jest nowoczesna winiarnia i destylarnia Askaneli Brothers. Właścicielami firmy są bracia Gocha i Jimsher Chkhaidze, nazwa Askaneli pochodzi od wioski Askana w prowincji Guria. Wedle ludowej opowieści niejaki Antimoz Askaneli zbudował tutaj piwnicę pełną kwewri do produkcji wina. Faktem jest, że we wsi można odnaleźć kwewri, które pochodzą z lat 80. XIX wieku.

11 listopada 2018 o godz. 15:56

Kartka z podróży – Come back to Tbilisi

SONY DSC

Trzeci raz jestem w Tbilisi. Zaliczyłem już trzy pory roku – lato, jesień i zimę. Nieodmiennie miasto tętni życiem. Zawsze w kolorach oferowanych na straganach owoców – granatów, szaronów, pomarańczy, zielonych fig oraz zwisających wszędzie poskręcanych, wypełnionych orzechami, churcheli. Nieodmiennie pachnie winogronami. Kuszą wine-bary i bazary. W dawnych tureckich łaźniach kwitnie rozpusta, damy wprawdzie nie mają dostępu do kapiących się panów, co jednak nie przeszkadza alfonsom by prezentować całe katalogi ze zdjęciami oczekujących prostytutek. Gorąca miłość po gorącej parowej kąpieli, do tego sto gram rozgrzewającej chacha i zawał jak w banku.